Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

 

 

Nie wiem, czy zwracasz się tylko do Marcina, bo jego cytujesz, ale co do wspomnianego przez Ciebie pielęgnowania to jest to jedna z najpiękniejszych czynności, jakie może człowiek wykonywać.

A co do przewrotności tytułu... :) to  musi taki być, aby coś przewrócić ;)

Pozdrowienia

 

 

 

 

@Marcin Krzysica  podziękowania za serce

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

Zaraz Ci udowodnię, że się z Tobą nie zgadzam:D Wprawdzie tylko w jednej kwestii, ale jakże ważnej.

 

Na temat miłości i tego czym jest owa siła, można by długo dyskutować. Co jeśli wziąć pod lupę miłość metafizyczną? Zapewne znasz moje opowieści piotrowe, tam jest dużo metafizyki, ale wracając;
Załóżmy że nie ma już przedmiotu miłości (kochana osoba umarła) i jakkolwiek dotarło do nas że go nie ma, to niepodobna wyobrazić sobie, że nie ma go/tej miłości wcale. 

Więc tu się z Tobą nie zgodzę, że wtedy nie ma już miłości, jak to napisałeś. To jest było i będzie w naszych zmysłach, wyobrażeniach. Pamiętamy o marności i znikomości życia doczesnego, dlatego też chcemy zachować pewną czystość. Są ludzie, którzy z łatwością (choć może to niewłaściwe słowo) potrafią oddzielić to co było, od tego co jest i iść dalej, naprzód, wziąć jak to powiedziałeś ster w swoje ręce i szukać szczęścia i nie ma w tym, ani nic złego, ani nic dziwnego. Człowiek potrzebuje drugiego człowieka, pragnie miłości, bo to nadaje życiu prawdziwy sens, ale są też i tacy, którzy pomimo iż potrafią przekraczać samego siebie, bo tak poniekąd pojmujemy metafizykę, to jednak porządek poznania uważają za wtórny wobec uczucia jakim jest miłość, lub jej brak. 
Tak więc temat trudny, a samo zjawisko miłości jeszcze bardziej:)

 

 

A i owszem Iw odniosłam się do komentarza Marcina z racji tego, że mnie ten komentarz zaczepił, jest ciekawy, ale nie tylko, do Twojego również, pisząc o okolicznościach i fazach. Ujęłam to ogólnie, bo nie widzę potrzeby cytowania każdego. Kończąc odniosłam się także do tytułu, więc wszystko o wierszu pod wierszem:) 

Co do pielęgnacji zgadzam się z Tobą w stu procentach. Tytuł idealnie przewrócił myślenie;) Pozdrawiam.
 

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

 

To dla mnie rdzeń Twojego wiersza, jego wspaniała, decydująca i rozstrzygajaca wypowiedź, dlatego mogłaby, według mnie, być jego silnym i pozostającym w pamięci zakończeniem, które nie epotrzebuje dalszego rozwinięcia... Z tą wypowiedzia też się zgadzam, lecz dołączę do niej pewne "ale": "jeśli masz w sobie zdolność kochania", bo w odróżnieniu do powszechnej i wciąż obecnej w nas zdolności grzeszenia, możemy ją stracić lub jej nie rozwinąć... Chociaż na pewno wszyscy mamy w sobie jej potencjał. Pozdrawiam :)

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

 

No tak, sporo ludzi żyje i umiera tylko z potencjalnością, a szkoda.

Ten rdzeń jest u mnie w środku :) żart ;)

Nie chciałabym być źle zrozumiana z tym nicnierobieniem bo bardzo często miłość objawia się i sprawdza w działaniu. I tak też powinno być gdy ukochana przez nas osoba potrzebuje namacalnej, konkretnej, fizycznej pomocy. Natomiast bywają okoliczności, gdy możemy (jeśli potrafimy, mamy tę zdolność) doenergetyzować miłością na odległość. Ale Ty to wiesz :)

Dzięki i również pozdrawiam  :) 

