Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano (edytowane)
Kto myśli o źdźble trawy podczas przypływu codzienności?

Przechodzimy od biegunu do biegunu - z siatkami pełnymi zakupów, z kremem na siateczki zmarszczek wykutych w rozpaczy, euforii i gniewie

 

Jak mam cię nazwyać? - pytam KAŻDEGO człowieka.
Czerstwe obwarzanki u szyji
Odpust niezupełny.


Zmęczone 'aloha' we wszystkich sterylnych biurach

Musimy pracować z dwóch powodów: aby nie rozmyślać o niedoskonałości i by nie drażnić kosmicznych sił naszą zdeterminowaną słabością

Boże, nie odpuszczaj mi "wszystkich win"
Nie ma takiej potrzeby.


Wszyscy jesteśmy ludźmi, Ty też.
Rozumiesz?

Wychodzę z przymierzalni.
Po drodze kradnę lustro
Nie żegnam się.
To nie kościół.


Noc spędzam w hotelu "Humility Fair" (ci nigdy nie mają kwarantanny i rozdają darmowe tofiki). 
Opróżniam cały barek i wymiotuję od nadmiaru obrazów, wspomnień, wypitej farby olejnej i pogryzionego płótna

 

Mija kolejny rok.
Po niebie kluczem szybują pawie.
Jeden - wiosny nie czyni, ale wolna przestrzeń mojego nieba to jedyny powód do dumy.
Na deser będą kormorany.
I posprzątam piwnicę ...

 

 

Edytowane przez Lidia Maria Concertina (wyświetl historię edycji)
Opublikowano

  Witam serdecznie

 

Dużo napisałem, ale mam nadzieję, że nie zamęczę Pani, a dam wydźwięk moich wrażeń i myśli po przeczytaniu wiersza.

 

 @Lidia Maria Concertina Powiem szczerze, że gdy wszedłem na tę stronę z treścią Pani wiersza, to wpadłem w wątpliwości, swoiste zakłopotanie, czy jest sens to czytać. Duży tekst, rozgałęziony straszliwie, pisany jak po niezłym drinku lub innym specyfiku, no ale to może to ta farba i płótno, heh, pomyślałem kolejno, gdy wbiłem już kły w treść. Jednak obraz pierwotny, jaki wywołał tekst, stopniowo się zmieniał wraz z podążaniem za każdym kolejnym słowem. Co się okazało to, że wiersz jest dużo bardziej wartościowy, niż się wydawało pierwotnie, nawet ilość wersów i rozbicie na tzw. kartce stało się znikomym problemem, bo treść i związki w niej nadają diametralnie odmienne wrażenia. 

 

W związku z powyższym przepraszam za pochopność w ocenie, ale zwykle jestem przygotowany na inną systematykę treści na kartce i stosunkowo mniejszą powierzchnię tekstu. Sam w swojej poezji stosuję większą szczegółowość formatu widzianego gołym okiem, już na samym początku, stosuję równe wersy i też klasyczny rym, całość mojego autorstwa opiera się o wizualną precyzję. No, ale nie o mojej poezji mam pisać.

Nawiązując do tekstu, to jest on wyjątkowo ciekawy i stosunkowo oryginalny. Widać często dekadencki i taki zdezelowanym życiem wyraz metafory. Staje się jasne, że ma się do czynienia bardziej z kimś niż z nikim.

Czuję pewną manierę, ale nie wiem, czy jest ona stała, czy okazjonalna, ale jest dość utemperowana, czyli zjadliwa lub inaczej niepowodująca ohydnych reakcji.

