Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Kilka dni później dzieci ochoczo pomaszerowały do szkoły. To nie miał być taki zwykły dzień, gdyż to właśnie dziś miała odbyć się wycieczka. Czekając na przyjazd autokaru, dzieci stały ustawione w pary przed gmachem szkoły.
Chłopcy z zapałem komentowali wczorajszy mecz, odgrywając poszczególne akcje niewidzialną piłką w powietrzu, aby ich słuchacze mogli sobie lepiej przypomnieć to ekscytujące wydarzenie sportowe.
A dziewczynki? Cóż… chichrały się zabawnie na widok dwóch koleżanek, które przedrzeźniały zapalonych fanów sportu. Chłopcy pewnie by się zdenerwowali, ale tak byli pochłonięci dyskusją na temat taktycznych posunięć swoich drużyn, że nawet się nie zorientowali, że niektórzy mają z nich niezły ubaw. Pojazd wreszcie nadjechał i dzieci zaczęły kolejno zajmować miejsca. Wtem ze szkoły wybiegł chłopiec z potarganą fryzurą i spoconym czołem.
– Pola! Pola! – krzyczał głośno.
Pani podeszła do chłopca – Antek dlaczego tak wrzeszczysz? – zapytała.
– No, bo… No, bo – Próbował powiedzieć zdyszany chłopiec. –  Bo Pola zapomniała. – Wydusił z siebie z trudem i podał pani okrągły, różowy pojemnik śniadaniowy.
– No! To teraz możecie jechać. – Rzucił od niechcenia i pobiegł z powrotem do szkoły. Pani Klara uśmiechnęła się tylko i sama wsiadła do autokaru, żeby wreszcie odjechać.
Pojazd mknął ulicami Warszawy, a dzieciaki przetrząsały swoje plecaki w poszukiwaniu łakoci, w które wyposażyli je rodzice. Pola siedziała ze swoją ulubioną koleżanką Alicją.
– Co masz? – Zapytała, zaglądając ciekawsko do plecaka dziewczynki.
 Alicja włożyła rękę do plecaka i wyliczała coraz mniej podekscytowana.
– Woda, chusteczki, bluza, kanapki, o! Coś mam! – wykrzyknęła.
Wyciągnęła przezroczystą plastikową reklamówkę, a w niej…
– Nektarynki! – Rzekła uśmiechnięta. – A ty, co dostałaś? – zapytała Polę.
Dziewczynka, obracając w rękach swój różowy pojemnik śniadaniowy, spojrzała na koleżankę i powiedziała lekko zawiedzionym głosikiem.
– Chyba nie cukierki ani batona.
– Ani czekoladę! – Zaśmiała się Alicja.
Wreszcie otworzyła pojemnik i jasno rozpromieniły się jej ciemne oczy.
– Jej! – Ucieszyła się niezmiernie.
Mama przygotowała ulubioną słodką przekąskę Poli specjalnie na podróż. Ala zajrzała do środka i zobaczyła startą marchewkę z jabłkiem, na której był wydrążony obrazek przedstawiający uśmiechnięte słonko. Pyszna surówka nie dotrwała do końca podróży. Dziewczynki wtranżoliły ją ze smakiem, umorusawszy przy tym buzie na pomarańczowo. W tym momencie w autokarze zrobiło się wesoło, bo oto dzieci zaczęły sobie śpiewać taką piosenkę:
Jedziemy sobie autokarem
Chyba bardzo się śpieszymy
Jak stukniemy się ze Starem
Będziemy mieli głupie miny

Ledwo jedzie nasz autokar
Śmierdzi w nim jak w toalecie
Nie nadaje się na Dakar
To najgorszy rzęch na świecie

Miło w naszym autokarze
Rozbawiona nasza grupa
Ale wyjść już z niego marzę
Od siedzenia boli (...)