Opublikowano

@iwonaroma  Fundamentalnie nie zgadzam się z wierszem. Grzechem rzeczywiście są takie czyny jak zabójstwo, kradzież, gwałt etc. I tak, to prawda, większość tego nie robi. Co jednak katolicy co niedziela powtarzają i będą powtarzać do grobu? ... Mową, myślą, uczynkiem i zaniedbaniem... Oto jak zgrzeszyłem. Nie zadzwoniłem do dziadków, choć bardzo czekali, nie zatrzymałem się pogadać z bezdomnym, zbyłem swoje dziecko, które chciało mi pokazać jaką fantastyczną zabawę wymyśliło, rzuciłem złym słowem, które będzie w kimś kiełkować przez lata, choć zapomnę go za dwie minuty... Można tak bez końca. Bycie odpowiednikiem niemego kamienia nie jest więc wcale rozwiązaniem. Ktoś mógłby skwitować, że powyższe przykłady to właśnie to ,,nic". To nie jest wcale ,,nic". To z tysięcy takich drobnostek składa się nasze życie i to w nich tak naprawdę waży się nasza świętość.

Kochać to znaczy cały czas wychodzić do drugiej osoby. To wymaga czasu, zaparcia i wysiłku, a wbrew pozorom nie jest samo w sobie wcale łatwe. Umiejętność do kochania trzeba w sobie bez przerwy ćwiczyć, aż nie wejdzie w krew. Wtedy dopiero jest łatwe jak oddech i intuicyjne. Nie wcześniej. Człowiek z natury jest egoistyczny, lecz miłość (zdefiniowana jako bezwarunkowe dążenie do dobra drugiego człowieka) jest tego egoizmu zaprzeczeniem. W tym świetle droga do świętości to droga do okiełznania swojej natury- ponownie- nie jest to łatwe.

Nie jest na szczęście też znowu tak katastrofalnie jak to opisałem, bo nie jesteśmy na tej drodze sami. Wystarczy tylko prosić o pomoc, a On ją da.

I tym optymistycznym akcentem zakończę swój wywód, amen :)

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

 

Tomku :) jak dobrze, że użyłeś znaku zapytania oraz słowa 'chyba', bo moje "dzieło " rozpuchłoby się a potem rozsypało  :);)

Dzięki i pozdrowienia również 

 

 

 

 

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

 

 

:) A ja fundamentalne z Twoim komentarzem :) no, nie tak z całym ;)

Podane w wierszu grzechy celowo zostały użyte, aby dobitnie ukazać wysiłek konieczny do ich wykonania. Oczywiście mamy mnóstwo pomniejszych grzechów i do każdego potrzebny jest wysiłek. Złodziej musi się wysilać logistycznie i konceptualnie (na ile oczywiście jego ograniczony umysł mu pozwoli :)). Do chorej babci się nie zadzwoni ale potem trzeba to jakoś wytłumaczyć, skłamać, sprawa może  się  ciągnąć w nieprzyjemny sposób, pojawią się wyrzuty (babci i sumienia) a jak jeszcze babcia umrze to wyrzuty sumienia mogą nam towarzyszyć długo. 

Ale... nie zadzwolilismy, bo nam się nie chciało, czy mieliśmy powód? Ukradliśmy z pazerności, czy byliśmy śmiertelnie głodni? etc.itp.

Następną kwestia - piszesz, że  z miłością trzeba cały czas wychodzić do drugiego człowieka. A co z miłością do siebie? Wychodzenie CAŁY CZAS na zewnątrz skutkuje wyczerpaniem, konieczny jest czas na doładowanie siebie.

Oczywiście, dostajemy z góry mnóstwo energii do kochania/służenia innym ( znam przyklad kobiety - drobnej :) - która podniosła samochód, by wydostać spod kół swoje dziecko) ale potem potrzebny jest odpoczynek. Takie są realia wydolności ciała fizycznego (ale także emocjonalnego jak i umysłowego) - ruch i odpocznienie, ruch i odpocznienie.  