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

Ten fragment mnie dość poruszył. Wstęp do fragmentu nie odnosi się w mojej opinii do podstawowego znaczenia, wynikającego w głowie automatycznie, jest to jakby pytanie na słynny cytat - Homo sum et nihil humanum a me alienum esse puto, który uświadamia humanizm w stylu starożytnym człowieka, ale też pyta o głębszą definicję człowieczeństwa. Pozornie prosty wiersz, okazuje się wierszem głębokim. Zachodzi tu skrótowość myśli, a wtedy mózg dla uzmysłowienia sobie sensu, buduje związki logiczne, które tę skrótowość pozwalają zrozumieć. Dało mi to sporo do myślenia i to na wielu płaszczyznach.
"Czerstwy obwarzanek u szyi", jakby symbol poświęcenia, bo niezjedzony (możliwy głód), bo u szyi jak kamień, czyli pokuta, lecz kończy się "odpust niezupełny", czyli załamanie, bo tyle poświęceń, a to i tak za mało.

 

W tym fragmencie (przepraszam, że nie idę za kolejnością) tkwi sugestia, aby właśnie uważać na szczegóły, bo one tutaj są niezwykle istotne, bo dają dużo większą głębokość treści, niż wynikałoby to z iluzji, w jaką sam osobiście wpadłem.
"Kto pomyśli o źdźble trawy podczas przepływu codzienności" - To, że ten fragment jest na samym początku, to jawny dowód niemal na to, że pani przewidziała powierzchowność oceny i wskazała drogę, ale nie jest to oczywiste, bo należy posiadać wnikliwy umysł i nie być zarozumiałym krytykantem.

"Przechodzimy od bieguna do bieguna z siatkami pełnymi zakupów..." - Tutaj zastanawiają mnie te bieguny - które rozumiem jako główne punkty i stałe w harmonogramie zadań, tak się przecież zdarza, że krążymy jak samoloty wokoło stałych punktów dnia, ale też i miejsc w przestrzeni, często zmuszeni nawykami, o których istnieniu nawet zdołaliśmy już zapomnieć, lub co najmniej nie być świadomi tej rutyny, która wypełnia nam czas. "Z kremem na siateczki zmarszczek wykutych w rozpaczy, euforii i gniewie" - tutaj wyraźny nacisk jest położony na sędziwy wiek, który to rutyna niestety jest przepełniony, co niegotowym na starość ludziom musi przeszkadzać aż do tego stopnia, że kupują krem na zmarszczki, by choć na chwile pomarzyć o młodości lub zapomnieć, że się nie jest starym. Wykute zmarszczki sugerują powód stanu rzeczy, stanu starości, jakim staje się nasze życie, które powoduje reakcje twarzy i ust i oczów, które odciskają swoje stałe ruchy w postaci zmarszczek.

 

W tym fragmencie znów pojawiają się odniesienia egzystencjalne, wywołane decyzjami, kulturą i jej zanikiem, historią dokonań i naszą względną w tym wszystkim wolnością. Zmęczone Aloha - osobiście kojarzy mi się z pobytem w Londynie. Tam tzw. Hello! How are you? Jest takie chłodne, obdarte z emocji, ale też widać w akcentach, że jest taki wymóg, tak zostali wychowani i muszą częściej, niż chcą to mówić.

Później pojawia się fragment o celu pracy. Są to wyjątkowo mądre wnioski. Podobają mi się, bo ich zakres między własną niedoskonałością, czymś małostkowym dla świata, a kosmicznymi siłami, które to mogą, a nawet muszą być czymś wyjątkowo istotnym dla istnienia świata Ziemskiego i pośrednio nas samych, jest w pewien sposób klasyczny. Jakby zaraz po nieznaczącej, co jest podkreślone dość wyraźnie, osobie podmiotu lirycznego w skali mikro i niezwykle nieistotnym charakterze istnienia, pojawia się perspektywa makro. Takie swoiste przeciwstawienie dwóch wielkości. Małego człowieka i wielkiego wszechświata, cel tego fragmentu, to chyba strach przed ogromem kosmosu, i strach o człowieka, który jak zwykle to widać, nie czyni nic wielkiego w swoim życiu, a co dopiero chwalebnego, tego co zapamięta historia.

