Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Zauważyłam małe przewartościowanie obrony racji niektórych komentujących. Licha konstrukcja argumentacji. Właściwie nie wiem, czemu miało służyć stwierdzenie:

"Kiedyś był taki mało znaczący żołnierz, który nazywał się Józef Piłsudski, ale pewnie myślimy o dwóch różnych osobach." (?) (prowokacja godna pożałowania)

(Ja zawsze myliłam się przy pisaniu nazwiska Józia)

Co do: "pierdzącego trupa licealistki", to raczej była antyestetyczna manifestacja, a jeżeli koniecznie odczuwa Pan wielką potrzebę fascynacji gazami to chyba tutaj Pan tego nie znajdzie - gdyż wątpię, że autorka miała na celu uwielbienie owego zjawiska.


"Dwa pierwsze słowa Pani wypowiedzi też nie powinny być nigdy napisane." - słowo się rzekło i wszyscy zaprzestali wulgaryzmu.. Ale to już subiektywizm wyznacza pewne granice. Ów związek wyrazowy stracił swoją kontrowersyjną moc/ A mniemam, że autorka nie mierzyła w poczucie dobrego smaku Szanownego Pana.

Banał to pojęcie względne. Wychodzę z założenia, że kiedyś wszyscy umrzemy na banał.

Życzę więcej dystansu i poszanowania do lirycznych projektów tego rodzaju. Jednak uważam, że kierują Panem pobudki iście prowokatorskie pomieszane z cynizmem i próbą degradacji współczesnej poezji autorów takich jak Lisa.

Pozdrawiam Serdecznie Znawcę sZtuki.

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Pani nie do końca wie, co pisze. Zawsze w swoich opiniach, jeżeli mam jakiekolwiek wątpliwości, podpieram się zdaniem osób, które wiedzą o wiele więcej niż ja na temat poezji. Są teoretykami literatury, publikują swoje prace itd. Może nie będę przytaczał tutaj ich opinii o tym "lirycznym projekcie" (sic!). Wystarczy powiedzieć, że potwierdzili moje podejrzenia.
Ma Pani obsesję na punkcie gazów? To Pani odbiera nieszczęsnego trupa jako antyestetyczną manifesatację. Proszę nikomu nie narzucać swoich odczuć i swojego zdania. To jest forum, gdzie każdy ma prawo do swobodnej wypowiedzi i takiego odbierania czytanych tekstów, jaki uważa za stosowny. Nie muszę w tym dostrzegać żadnej manifestacji, za to mogę wysnuć wniosek, że Autorka chce w pewien sposób sprowokować czytelnika. Jednak aby prowokować, trzeba wiedzieć w jakim celu się to robi.
"Próba degradacji współczesnej poezji autorów takich jak Lisa"? - tak. Nie podoba mi się taka poezja i mam prawo ją degradować tak długo, aż mnie ktoś do niej nie przekona. Na razie z takich prób wychodzą nici, bo to odłam bardzo nieudolnej współczesnej poezji.
Cynizm? Nie, proszę Pani. To tylko moja opinia wyrażana w sposób jasny i szczery. Podobno powinniśmy brzydzić się kłamstwem? Tak słyszałem, ale może to była inna bajka.

Pozdrawiam serdecznie Panią Profesor
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Ma Pan rację, jestem niepoczytalna. Przekracza Pan granice dystansu między poczuciem dobrego smaku a wulgaryzmem poprzez demona Ironii, który w tym przypadku nie sprzyja budowaniu kultury, ale pomaga w ukazywaniu jej jednorazowej słabości (jak u Herberta), a może wręcz sugeruje, iż teraźniejszej kultury nie ma lub nie może być.
Ale ona jest - wulgarna i perwersyjna.