Ten niemy kamień... :) nie mów, że tak to zrozumiałeś :) kochający człowiek, który jest daleko też może pomóc. Miłość to określony typ energii, dla której czas i przestrzeń nie stanowią problemu. Oczywiście, by się nią w ten sposób dzielić trzeba ją najpierw mieć. I tu zgoda - trzeba nad sobą pracować, doskonalić się, ale taka praca przynosi radość :) Jeśli będziemy straszyć ludzi mozołem, 

niewyobrażalnym wysiłkiem- to nie podejmą się tego. I nawet ksiądz ze straszeniem o piekle nic tu nie wskóra. 

Trochę chaotycznie coś odpowiadam :)

 

 

 

 

 

@milczenie owiec  podziękowania :)

Opublikowano

@iwonaroma  Niemy kamień to tylko taka metafora na osobę, która robi dosłownie nic ;)

Zacznijmy od tego, że każda czynność, nawet najprostsza wymaga wysiłku. Nawet oddychanie czasem go wymaga.

Podane przeze mnie przykłady grzechów miały pokazać, że istnieje cała kategoria przewinień, które popełnieniamy robiąc nic, ignorując coś/kogoś, albo używamy minimum energii (np. obrażenie kogoś). Czy można z tego wywnioskować, że grzech jest czymś prostym? Nie, ponieważ mamy też przykłady na to, że może wymagać dużo wysiłku. Jedynym logicznym wnioskiem jest zatem stwierdzenie, że nie możemy jasno sklasyfikować jego trudności popełnienia.

Przemawia też za tym powszechność grzechu. Gdyby bezgrzeszne życie było proste, to czemu jednak tak nie żyjemy? To prawda, nie popełniamy (w większości) wielkich zbrodni i przestępstw, ale jednak czystego konta nie mamy.

Przechodząc do tematu miłości- odnoszę wrażenie, że mamy inne jej definicje ;)

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

 

Może to z tego wynika nieporozumienie. Kiedy piszę, że miłość jest trudna, nie mam na myśli syzyfowego trudu kochania. Łakniemy miłości całymi sobą, szukamy jej przez całe życie- jesteśmy przecież do niej stworzeni. Jednak ta jej oczywistość i naturalność, nadal wymaga od nas wysiłku. Osoba za oceanem pomaga bardziej tylko będąc, czy raczej pamiętając codziennie wysłać jakiegoś króciutkiego SMSa, albo dzwoniąc co jakiś czas? Oczywiście nie musi to być zawsze wysiłek wielki, lecz stoi za nim przeorientowanie swojego myślenia z siebie na drugą osobę.

Czy powinniśmy się więc martwić, że jest to harówa bez końca? Nie, powinniśmy być wdzięczni za to co już udało się nam zrobić :) I nie jest to też praca bez nagrody, bo czy muszę tłumaczyć, że gdy się kocha, życie nabiera kolorów (i większego sensu)?

Pozdrawiam

 

Opublikowano (edytowane)

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

 

No - wiadomo :) z tym kamieniem.

Zgoda, że czynności wymagają  wysiłku, ale czy zawsze? Chory człowiek oczywiście oddycha z wysiłkiem, ale zdrowe niemowlę? Poza tym czynności, które sprawiają nam autentyczną radość czyni się tak lekko... wschodni nazywają to działaniem bez działania (wu wei ). 

Oczywiście masz rację że spektrum grzechów jest przeogromne, i niektóre takie, które na pierwszy rzut oka wydają się nie być grzechami np. grzech zaniechania. Rozumiem Twój protest, że nicnierobienie jest w takie sytuacji złe. Ale to zawsze trzeba rozpatrywać indywidualnie. Czasem pomocą jest nieudzielenie pomocy. 

Pytasz, dlaczego powszechnie grzeszymy jeśli założylibysmy zgodnie z moim poglądem, że do grzechu potrzebny jest wysiłek.  

Z głupoty :) z ignorancji, wdruków społecznych i rodzinnych. Z choroby, cierpienia, depresji, zazdrości etc.  Są oczywiście świadome przypadki czynienia zła ( i przy tym bardzo sprawne, perfidne) ale na szczęście to wyjątki. 

