Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Tyle się nasłuchałem o tej krainie, że w końcu postanowiłem tam powędrować. Może dlatego, że tkwi we mnie wrodzona ciekawość, jak gwóźdź w ścianie. Zasadnicza różnica między gwoździem a mną polega na tym, że ja mogę się przemieszczać, a on nie. Czy istnieją dodatkowe aspekty rozróżnienia w sensie intelektualnym? Trudno stwierdzić. Gwóźdź milczy jak wbity.

 

A zatem wędruje po różnych bezdrożach, szukając czegoś, co jak się zdążyłem dowiedzieć, nie widać z zewnątrz. Jedynie od wewnątrz. Jakbym szukał koloru wiatru.

 

Zupełnie niespodziewanie, wchodzę do obszernej wioski. Dziwnej takiej, gdyż na dachach dostrzegam wiele ostrych szpikulców. Niektóre są oklejone skrawkami zakrzepłej mazi. No nic, myślę sobie. Najważniejsze, że wreszcie doszedłem do celu.

 

Tubylcy biegają na wszystkie strony, jakby ich coś spłoszyło. Chyba mnie widzą, ale tylko wzrokiem. Całą resztą są gdzie indziej. Takie przynajmniej sprawiają wrażenie. Nagle wszyscy wchodzą do wielkiej chałupy, zbudowanej nie wiadomo z czego, w moim skromnym odczuciu. Daje się wyczuć ogólną nerwowość. Nie wiem, czy ze strachu, czy raczej z dziwnej radości na fundamencie nadziei.

 

Jestem w środku dużego pomieszczenia. O dziwo, rozumiem ich mowę. Jest to dla mnie zupełnie niepojęte. Nie zastanawiam się nad tym fenomenem. Siadam na końcu sali i słucham uważnie, o czym tak zawzięcie dyskutują. W pierwszej chwili, nie bardzo wiem, o co w tym wszystkim biega, ale nadal uszy nadstawiam.

Właśnie przemawia… chyba jakiś przewodniczący tego całego zgromadzenia.

 

– Kolokwialnie mówiąc... wielka dupa nad nami zawisła. Znowu to samo. Pytam was: co robimy? Teraz sytuacja jest gorsza niż poprzednio. Są dużo większe, a to co nad nimi bardziej ciemniejsze. Jedyna pociecha w tym, że podtrzymka wygląda na bardziej solidną. Pytanie: jak długo wytrzyma. Uważam, że nasze działania powinny być natychmiastowe, póki jeszcze są w letargu. Kto jest za, kto jest przeciw, a kto się wstrzymał.

 

Robi się wielki szum na sali i wszyscy są: za. Lecz to nie koniec pogawędki.

 

– Masz racje, że powinniśmy natychmiast. Tylko w jaki sposób? To nie to samo, co poprzednio. Wtedy chodziło o dzieci. One nie są głupsze, ale siła umysłów mniejsza. Jakoś daliśmy radę. A teraz chodzi o dorosłych, o których nie wiadomo, gdzie się podziali oraz ilu ich jest.

– Tego się raczej nie dowiemy. Dzieci też żeśmy nie odnaleźli. Ale jakoś się udało. Teraz należy postąpić zupełnie inaczej i z większą mocą. Dużo większą!

Siedzę, słucham, patrzę jak sroka w gnat i zupełnie nie pojmuję, o czym oni tak zawzięcie dyskutuję. Co im wisi, jakie dzieci, o jaki letarg chodzi. Postanawiam, że po prostu wstanę i zapytam. Są wnerwieni, ale nie wyglądają na niebezpiecznych. No więc wstaje i zabieram głos:

– Przepraszam, że tak bezczelnie się wtrącę, ale jestem tu przypadkowo i ciekawi mnie bardzo, co tu jest grane. Jeżeli nic nie stoi na przeszkodzie, to proszę wytłumaczyć, co to za kraina i co wam wisi na przykład? Lecz jeżeli waszym zdaniem, jestem bezczelnym chamem, który tka nos w nie swoje sprawy, to pójdę spiesznie precz, bo życie miłe jest mi.

– Nam też. W tym cały szkopuł. Ale może przewodniczący lepiej wyłoży.

– Jak pan do nas trafił? – pyta wspomniany wyżej.

– Przypadkowo... to znaczy niecałkiem… szukałem tej waszej krainy… wioski… no tego tam.

– Dzięki za szczerość. Może gdyby sytuacja nie była nad nami tak napięta, to byśmy panu przywalili, ale skoro jest jak jest, to powiem w czym rzecz.