 

Tu bardzo szczególne odniesienie do aktualnych wydarzeń. Cytat podkreśla, wiarę autorki włożoną w usta podmiotu lirycznego, że uczciwa ludzkość nie planuje spisków, a jest ich odbiorcą oraz że jesteśmy w tej sytuacji ofiarami jakiejś teorii spiskowej, która w myśl peel'a jest realna. Błahość rozdawanych tofików przy powadze wstępu do fragmentu, pokazuje kontrast i podwyższa też nieco powagę pierwszej informacji o nie tyle teorii spiskowej, ile realnemu zagrożeniu.
Sam się do tego nie będę odnosił, bo to nie miejsce na politykę.

Dalsza część fragmentu mówi o kwarantannie, która doprowadza do obłędu.

Człowiek, który wypił farbę i pogryzł płótno, nie jest w dobrej kondycji ani fizycznej, ani psychicznej, jednak wiem, że to tylko silna metafora, która nie ma związku z prawdą, a jedynie podkreśla nacisk na skutki długotrwałej izolacji.

"Mija już kolejny rok" - Wydaje się, że trud izolacji został opanowany, "Po niebie szybują pawie" - że zainteresowanie skupiło się na czymś zwykłym i niezwykłym, bo pawie są piękne, są też symbolem gracji i piękna, wiec tory życia w czasie pandemii zmieniły się i obserwacja otoczenia i tego co jest poza domem, staje się czymś potrzebnym i naturalnym, ale też jest dowodem, że sobie radzimy, bo to lepsze od picia farby czy od gryzienia płótna.

 

Jeden wiosny nie czyni - Rozumiem to tak, że samą obserwacją pawi nie uda się zastanowić dłużej niż miesiąc czy dwa, dlatego do przełomu, który na wiosnę ma być, jeszcze daleko i trzeba żyć, działać i znajdować co rusz nowe zajęcie.

 

Kolejna część - to już wyminięcie tematu głównego, jakby, że i tak damy sobie radę, coś będzie potem, coś się wymyśli, zaradzimy znudzeniu za każdym razem, gdy się pojjawi - to mają za zadanie przekazać kormorany i sprzątanie piwnicy.

 

 

Całokształt wiersza, który wydał się początkowo błahy i nudny oraz zbyteczność, by go czytać, jakby przebiła eter, wnioskiem, że nie ma sensu, zostały obalone bardzo dużą złożonością i skomplikowaniem przekazu w tych zasadniczo, wydawałoby się, prostych linijkach tekstu. Od dzisiaj wrzucam pani profil do obserwowanych i będę analizował treści, jak detektyw. Dziękuję za tę dłuższą chwilę z pani tekstem i życzę miłej nocy.

 

Pozdrawiam!

Opublikowano

@Dawid Rzeszutek Szanowny Panie Dawidzie,

Nie wiem, czy jest Pan doktorem filologii polskiej, czy "zaledwie" koneserem literacko-poetyckim, ale przyznam, że zaniemówiłam czytając tę analizę, która ukazuje niebywałą wrażliwość Pana jako krytyka i zarazem odbiorcy.

 

To dla mnie olbrzymie wyróżnienie, jeśli ktoś (pomimo tych zagmatwanych i bywa że nonsensownych meandrów myślowych) znajdzie w mojej afektowanej i przewidywalnej pisaninie coś, do czego może się odnieść, znaleźć w którymś z wersów kawałek siebie. Ten rodzaj inymności jest czymś bardzo cennym dla mnie i, mam nadzieję, dla Pana również.

 

Nie będę w żaden sposób nawiązywać już do samego prozo-wiersza, który przykuł Pańską uwagę - ten esej interpretacyjno-krytyczny jest genialny sam w sobie (Doceniam wyrozumiałość dla kwestii braków warsztatowych, czy konceptualnego chaosu). Na  tym poprzestańmy.