Co do definicji... cóż, można mnożyć :) miłość niejedno ma imię ale energia jest jedna w tym względzie - scalająca. To co dzieli, rozwala, niszczy - też używa energii, ale nie scalającej  :)

 

Mam pytanie do Ciebie:

 

lekkie jak piórko - 

 

ciężkie ja kamień - 

 

Gdzie umieściłbyś miłość a gdzie grzech? 

 

wg mnie miłość czyni lekkim, radosnym, bezwysiłkowym

 

a grzech ciężkim, coraz bardziej ciężkim. 

 

To oczywiście w konsekwencji, bo na początku może  faktycznie miłość wydaje się trudem a grzech łatwością. Ale to pozór.

 

No to namieszałam :);)

 

Pozdrowienia 

 

 

 

 

 

:) Grzesiu skąd wiedziałeś, że będę wieczorem odpisywać? ( odnośnie życzeń miłego wieczoru, które pisałeś lekko po południu :))

Odwzajemniam oczywiście :)

No tak, uciekamy, czasem od wszystkiego ... a wystarczyłoby tylko od złego...  ale ja taka mądra jestem tylko teoretycznie :) Nie raz nie dwa zdarzaly mi się ucieczki od dobrego.. z własnej nieprzymuszonej głupoty :);)

Dzięki za serce 

 

 

 

@Sylwester_Lasota  :) podziękowania 

Edytowane przez iwonaroma (wyświetl historię edycji)
Opublikowano

@iwonaroma czy zabić człowieka sprowadza się do.... "porąbać, zakopać, zatopić"... ciało? Czy tylko o ciało chodzi...? 

Kolejne pytanie kto komu przewrócił myślenie? I dlaczego "nam"? Kto kryje się za użytym w tytule "nam" ? Czy piszesz również w moim imieniu? 

Poezja to język, styl, smak, metafora.... w twoim tekście jest, jak dla mnie, tylko teza i powtórzenia. 

Oj nie, pozdrówka

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

Opublikowano

Z jednej strony to prawda, że nam wmówiono, że grzech jest łatwy, ale z drugiej - Kain zabił Abla z własnej inicjatywy...

Nie zgadzam się jednak, że miłość jest łatwa - samo  o d c z u w a n i e  miłości - może tak, ale okazywanie jej to zwykle wielki wysiłek, nawet jeśli jest to wysiłek radosny.

 

Pozdrawiam

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

 

 Oczywiście, mówi się o trudzie miłości ale mam wrażenie, że to bardziej jest do zaobserwowania z zewnątrz, wewnątrz człowiek jest radosny w tym trudzie, a więc lekki. Poza tym pozostawia po sobie lekkość natomiast grzech ciągnie się za człowiekiem jak kula u nogi. 

 

 

 

 

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

 

:) zawsze można się przyczepić do uogólnień, nikt ich nie lubi, bo niejako zabierają nam indywidualność, jednostkowy ogląd i przeżywanie rzeczywistości. Rozumiem to. Ale czasem trudno jest coś zapisać by uniknąć tego i owego. Część się zgodzi, część się nie zgodzi. Bywa, że nikt się nie zgodzi :) Czasami zgadzają się wszyscy, ale to rzadkość i nie u mnie ;) Ale ja aż tak nie chcę się certolić w moich tekstach czy coś jest dla kogoś prawdziwe, słuszne etc. Piszę co mi w duszy gra :) zresztą , chyba każdy z nas to robi...

Zawsze można olać i nie czytać ( to do @w kropki bordo  :)) jeśli coś notorycznie nie pasuje). 

Wrażliwie czytasz, że wiersz to zapis chwili, w ktorej tak a nie inaczej odczuwamy, myślimy, postrzegamy... już następnego dnia może być przecież całkiem inaczej :) bo coś lub ktoś przewrócić nam myślenie ;)

Zdrówka serdeczne 

 

Opublikowano (edytowane)

@iwonaroma  W przytoczonej przez ciebie analogii dokonałbym pewnie takiego wyboru jak ty (piórko- miłość, kamień-grzech), ale dokonałbym go myśląc o wpływie na mnie, (jak z resztą mówisz) a nie o ciężarze wykonania. Ponownie- gdyby grzeszenie było trudne, mniej ludzi by grzeszyło.