– Będę wielce zobowiązany.

– Jakby tu zacząć… kilkadziesiąt metrów nad naszą wioską, rozpościera się gęsta i mocna pajęczyna… która jest niestety prześwitująca.

– Dlaczego niestety?

– Bo gdyby taka nie była, to byśmy nie musieli oglądać tego, co tam w środku leży. To znaczy: na wewnętrznej stronie.

– A co leży?

 

Pan Przewodniczący patrzy na mnie takim wzrokiem, jakby widział przed sobą, czubka pająka. Nie odpowiada na zadane pytanie, tylko wyprowadza na zewnątrz chałupy. Za nami podążają inni, widocznie ciekawi mojej reakcji. Wiele już w życiu widziałem, aczkolwiek przyznać muszę, że widok jest raczej przygnębiający. Rzekłbym nawet: klaustrofobiczny

 

Rzeczywiście. Zgodnie ze słowami wodza, nad głowami rozpościera się biało szara gęsta siatka. Trudno z dołu stwierdzić, jaką średnią grubość ma poszczególna nitka. Niewątpliwie są bardzo wytrzymałe. Całość nieustannie drga w absolutnej ciszy. Gdyby na tym zakończyć opis… no to cóż… pajęczyna nad głowami i tyle. W sumie nic strasznego. Można się przyzwyczaić. Lecz niestety… jak wspomniał pan wódz, owa zasłona nie jest sama... to znaczy w bardzo wielu miejscach wybrzuszona do dołu.

 

W ogromnych lejkach spoczywają nie mniej ogromne, czarne ćmy. Ciała prześwitują przez siatkę, a zatem wydają się szare. Rozpiętość skrzydeł może dochodzić do kilku metrów. Określenie dokładnych rozmiarów, jest raczej wątpliwe, chociażby dlatego, że są nieco zduszone, spoczywając we wspomnianym lejku.

 

Lecz to jeszcze nie wszystko. Nad nimi, na dość małej wysokości, biorąc pod uwagę proporcje, unosi się gęsta ciemność. Określenie: gęsta, trafnie obrazuje daną sytuacje, z uwagi na wrażenia… psychiczne, gdyby się na to zjawisko za długo wpatrywać. Człowiek ma wrażenie, że cząstki umysłu, są wsysane przez ciemność.

 

– No i co, podoba się? – słyszę pytanie z tyłu.

– Średnio, szczerze mówiąc. Widziałem ładniejsze widoczki. A tak w ogóle, skąd ta siatka i ta cała reszta?

– Siatka… z nas.

– Z was? To tak… z was. Wszystko jasne. Że też o tym nie pomyślałem. A tak na poważnie, to z czego?

– No z nas. Mówię przecież. Głuchyś?

– Nie bardzo rozumiem.

– Ona wisi od zawsze, tylko jest przeważnie pusta. I tego nad nią też nie ma.

 

Jestem w tej chwili głupszy, od najdłuższego skrzydła paskudnej ćmy. Co on za farmazony wtłacza do mego umysłu. Przecież to jakiś absurd. Zadaje ponownie rzeczowe pytanie i oczekuje jednoznacznej odpowiedzi.

 

– To znaczy dokładnie z czego?

– Z dobra… albo raczej z braku zła.

– O… to rozumiem. Wszystko jasne. A niby skąd to dobro?

– No z nas. Mówię przecież.

– Czyli ta cała koronka, jest emanacją dobra, które macie w sobie. Chroni was, tak?

– No to jesteśmy na krzywej prostej – słyszę jakiś głos z tyłu. – Pan Przewodniczący potrafi jasno wytłumaczyć, co i jak.

– Durnia ze mnie robicie!? – krzyczę na cały głos. – Mam uwierzyć w tę waszą bajkę. Wierzę w to, co widzę.

– My też. W tym cały problem. Musimy się pozbyć… to znaczy tego co w środku… i wyżej.

– „Tego co w środku i wyżej” mówisz. A co to jest. Znowu jakieś kreowanie rzeczywistości?

– Niestety. Czasami zdarzają się między nami osobniki, które mają w sobie wiele zła , lecz działają w… białych rękawiczkach i uchodzą za dobrych.

– To macie nawet rękawiczki.

– Wiesz o czym mówię.

– Oczywiście. Przepraszam.

