Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano (edytowane)

Piosenka o zającach 

Song about hares

 

`Song about hares` from a Russian classical comedy film `The Diamond Аrm` was composed by Alexandre Zatsepin, written by Leonid Derbenyov and sung by an outstanding Russian comedian Yuri Nikulin in 1968.
An unofficial anthem of grassroot Russia. It`s a joke, of course. But every joke contains a little bit of the joke, as a Russian saying goes.

 

"Piosenka o zającach" z klasycznej rosyjskiej komedii "Brylantowa ręka" została skomponowana przez Aleksandra Zacepina do słów Leonida Dierbieniowa i zaśpiewana przez wybitnego rosyjskiego komika Jurija Nikulina.
Nieoficjalny hymn  Rosji. To oczywiście żart. Ale w każdym żartie jest tylko ułamek żartu, jak mówi rosyjskie przysłowie.

 

English translation by Andrew A. OWIE, Polish translation by T. Kowszewicz

Tłumaczenie na język angielski - Andrew A. OWIE, przekład na język polski - T. Kowszewicz

 

SONG ABOUT HARES
PIESIONKA O ZAJĄCACH
PIEŚNIA O ZAICACH
In the dark-blue thick forest
W lesie granatowym,
W ciomno-siniem lesu,

Where aspens keep trembling
Gdzie osiny drżące,
Gdie triepieszczut osiny,

Where miraculous oaks
Z czarodziejskich dębów
Gdie s dubow-kołdunow

Drop at times the carved leaves,
Liście lecą w dół,
Obletajec listwa,

There’s a glade where hares
Na polanie nocą,
Na polanie trawu

Mowed the magical green grass
Trawę koszą zające,
Zajcy w połnoć kosili,

And besides this, in unison,
Nucąc sobie przy tym
I pri etom napiewali

Chanted the strange tune.
Kilka dziwnych słów:
Strannyje słówa:

 

We don’t give a damn,
Mamy wszistko gdzieś,
A nam wsio rawno,

We don’t give a damn,
Mamy wszistko gdzieś,
A nam wsio rawno,

Though we are afraid
Choć boimy się
Pusć boïmsia my

Of the wolves and owls,
I wilka i sowy,
Wołka i sowu,

We are busy now,
Sposób mamy wraz,
Dieło jesc u nas - 

At this dreadful hour,
By w ten trudny czas,
W samyj żutkij ćas,

We have much to do,
Magią trawę tnąc,
My wołszebnuju

To mow the magic grass.
Znosić stan lękowy.
Kosim tryn-trawu.

 

The miraculous oaks
Czarodziejskie dęby
A duby-kołduny

Murmur somewhat in darkness,
Szepcą coś we mgle,
Szto-to szepcut w tumanie,

Dirty rotten quagmires
Nad bagnami całun,
U poganych bołot

Waken shadows of fright,
Straszna jakaś pleśń,
Ciï-to ceni wstajuc.

But the hares all the same
Zając każdy trawę
Kosiac zajcy trawu,

Mow the green-grass for nothing
Na polanie rżnie,
Tryn-trawu na polanie

And for fear getting quicker
I ze strachu nawet szybciej
I ot stracha wsio bystrieje

Chant their funny tune.
Śpiewa taką pieśń:
Piesenku pojuc:

 

We don’t give a damn,
Mamy wszistko gdzieś,
A nam wsio rawno,

We don’t give a damn,
Mamy wszistko gdzieś,
A nam wsio rawno,

Though we are afraid
Choć boimy się
Pusć boïmsia my

Of the wolves and owls,
I wilka i sowy,
Wołka i sowu,

We are busy now,
Sposób mamy wraz,
Dieło jesc u nas - 

At this dreadful hour,
By w ten trudny czas,
W samyj żutkij ćas,

We have much to do,
Magią trawę tnąc,
My wołszebnuju

To mow the magic grass.
Znosić stan lękowy.
Kosim tryn-trawu.

 

We don’t give a damn,
Mamy wszistko gdzieś,
A nam wsio rawno,

We don’t give a damn,
Mamy wszistko gdzieś,
A nam wsio rawno,

We believe in what
Bo mocno wierzmy
Twiordo wierim my

The ancient fable tells us.
W starą dobrą wieść,
W driewńuju mołwu:

Courage is of theirs,
Śmiały będzie skok,
"Chrabrym staniec tot,

Who three times a year
Gdy trzy razy w rok,
Kto tri raza w god

At this dreadful hour
Równo z trawą kosząc,
W samyj żutkij ćas,

Mows the magic grass.
Wroga da się znieść.
Kosic tryn-trawu".