I już ostatni przykład, że miłość to nie ,,hopsiuptralalala": ile siły i cierpliwości wymaga w okresie niemowlęcym bycie rodzicem? Ile trzeba znosić dla takiej małej osóbki, która jeszcze bardzo nieporadnie umie tę miłość odwzajemnić?

Pozdrawiam serdecznie :)

Edytowane przez dmnkgl (wyświetl historię edycji)
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

 

:) widzę, że jesteś cierpliwy w ukazywaniu swojego stanowiska :)

No tak... opieka nad nad dzidziusiem a opieka np.nad zniedołężniałą teściową, która deklarowala nam nienawiść.. te same czynnosci a jednak ... ciężar opieki jakby inny... Zgoda, miłość czasem wymaga większego wysiłku, zwłaszcza w stosunku do osób, które nas nie lubią, nawet nienawidzą ale znoszenie go w stosunku do osoby, która nas kocha, akceptuje bądź jest przynajmniej neutralna to jest na pewno lżejsze :) (nawet jak jest ciężkie ;))

Z tym grzeszeniem to ja akurat podtrzymuję swoje stanowisko. Ludzie nagminnie grzeszą z głupoty, ignorancji gdyż jesteśmy jednością i szkodzenie drugiemu jest w konsekwencji szkodzeniem samemu sobie. Ponieważ tego tak od razu nie widać - jest jak jest. 

Również serdecznie pozdrawiam :)