– W ostatnich dniach kilkunastu naszych braci nas opuściło. Domniemamy, że to oni wytworzyli to wszystko nad nami. Oprócz pajęczyny rzecz jasna. Chociaż prawdę mówiąc, może w niej znajdują się ich cząstki z czasów, kiedy byli jeszcze nie tacy jak teraz. Chcę w to wierzyć. To w końcu byli nasi. Gdy ciemność złudnie zajaśniała, wpatrywali się w nią, jak w jakiegoś boga, tym samym go powiększając. A później odeszli.

– A ta cząstka skąd?

– Nie wiemy. Czasami zło, to jak rodzynek w ciastku. Niewidoczny, dopóki się nie zje całości.

– No dobra. Ciastko ciastkiem, ale dlaczego was nie pozabijali skoro są tacy źli, tylko sobie poszli.

– A po co mieli się trudzić zabijaniem, skoro wytworzyli narzędzie zniszczenia, wiszące nad naszymi głowami.

– To czemu one potulnie wiszą. Powinny atakować?

– Póki co, są uśpione siłą siatki. Lecz nas lęk się wzmaga, przez ciągłą świadomość zagrożenia. Rodzi się w nas chęć odwetu. A to z kolei zmniejsza naszą ochronę.

– Wiem. Kiedyś od moich pradziadów usłyszałem, że zło należy dobrem zwyciężać…

– My też to znamy. Ale jaki mamy z tego pożytek? Żaden.

– Trzeba by to zniszczyć, tak nie... za ostro… z wyczuciem.

– Człowieku! Co ty gadasz! Tym bardziej, że wiesz gdzie jesteś i co jest nad nami.

 

Usilnie myślę jak im pomóc. Czy w ogóle istnieje jakieś rozwiązanie tego wiszącego problemu. Załóżmy, że istnieje jakiś radykalny sposób, który zniszczy to co trzeba. Tylko, że chamskie w złości działanie, jeszcze bardziej wzmocni uśpione moce lub nawet je obudzi. Nie mówiąc już o tej… wielkiej ciemnej chmurze, która wisi nad nimi i tak naprawdę nie wiadomo, czym jest. Raczej można przypuszczać, że ma te… drapieżne motylki pod opieką. A może one są wytworem jej wyobraźni. A skoro tak, to… muszę przestać rozmyślać intensywnie, bo zaczynam się w tym wszystkim gubić.

 

– Ej… wymyśliłeś coś? – słyszę pytanie. – Dobrze by było, gdyż zaczynają się wiercić.

– Kto?

– Ćmaki.

– O cholera. Czyżby samo moje rozmyślanie o formie… zemsty… bardzo drgają?

– Zobacz sam.

 

Spoglądam w górę. Rzeczywiście, nitki leciutko falują ruszane od wewnątrz. Na szczęście nie wygląda to groźnie. Chyba mamy jeszcze trochę czasu.

Nagle przychodzi mi do głowy szalony pomysł.

 

– Trzeba doczepić od spodu wielkie ciężary, w miejscach, gdzie spoczywa nadzienie. Naciągnąć pajęczynę prawie do ziemi, a później nagle puścić…

– A… rozumiem twój zamysł, choć zaiste śmieszny. Lecz to nie ważne. Byle był skuteczny. Ujrzymy inne światło.

– Tylko skąd wiadomo, że po drugiej stronie ono jest?

– No przecież przedtem było. Głupiś przybyszu, czy co? Przepraszam.

– A zatem naciągniemy dobro, wystrzelimy nim mniejsze zło, żeby przebiło to większe w bardzo wielu miejscach jednocześnie. Czyli tak jak mówiłem. Zło dobrem pokonamy, za pomocą innego zła, ale w dobrej wierze, bo samo zginie, niszcząc przy okazji zło o wiele potężniejsze, co zalega nad nim, mając pod spodem, jedno i drugie, a obydwa należy pokonać. Proste.

– Czy ja wiem. Dla mnie to trochę skomplikowane, ale jestem za.

– A co ze złymi umysłami waszych braci, jeżeli zrealizujemy nasz zamiar?

– Tego nie wiemy. Dzieci nie wróciły.

– Czyli co… zaczynamy.

 

Tylko jak? Skąd wziąć takie wielkie ciężarki. A co ważniejsze: kto je uniesie w przestworza i pozawiesza gdzie trzeba.

Okazuje się jednak, że z tym nie ma żadnego problemu. To znaczy: jest, ale łatwy do zawieszenia.