– Dzieci! – wrzasnęła pani Klara do mikrofonu. – Przestańcie śpiewać takie piosenki, bo zaraz wrócimy z powrotem do szkoły!
– To Przemek z Łukaszem wymyślali proszę Pani. – Powiedziało dziecko siedzące gdzieś w środkowych rzędach.
– Nie zrzucaj na kolegów, bo wszyscy śpiewali! – odpowiedziała ostro wychowawczyni.
– Jak chcecie pośpiewać, to możemy zanucić „Hej sokoły” – Dodała.
– Nie! Znowu? Tylko nie to! – odpowiedziały zgodnie dzieci.
Nie bacząc na przyzwolenie małych artystów, nauczycielka zaczęła śpiewać, od razu wchodząc na wysokie tony. Nie miała najlepszego głosu, więc dzieciaki natychmiast do niej dołączyły – być może po to, aby ją zagłuszyć. W każdym razie, już po chwili wszyscy śpiewali razem wprawieni w dobry nastrój. Po wyśpiewaniu kolejnych kilku harcerskich piosenek, autokar stanął, dzieci wysiadły, a pani powiedziała z dumą – oto jest moi drodzy, Muzeum Powstania Warszawskiego, upamiętniające ludzi, którzy walczyli o wolność naszej ojczyzny.
      Pola z Alicją wysiadły z autokaru, podniosły wzrok i ujrzały duży ceglany budynek, do którego wchodziło wielu ludzi, a niektórzy z nich mówili w obcych językach. Już samo to było ciekawym przeżyciem dla dzieci, a za chwilę miały poznać kawałeczek swojej historii. Pani wprowadziła grupę do środka, okazała bilety i przedstawiła dzieciom panią przewodniczkę, która miała oprowadzić je po muzeum. Była młodą, wysoką studentką historii i uwielbiała zarówno swój zawód, jak i pracę z dziećmi. Kiedy wszyscy zebrali się już wokół niej, zaczęła swoją lekcję.
– Dzień dobry moi drodzy! Mam na imię Kasia i będę wam dzisiaj opowiadać o tym, w jak trudnych czasach żyli nasi dziadkowie. Zobaczycie zabawki, którymi się bawili, listy, które do siebie pisali i przekonacie się, jak mogło wyglądać ich dzieciństwo. Jak wiecie, żyli oni w czasie wojny, kiedy to wrogie wojska napadły na naszą ojczyznę i odebrały wolność Polakom. Pokażę wam, jak naród, do którego i wy należycie, potrafi sobie radzić i walczyć nawet wtedy, gdy zostanie obdarty z wszelkiej nadziei. To, jak wiele zawdzięczamy powstańcom, na pewno już wiecie dzięki waszym rodzicom, ale czy wiecie, że wśród nich walczyły również dzieci takie jak wy? Jeśli pójdziecie ze mną, pokażę wam, jak to wyglądało, gdy duch walki i tęsknota za wolnością podeptały strach i beznadzieję. – Pani Kasia mówiła bardzo przekonująco, dzieciaki były w nią wpatrzone jak w obrazek, ich małe serduszka biły szybciej, gdy opowiadała im o odwadze tych, którzy szli na czołgi uzbrojeni tylko w butelki z benzyną. Dumę wzbudzały historie o odkręcanych propagandowych tablicach i wszechobecnym znaku Polski Walczącej. Pola słuchała z zapartym tchem wszystkiego, co opowiadała przewodniczka.
Po zajęciach teoretycznych, dzieci odtwarzały pracę szpitali polowych. Pola i Alicja dostały zadanie, by zaopiekować się rannym kolegą i przetransportować go do namiotu zabiegowego. Pani Kasia pokazała dziewczynkom, jak należy zrobić opatrunek i założyć bandaż na zranioną nogę. Następnie wspólnie z sanitariuszką Alicją wzięły chłopca pod ręce i zaprowadziły go w wyznaczone miejsce. W sali zrobił się straszny rumor, wszyscy byli teraz sanitariuszami albo rannymi. Pola usłyszała wołanie o pomoc i bez chwili namysłu ruszyła w jego kierunku. Głos dochodził zza repliki niemieckiego samolotu. Dziewczynka podbiegła do niego i zobaczyła małego chłopca w brudnym wojskowym hełmie na głowie i z biało-czerwoną opaską na ramieniu. Chłopiec leżał na podłodze i prosił o pomoc. Młoda sanitariuszka doskoczyła do niego w mgnieniu oka.
– Co się stało? – zapytała.
Chłopiec odparł, że niedaleko spadła bomba, ziemia się zatrzęsła, on się przewrócił i bardzo boli go noga.
– Nic się nie martw, zaraz założę ci opatrunek i poczujesz się lepiej. – Nie skończywszy zdania, wzięła się do pracy. Wykorzystała bandaże, które zostały jeszcze z poprzedniej interwencji. Przypomniała sobie, co mówiła Pani Kasia i wykonała wszystko dokładnie tak, jak wcześniej – najpierw oczyściła ranę, potem przykleiła opatrunek ze środkiem przeciwbólowym, a na końcu odpowiednio oplotła nogę bandażem. Chłopiec jęczał z bólu.
– Nic się nie bój. Za chwilę cię przestanie boleć! – Pocieszała go. – Jak masz na imię?
– Bolek.
– Cześć Bolek! Ja nazywam się Pola. Jesteś z naszej szkoły?
– Nie. Ja nie chodzę do szkoły. – Odparł smutno.