 

Dodam na swoją obronę, że te słowotoki myślowe powstają zazwyczaj w pewnym półśnie, czasami wręcz wybudzają mnie w porze ok. 2-3 w nocy i bywa to dość męczące jeśli chodzi o normalne funkcjonowanie. W każdym razie nie posiłkuję się żadnymi substancjami psychoaktywnymi ;), może właśnie tą twórczością odreagowuję dość trzeźwe spojrzenie na świat.

 

Jeszcze raz serdecznie dziękuję za pochylenie się nad Nie przeszkadzać i poważne potraktowanie zawartości. Życzę Panu dobrego i spokojnego Roku 2021, wielu skucesów nie tylko na płaszczyźnie literackiej, ale też w każdej dziedzinie życia. Pozdrawiam ciepło! 

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @Bożena Tatara - Paszko Poglądy sumienia chowają, idiotyzmy wprowadzają, idioci im klaskają, bo koryta pełne mają .   Pozdrawiam serdecznie 5 Miłego dnia 
    • Wędrował sobie pewnego razu po świecie pewien człowiek. Kim był? Nie wiadomo. Sam o sobie mówił, że jest po prostu włóczęgą, poszukującym nieodkrytej jeszcze przez nikogo ziemi. Ludzie, gdy to słyszeli, patrzyli na niego z politowaniem i pukali się palcami w głowę, no bo jakże to? Przecież każdy skrawek naszego globu został już dawno zbadany, opisany i umieszczony na tysiącu map oraz atlasów. Skąd więc pomysł, aby odnaleźć jakąś ziemię, nieznaną i niczyją? Ten człowiek był również poetą. Pisał wiersze i twierdził, że to właśnie za ich pomocą on tę ziemię w końcu odszuka, zobaczy i przemierzy. Któregoś dnia wędrowiec, zmęczony długą marszrutą, zatrzymał się w niewielkim miasteczku, na rynku. Rozmawiał tam z jego mieszkańcami o poezji, czytał im swoje wiersze i opowiadał, że gdzieś daleko, za ogromnym górskim masywem, za niezgłębionym oceanem, za tysiącem burz i za tysiącem wschodów słońca, istnieje ziemia, której piękno nie może się z niczym równać, ale nikt nie wie dokładnie, jak do niej trafić. Ludzie z miasteczka, jak zwykle, nie chcieli mu wierzyć. Nawet go nie słuchali, zajęci swoją codzienną krzątaniną. Przekupki zachwalały dorodne owoce i warzywa, kuglarze dawali pokazy żonglowania pochodniami, dzieci tłoczyły się wokół stoisk z cukrową watą i balonikami. Tylko jeden mały chłopiec podszedł do poety i zaczepił go: - Proszę pana... Proszę pana, czy może mi pan opowiedzieć coś o tej ziemi, której pan szuka? Jak tam jest? - Tam jest jak w raju - odparł człowiek, a w jego oczach rozbłysł skrywany głęboko zachwyt. - Drzewa nigdy nie są nagie. Ptaki wiecznie śpiewają o wiośnie i lecie. Wszędzie kwitną kwiaty w rozlicznych barwach, roztaczając zapachy, których nawet sobie nie potrafimy wyobrazić. Na niebie pojawiają się codziennie zorze i tęcze, a przez doliny, rozgrzane łagodnością słonecznego blasku, płyną niebieskie roziskrzone rzeki niby jedwabne wstążki. Zwierzęta nie polują na siebie, tylko pod koniec dnia spotykają się u wodopojów i rozmawiają ze sobą pogodnie w nieznanych, tajemnych językach. Żyją tam jedynie sami szczęśliwi ludzie, którzy się gorąco kochają... - Eeee... - stwierdził chłopiec, marszcząc czoło. - Nie ma takiego miejsca. Kłamiesz albo zmyślasz! - dorzucił i pobiegł ku zakurzonym miejskim uliczkom, pogrążonym w popołudniowej sjeście. Włóczęga