Panu przewodniczącemu nagle się przypomina, że w pobliskiej krainie, też niewidocznej z zewnątrz, mieszkają tak zwani: Wielcy Obojętni. A co ważniejsze, posiadają skrzydła. Wnętrza ich zioną pustką, ale wbrew pozorom dużo ważą, silni są, a na dodatek o nic nie pytają, tylko wykonują swoją robotę, jeżeli otrzymają odpowiednią zapłatę.

Po prostu chodząco – fruwające ciężarki.

 

Mnie natomiast nurtuje pewne pytanie.

 

– Skoro światło jest zakryte, to skąd dzień u was? Przecież powinno być raczej ciemnawo, nieprawdaż?

– Ano stąd, że to ciemne światło.

– Ciemne światło? Pierwsze słyszę.

– Nie wszystko co świeci, musi być jasne tak naprawdę. Czasami to zmyłka.

– A… rozumiem. Taki cover światła. Czyli jak rozbłyśnie te dobre… to jak rozróżnimy jedno od drugiego?

– W tym problem, że nie rozróżnimy. Zło powinno po prostu zniknąć. Ale pewności nie ma. Są nie do rozróżnienia, bez wniknięcia głębiej. Mogą też pozostać w pomieszaniu, niestety. Wtedy chodzi o to, jak się rozkładają proporcje. Na naszą korzyść, czy przeciwnie.

– Nie wiele z tego rozumiem, ale nie ważne.

 

Po krótkim czasie Wielcy Obojętni tłumnie przybyli. Ciekawe, w jaki sposób dali im znać… oraz ile kasy dostali. Tego się niestety nie mogę od nich dowiedzieć.

 

Rozchodzą się po całej krainie, uważając na domostwa, by je nie rozdeptać i pozostawić w całości. Za to im nikt nie zapłacił. Po chwili fruną do góry. Łapią pazurami pajęczynę, a ta natychmiast zaczyna się opuszczać w kierunku ziemi. Mimo, że pustkę w sobie posiadają, ciężar ciał jest znaczny i ciągle się zwiększa, gdyż mieszkańcy napełniają ich wnętrza, chęcią niesienia dobrych uczynków po całej okolicy. Ale to zaś. Teraz nie mają na to czasu i spokoju. Patrzą ciekawie, co z tego wyniknie.

 

Ćmy wewnątrz coraz szybciej ruszają skrzydłami. Dręczy nas obawa, że przed wystrzeleniem, wyfruną na zewnątrz i będzie po sprawie. Nie zdążyły. Wielcy Obojętni będąc blisko ziemi, nitki z łap raptownie wypuszczają. Wszyscy jednocześnie. Stwory lecą do góry w szalonym pędzie, przebijając ciemność. Nagła jasność oczu mieszkańców nie poraża, bo i tak jest w miarę jasno. Większość stworów znika, lecz nieliczne nadziewają się na szpikulce, zamieszczone na dachach. Myślę sobie patrząc na to wszystko, że przecież musieli już kiedyś ten zabieg strategiczny zastosować. Czyżby zapomnieli? Tylko oni?

 

*

Wychodzę z wioski. Idę prosto przed siebie. Odwracam się. Pusta ziemia i puste niebo. Stoję jakiś czas w miejscu. Słońce praży niemiłosiernie. Znowu podążam w pierwotnym kierunku. Widzę mały staw. Na środku wystaje kawałek muru. Promienie migoczą w czystej toni jak srebrne rybki. W czerwonej cegle tkwi gwóźdź. Wchodzę do wody, choć jej nie czuję. To zapewne z przemęczenia. Z łatwością wyciągam go ze ściany.

 

Z powstałej dziury wylatują małe ćmy. Zupełnie mnie ignorują. Lecą w określonym kierunku. Coś mi się kojarzy. Biegnę za nimi, ile mam jeszcze sił. Widzę tę małą chmurkę przed sobą. Jest coraz mniejsza. Cholera jasna. Nie dogonię ich. Pomylę drogę. Obraz się rozmazuje. Pot mi ścieka do oczu. Znowu dostrzegam szarą zamazaną plamę. To chyba one. Nie. Robi się wyraźniejsza i prostokątna. Z boku pojawiają się ściany. Uderzam w drzwi. Słyszę głos:

 

– Co pan wyprawia na korytarzu. Proszę wracać do łózka. Został pan znaleziony na zupełnym pustkowiu. Jest pan wyczerpany i odwodniony. Proszę się położyć i wypocząć. Chce pan głupiego jasia?

 

Leżę i patrzę w sufit. Coś tam krąży wokół lampy. Akurat wchodzi jakaś pani ubrana na biało. Zadaję pytanie:

 

– Co fruwa?