– Jak to nie chodzisz? – Zdziwiła się dziewczynka.
– Szkoły zostały pozamykane przez okupanta, musimy uczyć się po kryjomu na tajnych kompletach. – Kontynuował Bolek.
Wtem dziewczynka przypomniała sobie, jak przewodniczka opowiadała o tajnych kompletach, na których nauczyciele w tajemnicy edukowali dzieci i młodzież, ryzykując przy tym życiem w czasie wojny.
– Czy ty jesteś powstańcem? – Zapytała.
– Tak! – odpowiedział chłopiec.
– To skąd się tu wziąłeś? – Zdziwiła się jeszcze bardziej.
Chłopiec usiadł z ulgą, opierając się o ścianę.
– Świetna robota! Noga już mnie prawie nie boli. – Uśmiechnął się. – Ja jestem łącznikiem.
– Kto to jest łącznik?
– To taka osoba, która przekazuje tajne wiadomości między jednostkami wojskowymi a cywilami. – Mówiąc to, chłopiec wyciągnął niewielką, niebieską kartkę, złożoną na pół i oddał w ręce młodej sanitariuszki.
– Pola! Czy dostarczysz tę wiadomość do waszego dowódcy?
– Do…dowódcy? – Zapytała zmieszana dziewczynka.
– Do człowieka, który tu rządzi, no wiesz wydaje rozkazy.
– Pola podrapała się po głowie, zastanowiła przez chwilę i rozejrzała badawczo po sali.
– Już wiem! – krzyknęła radośnie. – Pani Kasia rządzi w tym muzeum! Nie ma sprawy Bolek, zaniosę jej twoją wiadomość.
– Chłopiec wpatrywał się w nią przez chwilę. Patrzył poważnym wzrokiem, który miał przesłonić grymas bólu na jego twarzy.
– Dziękuję ci! – Uśmiechnął się lekko i dodał nieśmiało. – To jest bardzo ważna wiadomość, a ja chciałbym ci się jakoś odwdzięczyć.
– Nie musisz! – odrzekła Pola. – Mama mówi, że jak się zrobi dobry uczynek, to Pan Bóg się nam odwdzięcza.
 Chłopiec sięgną do kieszeni i wyciągnął mały, lniany woreczek przewiązany sznurkiem
– Proszę, weź to. – powiedział stanowczo. – Kiedy bardzo się bałem podczas powstania i patrzyłem na te okropności, które malowały się na każdej, zniszczonej ulicy – zburzone budynki, niewinne ofiary i przerażeni ludzie, zacząłem płakać i zapytałem tatę, po co to wszystko. On po prostu wziął mnie na ręce, przytulił do siebie i kiedy otarł mi już łzy, oderwał kawałek nogawki od spodni nasypał do niej garść ziemi i przewiązał sznurkiem.
– To dla ciebie. – Powiedział i dał mi ten woreczek. Kiedy zapytałem, co to jest, tata powiedział, że to kawałek mojej ojczyzny. Nie zrozumiałem na początku, ale on mi wytłumaczył.
– Synku, ziemia, którą wsypałem do woreczka, jest uświęcona ofiarą i miłością poległych Polaków. Tych, którzy oddali wszystko, byśmy mogli cieszyć się wolnością – my, nasze dzieci i wnuki. Trzymasz w rączce kawałek twojego kraju, o który wspólnie walczymy. Wolność jest na wyciągnięcie ręki, jeśli tylko będziemy mocno wierzyć, staniemy wszyscy razem i się nie poddamy, a wtedy mój kochany Bolku, będziemy mieli z powrotem całą Polskę, a nie tylko jej woreczek.
– Potem już nigdy nie zwątpiłem i całkiem przestałem się bać. – dokończył chłopiec. – Teraz chcę, abyś ty go wzięła.
 Pola chwyciła woreczek, otworzyła szeroko oczy ze zdziwienia i powiedziała.
– Ziemia bogata jak kochające serce.
– Ładnie to powiedziałaś – Uśmiechnął się chłopiec.
– To nie ja… – Zawstydziła się dziewczynka. – To mój… znajomy.
Wtem w sali zrobił się straszny rumor. Pani Klara wołała dzieci, aby sprzątały po sobie, a te wciąż rozemocjonowane robiły ostatnie opatrunki, transportowały poszkodowanych i nie miały zamiaru kończyć jeszcze pracy szpitala polowego. Lekcja dobiegała końca. Wychowawczyni oraz przewodniczka usiłowały zaprowadzić porządek, a Bolek potrząsnął Polę za rękę i powiedział.
– Szybko! Zanieś wiadomość do dowódcy.
Dziewczynka pognała w stronę pani Kasi, żeby oddać jej karteczkę, ale okazało się to niełatwe zadanie pośród gwaru rozszalałych zerówkowiczów. Pani jedną ręką chowała rekwizyty, drugą pocieszała płaczącego Franka, który się stęsknił za mamą, a w międzyczasie ustawiała dzieci w parach przy wyjściu. Pola omijała slalomem swoich kolegów i koleżanki.
– Pro-szę pa-ni! – Krzyczała, dzieląc zawołanie odpowiednio na sylaby. Lecz i to nie przyniosło skutku. Poirytowana dziewczynka w końcu przedarła się do samych stóp przewodniczki, a kiedy ta zwróciła na nią uwagę, wcisnęła jej karteczkę pod samą twarz tak, że pani Kasia przez moment nie widziała nic innego.
– Proszę Pani! – wrzasnęła ostatni raz.
Młoda Kobieta wzięła niebieską kartkę, rozłożyła ją z ciekawością i zobaczyła na niej krótki wiersz, pisany ręcznie czarnym piórem.