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się



  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Wędrował sobie pewnego razu po świecie pewien człowiek. Kim był? Nie wiadomo. Sam o sobie mówił, że jest po prostu włóczęgą, poszukującym nieodkrytej jeszcze przez nikogo ziemi. Ludzie, gdy to słyszeli, patrzyli na niego z politowaniem i pukali się palcami w głowę, no bo jakże to? Przecież każdy skrawek naszego globu został już dawno zbadany, opisany i umieszczony na tysiącu map oraz atlasów. Skąd więc pomysł, aby odnaleźć jakąś ziemię, nieznaną i niczyją? Ten człowiek był również poetą. Pisał wiersze i twierdził, że to właśnie za ich pomocą on tę ziemię w końcu odszuka, zobaczy i przemierzy. Któregoś dnia wędrowiec, zmęczony długą marszrutą, zatrzymał się w niewielkim miasteczku, na rynku. Rozmawiał tam z jego mieszkańcami o poezji, czytał im swoje wiersze i opowiadał, że gdzieś daleko, za ogromnym górskim masywem, za niezgłębionym oceanem, za tysiącem burz i za tysiącem wschodów słońca, istnieje ziemia, której piękno nie może się z niczym równać, ale nikt nie wie dokładnie, jak do niej trafić. Ludzie z miasteczka, jak zwykle, nie chcieli mu wierzyć. Nawet go nie słuchali, zajęci swoją codzienną krzątaniną. Przekupki zachwalały dorodne owoce i warzywa, kuglarze dawali pokazy żonglowania pochodniami, dzieci tłoczyły się wokół stoisk z cukrową watą i balonikami. Tylko jeden mały chłopiec podszedł do poety i zaczepił go: - Proszę pana... Proszę pana, czy może mi pan opowiedzieć coś o tej ziemi, której pan szuka? Jak tam jest? - Tam jest jak w raju - odparł człowiek, a w jego oczach rozbłysł skrywany głęboko zachwyt. - Drzewa nigdy nie są nagie. Ptaki wiecznie śpiewają o wiośnie i lecie. Wszędzie kwitną kwiaty w rozlicznych barwach, roztaczając zapachy, których nawet sobie nie potrafimy wyobrazić. Na niebie pojawiają się codziennie zorze i tęcze, a przez doliny, rozgrzane łagodnością słonecznego blasku, płyną niebieskie roziskrzone rzeki niby jedwabne wstążki. Zwierzęta nie polują na siebie, tylko pod koniec dnia spotykają się u wodopojów i rozmawiają ze sobą pogodnie w nieznanych, tajemnych językach. Żyją tam jedynie sami szczęśliwi ludzie, którzy się gorąco kochają... - Eeee... - stwierdził chłopiec, marszcząc czoło. - Nie ma takiego miejsca. Kłamiesz albo zmyślasz! - dorzucił i pobiegł ku zakurzonym miejskim uliczkom, pogrążonym w popołudniowej sjeście. Włóczęga postanowił również odpocząć przy niewielkim klombie, na gorącym od słońca skwerze. Żar lał się z nieba, mącił myśli, zasnuwał źrenice ciężką, kleistą powłoką. Człowiek pogrążył się w końcu w mętnym półśnie i nagle poczuł, że coś delikatnie trąciło jego dłoń. Uniósł powieki i zobaczył, jak na jego ręce usadowił się mały ptaszek. Był to rudzik, szary z pomarańczowym brzuszkiem, który przechylał łebek raz w lewą, raz w prawą stronę, i obserwował człowieka bystrymi, ciekawskimi koralikami oczu, Raz po raz podfruwał do góry, a potem znowu przysiadał na jego dłoni. - Co ty mi chcesz powiedzieć, ptaszku? - zagadał wędrowiec. Ostrożnym ruchem sięgnął do kieszeni, gdzie znalazł trochę okruchów bułki. Wysypał je na dłoń i poczekał, aż rudzik odważy się skorzystać z tego skromnego poczęstunku. Ptak skubnął kilka okruszków, a następnie znów zaczął na przemian wzbijać się w powietrze i powracać ku rękom człowieka, cały czas słodko poćwierkując. - Mam za tobą iść? - spytał wędrowny poeta. Rudzik oddalił się nieco, lecz przysiadł na gałęzi pobliskiego drzewka, jakby czekał na zaskoczonego tym zdarzeniem włóczęgę. Ów wreszcie wstał i ruszył za ptaszkiem. Opuścił senne miasteczko, po czym skręcił w polną drogę, która prowadziła na zachód. Minął parę opuszczonych domostw oraz wielką łąkę, hojnie usianą miriadami polnych kwiatów - rumianków w białych spódniczkach, wrotyczy jak błędne ogniki, dzikich ślazów zalotnie uśmiechniętych do przysiadających na ich płatkach modraszków. Wtem ptaszek zatrzymał się przy jednej z rozsypujących się ruder. Człowiek minął, zaciekawiony, drewnianą