postanowił również odpocząć przy niewielkim klombie, na gorącym od słońca skwerze. Żar lał się z nieba, mącił myśli, zasnuwał źrenice ciężką, kleistą powłoką. Człowiek pogrążył się w końcu w mętnym półśnie i nagle poczuł, że coś delikatnie trąciło jego dłoń. Uniósł powieki i zobaczył, jak na jego ręce usadowił się mały ptaszek. Był to rudzik, szary z pomarańczowym brzuszkiem, który przechylał łebek raz w lewą, raz w prawą stronę, i obserwował człowieka bystrymi, ciekawskimi koralikami oczu, Raz po raz podfruwał do góry, a potem znowu przysiadał na jego dłoni. - Co ty mi chcesz powiedzieć, ptaszku? - zagadał wędrowiec. Ostrożnym ruchem sięgnął do kieszeni, gdzie znalazł trochę okruchów bułki. Wysypał je na dłoń i poczekał, aż rudzik odważy się skorzystać z tego skromnego poczęstunku. Ptak skubnął kilka okruszków, a następnie znów zaczął na przemian wzbijać się w powietrze i powracać ku rękom człowieka, cały czas słodko poćwierkując. - Mam za tobą iść? - spytał wędrowny poeta. Rudzik oddalił się nieco, lecz przysiadł na gałęzi pobliskiego drzewka, jakby czekał na zaskoczonego tym zdarzeniem włóczęgę. Ów wreszcie wstał i ruszył za ptaszkiem. Opuścił senne miasteczko, po czym skręcił w polną drogę, która prowadziła na zachód. Minął parę opuszczonych domostw oraz wielką łąkę, hojnie usianą miriadami polnych kwiatów - rumianków w białych spódniczkach, wrotyczy jak błędne ogniki, dzikich ślazów zalotnie uśmiechniętych do przysiadających na ich płatkach modraszków. Wtem ptaszek zatrzymał się przy jednej z rozsypujących się ruder. Człowiek minął, zaciekawiony, drewnianą szopę, stare, skrzypiące pomieszczenia gospodarcze, aż dotarł do drewnianego płotu, pokrytego ciemnym, zielonym nalotem. W płocie znajdowała się furtka, zamknięta na haczyk. Rudzik usiadł nieopodal i radośnie zaświergotał. Wędrowiec otworzył furtkę i znalazł się, ku swemu zaskoczeniu, w starym ogrodzie. Był to bardzo dziwny ogród. Mogło się wydawać, że ktoś go opuścił w pośpiechu, nagle i bez jednego słowa pożegnania. Kiedyś ogrodowe alejki, kwietniki i krzewy musiały być pielęgnowane z zapałem i wielkim wyczuciem smaku. Gdzieniegdzie stały stylowe, ozdobne ławki, które czas obdarł nie wiadomo kiedy z eleganckiej bieli. Na środku ogrodu wznosiła się nieczynna fontanna, która zapewne niegdyś cieszyła oczy widokiem srebrzystych strug wody tańczących nad marmurowym basenikiem. Niedaleko fontanny znajdowała się huśtawka, przygnieciona i złamana przez gruby konar drzewa, na którym została zawieszona. W ogrodzie pełno było różanych krzewów. Poeta nigdy nie widział takiej obfitości i tylu odmian róż. Pnące, dzikie, miniaturki - wszystkie zdawały się pamiętać czas, gdy jakaś troskliwa ręka opiekowała się nimi dbając, aby rozwijały się, rozrastały i kwitły. Teraz jednak krzewy zdziczały, zmarniały, jakby zmęczone samotnością i ciszą. To właśnie ta cisza uderzyła najbardziej człowieka; w ogrodzie nie śpiewał ani jeden ptak, ani jeden liść nie szumiał pod muśnięciami wiatru. Obecna tu przyroda sprawiała wrażenie zastygłej w niewyobrażalnie bolesnym milczeniu. Nawet rudzik, który przycupnął lękliwie na