Za wolność idziemy przez zgliszcza i ruiny,
Na bój uświęcony za córki swe i syny,
W objęciach cierpienia, niepomni złej przyczyny,

Wyrwiemy z otchłani serce tej krainy.
I oto nadchodzi piękny świt po złej nocy,
W modlitwie Królowej przyzywając pomocy.
Odrodzimy dziś Polskę jak prawili prorocy,
A wiara, triumfując, zmiażdży głowę przemocy,

Nie darmo nam dane obudzić drogą matkę,
Ofiarą najwyższą niewoli zburzymy klatkę,
A wy wolne dzieci uważajcie na trutkę,
Co Rzeczpospolitą może zmienić znów w pustkę.

Przeczytawszy wiadomość na niebieskiej kartce, przewodniczka uśmiechnęła się leciutko i powiedziała sama do siebie – wiersz nieznanego powstańca. Jak on się tu znalazł? – Po czym przywołała skinieniem palca swoją współpracownicą i kazała jej przypiąć go do ściany z innymi wierszami i listami. Pola próbowała powiedzieć, od kogo dostała tę karteczkę, ale opiekunki były już zaabsorbowane ustawianiem dzieci, liczeniem i przygotowywaniem klasy do drogi powrotnej. Dziewczynka spojrzała w stronę hitlerowskiego samolotu na chłopca, który siedział oparty o niego plecami i uśmiechnął się wdzięcznie do świeżo upieczonej łączniczki. Wtem pani Klara pociągnęła ją za rękę, mówiąc – no i czego stoi jak słup? Raz! Raz! Ustawiamy się! Pola odwróciła się znowu w kierunku kolegi, ale tym razem jego już tam nie było. Tak o to wiadomość trafiła we właściwe ręce, a wszyscy, którzy czują się jej adresatami, mogą ją przeczytać.
Siedząc już w swoim ulubionym autokarze, dzieci dojadały ostatnie smakołyki z plecaków i opowiadały sobie o bombach, powstańcach i odwadze oraz o wszystkim tym, co tak bardzo je zaintrygowało podczas zwiedzania muzeum. Alicja oparła główkę na ramieniu swojej przyjaciółki i zasnęła, śniąc o bohaterskich wyczynach. Pola natomiast wpatrywała się w lniany woreczek, który dostała od Bolka i myślała głęboko nad tym, co jej opowiedział. Była wdzięczna przodkom za trud podjęty dla kraju i kiedy wyobrażała sobie to, co musieli przeżywać, rozumiała, jak bardzo trzeba cieszyć się każdym dniem, każdą najmniejszą chwilą, a jeśli napotkamy jakieś przeciwności losu, to nie one nas, ale my je przezwyciężymy, jeśli tylko nigdy się nie poddamy. To pomyślawszy, przycisnęła woreczek mocno do siebie i wyszeptała – Mam nadzieje, że u Ciebie wszystko dobrze Bolku. Dziękuję ci przyjacielu. – Wtedy po jej policzku, drobnym strumyczkiem popłynęła pojedyncza łezka. Autokar wolno sunął do domu, a jego pasażerowie z nową siłą i większą nadzieją zmierzali w kierunku przyszłości, u progu której już za chwilę miały ich przywitać kochające ręce rodziców, wyciągnięte zawsze szeroko w ich stronę.
 