Pozdrowiam & już nie zakłócam więcej Pana spokoju/
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Od tej prośby się zaczęło, więc albo jestem kompletnym imbecylem, albo nie potrafię zrozumieć prostego zdania.
Jeszcze słowo o kulturze. Może kogoś rajcuje ta "współczesna" kultura wulgarna i perwersyjna i może ktoś sądzi, że młodzi odkrywają coś nowego. Otóż nie. Te pierwiastki były zawsze w kulturze obecne. To tylko młodzieży się wydaje, że rzucanie mięsem na lewo i prawo to coś kosmicznego i z wyższej półki.
Ja, jako jednostka w miarę możliwości niezależna i w pewien prymitywny sposób myśląca nie muszę godzić się na nieuzasadniony prymitywizm i wulgaryzm. Moje poczucie estetyki na to nie pozwala, więc protestuję. Nie moja wina, że w każdym szczerym słowie ktoś tam doszukuje się niewyczerpanych pokładów ironii. Z tym walczyć nie mogę i nie będę.
Jak już kiedyś gdzieś powiedziałem: nie mam zamiaru całować kogoś w tyłek tylko dlatego, że ten tyłek znajduje się przypadkiem na wysokości moich ust i liczę się z konsekwencjami takiego postępowania. Zdaję sobie sprawę z tego, że część użytkowników mnie nie lubi albo wręcz nie cierpi, ale nie dla lubienia mojej skromnej osoby komentuję wiersze. Nie miejsce na to i czas.
Opublikowano

Riposta. Czytam to, co sądzą o mnie ludzie wielbiący poezję przeważnie klasyczną.
Wiem, co to jest megalomania. Raczej siebie nazwałabym egocentryczką. Przez całe życie deptana, słysząca na każdym kroku złośliwe komentarze, postanowiłam zamiast się degenerować, poczuć swoją wartość. Dostrzegam na tym forum nie dającą się przekroczyć barierę pokoleniową. Przyznaję - nie jestem dojrzała. Bo dojrzałość niejednokrotnie odbiera fantazję, logika i racjonalizm odbierają chęć chociażby dokonania jakiejś głupoty, której konsekwencje nie są nieszczęsne. Np. wysyłanie kartek walentynkowych typu: "mój buraczku, mój chrabąszczu majowy".
Tak, nie umiem przyjąc krytyki pozbawionej wiary we mnie. "Krytyka jest czymś wartościowym, uczy więcej niż pochwała." - ale czy krytyka pozbawiona nici pochwały może czegoś nauczyć? Pochwala to pewnien sposób nagrody za pracę, potrafi mobilizować, ale najlepszą opcją jest krytyka, w której wierzy się w artystę, a nie gani za "wulgaryzmy".
Wychodzę z założenia, że ktoś, kto udaje, że wulgaryzmy nie istnieją, nie korzysta w pełni z możliwości językowych. Wielu poetów używa wulgaryzmów. I co? Ich poezja jest ceniona. Bo nie jest tylko wulgarnym bełkotem, daje do myślenia.
Dlaczego mam twierdzić, ze nic nie potrafię robić? Czy świadomość posiadania talentu jest czymś negatywnym? Naprawdę długo pracuję nad pisaniem, od dziecka. Zawsze łatwo przychodziło mi składanie liter we frazy. Nie zawsze jakość utworów była dobra, ale zawsze mnie do tego ciągnęło, czułam powołanie w tej dziedzinie. Potwierdziła to moja polonistka. Moje oceny też nie biorą się znikąd. Nie są przecież za darmo, a są to oceny satysfakcjonujące.
Widzę, że łatwo wyprowadzić starsze pokolenie z równowagi, pisząc o byciu gównem. Przecież już w baroku - w epoce przesyconej bogobojnością, Wacław Potocki pisał o tym, jak obrzydliwy jest człowiek.

"Cóż jest głowa? gęstego pełen garniec błota;
Co nos? odchód plugastwa, że mówić sromota;
Oczy? bańki łez, które rzewnym płaczem cedzą,
Ledwie się o frasunku od serca dowiedzą;
Cóż uszy? dziury na wiatr; gęba? do wychodu;
Brzuch? beczka pełna gnoju i zgniłego smrodu.
Z czegoż się tedy, z czego, głupi pysznisz człecze?
I stąd cię śmierć do grobu leda w dzień wywlecze,
Gdzie dognijesz ostatka, ani z tobą dary
I tytuły fortuny nie pójdą na mary.
Inszy się rozpościerać w tym będzie po tobie,
A ty, jakoś był ziemią, ziemią będziesz w grobie."