chudziutkim, różanym pędzie, przestał ćwierkać, tylko wpatrywał się w człowieka uważnie i pytająco. - Co to za ogród...? I co ja mam z tym wspólnego? - pokiwał głową wędrowny poeta. - Tu nikogo nie było od lat, najwyżej duchy jakichś wspomnień zlatują się nocą do tej fontanny i do porozbijanych latarni, jak stare nietoperze. Te ścieżki dawniej żyły, z pewnością... Odpowiadały zapachem kwiatów niebu na jego zaczepki, tętniły beztroską młodością, a teraz...? Może kiedyś w owym miejscu ktoś kogoś kochał, ktoś się śmiał, ktoś tańczył wśród milionów róż, podczas gdy dziś jest tu tak cicho, że moje własne myśli lękają się głośniej odetchnąć... Zachodzące słońce zostawiało na zastygłych bez ani jednego drgnienia liściach czerwonawą poświatę. Znużony człowiek usiadł na jednej z niszczejących ławek i westchnął. - Żeby to wszystko przywrócić znów do życia, potrzeba wiele wysiłku. Ale może warto? Co, ptaszku? Czy o to ci właśnie chodziło?- zapytał, szukając wzrokiem swojego skrzydlatego towarzysza. Rudzik podfrunął do niego i poeta przysiągłby, że ptak skinął twierdząco swoją szarą główką.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następne dni i tygodnie upłynęły poecie na ciężkiej pracy. Od brzasku do późnej nocy sprzątał alejki, wyrywał chwasty, kosił trawniki, naprawiał połamane ławki, reperował latarnie. W starej szopie, która stała przy ogrodzie i w której teraz zamieszkał, znalazł wszystkie potrzebne narzędzia, zupełnie jakby ktoś je zostawił specjalnie dla niego. Ponieważ dotychczas tylko pisał wiersze, zupełnie nie znał się na ogrodnictwie, ale czuł, że intuicja podpowiada mu, co należy robić. Po prostu, gdy czegoś nie wiedział, siadał sobie przy fontannie, pogrążony w zadumie, aż wcześniej czy później znajdował odpowiedź na swoje pytanie. A może ktoś mu coś szeptał do ucha? Ogród z wolna otrząsał się z przygnębiającego nastroju i prezentował się całkiem przyjemnie. Zaczęły do niego przylatywać ptaki, z początku nieśmiało, lecz później zadomowiły się na dobre. Nocami słowiki uwijały się wśród gęstych krzewów róż, a z rana nowy dzień witały zięby swoimi przeciągłymi, melodyjnymi trelami. Latarnie oświetlały zadbane trawniki i oplatały ławki miękkimi cieniami. Zieleń rozrosła się bujna, soczysta, już nie dzika i trwożliwa. Człowiek cieszył się, widząc, jak jego starania przynosiły owoce, lecz martwiło go, że choć zdecydowanie ogród powracał do życia, nie zrodził się w nim dotychczas ani jeden kwiat. - No przecież po to jest ogród,żeby w nim coś kwitło! - martwił się wędrowiec. Podlewał troskliwie różane krzaczki, przycinał martwe pędy, raniąc sobie palce cierniami, pojechał też do miasteczka po specjalny nawóz - i nic! Ani jeden pąk nie chciał pojawić się wśród błyszczących liści. - A jednak te róże kogoś cieszyły kolorami i słodyczą - westchnął poeta. - Co ja mam teraz zrobić? Nic z tego nie rozumiem. Przecież już za parę dni zaczyna się lato... - Co ja mogę uczynić dla tego ogrodu, co więcej? Starał się jeszcze bardziej. Wstawał przed słońcem i pracował niemal do samej północy. Znał już w tym miejscu każdy zakątek i tak bardzo wyczekiwał chwili, w której choć jedna róża