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • Mamuty 

       

      Miasto w śnie pogrążone, ciszą przykład daje, 

      Bryza morska co chwila puka w stare okna, 

      Ciepła zaś, nie tak mroźna, gwizdem tylko podła, 

      Rano tam takie słońce, człowiek z chęcią wstaje, 

       

      Tej nocy, na werandzie, siedział stary Klimient, 

      W gwiazdy wpatrzony, tęsknie, przeżywał dawne chwile, 

      I w ciszy by przeżywał, nasz ten Klim, ten dzielny, 

      Bo wtem, ktoś bliski, pewien, usiadł przy marszałku. 

       

      Katia: 

      Czemuś jeszcze nie zasnął, mój Klimie kochany, 

      Gwiazdy co są dalekie, nie znają przyszłości 

      Patrzysz w nie tak uparcie, jakbyś szukał drogi, 

      Może świt, co nadejdzie, troski twe rozproszy, 

      Wierzę, że słońce rano lęk w sercu uciszy, 

      Pójdź już spocząć mój miły, nic już nie wymyślisz. 

       

      Klim:  

      Pozwól mi tutaj zostać, żono, moja miła 

      Tu, na starym fotelu, czas jakby się wstrzymał, 

      Wstać on mi nie pozwala, a sam nie chcę odejść, 

      Czy pamiętasz ten wieczór, gdyśmy się poznali? 

      A może zaś dzień to był, ja już nie pamiętam, 

      Suknię, jakże przepiękną, miałaś tam niebieską. 

       

      Katia: 

      Pamiętam suknię moją, błękit nieba skradła, 

      Lecz czy to był dzień, nie mam już pojęcia 

      Zbyt wiele zim przebrzmiało, zbyt wiele jesieni, 

      By czas jakkolwiek jasny oraz nam zostawił 

      Wszystko, co było wtedy, dziś to mgłą się staje 

      Co oczy nam przesłania, a serce wciąż mami. 

       

      Klim: 

      Leczy czyż to nie jest lepsze niż pusta nadzieja? 

      Choć te dni tak odległe, wciąż w nich przebywam 

      Wiem dobrze, że ta pamięć, duszę mą zatruwa, 

      Zaś tylko tej truciźnie życie swe przedłużam. 

      Dziś słońce mnie nie grzeje, tylko w oczy razi, 

      A jutro jest jak obraz, co barw nie posiada. 

       

      Katia: 

      Ta trucizna, co mówisz, powoli cię niszczy, 

      Co kradnie siły twe, co w tobie pozostały, 

      Dla duchów tylko żyjesz, sam duchem się stajesz, 

      I tracisz rządy nad tym, co nadal prawdziwe, 

      Dzień następny ominiesz, jak przeszkodę wielką, 

      Chcąc chyba? Przecież życia nigdy nie ominiesz. 

       

      Klim: 

      Nie omijam ja życia, lecz patrzę nań z góry, 

      Gdy świat ten uśpił swe małe, jak ważne pragnienia, 

      W tych domach, co jak groby, śnią teraz o jutrze, 

      Zaś każde jutro w niebyt poprzedni dzień spycha 

      Po co tak żyć, gdy wiesz, że wszystko zapomnisz 

      Co wczoraj kochałaś, dziś obcym jest to dla nich. 

       

      Każdy swe własne ciało jak relikwię niesie 

      Umysłem, wyobraźnią, gonią dzień następny. 

      Bo gdyby myśl swą chcieli trzymać tuż za sobą, 

      Ujrzeliby tych wszystkich, co im drogę kładli 

      Których już porzucili w tej mrocznej otchłani, 

      Może właśnie dlatego zmarłych ludzi wolę? 

