Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Zlepek notatek (ponownie wstawione)


Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Zwykle ubierałem się w jakiś komplet dresowy i prosty kaszkiet. Całość została zrobiona ze śliskiego grubszego materiału na przykład w kolorze  turkusowym z domieszkami pomarańczowego. W tym czystym do bólu świecie takie pastelowe kolory nosili wszyscy. Ta specyficzna jednakowość barw które nas otaczały miała wywołać dziwny efekt w pamięci, przebić się w poza granice śmierci i narodzin i chyba to im się udawał jak widać. Lecz nie jednakowy ubiór był fundamentem tych praktyk tylko ta przeklęta powtarzalność i te ciągłe powroty z amnezją w to samo miejsce. Skutkowało to dziwnymi prześwitami w pamięci podobnymi do zjawiska deja vu,  ale nie to było celem istnienia tej planety która przywoływała na myśl ogromną maszynkę  do mielenia mięsa przeznaczoną dla ludzi. Wszystko co otaczało tam człowieka było jednakowe i proste. Jednakowy język, jedzenie, sklepy , auta, autobusy, fryzury, domy, aglomeracje itd. Sztuka malarstwo,  muzyka, poezja  i wiele innych zostały surowo zabronione. Natomiast  morderstwa, kradzieże, rozboje  i wszystkie ciężkie  uczynki w umysłach zdecydowanej większości z nas stanowiły nierozwiniętą abstrakcję  gdyż wystarczające obawy wywoływały błahe wykroczenia  za które wyznaczono tę samą srogą karę.  
 
 Wiedza o reinkarnacji była tam oczywista i mocno zaawansowana w wyższych kręgach władzy wśród tych którzy żyli długo. Natomiast wśród krótko żyjących wpajana mocno w świadomość poprzez ubogą edukację,  ale tylko częściowo tak abyśmy nie zerwali się  z  astro-smyczy która powodowała powroty na tę samą planetę i przeżywanie identycznego życia. Mówiono nam że będziemy  tak krążyć dopóki się nie nauczymy nie łamać  świętego prawa. Zawsze myślałem że tak naprawdę nie chodziło im tylko o to. Podejrzewałem że oni oczyszczając, traktowali nas jak szczury doświadczalne z niższych kast. Mogę się tylko domyślać  prawdy.   
 
Śmierć jawiła się tuż, niewyobrażalnie straszna i okropna  choć nie aż  tak bardzo jak tutaj na tej ziemi. Zdecydowana większość z nas żyła mniej więcej od piętnastu do dwudziestu pięciu lat. Przez i dzięki świętemu prawu, które trochę chroniło młodziutkich po  to  by zabić ich w okresie dojrzewania lub zaraz po.
Tak więc w wieku dziewiętnastu lat złamałem prawo po raz pierwszy w tym życiu, ale po raz kolejny z rzędu  w serii inkarnacji których doświadczałem wracając  tam. Zapadł wyrok i oświadczono mi że jestem skazany na śmierć i kolejny powrót na tę samą planetę w tych samych czasach. Czas jaki mi pozostał był krótki w porównaniu do tego jak odbywa się to tam gdzie ludzie czekają  na wyrok i wykonanie go miesiącami lub latami. Nie trwało to więcej niż dzień. Jakaś część mnie wiedziała że kończyłem tak już dziesiątki lub setki razy, a na poziomie zwykłej świadomości zupełnie naturalnie panicznie bałem się bólu i tego że przestanę istnieć. Nikt nie wiedział do końca czy nie okłamują nas w kwestiach pośmiertnych.
 
