Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Karmiła mnie nadzieją i przytaczała wizje

dostaniesz dziś ode mnie pilota, telewizje

obejrzysz na kanapie przyniosę tort, szampana

i siebie dam w negliżu ażebyś mógł do rana.

 

Cóż z tego, że ja mogłem i już się sposobiłem

gdy budzik zaterkotał a ja się obudziłem

przepadła senna wizja a dawka była spora

i tylko głos małżonki do pracy wstawać pora

 

przywołał mnie do pionu nadwątlił mi hormony

poczułem się samotny i z marzeń wytrzebiony

lecz nie skamlałem z żalu honorem się uniosłem

udałem się do sejmu albowiem jestem posłem

 

a w sejmie jak to w sejmie zebrania i narady

komisje, podkomisje, czy mnożyć mam przykłady?

Nie o to tutaj biega, lecz idzie o wygodę

opuszczam, więc mównicę niech inni leją wodę

 

Jej szmer mnie ukołysze na kłótnie jam odporny

obudzi mnie dopiero głosowań blok wieczorny

a potem tak jak zwykle do domu się poczłapie

dostanę znów pilota, usiądę na kanapie...

Opublikowano

Witam - ciężkie życie polityka  - chłop się napracuje jak cholera...

Podoba mi sie dziś u ciebie Henryku a polityce mówię kukuryku...

                                                                                                             Pozd.    

Opublikowano

@[email protected]

Zapewne gdyby miał więcej czasu

a także bardzo liczną rodzinę

to by wygłaszał swe pozdrowienia

być może nawet i przez godzinę.

 

Tym wystąpieniem obnażył tylko

jak ważna posłom bywa prywata

a przecież mógłby te pozdrowienia

przekazać ludziom z całego świata.

 

Co do blondynek to znam i takie,

które to posła mają pod sobą

lecz nie wiem czy to jest dowód na to,

że są ważniejszą wtedy osobą.

 

 

Serdecznie pozdrawiam:)

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    •   Klaustrofobia podziemi rosła, im bardziej puste okazywały się kolejne pomieszczenia, nagie i ascetyczne w swoich małych pokutach. Brakowało jednego przejścia, aby cały poziom tworzył jeden spójny cykl, krąg piekieł, albo aureolę na głowie kościoła przemysłu. 

        Zderzony z ostatnią ścianą, Karol odwrócił się, żeby spojrzeć na ślady butów wybite w zalegającym prochu. Nie martwiąc się o pobrudzone spodnie, usiadł na ziemi i, aby nie musieć zamykać oczu, wyłączył latarkę. Rozczarowanie. Nienasycenie. Karol był zawiedziony - nawet nie fabryką, lecz samym sobą. Ciemność trzymała go w serdecznym uścisku, ale nadal dało się wyczuć drżenia przestrzeni z każdym przejeżdżającym samochodem, a spomiędzy zawieszonej pleśni przebijał się zapach płynu do prania. Może właśnie o to chodziło? Centrum zniewolenia jesteśmy my sami, próbujemy uciekać w egzotyczne kraje lub kariery, a mimo tego i tak nie możemy nigdzie znaleźć miejsca brutalnie prawdziwego, brudnego absolutu istnienia. Człowieka chowa się czystego, a dopiero jego zadaniem jest samogwałt - wyrwanie ze swoich trzewi czegoś, czym faktycznie można by powiedzieć, że się jest (bo przecież chyba nie ,,piątoklasistą”?). Mały chłopczyk zastanowił się nad zdjęciem z siebie wszystkich ubrań (o zgrozo - ubrań ,,do szkoły”), nad pozbyciem się fetoru higieny. Nie, to nie to, to byłoby głupie - myśli chłopaka wróciły z powrotem pod ziemię.

        Strużki wody zostawiały rude ścieżki spływając powoli po ścianach. Kiedy Karol z rodzicami mieszkali jeszcze w biedzie, w nędznym domku pod miastem, całe dnie upływały mu w jego ,,bazie” - wciśniętej pomiędzy rosnące na działce drzewa a siatkę ogrodzenia. Ze wstydem wspominał do dzisiaj dzień, kiedy grupka dzieci w jego wieku, w czystych ubraniach, na kolorowych rowerach, zapuściła się w jego ulicę (co było na tyle niezwykłą rzadkością, że jest to jedyna taka sytuacja, jaką Karol pamiętał), aż spotkali go, skulonego w swojej kryjówce. Z dziecinną ochotą próbowali z nim zacząć rozmowę, lecz on, jak nieoswojony dzikus, nie był nawet w stanie spojrzeć im w oczy. Speszeni, ruszyli dalej błotnistą drogą, która prowadziła chyba tylko do jakiejś żwirowni (sam Karol nigdy nie zagłębił się w tę uliczkę dalej niż koniec jego działki), najpewniej zapominając o dziwaku już w następnej minucie. Lecz Karol pamiętał to do dzisiaj. Pamiętał, jak po długiej minucie wreszcie dotarł do niego sens sytuacji, rzucił się on wtedy biegiem przez działkę, wyskakując spomiędzy krzaków na otwarte pole, biegł przez wysoką trawę z nadzieją zobaczenia jeszcze błysku ich plecaków, lecz przywarł wreszcie policzkiem do ogrodzenia, a na uliczce panowała absolutna cisza. Karol-dzikus wyrywał się z jakiegoś rezerwatu, wracając teraz na powierzchnię świadomości chłopca, jakby między rurami piwnicznej kotłowni odnalazł komfort zapomnianej bazy. 

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...