       

      Katia: 

      Więc cóż obserwatorze! Choć o nas wspominasz 

      Patrzysz z góry na innych, co dziś żyją jutrem. 

      Za długo w tym fotelu w gwiazdy wzrok swój wbijasz 

      I myślisz, żeś jest jedną, co na świat tak patrzy 

      Daj spokój tymże ludziom - przecież pamiętają 

      A jak nie – to są młodzi. Cóż o nich wiesz, Klimie? 

       

      Gdy tęsknota cię brała, tak mi się zdawało, 

      Że chcesz tylko wspominać, że ulżę ci żalem, 

      Lecz tyś wpadł w jakąś pętlę, na nic to nie baczysz  

      Zamiast o nas – o ludziach i czasie coś mówisz. 

      Powiedz, Klimie mój drogi czy czas ludzi zmienia? 

      Czy to ludzie czas psują, to w mroku się gubiąc? 

       

      Mówisz, że zmarłych wolisz? Ciekawe to, Klimie, 

      Wszak ja, Twoja żona, to z grobem nie pogadasz, 

      Gdy zaś życie ich gasło, pewnie dobrze znali 

      Ile spraw niezałatwień na świecie zostawią. 

      Więc każdy z nich by oddał, wszystkie twoje myśli, 

      Za jedną chwilę życia, którą teraz trwonisz. 

       

      Klim: 

      Młodość jest tylko maską, co skrywa niepamięć, 

      Biegną, nie wiedząc jeszcze, że droga jest kołem, 

      Czas nikogo nie zmienia, on tylko obnaża, 

      To, co w człowieku gniło, gdy był jeszcze dzieckiem. 

      Ludzie psują czas, Katio, to chcą g oszukać, 

      Kradnąc mu każdą chwilę, jakby była łupem. 

       

      Czymże jest owa chwila, o której coś mówisz, 

      Błyskiem, co ledwo błyśnie, już w mroku się topi. 

      Zmarli, których tu bronisz, niczego nie pragną, 

      To ty pragniesz ich głosem moją ciszę zburzyć. 

      Wolę trwać przy tym trupie, co był kiedyś słońcem, 

      Niż gonić za motylem, co żyje dzień jeden. 

       

      Masz rację, moja Katio, marnie ten czas trwonię, 

      Lecz spójrz na moje nogi, spójrz na moje dłonie, 

      One już nie chcą służyć jutrzejszym porankom, 

      Są jak ta stara woda w zapomnianym dzbanku. 

      Nie szukaj we mnie ognia, co świat te odmieni, 

      Jam jest tylko tym cieniem, co trzyma się ziemi. 

       

      Katia:  

      Młodość to tylko głód, co prawdy nie zna jeszcze, 

      Więc bierze, co napotka, by nasycić chwilę. 

      Ja też czuję ten ciężar, w moich starych dłoniach, 

      Lecz woda w tym dzbanku, wciąż smakuje tak samo. 

      Więc wypij ją mój kochany, póki jeszcze możesz, 

      Wszakże ten dom jest dla nas, nie dla dawnych duchów. 

       

      Pędzą w dzień to następny, śmiało gonią jutro, 

      Nie znają zaś ciężaru, więc nie jest im smutno, 

      Bo błędy omijają, więc żalu nie znają 

      I często na cud Boży, liczą i czekają, 

      Zatem czego wymagasz, by służyli idei? 

      Jak to strach - przyszłość, w celi dusznej więzi 

       

      My żyjemy, dla świata, nie dla własnej woli, 

      Choć ta okrutna prawda, tak bardzo nas boli 

      Musimy drogę wskazać, by pewniej ruszyli 

      Lecz w tej walce odwiecznej, wszyscyśmy zbłądzili, 

      Oni giną bez celu, my - w sędziów przebrani, 

      Zamiast dłoń im podać, trwamy wciąż niechciani. 

       

      Klim:  

      Nie kładź dłoni pod stopy, niech kamień porani, 

      Dom z piasku beztroski przy stałym wietrze runie. 

      Bez smaku swej porażki - jak zwycięstwo poznać? 

      Zostaną tylko cieniem, ślepi blaskiem klęski 

      Niegotowi być szańcem, innych panów przyszłych. 

      Świata krwi i zmęczenia, jaką mądrość zmieni? 

       

      Katia: 

      Już ja rady nie daje, mężu mój kochany! 