 

We don’t give a damn,
Mamy wszistko gdzieś,
A nam wsio rawno,

We don’t give a damn,
Mamy wszistko gdzieś,
A nam wsio rawno,

And we’ll share soon
Każdy z nas pokona
Staniem my hrabriej

A lion’s strength and might,
Męstwem nawet lwa,
If we stop being cowards
Żaden się nie zgubi
Ustoïm choć raz

At this dreadful hour
I w najcięższej próbie,
W samyj żutkij ćas,

All misfortunes then
Więc nasze nieszczęścia
Wsie napasci nam

We’ll mow as the grass.
Przeminą jak trawa!
Budut  tryn-trawa!

 

The Russian version of the TV show "Your Face Sounds Familiar". A replica of the restaurant scenę from the movie. Yuri Nikulin played by Alexandre Rybak, Norway, Andrei Mironov played by Ruslan Alechno, Ukraine.
Rosyjska wersja programu telewizyjnego „Twoja twarz brzmi znajomo”. Replika sceny restauracyjnej z filmu. Jurij Nikulin grany przez Alexandre'a Rybaka z Norwegii, Andriej Mironow grany przez Rusłana Alechno z Ukrainy.

 

Nb. Lyrics of the song has got an unusual structure, two  parts which are the real poems and several varying choruses, variations. The choruses a responsible for the song's success among listeners, whether it concerns lyrics or music, while inclusions about oaks, etc. not only provide the poem with the quasi-gothic background, but also satisfy the aesthetic tastes of most demanding readers.

Tekst piosenki ma niezwykłą strukturę, dwie części, które są prawdziwymi wierszami i kilka różnych refrenów, ich wariacji. Refreny odpowiadają za powodzenie utworu wśród słuchaczy, niezależnie od tego, czy chodzi o tekst, czy o muzykę, a inkluzje o dębach i t.d. nie tylko nadają wierszowi quasi-gotyckie tło, ale także zaspokajają gusta estetyczne najbardziej wymagających czytelników.

 

 

Edytowane przez Andrew Alexandre Owie (wyświetl historię edycji)
Opublikowano (edytowane)

Poezja Derbieniewa jest prawdziwym wyzwaniem dla tłumacza. Tłumacze to wiedzą, dlatego nieustannie tłumaczą tego autora na języki obce, przede wszystkim na angielski. Nawet Wysocki jest mniej tłumaczony. Jednak Wysocki jest jeszcze trudniejszy. Uważam, że moje tłumaczenie tekstu tej piosenki jest jednym z najlepszych. Jeśli tak, to zdałem egzamin.
Żart! Ale...! 


 

Edytowane przez Andrew Alexandre Owie (wyświetl historię edycji)

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • Krótki, ostrzegawczy szmer poprzedził huk, który rozszedł się w ciemności podziemia, głośny do tego stopnia, że z nadmiarem wypełnił pustą do tej pory przestrzeń zmysłów. Ryk żołądka fabryki jeszcze chwilę kaskadował, a Karol zdał sobie sprawę z tego co właśnie usłyszał - jedna z wielkich gór węgla musiała runąć na ziemię.

      Odurzony dziecięcą fascynacją, chłopiec z powrotem włączył latarkę, otrzepał spodnie, i ruszył w drogę powrotną. Wszystkie pomieszczenia zdawały się jałowe, ich osnowa tajemniczości leżała poszarpana w strzępach tłustych pajęczyn, lecz kiedy wreszcie Karol skierował wzrok latarki na drzwi pierwszego pokoju, ciemność nie ustąpiła ani kroku. Pierwszy raz dzisiaj jedenastolatka ogarnął prawdziwy strach, nie ten napędzający wolę walki, czy wzniecający pożądanie zakazanego, ale najprostszy, dziecięcy strach, ten sam, który każe chłopcowi bać się wilkołaków lub kosmitów. Przez chwilę, Karol stał wpatrując się w ścianę czerni, nie wiedząc nawet co ze sobą zrobić, aż instynktownie rzucił się ku zaspie wyrzucając z niej pojedynczo kolejne grudki węgla. Każdy wyrzucany kamyczek zdawał się być od razu zastępowany następnym i następnym, a niektóre zwalały do środka jeszcze więcej gruzu, aż rozsypywał się on pod butami chłopca. W panice Karol odrzucił latarkę, nadal żarzącą się w rogu pokoju, aby obiema rękoma wyryć sobie drogę przez zaspę. Kolejnymi, długimi zamachami wyrzucał sprzed siebie garści kamienia, jakby płynął w ciemności, jak niedoświadczony pływak - nieważne ile energii nie wkładający w swe ruchy, zastygły w miejscu. Chłopiec poczuł na sobie ciepły dotyk, a kiedy spojrzał w dół, zobaczył, że wokół jego paznokci zbiera się krew. Karol cierpiał na tę przypadłość, przez którą mdlał na widok własnej krwi. Jej mezalians z węglowym pyłem odbierał mu powoli wzrok. Musiał zrobić sobie przerwę, lecz praktycznie całą posadzkę pokoju pokrywały rozrzucone grudki węgla, przeszedł więc on do następnego pokoju, gdzie padł dopiero na ziemię, wychładzając się z pierwszego przypływu adrenaliny. Próbując racjonalnie myśleć, zdjął z siebie zimową kurtkę, pod którą zdążył się już porządnie spocić, wytarł w jej futro brudne dłonie i ustabilizował oddech. Przez jego gardło przeszedł najbardziej donośny krzyk na który mógł się zdobyć. Wzywał pomocy w regularnych odstępach, a jego ślina gęstniała z każdym kolejnym przełknięciem.