– Gdzie?

– Tam.

– Ćma, proszę pana.

– Ćma? A co to?

 

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @Magdalena Właśnie, dokładnie, w pewien sposób jest. 
    • @Berenika97 To  dobry wiersz — mroczny, gęsty i konsekwentny od początku do końca. Podoba mi się, że tutaj wszystko powoli gaśnie, osuwa się, rdzewieje i znika, ale dzieje się to bez histerii, tylko z jakąś chłodną godnością. Najmocniej zostają mi w głowie: ślepe okno, okuty kufer i klucz połknięty przez rdzę — świetne obrazy. Wiersz ma klimat i ciężar. Ja tak nie potrafię.  U mnie chaos -  usprawiedliwia mnie tylko  to, że jestem mężczyzną - archaicznym. 
    • Zobaczyłem dzisiaj kota W towarzystwie z kociętami Leżącego na środku drogi   Ich wnętrzności były czarne Padły na piekący asfalt A ich koniec był ubogi   Przy zapachu jajecznicy Odór smażonego truchła Przywołuje czarną dziurę   Postać jej zagina światło Jakby czernią emanuje Kiedy wzrokiem ją świdruję   Białe oczy niewzruszone Dwa to punkty w jej sylwetce Pusto patrzą na kocięta   Kiedy dusze ich wysysa Ścierwo gnije i rozkłada Lecz czerń nie jest tym przejęta   I po chwili gdy już skończy Każdy chce by sobie poszła By zniknęła każdy prosi   Lecz ta ciemność nie zanika Tylko wciąż dalej żeruje I na innych się przenosi   A ja stałem tak ciągle otępiony Gdy widziałem kolejne to demony Przyczepione do każdej tak istoty Miały ludzi, rośliny, nawet koty   Te od spodu kwiaty już wąchały Czarne byty wszystko rozkładały Gdy na głowie poczułem to ciążenie Zrozumiałem że wszystkim jest cierpienie   Śmierć - panowie rozkładu To oni nas hodują Mija krótki żywot Oni wciąż żerują   Mam nadzieję, że umrę Choć nie jestem gotowy Ot małe marzenie  Dawno ściętej głowy Nabitej na kark.
    • w mieszkaniu pachnącym rosołem i lekko przypalonym snem który ktoś próbował uratować dolewką wody stoi ona królowa klamek które same się naciskają  i drzwi które przestają należeć do was Pelagia wchodzi jak rachunek za cudze życie z odsetkami liczonymi od waszego pierwszego oddechu wchodzi z reklamówką która szeleści jak wyrok w zawieszeniu niosąc w środku mrożonki które nigdy nie zaznały wybaczenia jej włosy to tłuste kable pod napięciem gdyby je dotknąć można by zasilić pół osiedla w poczuciu winy i jeszcze zostałoby na oświetlenie waszych błędów twarz ma jak garnek po bigosie niby umyty ale zapach zostaje na zawsze wygląda jak protokół powypadkowy  każda zmarszczka to paragraf na waszą radość a usta zaciśnięte tak mocno że mogłyby prostować gwoździe. Pelagia arcykapłanka domowego porządku odprawia nabożeństwa nad waszym zlewem jakby tłuszcz był grzechem pierworodnym głosi że zbawienie przychodzi w płynie do naczyń a grzech najlepiej zeskrobać druciakiem i polać Domestosem aż zacznie skrzypieć z czystości jej głos to łyżka stukająca o zęby to odgłos żwiru sypanego do trumny waszego wolnego popołudnia suchy rytmiczny i ostateczny mówi długo jak czajnik który nie wie kiedy przestać gwizdać bo nikt go nigdy nie zdjął z ognia po trzech zdaniach nie oddychasz po pięciu przepraszasz za rzeczy których jeszcze nie zrobiłeś po siedmiu zaczynasz planować winy na przyszłość Pelagia nie pyta o zdrowie ona jest patomorfologiem waszej niedzieli w różowym fartuchu w bratki przeprowadza sekcję zwłok waszego entuzjazmu wsadza wam palec w przełyk żeby sprawdzić czy wasze sumienia mają odpowiedni odczyn ph i czy nie strawiliście przypadkiem resztek własnej godności którą podała wam w sosie na kolację w zeszły wtorek w jej obecności zegary zaczynają chodzić wstecz aż lądujecie w kącie z rękami za głową przepraszając za to że wasz ślub nie był mszą żałobną za jej młodość wypluwa waszą radość na spodeczek bo twierdzi że jest niedopieczona i ma w środku jeszcze krew waszych marzeń o ucieczce które według niej powinny być