      Ależ tak pięknie mówisz, jakbyś dzieło tworzył, 

      Dużo słów wokół krąży, a mało polotu. 

      Bo przecież wilk młode, uczy na swą modłę, 

      A tygrys po tygrysie, królem tajgi będzie, 

      A więc człowiek człowieka? Wrogiem pozostanie. 

       

      Już sama jak Ty teraz, dziwną mową mówię, 

      Proste to lekcje głoszę, starzy mnie nauczali. 

      Co noga się potknie, nie łam jej zawczasu, 

      Bo wczoraj jakiś wypadek, dziś ciebie napotka. 

      A te miasta największe? Jakby walczyć musieli, 

      Zamiast miast, nory małe, jak myszki ukryci. 

       

      Sama siebie pytam i ciebie zaś pytam: 

      Na cóż te filozofie, nad prostą tak prawdę? 

       

      Klim: 

      Próżno im ścieżkę mościć, gdy łakną bezdroży, 

      Bo za carów nas mają, do buntu zmuszeni. 

      Nasza opieka jest jak łańcuchy najsroższe, 

      Co zerwać je potrzeba, by poczuć, że żyjesz. 

      Często zaś kiedy pomoc, nieść każdemu chcemy, 

      Sprawdzić należy wtedy, kto chce, kto potrzebuje. 

       

      Zaś filozof – my wszyscy, co łóżka ścielają, 

      Bo spróbuj nie pościelić - cynikiem okrzykną. 

       

      Więc czy mnie kara spotka, gdy odrzucę syna 

      Marnotrawnego, zbłądził przecież na życzenie. 

      Językiem przemawiam takim, bo stać chce najwyżej, 

      Chociaż bym bardzo chciał, mowa nadal prosta. 

      Prawdę mówisz - rację - tobie ją oddaję, 

      Lecz co mi po prawdzie, duszy nie raduje. 

       

      Katia: 

      Końca pragniesz rozmowy, młodych już zostawić. 

      Bo przecież tęskno ci tam, na twe dawne czasy, 

      Na rękach miłość nosić, siłą mnie zachwycać. 

      Teraz, gdy ciągle stoję, tutaj - tuż przed tobą, 

      Silę swą wciąż posiadam, choć silna już byłam. 

      Powiedz, mój ukochany, czemu szczerze tęsknisz? 

       

      Klim: 

      Tęsknię za świtem, co budził dzień piękny 

      I wstawać musiałem, bo życie choć czekało 

      Gotowe już przynieść mi, szalone przygody. 

      Tęsknie za machorkami, zapachem młodości, 

      Choć teraz papierosy – bez wódki mi szkodzą, 

      A że wszyscy odeszli – fajki nie zapalę. 

       

      Tęsknię za przyjaciółką, ogniska wzniecała, 

      Cudowna była chwila, gdy zbierali się 

      Ludzie, moi kochani, by krzyczeć miłości 

      Wyznania, do miłości, co już - już pomarła! 

      A reszta mych przyjaciół - kochani są oni, 

      Bo starość mi przyjemną - przyjemną sprawiają. 

       

      Wczoraj moim jest zegarem,  

      Starość - mym wspomnienia darem, 

      Oni mury mi stawiają, 

      Mnie w swej ciszy układają. 

      Nie chcę jutra, nie chcę chwili, 

      Byle oni wciąż tu byli! 

       

      Gubię się w tym, to prawda – to moja kroplówka! 

      Żyć mi wciąż, wciąż pomaga, dla ciebie kochana! 

      Za tobą tęsknię przecież, najbardziej na świecie. 

      Zaś wesoło ja śpiewam, swe milutkie wtem nuty: 

       

      Co było za potem - dziś izbą nam rządzi 

      I jutro i dzisiaj - w tych kątach się błądzi, 

      To czas nas pilnuje – jak jeńców w zagrodzie, 

      W kominie mróz siedzi - w wychłodłej gospodzie 

      Te lata minęły - w gdzieś w lasy dalekie, 

      Bo co raz zginęło - zaginie na wieki! 

       

      I bardzo tęsknie za tym, by móc tak coś śpiewać 

      Coś co głosem pobudzi, duszę dziecka, moją 

      Moją duszę, co dzieckiem nie jest i nie będzie. 

       

      Katia 

      Klimie! Mój Ty kochany – tak ból wielki nosisz. 