Czyż to nie jest zgodne z moimi poglądami? Nie jestem jak poeta romantyczny, który płaczac nie smarkał, który nie wydalał. Zbędna pruderia. Dopiero Beniowski Słowackiego odczuwał coś takiego, jak głód.
"Brzuch? beczka pełna gnoju i zgniłego smrodu." - Gnój to nic innego jak fekalia zwierzęce.

Nieudolna poezja - moja. Tak, udolne jest tylko to, co jest hipokryzją w stylu - ptaszki ćwierkają, miłość jest piękna, przy czym pominięte zostają obrzydlistwa świata. Sam Charles Baudelaire opisywał piękne słońce, spacer z ukochaną i padlinę leżącą na drodze. Bardzo cenię przypominanie w dobitny sposób, iż wszystko jest wanitatywne. I nie pomoże tu nawet kwiatek, słoneczko, kotek. Kwiatek zgnije, słońce zgaśnie lub spowoduje raka skóry, kotek zdechnie i będzie padliną.

Może teraz ktoś zrozumie sens mojej poezji. A "pierdzący trup" w odniesieniu do Wojaczka wcale nie znaczy uwielbienia fizjologii, a ignorancję, bo "poezja pierdnąwszy, wyszła" - czyli mając wszystko gdzieś.

Czy to takie trudne?

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    •   Klaustrofobia podziemi rosła, im bardziej puste okazywały się kolejne pomieszczenia, nagie i ascetyczne w swoich małych pokutach. Brakowało jednego przejścia, aby cały poziom tworzył jeden spójny cykl, krąg piekieł, albo aureolę na głowie kościoła przemysłu. 

        Zderzony z ostatnią ścianą, Karol odwrócił się, żeby spojrzeć na ślady butów wybite w zalegającym prochu. Nie martwiąc się o pobrudzone spodnie, usiadł na ziemi i, aby nie musieć zamykać oczu, wyłączył latarkę. Rozczarowanie. Nienasycenie. Karol był zawiedziony - nawet nie fabryką, lecz samym sobą. Ciemność trzymała go w serdecznym uścisku, ale nadal dało się wyczuć drżenia przestrzeni z każdym przejeżdżającym samochodem, a spomiędzy zawieszonej pleśni przebijał się zapach płynu do prania. Może właśnie o to chodziło? Centrum zniewolenia jesteśmy my sami, próbujemy uciekać w egzotyczne kraje lub kariery, a mimo tego i tak nie możemy nigdzie znaleźć miejsca brutalnie prawdziwego, brudnego absolutu istnienia. Człowieka chowa się czystego, a dopiero jego zadaniem jest samogwałt - wyrwanie ze swoich trzewi czegoś, czym faktycznie można by powiedzieć, że się jest (bo przecież chyba nie ,,piątoklasistą”?). Mały chłopczyk zastanowił się nad zdjęciem z siebie wszystkich ubrań (o zgrozo - ubrań ,,do szkoły”), nad pozbyciem się fetoru higieny. Nie, to nie to, to byłoby głupie - myśli chłopaka wróciły z powrotem pod ziemię.

        Strużki wody zostawiały rude ścieżki spływając powoli po ścianach. Kiedy Karol z rodzicami mieszkali jeszcze w biedzie, w nędznym domku pod miastem, całe dnie upływały mu w jego ,,bazie” - wciśniętej pomiędzy rosnące na działce drzewa a siatkę ogrodzenia. Ze wstydem wspominał do dzisiaj dzień, kiedy grupka dzieci w jego wieku, w czystych ubraniach, na kolorowych rowerach, zapuściła się w jego ulicę (co było na tyle niezwykłą rzadkością, że jest to jedyna taka sytuacja, jaką Karol pamiętał), aż spotkali go, skulonego w swojej kryjówce. Z dziecinną ochotą próbowali z nim zacząć rozmowę, lecz on, jak nieoswojony dzikus, nie był nawet w stanie spojrzeć im w oczy. Speszeni, ruszyli dalej błotnistą drogą, która prowadziła chyba tylko do jakiejś żwirowni (sam Karol nigdy nie zagłębił się w tę uliczkę dalej niż koniec jego działki), najpewniej zapominając o dziwaku już w następnej minucie. Lecz Karol pamiętał to do dzisiaj. Pamiętał, jak po długiej minucie wreszcie dotarł do niego sens sytuacji, rzucił się on wtedy biegiem przez działkę, wyskakując spomiędzy krzaków na otwarte pole, biegł przez wysoką trawę z nadzieją zobaczenia jeszcze błysku ich plecaków, lecz przywarł wreszcie policzkiem do ogrodzenia, a na uliczce panowała absolutna cisza. Karol-dzikus wyrywał się z jakiegoś rezerwatu, wracając teraz na powierzchnię świadomości chłopca, jakby między rurami piwnicznej kotłowni odnalazł komfort zapomnianej bazy. 