Egzekucja,  
 
Wszystko wydawało się  jakieś  niedorzeczne i nieprawdziwe jak we śnie, czym bardziej zbliżał się  koniec tym bardziej się to wzmagało czułem się zupełnie jak  w świecie  z  baśni "Alicja w krainie czarów" i pod wpływem psychodeliku który skondensował życie w krótki okres który miałem jakby cały przed oczami psychiki. W rzeczywistości było to wywołane szokiem, tabletka czy zastrzyk typu głupi jaś nie wchodziły w grę. Mimo edukacji i tortur które groziły za nieposłuszeństwo, zastanawia mnie jak doprowadzili do tego że większość z nas samemu wykonywała na sobie wyroki bez ich pomocy i wedle ich woli.
Na linii startu widniał napis który miał dodawać odwagi skazańcom. Był on znany na całej tej małej planecie i tak często stawał się obiektem żartów że wyśniłem w języku polskim coś  na wzór jego dowcipnej formy którą posługiwano się w zakazanych żartach zamiast oryginału.
 Dystans miał około siedemdziesięciu  metrów był  nieco dłuższy niż trzeba dostosowany do fizjonomii człowieka i szybkości z jaką jest w stanie biec.  Gdy usłyszałem wystrzał z pistoletu który był przeznaczony dla mnie rozpocząłem bieg,  momentalnie po wystrzale... i chyba wtedy podczas tego jednego ostatniego biegu coś się  we mnie zmieniło. Mianowicie  na trzy sekundy przed metą mimo zwierzęcego strachu mój umysł ucichł i pogodził się  z losem, a  ja po prostu wbiegłem i nie zwolniłem ani na chwilę. Tym razem przebiegłem białą  linię  z dużą prędkością nie czując gniewu ani chęci walki o życie i sprawiedliwość. Na samym końcu usłyszałem ten krótki chlust przypominający mocne siknięcie wody z prysznica o ziemię. Po tym był już tylko widok z góry, purpurowa kałuża krwi na białej linii.


                   Eony świetlne od miejsca w którym działo się to. Gdzieś w Polsce w r.1981 urodził się Grześ. Mózg Grzesia był specyficzny. Miał on mikrouszkodzenia które uniemożliwiły mu połączenie się ze świadomością prawidłowo. Oczywiście to była jego wersja pojmowania działania umysłu, zdobyta z wiekiem.
 Mówiąc szczerze cierpiał on na bliżej nie zdiagnozowaną i  nie rozwiniętą formę psychozy. Jego przypadłość powodowała przeróżne scenariusze na temat rzeczywistości. W które wierzył bez zawahania gubiąc logikę i racjonalny osąd. Czasem miewał realistyczne sny. Na przykład opuszczał swoje ciało będąc w pełni świadomy że śni. W życiu naszego bohatera co kilka lat zdarzały się nie wiarygodne historie. Pozostawiały one w Grzesiu takie poczucie że były jemu pisane i trochę go uformowały.

          W wieku 22 lat stojąc w wannie napełnionej wodą i trzymając w dłoni suszarkę do włosów, Przypomniał sobie historię światełka. Ten otępiały stan  wspominek i ucieczki przerwał dzwonek do drzwi. Niespodziewanie do domu wcześniej wróciła mama.Owo światełko pojawiło się w jego życiu jakieś dwa i pół roku temu, a potem po roku później.  

 Światełko w tunelu.

 O drugiej w nocy. Grześ leżał w łóżku obok swej pierwszej miłości nie mogąc zasnąć. Było to w starej sopockiej kamienicy. Sufitował i zastanawiał się co właściwie do niej czuje. W pewnym momencie ogarnęło go dziwne uczucie jak by ktoś go obserwował.

-Co to jest ?

 I ujrzał światełko na suficie, a w miarę jak się wpatrywał jego serce zaczynało bić szybciej. Obiekt wyglądał jak zwykłe światełko na pierwszy rzut oka. Jednak przykuł jego uwagę. Obłoczek wielkości pięści co jakiś czas zmieniał odrobinę położenie. Grześ postanowił wytłumaczyć zjawisko w naturalny sposób, znaleźć źródła zajączka. Gdy stanął na kanapie zorientował się że tego nie dotknie, gdyż sufit był zawieszony zbyt wysoko. Brakowało 40 centymetrów. Daremnie próbował rzucić na to cień ręką. Dziewczyna spała słodko. Próba zbudowania piramidki z poduszek powiodła się. Grześ zdołał wejść na chwiejne poduszki.

-Uff!  światełka już nie było,
- hmm?
-Może było widoczne tylko z perspektywy leżącego w łóżku?
Badacz położył się z powrotem by sprawdzić swą hipotezę. Przeszukując sufit spostrzegł że obłoczek znajduje się na nim dalej , lecz w innym miejscu! Zatacza maluteńkie kółka. Jest poza skrajem kanapy w optymalnym miejscu, które gwarantowało iż  żadne poduszki nie pomogą mu dotknąć obiektu...