zaczerwieni się się w kolczastym gąszczu. Któregoś upalnego popołudnia, smutny i zmęczony, usiadł na jednej z ławeczek, wbiwszy zniechęcony wzrok w martwą fontannę. Chciało mu się płakać. Tyle wysiłku na nic! Bezradnie wyciągnął z jednej ze swoich kieszeni ołówek i nieduży, pognieciony zeszyt, w którym kiedyś zapisywał swoje wiersze. Od dawna niczego nie stworzy, zajęty nawożeniem, okopywaniem, pieleniem, koszeniem i podlewaniem. Teraz jednak poczuł, że musi ułożyć wiersz. Wiersz o tym, jak bardzo zależy mu na tym ogrodzie. Jak bardzo się spracował bez żadnego efektu. Jak bardzo boli go, że nie potrafi wypełnić tych ścieżek radością, którą ktoś musiał zabrać ze sobą na zawsze, bezlitośnie odchodząc. Pisał, że mimo wszystko przeszłość nie musi przecież ciążyć nad tym, co przecież żyje i pragnie życia. Że chociaż ktoś porzucił przed laty ten świat i zabrał ze sobą nadzieję oraz wolę kwitnienia - teraz przecież jest on, poeta, który uczy się dbać o dotkliwie niegdyś zranione rosarium. Dotkliwie - lecz przecież nie śmiertelnie. Na końcu chciał jeszcze napisać jeszcze jedno słowo, ale jego pióro zatrzymało się, jakby jeszcze nie ufało własnej śmiałości. A potem człowiek przeczytał swój wiersz na głos. Przeczytał go dla tego dziwnego ogrodu. I wtedy pierwszy raz poczuł, jak wszystkie gałązki różanych krzewów gną się od ciepłego podmuchu wiatru, który łagodnie nadszedł nie wiadomo skąd. Poeta wstał i postanowił przejść się po alejkach. Nie uszedł nawet kilkunastu kroków, gdy nieoczekiwanie u swoich stóp dostrzegł kilkanaście drobniutkich roślinek, wychylających się niepewnie z ziemi Nigdy wcześniej nie widział tutaj podobnego gatunku. Ukląkł przy nich i poczuł, jak fala wrzących łez zalewa mu policzki. Maleńkie wschodzące krzewinki pokryte były pąkami kwiatów. Tak, niewątpliwie za kilka dni te pąki rozwiną się, a delikatne łodyżki będą dźwigać najpiękniejszy ciężar na świecie - ciężar życia. Człowiek pragnął całować i pieścić skromne listki młodziutkich siewek, ale nie chciał ich uszkodzić przedwczesną radością i swoim niezręcznym dotykiem. Od tego momentu, przed udaniem się na spoczynek, gdy już uporał się ze swoimi zwykłymi obowiązkami, siadał przy malutkich, rodzących się kwiatkach i czytał im swoje kolejne wiersze, pisane z czułością i pokorą. Pewnego wieczoru poeta dostrzegł, że od północy nadciągają nad ogród ciemne, burzowe chmury. "No tak, przecież to już lato...", westchnął. To miała być pierwsza burza w tym roku. "Trzeba koniecznie zadbać o moje kwiatki, ochronić je, przecież jeszcze nie zdążyły się rozwinąć, i teraz miałaby je zniszczyć ulewa albo wichura? Będę czuwał, nie pozwolę na to!" Nocą przez ogród przetoczyła się istotnie wściekła nawałnica. Strugi ulewnego deszczu gięły do ziemi gałęzie różanych krzaków, a wichura chłostała alejki, trawniki, ławki i latarnie niewidzialnymi kańczugami. Człowiek pozostał w bezruchu przy swojej gromadce kwiatków, którą osłaniał własnym ciałem, mówiąc do nich niemal jak do dzieci: - To tylko burza. Ja też się boję, ale przecież jesteśmy razem. Obolały i przemoknięty pilnował, aby huragan nie uszkodził żadnego listka ani