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Krakoski givre m'enchante ─── „Ah ! Comme la neige m'a délaissé, Lavé mon cœur de sa pluie... Parmi les jours engivrés, Je m'enivre de mon ennui... Je m'engivre de mon destin..." [Hors d'] Nad moim półmiastem niebo mrozem zamarło, Jak ta na szybie łza, Nad moim niekrajem śnieg śnieży tak, Że świata okno mgłą szron skrył, jak moje ciało, Jak szybę życia, w mrozu ogród spopielił w białość... [Res medium] Nad moim niemiastem niebo tętni niczym czerwca odpust. Niebo delikatne jak najnowszy nów, A o zachodzie rzeka szara hymn śpiewa w słońca blues – Tam śpiewa „Alleluja” even bruk. A ja chwytam je szczytem serca… Szukaj spokoju tam, gdzie są ci ofiarowani: Ten czerwiec, Miłosz, Mrożek, Lem, i… To niebo ołowiane… Ono ci Ojcem, a synem samotrzecim – ty… O, niemiasto me! Sponiewierałem cię w rozterce... Jest tam na zachodzie – żelaznych ptaków port, Na północy – łuna Kombinatu Toksycznych Zórz. Na południu – aluminium płonący kort, Na wschodzie – matecznik, puszcza puszcz, A pod stopami, zwiędłycu map gorszy sort... A tu – północnych zorzy łuna łun, Tu – zachodniego wiatru arktyczny szkwał, O wschodzie, rzeki rzek szał – Na południu – jezior, jezior, jezior szum, A ponad mną ptaków powrotny klucz… Szukam podniety tu, gdzie śnią niemożliwy sen: Wciąż luty, Atwood, Cohen i Arcand… Śnieg, śnieg, w śniegu świat, po świata kres… Ona dobrą macochą mi, ma compagnonne, ma femme, Ta ćwierćojczyzna ma.   Ô mal adresse! Grzeszysz absencją co dzień, (Ja, je manque à l'appel)…, Tu, w inazylu mym, w abstraktu zastygły chłód: Fale, co w stalaktyty roztrzaskują się o Saint Laurent, Niebo ponuro zwisłe (comme chez Arcand), Tu, w nienowym Brest, słońca blask krwawy jak Cronenberg, Jak fleuve, co rozbija się o brzegu głód, Jak nadzieje na Saint-Jean, co rozbijają się o świtu brzeg… „Znajdziesz w końcu ujście”, szeleści mego serca prąd… "Gdziekolwiek jestem, na jakimkolwiek miejscu na ziemi, ukrywam przed ludźmi przekonanie, że n i e j e s t e m s t ą d.” Tam, w Laskach mych, lawą tryska żar: Wisły fal, co w czerwca skwar lgną do Ojcowskich skał, Nieba płonącego jak tańczący w Czar Par, Słońca, co zacina się jak album Lady Pank, Jak anioł stróż o Pod Aniołem budy bar, Jak Smok, co od wieków nie przestaje ziać, Jak ci, co pod Adasiem zimnym wzrokiem będą wciąż z bukiecikiem stać… [Ars carnae] "Nigdy nie znajdziesz spokoju”, mówi Pismo. A Słowo odpowie: „Nic się już nie zmieni”, Więc wybacz swym demonom, że im coś nie wyszło, Że twoje przywary są z tej tu ziemi, Że Omnia Tua – to duszy letniość, Bo dzwon Zygmunta zagrzmi w te tony: „Chwileczkę, proszę, będzie pochwalony… Nie wiś u diabła rękawa wciąż, dbaj o duszy higienę, Ta historia z szewczykiem poszła… w zapomnienie"... Masz tu port-aero na Zachodzie (na życia uciechy), Na Wschodzie – kołyskę (choć wątpliwego…), Na Północy – mumię tego (wiecznie żywego), Na Południu – góry z góry (to za grzechy…)! I choć niebo skwarne to jak u Chełmońskiego, W Mieście Krakuff wszystko jest tak niezmienne, Jak fale opływające Most Piłsudskiego… „Wszędzie znajdziesz jakąś miłość, niby ukojenie” – Tak szepce wzruszeniem nad sztuk sztuką Ułamek-Ławica, „Wracaj do źródeł”, krzyczy rozumu Labrador… "Jesteś, skąd jesteś, nie ma dla ciebie miejsca na tej zmieni;” I arktycznym prądem przeszywa cię jak matador Świadomość ta, dotąd skryta w dni cieniu: "N i e j e s t e m s t ą d.” - Kerouac z Księżyca. Tu, w szpitalnego korytarza półmrok wpadł lodowaty Iqualuut wwiew: Fali Saint Laurent, co w grudniową noc lasi się do bazaltów Ex Machina, Nieba zamarłego jak więźniarki w Unité 9, Słońca, co jest puste jak poczta głosowa Dédé Fortin'a, Jak bar przy boulevard Hamel, gdzie diabeł się sam upija, Jak wieloryby w Tadoussac, którym w płetwach zaparło śpiew, Jak Sacrilège'u ostatni zew… [Ars carnae] "Wciąż tylko wiatru niepełny niepokój”, mówi człowiek. A świat odpowiada: „Za późno”, Więc nie daj diabłu zapomnieć, że zrobił za dobrą robotę, Że twoje przedmioty stoją po złej oceanu stronie, Że your słowiańska krew – tutaj żebrze na próżno, A Notre Dame des Âmes Perdus ten tekst wydzwoni: „Proszę nie czekać, ten kraj jest zastrzeżony… Uprasza się nie wydzwaniać po Anioła Stróża, Ten numer z Winnetou się zajął, jak w lesie róża." Mam tu autoport na Zachodzie (po przebiegu), Na Wschodzie – Atlantyk (ten od Atlantydy…), Na Północy – las les Laurentides (wiecznie w śniegu), Na Południu – Stany (zastane w dyby)… I choć niebo tu twarde tel un Riopelle, W Citadelle wszystko wciąż płynie w kierunku, Jak fale, co Pierre Laporte wzięły na cel, Jak niestała stal Pont de Québec (ciągle w obstalunku)... „Niby znajdziesz miłostkę, pół-upojenie tu” – Tak dyszy pełną piersią chóru z Baru Fou ostatnie westchnienie… „Wracaj do źródeł”, wonieje morału swąd… "Gdziekolwiek byle nie tu, w każdym innym kącie ziemi, nie kryję, że nie mam do ciebie przekonania, nie rozumiesz, w y m i s t ą d!" [Pièce de résistance] „Religia to pokój Boży” – głosi Księga… chyba na Początek, Lecz czasopismo prawdę powie ci: „Nic się nie zmieni, Bo twoje pragnienia i cały tlen na ziemi, Wszystko, co nosisz – nie jest warte twej kieszeni”… A co ze spokojem? Pytia spokojnie odpowie… I ma rację ona, nie Kasandra: Czy tu czy tam, będziesz tracił zdrowie, To po co ci za każdym razem stłuczona filiżanka? Szukaj więc miejsca, gdzie uwierzysz chyba, Że ten luty to nie twoja Kasandra, Lecz wiecznie ci obiecywana Aleksandria, A tamten czerwiec – nie liczy się w rejestr, jak Atlantyda... Choć niebo i tu, i tam, i u Ubu, Jest jak diament ogniste, twarde niczym płomień, A o zachodzie, Popiół-Dni cię wita: „Zapraszamy do klubu!”, A zaschły atrament parkietu telegrafuje: „Wolny pokój tobie...”, I nawet twój pokój ci powie: „Daj pokój”, A coraz pustsze mieszkanie odrzeknie: „Tak z boku!” [Dés serres] Ach! Jak pada śnieg! Me okno w