      Rozpłakał się. Spływające, gorące i ciężkie łzy, wytyczyły ślady w czarnym pyle pokrywającym jego policzki. Nie miał czasu się wstydzić, szlochał prawdziwie rozdzierająco, to znów przechodził w przerywany oddech, mamrotał pod nosem, lub trwał w całkowitej ciszy, gdzie tylko lekkie spazmy oznaczały rozpacz. Rozbolała go głowa, a ciemność przed nim zaczęły wypełniać finezyjne kształty i kolory, przypominające wygaszacz ekranu z domowego komputera - fioletowe i niebieskie wstążki zwijały się wokół Karola, kurczyły i pulsowały, uciekały na chwilę, i wracały z drugiego krańca wizji. Rozłożył się na posadzce, i mógłby przysiąc, że gdzieś w tle rozlega się kolejny szkolny dzwonek. Zatkał uszy palcami, a hałas trwał w najlepsze. Jak alarm przeciwpożarowy, nieprzerwany brzęk wdrążał się w jego mózg, tupot uczniowskich kroków na schodach wybijał marszowny, wojskowy krok, jakiegoś pośpiesznego i niecierpliwego wojska, głodnego krwi i śmierci. Tupot. Tupot. Trupot. Nieprzerwane bębny kołatającego serca. Karol zerwał się na równe nogi, a jego głowa pozostała na ziemi. Formy przed oczami przypominały lany w andrzejki wosk. Świetliste kontury składały się w rude gwiazdozbiory. Rude. Nitki rudych włosów trzepotały na wietrze ciała szklistego. Karol nachylił się, żeby je pocałować, a one odfrunęły pod sam sufit, nęcąc go po kolei swoją bliskością, tylko po to, aby uciec w ostatnim momencie. Zlizana z warg sól zdawała się teraz smakować owocową pomadką do ust. Truskawki. Kiedy jego mama usługiwała sąsiadom, aby zarobić na związanie początku miesiąca z końcem, zabierała go ze sobą do ogródka, on plewił chwasty, a ona zbierała z krzewów owoce - dojrzałe i ponętnie czerwone w skwarnym, letnim słońcu. Jego dłonie w roboczych rękawiczkach nie mogły się równać jej, czerwonym i gładkim, jak wyrobiony w korycie rzeki kamień.