Pół roku później ów obiekt nawiedził dom ponownie. Tym razem został spostrzeżony przez ukochaną do granic szaleństwa dziewczynę. Orba częściej zmieniała położenie, wirowała, krążyła delikatnie i pulsowała. Tym postawiła całą rodzinę na nogi, poza ojcem który miał ważniejsze sprawy (czytanie gazety). Babcia szybko zorientowała się że to Matka boska i zaczęła odmawiać zdrowaśki.

 Pocztówka podróżników w czasie.(14 lat później)

    To było pewnego jesiennego dnia. Grzesio udając się w odwiedziny na popołudniowe szaleństwo kawowe do Kamila rozmyślał o rzeczywistości. Jego scenariusze igrały z rzeczywistością jak wielki zderzacz hadronów. Przyglądał się szarym budynkom i neonom skąpanym w deszczu. Lubił pół mrok. Toaleta była daleko, a jedyne nadające się do oddania moczu miejsce, znajdowało się koło schodów przy budynku poczty za krzakami. Schody prowadziły na parter budynku. Grzesio oddając się potrzebie wpatrywał się w ziemię. Na schodach leżała czarno biała wyblakła, pocztówka z fotografią. Stary dom z ogródkiem był  trochę podobny sąsiedzkiego domu w miejscowości w której mieszkał w dzieciństwie.

 

 

Drogi Kartencjuszu , wygląda na to iż istota z kosmosu zwiodła nas,
musisz wrócić do miejsca zaznaczonego na mapie.
W pobliżu domu znajdziesz cztery skarby dzięki którym zdobędziesz
to czego pragniesz, wyzwolisz się, srogo za to zapłacisz, będziesz musiał
pożegnać bliskich. Spotkamy się w wyznaczonym miejscu,
w czasie w którym się umówiliśmy.
Pozdrawiam.
jeśli to znalazłeś  i nie wiesz co to jest!
zostaw tam gdzie leżało!

 

Jak już wiemy Grześ nie cierpiał na brak bujnej i bezkrytycznej wyobraźni. Trochę się przestraszył. W mgnieniu oka postanowił zeskanować pocztówkę wzrokiem i odłożyć na miejsce.

Doskonale zdawał sobie sprawę że nie zdoła zapamiętać wiadomości. Gdy podniecony dotarł do  Kamila, opowiedział mu ten epizod. Został dosyć szybko zdiagnozowany i posądzony o niedobór leków, na które był skazany z czego nie zdawał sobie  jeszcze sprawy.

 - dzieci w tych czasach wymyślają sobie fajne zabawy, ale to było dziwne(pomyślał)

         Jeszcze tego wieczoru. Grześ uciął sobie drzemkę, przed którą głęboko rozmyślał o tej nie codziennej pocztówce i o tym że został na niej odcisk jego kciuka. Wszystko wskazywało na to że odbiorcą wiadomości miał być Kartezjusz,a nie Kartencjusz .Jedyne co wiedział na temat (Kartencjusza) było to że zdanie  "myślę więc jestem" jest jego autorstwa, nic ponad to.

 