już dawno ścięte fileciarka relacji bierze wasz dzień kładzie go na desce i tnie w poprzek sensu aż zostaje tylko to co jej pasuje do obiadu i co da się łatwo przełknąć bez myślenia wasze plany lądują w misce jak odpadki a ona robi z nich "na szybko coś dobrego” co smakuje jak dożywotni obowiązek i zostaje w żołądku na zawsze wchodzi do waszej  sypialni z licznikem Geigera na grzechy; sprawdza czy wasze kołdry nie promieniują zbytnią swobodą i posypuje prześcieradła solą egzorcyzmowaną żeby namiętność nie wykiełkowała ponad normę unijną wasze łóżko traktuje jak stół do ping-ponga na którym rozgrywa mecz o waszą uległość  dezynfekuje was z intymności i przycina wasze sny sekatorem żeby nie wystawały poza krawędź jej przyzwolenia wasze "kocham” pakuje próżniowo w folię bąbelkową wyciska z niego powietrze i sens i opisuje flamastrem: do użytku po śmierci -  w razie braku innych atrakcji potem posypuje wasze ciała talkiem dla niemowląt żebyście nie mogli się do siebie przytulić bez poślizgu winy i lekkiego wstydu klienci czyli wy kiwacie głowami jak ziemniaki w gotującej się wodzie pękacie powoli od środka bo już nie macie siły się nie ugotować a ona bierze to za wdzięczność i dokłada soli aż zaczynacie smakować jak jej racja jej spojrzenie jak ręka wkładana do szuflady z nożami niby nic się nie stało a jednak krwawisz i nie wiesz skąd i zaczynasz podejrzewać siebie przesuwa talerze żeby głód miał odpowiednią hierarchię i wiedział gdzie jest jego miejsce a kiedy siada na kanapie meble jęczą w dialekcie staropolskiej męki i proszą o skrócenie wyroku jej śmiech to dźwięk widelca szorującego po dnie pustego garnka sygnał że właśnie zjadła wasze wolne popołudnie kiedy mówi "synku” powietrze gęstnieje jak sos zbyt długo gotowany robi się ciężkie tłuste i nie do odrzucenia oddychasz tym i zaczynasz smakować jak ktoś inny kto już dawno przestał mieć wybór otwiera okno i wpuszcza do środka zaduch z klatek schodowych roku osiemdziesiątego drugiego w którym każde wasze " chcę" brzmi jak zdrada stanu i powód do donosu Pelagia magazyn przeterminowanych prawd ma w torebce zamrażarkę turystyczną która buczy cicho jak wyrzut sumienia    trzyma tam wasze odcięte pępowiny z datą ważności: nigdy! żeby w każdej chwili móc was nimi poddusić gdybyście zachcieli odetchnąć bez jej zgody jej uśmiech to ekspozycja w muzeum patologii rodzinnej zwiedzanie obowiązkowe rzędy zębów jak nagrobki waszych wspólnych weekendów które osobiście zabiła ścierką do naczyń i kazaniem o wyższości firanek nad wolnością kiedy w końcu wychodzi nie zostawia pustki zostawia po sobie galaretę która tężeje na waszych twarzach to nie jest już dom to inkubator jej racji gdzie wasze kręgosłupy służą jej za szczebelki do drabiny po której wspina się by napluć Bogu w okno za zbyt małą ilość octu w waszej krwi zostajecie w tym rosole po kostki pływacie jak oka tłuszczu które nie mogą się połączyć bo ona już dawno was przesiała przez sito swoich oczekiwań wieczorami gdy próbujecie się dotknąć skóra schodzi wam płatami odsłaniając jej inicjały wypalone na waszych mięśniach jak znak jakości na mięsie armatnim Pelagia nie wraca do siebie Pelagia po prostu zmienia formę skupienia teraz jest waszą zgagą waszym bezdechem jest tym szarym nalotem na waszych językach który sprawia że każde wasze "kocham” smakuje jak stara ścierka do podłogi siedzicie cicho żeby nie zbudzić jej echa w rurach patrzycie w talerze gdzie wasze marzenia dogorywają w gęstym sosie a ona ta wielka pajęczyca w fartuchu w bratki już dawno was wypatroszyła wypchała trocinami waszych kompleksów i postawiła na meblościance swojego życia jesteście martwą naturą jej najsmaczniejszą bo podaną na żywca niedzielną ofiarą całopalną            
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...