      Cały przeszły Boży świat, cierpi teraz z nami, 

      Bo ja też ból odczuwam, to bardziej Ty żywy, 

      Wśród i pieśni, i ognia, a za mną to wcale. 

      Zmarły już Ty, Ty jesteś - Kochany, cóż mówić. 

      To powiem, bo to lek mam, gotowy dla ciebie.   

       

      Co takiego? 

       

      Myszki, koniki czy wilki, w stronę wody biegną, 

      Widzą wodę, widzą coś - coś co w myk wypiją! 

      Doda siły, zmysł zaś też - poprawi im również. 

      Wszakże i ja skorzystam, z daru Bożej wody 

      A w dzbanku, tu przy tobie, całkiem jest jej dużo. 

      Taka woda zdrowia... doda! 

      ---------------

      Leje wodę prosto w oczy, 

      Zimna struga po nim broczy 

      Zmyła duchy, zmyła plany, 

      Siedzi Klimient pokonany 

      Woda ścieka na gazety, 

      Finał bzdury i tandety! 

      Ona stoi, dzbanek trzyma, 

      Wzrokiem tnie jak ostra zima. 

      -------------------

      Klim: 

      Dlaczego? Czym ja? Czym ja? Sobie zasłużyłem? 

      Prawdę mówię, co czuję, a Ty mnie tak ranisz! 

      Woda, co ci to dało? Zimno, Boże, mokro! 

      Ciepło trochę, ale Boże! Trzeba ci to było? 

      Jak ja teraz spać pójdę, mokry przez – przez ciebie! 

      Ten świat, litości nie ma, człowiekowi cierpieć 

      Nie da! 

       

      Katia: 

      Mężu, mężu Ty żyjesz! Już myślałam szczerze,  

      Że te duchy złe, przeszłe ode mnie zabrały 

      Męża mojego, męża, co Boże zobacz 

      Za zmarłego już miałam, a on teraz żyje, 

      A czy ci nie mówiłam, że lek ja mam dobry? 

      Żonę taką masz miłą, że w nocy pomoże. 

       

      Więc gdy cię tak słuchałam, pomóc chciałam jakoś 

      Słowem - nie umiałam, bo dziwny bardzo jesteś. 

      W myślach dużo widziałaś, przeszły lęk, zapachy 

      I za mną tęsknisz, choć ja, nadal twoja żona 

      Taka sama byłam, bo odkąd ciebie kocham 

      Męża nie mogę poznać, takie brednie mówisz! 

       

      Klim: 

      I powiem, że rację masz, dobrze więc zrobiłaś 

      Żyw, bo żywy jestem, teraz żywo widzę 

      Ciebie! Żeś mnie oblała! Nie sposób już myśleć 

      O czymkolwiek, bo żona przerwać tą rozmowę 

      Musiała! Choć rozumiem, przynajmniej próbuje 

      Jeszcze cierpliwie siedzieć, bo mnie – mnie pouczasz 

       

      Więc racja, żono moja, nas spotkać coś musi, 

      Spójrz na mnie, jestem mokry, Ty mi to wypomnisz, 

      Uśmiech mi swój pokażesz - piękny jak to zawsze, 

      Ja – ze wstydu się spale! I śmiechem odpowiem, 

      Bo czyż nie po to jednak gorycz człowiek czuje, 

      Żeby zawsze pamiętał - żyje i żyć będzie? 

       

      I myślę - wyleczyłaś - męża wnet swojego 

      Chociaż strasznie cierpiałem, to ból był, ale płytki. 

      Płytki to on być musiał, skoro twoja woda, 

      Szybciutko już podsuwa, takie przemyślenia, 

       

      Katia: 

      Więc teraz lepiej patrzeć, na ciebie, mój miły, 

      Bo dużo już rozumiesz, takie mam wrażenie. 

      Choć o wszystkim pamiętasz, o jednym nie myślisz, 

      Wszystko miałeś - straciłeś, a co zaś posiadasz? 

      Myślę, że masz, chociaż Ty ślepy i niewdzięczny, 

      Gniewam się, Klimie drogi, o mnie zapomniałeś. 

       

      Klim: 

      Co? Żono, szczęście moje! Ty wiedzieć to musisz, 

      Że ja naprawdę, ale na -  

      --------

      Katia wyszła, drzwi zamknęła 

      Klim na fotelu sam zostaje 

      Próżne słowa, próżne żale 

      Koniec baśni, koniec bajki! 

       

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...