żadnej łodyżki. Nad ranem burzowe chmury ustąpiły na niebie miejsca drżącym promieniom świtu. I w tym złoto-różowym świetle, na jednej z pokrytych jeszcze kroplami wody kępek, pojawił się pierwszy kwiatek. Była to niezapominajka. Poeta oszalał wprost ze szczęścia, Zaczął biegać radośnie po ścieżkach w ogrodzie, tańczyć, śpiewać, krzyczeć, na zmianę płakać i śmiać się. Potem wrócił znów do swoich niezapominajek i z radosnym zdumieniem zobaczył kolejne błękitne kwiatki, pozdrawiające go zalotnymi mrugnięciami z objęć jasnej czystej zieleni. - Kocham was - napisał tego dnia poeta w swoim najnowszym wierszu, który przeczytał im na dobranoc. W myślach tulił je i pieścił. Kwiaty zdawały się wszystko rozumieć i jakby zalśniły w ciemności ukrytym, gorącym światłem.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następnego dnia człowiek stwierdził, że musi pójść do miasteczka, kupić nowy szpadel, bo stary już do niczego się nie nadawał. Ponieważ burza wyrządziła w ogrodzie wiele szkód, potrzebował również jeszcze paru innych rzeczy, aby wszystko ponaprawiać. Pogładził lekko dłonią krzewinki niezapominajek. - Niedługo wrócę - obiecał. Z głębi ogrodu przyleciał rudzik, i usiadł mu śmiało na ramieniu. Chwilę poćwierkał, a potem zniknął w kolczastej różanej gęstwinie. Na rynku jak zawsze było głośno i tłoczno. Straganiarze przekrzykiwali się nawzajem nad stertami towarów, w powietrzu pachniało grillowaną kiełbasą, gołębie tłoczyły się przy przepełnionych śmietnikach. Poeta, zaopatrzywszy się w niezbędne narzędzia, zatrzymał się jeszcze na chwilę przy stoisku z lemoniadą, gdyż zachciało mu się pić. - O, to pan?- usłyszał nagle chłopięcy głos, który skądś znał. - Tak - odparł. Przypomniał sobie swoją dawną rozmowę z owym dzieciakiem, który tamtego dnia nie uwierzył w jego najskrytsze marzenia. - I co, znalazł pan tę swoją wspaniałą krainę? - spytał chłopiec, obrzuciwszy go łobuzerskim spojrzeniem. - Tę, gdzie podobno wszystko jest takie cudowne i panuje wieczne szczęście? - Znalazłem - odpowiedział z uśmiechem poeta, myśląc o swoich niezapominajkach.  
    • spadł puch swym ramieniem przytulił rozżalonych rozjarzone brylanty na ziemi tliły się w oczach białe morze wzburzyło się po raz pierwszy od dawien dawna chcąc byśmy przypomnieli sobie, jak to jest płynąć po nim saniami   potajemnie zmówił się nieboskłon z chmurami urwiska stanął się przystankami drogi porwą pojazdy chwalić będziemy się i ogrzewać śmiejąc z gniewu, niekiedy i radości   przytulnie będzie aniołem zostać bo w końcu biel nas zewsząd otacza byle dłoni nie zajechać po całości, czymś musimy postawić posągi z węgli i marchewek   wieczór dziś jest specjalny inny niźli zawsze tańczymy nieświadomie pod jednym płaszczem bawimy się jak niegdyś i tylko to się liczy wszystko to, gdy palą się lampy pomimo tego, że marzniemy   uwieczniona kamera taśma przygotowana na niby nijak wszystko dlatego że dnia dzisiejszego, zwykłego jak inne, spadł puch    
    • @Radosław   a Ty jak Kogut…  

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @KOBIETA Bądź  jak Supernova. 
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...