szopę, stare, skrzypiące pomieszczenia gospodarcze, aż dotarł do drewnianego płotu, pokrytego ciemnym, zielonym nalotem. W płocie znajdowała się furtka, zamknięta na haczyk. Rudzik usiadł nieopodal i radośnie zaświergotał. Wędrowiec otworzył furtkę i znalazł się, ku swemu zaskoczeniu, w starym ogrodzie. Był to bardzo dziwny ogród. Mogło się wydawać, że ktoś go opuścił w pośpiechu, nagle i bez jednego słowa pożegnania. Kiedyś ogrodowe alejki, kwietniki i krzewy musiały być pielęgnowane z zapałem i wielkim wyczuciem smaku. Gdzieniegdzie stały stylowe, ozdobne ławki, które czas obdarł nie wiadomo kiedy z eleganckiej bieli. Na środku ogrodu wznosiła się nieczynna fontanna, która zapewne niegdyś cieszyła oczy widokiem srebrzystych strug wody tańczących nad marmurowym basenikiem. Niedaleko fontanny znajdowała się huśtawka, przygnieciona i złamana przez gruby konar drzewa, na którym została zawieszona. W ogrodzie pełno było różanych krzewów. Poeta nigdy nie widział takiej obfitości i tylu odmian róż. Pnące, dzikie, miniaturki - wszystkie zdawały się pamiętać czas, gdy jakaś troskliwa ręka opiekowała się nimi dbając, aby rozwijały się, rozrastały i kwitły. Teraz jednak krzewy zdziczały, zmarniały, jakby zmęczone samotnością i ciszą. To właśnie ta cisza uderzyła najbardziej człowieka; w ogrodzie nie śpiewał ani jeden ptak, ani jeden liść nie szumiał pod muśnięciami wiatru. Obecna tu przyroda sprawiała wrażenie zastygłej w niewyobrażalnie bolesnym milczeniu. Nawet rudzik, który przycupnął lękliwie na chudziutkim, różanym pędzie, przestał ćwierkać, tylko wpatrywał się w człowieka uważnie i pytająco. - Co to za ogród...? I co ja mam z tym wspólnego? - pokiwał głową wędrowny poeta. - Tu nikogo nie było od lat, najwyżej duchy jakichś wspomnień zlatują się nocą do tej fontanny i do porozbijanych latarni, jak stare nietoperze. Te ścieżki dawniej żyły, z pewnością... Odpowiadały zapachem kwiatów niebu na jego zaczepki, tętniły beztroską młodością, a teraz...? Może kiedyś w owym miejscu ktoś kogoś kochał, ktoś się śmiał, ktoś tańczył wśród milionów róż, podczas gdy dziś jest tu tak cicho, że moje własne myśli lękają się głośniej odetchnąć... Zachodzące słońce zostawiało na zastygłych bez ani jednego drgnienia liściach czerwonawą poświatę. Znużony człowiek usiadł na jednej z niszczejących ławek i westchnął. - Żeby to wszystko przywrócić znów do życia, potrzeba wiele wysiłku. Ale może warto? Co, ptaszku? Czy o to ci właśnie chodziło?- zapytał, szukając wzrokiem swojego skrzydlatego towarzysza. Rudzik podfrunął do niego i poeta przysiągłby, że ptak skinął twierdząco swoją szarą główką.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następne dni i tygodnie upłynęły poecie na ciężkiej pracy. Od brzasku do późnej nocy sprzątał alejki, wyrywał chwasty, kosił trawniki, naprawiał połamane ławki, reperował latarnie. W starej szopie, która stała przy ogrodzie i w której teraz zamieszkał, znalazł wszystkie potrzebne narzędzia, zupełnie jakby ktoś je zostawił specjalnie dla niego. Ponieważ dotychczas tylko pisał wiersze, zupełnie nie znał się na ogrodnictwie, ale czuł, że intuicja podpowiada mu, co należy robić. Po prostu, gdy czegoś nie wiedział, siadał sobie przy fontannie, pogrążony w zadumie, aż wcześniej czy później znajdował odpowiedź na swoje pytanie. A może ktoś mu coś szeptał do ucha? Ogród z wolna otrząsał się z przygnębiającego nastroju i prezentował się całkiem przyjemnie. Zaczęły do niego przylatywać ptaki, z początku nieśmiało, lecz później zadomowiły się na dobre. Nocami słowiki uwijały się wśród gęstych krzewów róż, a z rana nowy dzień witały zięby swoimi przeciągłymi, melodyjnymi trelami. Latarnie oświetlały zadbane trawniki i oplatały ławki miękkimi cieniami. Zieleń rozrosła się bujna, soczysta, już nie dzika i trwożliwa. Człowiek cieszył się, widząc, jak jego starania przynosiły owoce, lecz martwiło go, że choć zdecydowanie ogród powracał do życia, nie zrodził się w nim dotychczas ani jeden kwiat. - No przecież po