szronu sad rozkwitło... Ach! Wątek dni się rozsnuwa! Nad niemoim miastem niebo martwe jest, Jak ta łza, co uniknęła mego pokoju świetlikiem. Ach! Osnowa nocy światłu sztabę zasuwa... Ach! Ciemność widzę! Skąd przyjechałem? Dokąd jadę? Mróz ściął me nadzieje wszystkie: Jestem Południowym Krzyżem – Porzucony przez Polarną Gwiazdę... Ach! Gdzież smak poutine? Tak tęskno, tęskno mi... Ach! Jak śnieży śnieg! Wśród mrozem skutych dni, Ach! Ściął się życia ścieg... Nie tak.. A mad moim Uhr sierpień w śpiew jak w śnieg brnie, W śmiech, co strzaskał Hadesu drzwi! Ach! Wątek snów światło otworzyło mi! Ach! Widzę jasno: Skąd przybywam, gdzie gnam! Żar rozjaśnił duszę mą: Jestem jak lipca skwar – A tyś – moją ciemną Gwiazdą... Ach! Ten Cracovii smak! Ach! To mój gwiezdny czas... Wśród nocy, szalony bieg Ach! Spiął się życia ścieg... Ach! Jaki słońca blask! Tak.. [Ars carnae] I choć w Neverland „Wszystko, co masz, wciąż przekwita” (Tak mówi ci do ucha fala, która rozbija się po porcie Οὐτοπία)... To: „W Śródmorzu nie Mieć, lecz Być Różą zakwita”; Tak śpiewa ci rozbitek tysiąca nocy Acquae Vitae: "سقطت في هاوية التعاسة" ───  
    • Starzec i dziecko siedzieli na brzegu strumienia, gdzie woda cicho płynęła między kamieniami. Wokół nich rosły bujne trawy, a w powietrzu unosił się zapach ziemi i wilgoci. Dziecko patrzyło w wodę, a jego oczy błyszczały od ciekawości. Zauważyło coś na dnie strumienia – coś, co wyglądało jak mały, złoty przedmiot. Zapytało, wskazując palcem na wodę: – Co to jest? Starzec uśmiechnął się łagodnie, spoglądając na błyszczący punkt w wodzie. – To, co widzisz, jest tylko odbiciem. Ale to, co widać w odbiciu, może być czymś więcej, jeśli pozwolisz swojej wyobraźni popłynąć z nurtem. Wyobraźnia jest jak woda, która płynie w strumieniu – nie zatrzymuje się na jednej rzeczy, nie twardnieje w jednym obrazie. To nie jest świat, który musimy dosłownie zobaczyć, ale przestrzeń, w której wszystko może stać się możliwe. Wyobraźnia nie zna granic, bo to ona wyznacza, co jest realne. Tak jak woda w strumieniu nigdy nie jest tym samym nurtem, tak i my, gdy pozwalamy swojej wyobraźni płynąć, możemy przejść przez miejsca, które w rzeczywistości nigdy by się nie zdarzyły. Możemy być wszędzie, gdzie tylko zechcemy – w świecie, który kształtuje się w naszych myślach, w przestrzeni, którą sami tworzymy. W wyobraźni kryje się nasza wolność, nasza zdolność do bycia kimś innym, do spojrzenia na świat w inny sposób, do twórczego kształtowania rzeczywistości. To ona daje nam odwagę, by marzyć, by wierzyć, że to, co niemożliwe, może stać się możliwe. Bo w wyobraźni nie ma ograniczeń. Ona jest jak strumień – płynie, zmienia koryto, rozlewa się w nowych miejscach. A my, jak dziecko, możemy ją obserwować, pozwalając jej prowadzić nas do odkrywania nowych światów, nowych prawd.  
    • Meł to Kaziu: ta tu, i za kotłem.    
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...