 Zapadł w nieprzyjemny sen. Marę w której jakaś siła nagle wyciągała go z ciała. Bronił się rękoma lecz mimo to oddalał się od siebie w dość szybkim tempie. Widział swe ciało z góry i próbował machać koniczynami aby powstrzymać proces. Wyglądało to jak by próbował wpłynąć żabką z powrotem do swojego ciała unosząc się do góry nogami pod sufit.Mimo to wciąż oddalał się. Kiedy już jego ciało było małą, zamazaną kropką a on stracił nadzieję na powrót. Kropka przemieniła się w coś innego, ważniejszego ! Grzesio złożył ręce w strzałę. I z siłą diamentowej woli szybował w dół. W momencie kiedy się zbliżył, rozpoznał piękną, puszystą, trójkątną poduszkę, wleciał w nią z impetem. Obudził się i nabrał łapczywe łyki powietrza. Rozejrzał się do wokół, ale nie znalazł tego co symbolizowała poduszka. Po paru miesiącach przygoda wyblakła w pamięci. Pozostało tylko ostrzeżenie.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @aniat.   Piękny, intymny zapis powrotu do siebie. Bije z niego taka cicha, spokojna siła - ta, która nie krzyczy o zwycięstwie, ale pozwala rano wstać i „miękko oddychać”.
    • @Proszalny   Ale haibun jest idealną formą literacką- łączy prozę i haiku.  :)   Cieszę się, że wiem więcej:) 
    • @Berenika97   Ha, ha, hai-bum :)  Tymczasem mam głupawkę i napisałem poemat haiku. 
    • @iwonaroma   Bardzo słusznie!  Też tak uważam. :)  @iwonaroma @Leszek Piotr Laskowski      Bardzo dziękuję! Serdecznie pozdrawiam! :)
    • Nika usłyszała odsuwanie krzeseł. Tata wychodził. Szybko otarła łzę, która spłynęła jej po policzku. Nie chciała, żeby widział, że płacze. Nie mogła dać satysfakcji tym kobietom.      Drzwi otworzyły się szeroko. Tata wyszedł pierwszy - jego twarz ściągnięta gniewem i troską. Gdy zobaczył Nikę, spojrzenie złagodniało. Zrozumiał od razu, że słyszała wszystko.       Tuż za nim na progu stanęła pani Halina. Zatrzymała się, poprawiając okulary - zadowolona z siebie, pewna, że właśnie ustawiła do pionu ambitnego rodzica i jego krnąbrne dziecko.       Nika wstała. Spojrzała prosto w oczy psycholożki - w te zimne, oceniające oczy znad szkieł. Jej gniew i poczucie niesprawiedliwości oraz cała jej dziecięca mądrość skumulowały się w jednej myśli, która wyszła z ust głośno i wyraźnie, z absolutnym przekonaniem. - Ale pani jest niemądra!       To nie był krzyk histerii. To było stwierdzenie faktu. Tak jakby powiedziała: niebo jest niebieskie.       Pani Halina zamarła. Jej twarz pokryły czerwone plamy. Otworzyła usta, lecz przez chwilę nie mogła wydobyć głosu. W poradni, gdzie dzieci zazwyczaj kuliły się ze strachu, nikt nigdy nie odważył się na taką bezczelność.      - No widzi pan! - wykrzyknęła w końcu, zwracając się do ojca histerycznym, drżącym głosem. - No widzi pan! A nie mówiłam? Totalny brak szacunku, brak hamulców, zerowa dojrzałość emocjonalna! Ona absolutnie nie nadaje się do szkoły!       Tata Niki zatrzymał się. Spojrzał na rozedrganą, czerwoną z gniewu psycholożkę, która przed chwilą prawiła mu kazania o panowaniu nad emocjami. Potem spojrzał w dół - na swoją sześcioletnią córkę. Nika stała wyprostowana i spokojna, z dumnie uniesioną głową, trzymając swoją książkę. Uśmiechnął się - szeroko i szczerze. Objął dziecko ramieniem.      - Wie pani co? - powiedział do psycholożki, patrząc jej prosto w twarz. - Tym razem… tym razem w stu procentach zgadzam się z moją córką.        Pani Halina zaniemówiła po raz drugi. Tata i Nika odwrócili się i ruszyli długim, niebieskim korytarzem w stronę wyjścia. Ich kroki dudniły miarowo na linoleum, zostawiając za sobą zaduch gabinetu i system, który ich nie rozumiał.        Gdy pchnęli ciężkie drzwi i wyszli na zewnątrz, uderzyło w nich świeże, wrześniowe powietrze i słońce. Nika czuła, jak serce rośnie, jak wypełnia się gigantyczną, rozsadzającą piersi radością. Nie obchodziła jej negatywna opinia. Nie obchodził jej rygor szkolny. Najważniejsze było to, że tata stanął po jej stronie. Że ją zrozumiał. Że uznał jej rację.   W tym momencie, trzymając baśnie pod pachą i dłoń taty w swojej dłoni, Nika była najszczęśliwszą osobą na całym świecie.
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...