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Krótki, ostrzegawczy szmer poprzedził huk, który rozszedł się w ciemności podziemia, głośny do tego stopnia, że z nadmiarem wypełnił pustą do tej pory przestrzeń zmysłów. Ryk żołądka fabryki jeszcze chwilę kaskadował, a Karol zdał sobie sprawę z tego co właśnie usłyszał - jedna z wielkich gór węgla musiała runąć na ziemię. Odurzony dziecięcą fascynacją, chłopiec z powrotem włączył latarkę, otrzepał spodnie, i ruszył w drogę powrotną. Wszystkie pomieszczenia zdawały się jałowe, ich osnowa tajemniczości leżała poszarpana w strzępach tłustych pajęczyn, lecz kiedy wreszcie Karol skierował wzrok latarki na drzwi pierwszego pokoju, ciemność nie ustąpiła ani kroku. Pierwszy raz dzisiaj jedenastolatka ogarnął prawdziwy strach, nie ten napędzający wolę walki, czy wzniecający pożądanie zakazanego, ale najprostszy, dziecięcy strach, ten sam, który każe chłopcowi bać się wilkołaków lub kosmitów. Przez chwilę, Karol stał wpatrując się w ścianę czerni, nie wiedząc nawet co ze sobą zrobić, aż instynktownie rzucił się ku zaspie wyrzucając z niej pojedynczo kolejne grudki węgla. Każdy wyrzucany kamyczek zdawał się być od razu zastępowany następnym i następnym, a niektóre zwalały do środka jeszcze więcej gruzu, aż rozsypywał się on pod butami chłopca. W panice Karol odrzucił latarkę, nadal żarzącą się w rogu pokoju, aby obiema rękoma wyryć sobie drogę przez zaspę. Kolejnymi, długimi zamachami wyrzucał sprzed siebie garści kamienia, jakby płynął w ciemności, jak niedoświadczony pływak - nieważne ile energii nie wkładający w swe ruchy, zastygły w miejscu. Chłopiec poczuł na sobie ciepły dotyk, a kiedy spojrzał w dół, zobaczył, że wokół jego paznokci zbiera się krew. Karol cierpiał na tę przypadłość, przez którą mdlał na widok własnej krwi. Jej mezalians z węglowym pyłem odbierał mu powoli wzrok. Musiał zrobić sobie przerwę, lecz praktycznie całą posadzkę pokoju pokrywały rozrzucone grudki węgla, przeszedł więc on do następnego pokoju, gdzie padł dopiero na ziemię, wychładzając się z pierwszego przypływu adrenaliny. Próbując racjonalnie myśleć, zdjął z siebie zimową kurtkę, pod którą zdążył się już porządnie spocić, wytarł w jej futro brudne dłonie i ustabilizował oddech. Przez jego gardło przeszedł najbardziej donośny krzyk na który mógł się zdobyć. Wzywał pomocy w regularnych odstępach, a jego ślina gęstniała z każdym kolejnym przełknięciem. Rozpłakał się. Spływające, gorące i ciężkie łzy, wytyczyły ślady w czarnym pyle pokrywającym jego policzki. Nie miał czasu się wstydzić, szlochał prawdziwie rozdzierająco, to znów przechodził w przerywany oddech, mamrotał pod nosem, lub trwał w całkowitej ciszy, gdzie tylko lekkie spazmy oznaczały rozpacz. Rozbolała go głowa, a ciemność przed nim zaczęły wypełniać finezyjne kształty i kolory, przypominające wygaszacz ekranu z domowego komputera - fioletowe i niebieskie wstążki zwijały się wokół Karola, kurczyły i pulsowały, uciekały na chwilę, i wracały z drugiego krańca wizji. Rozłożył się na posadzce, i mógłby przysiąc, że gdzieś w tle rozlega się kolejny szkolny dzwonek. Zatkał uszy palcami, a hałas trwał w najlepsze. Jak alarm przeciwpożarowy, nieprzerwany brzęk wdrążał się w jego mózg, tupot uczniowskich kroków na schodach wybijał marszowny, wojskowy krok, jakiegoś pośpiesznego i niecierpliwego wojska, głodnego krwi i śmierci. Tupot. Tupot. Trupot. Nieprzerwane bębny kołatającego serca. Karol zerwał się na równe nogi, a jego głowa pozostała na ziemi. Formy przed oczami przypominały lany w andrzejki wosk. Świetliste kontury składały się w rude gwiazdozbiory. Rude. Nitki rudych włosów trzepotały na wietrze ciała szklistego. Karol nachylił się, żeby je pocałować, a one odfrunęły pod sam sufit, nęcąc go po kolei swoją bliskością, tylko po to, aby uciec w ostatnim momencie. Zlizana z warg sól zdawała się teraz smakować owocową pomadką do ust. Truskawki. Kiedy jego mama usługiwała sąsiadom, aby zarobić na związanie początku miesiąca z końcem, zabierała go ze sobą do ogródka, on plewił chwasty, a ona zbierała z krzewów owoce - dojrzałe i ponętnie czerwone w skwarnym, letnim słońcu. Jego dłonie w roboczych rękawiczkach nie mogły się równać jej, czerwonym i gładkim, jak wyrobiony w korycie rzeki kamień.
    • @Charismafilos  wiersz nie jest o tym:)) .Zaskakujące skojarzenie ;) Dziękuję  @Marek.zak1

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

      Dziękuję, nie znałam tego. Sprawdziłam i rozumiem aluzję . Spokojnej nocki;))  @Mel666 Bardzo trafne odczytanie.  Serdecznie dziękuję.  Uściski.

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @wiedźma nie wiem czy się nie mylę, ale dla mnie jest to wiersz o przemocy. Psychicznej, fizycznej....ale ukrytej. Tak o nim mysle po pierwszym czytaniu. Jest świetny!
    • ?trwałość pamięci*   upłynnij wymowę cz chupa chups w kwiatek czy chmurkę   od lat podnosi  poziom serotoniny staś dla nel zdobyłby chupsa zamiast chininy    logo zbyt  późno powstało avida słodycz salvadora dolar   galowe logo którego nie czupiają się zegary co zostało  osiemdziesiąt dziewięć    przełom zabrał malarza cukierek poszedł do kosza  papierek pozostał  w dłoni   * Nawiązanie do tytułu jednego z obrazów S.Dalego.
    • @Poet Ka i dziękuję za wszystkie lajki i komentarze. Wiele dla mnie znacza
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...