to jest ogród,żeby w nim coś kwitło! - martwił się wędrowiec. Podlewał troskliwie różane krzaczki, przycinał martwe pędy, raniąc sobie palce cierniami, pojechał też do miasteczka po specjalny nawóz - i nic! Ani jeden pąk nie chciał pojawić się wśród błyszczących liści. - A jednak te róże kogoś cieszyły kolorami i słodyczą - westchnął poeta. - Co ja mam teraz zrobić? Nic z tego nie rozumiem. Przecież już za parę dni zaczyna się lato... - Co ja mogę uczynić dla tego ogrodu, co więcej? Starał się jeszcze bardziej. Wstawał przed słońcem i pracował niemal do samej północy. Znał już w tym miejscu każdy zakątek i tak bardzo wyczekiwał chwili, w której choć jedna róża zaczerwieni się się w kolczastym gąszczu. Któregoś upalnego popołudnia, smutny i zmęczony, usiadł na jednej z ławeczek, wbiwszy zniechęcony wzrok w martwą fontannę. Chciało mu się płakać. Tyle wysiłku na nic! Bezradnie wyciągnął z jednej ze swoich kieszeni ołówek i nieduży, pognieciony zeszyt, w którym kiedyś zapisywał swoje wiersze. Od dawna niczego nie stworzy, zajęty nawożeniem, okopywaniem, pieleniem, koszeniem i podlewaniem. Teraz jednak poczuł, że musi ułożyć wiersz. Wiersz o tym, jak bardzo zależy mu na tym ogrodzie. Jak bardzo się spracował bez żadnego efektu. Jak bardzo boli go, że nie potrafi wypełnić tych ścieżek radością, którą ktoś musiał zabrać ze sobą na zawsze, bezlitośnie odchodząc. Pisał, że mimo wszystko przeszłość nie musi przecież ciążyć nad tym, co przecież żyje i pragnie życia. Że chociaż ktoś porzucił przed laty ten świat i zabrał ze sobą nadzieję oraz wolę kwitnienia - teraz przecież jest on, poeta, który uczy się dbać o dotkliwie niegdyś zranione rosarium. Dotkliwie - lecz przecież nie śmiertelnie. Na końcu chciał jeszcze napisać jeszcze jedno słowo, ale jego pióro zatrzymało się, jakby jeszcze nie ufało własnej śmiałości. A potem człowiek przeczytał swój wiersz na głos. Przeczytał go dla tego dziwnego ogrodu. I wtedy pierwszy raz poczuł, jak wszystkie gałązki różanych krzewów gną się od ciepłego podmuchu wiatru, który łagodnie nadszedł nie wiadomo skąd. Poeta wstał i postanowił przejść się po alejkach. Nie uszedł nawet kilkunastu kroków, gdy nieoczekiwanie u swoich stóp dostrzegł kilkanaście drobniutkich roślinek, wychylających się niepewnie z ziemi Nigdy wcześniej nie widział tutaj podobnego gatunku. Ukląkł przy nich i poczuł, jak fala wrzących łez zalewa mu policzki. Maleńkie wschodzące krzewinki pokryte były pąkami kwiatów. Tak, niewątpliwie za kilka dni te pąki rozwiną się, a delikatne łodyżki będą dźwigać najpiękniejszy ciężar na świecie - ciężar życia. Człowiek pragnął całować i pieścić skromne listki młodziutkich siewek, ale nie chciał ich uszkodzić przedwczesną radością i swoim niezręcznym dotykiem. Od tego momentu, przed udaniem się na spoczynek, gdy już uporał się ze swoimi zwykłymi obowiązkami, siadał przy malutkich, rodzących się kwiatkach i czytał im swoje kolejne wiersze, pisane z czułością i pokorą. Pewnego wieczoru poeta dostrzegł, że od północy nadciągają nad ogród ciemne, burzowe chmury. "No tak, przecież to już lato...", westchnął. To miała być pierwsza burza w tym roku. "Trzeba koniecznie zadbać o moje kwiatki, ochronić je, przecież jeszcze nie zdążyły się rozwinąć, i teraz miałaby je zniszczyć ulewa albo wichura? Będę czuwał, nie pozwolę na to!" Nocą przez ogród przetoczyła się istotnie wściekła nawałnica. Strugi ulewnego deszczu gięły do ziemi gałęzie różanych krzaków, a wichura chłostała alejki, trawniki, ławki i latarnie niewidzialnymi kańczugami. Człowiek pozostał w bezruchu przy swojej gromadce kwiatków, którą osłaniał własnym ciałem, mówiąc do nich niemal jak do dzieci: - To tylko burza. Ja też się boję, ale przecież jesteśmy razem. Obolały i przemoknięty pilnował, aby huragan nie uszkodził żadnego listka ani żadnej łodyżki. Nad ranem burzowe chmury ustąpiły na niebie miejsca drżącym promieniom świtu. I w tym złoto-różowym świetle, na jednej z pokrytych jeszcze kroplami wody kępek, pojawił się pierwszy kwiatek. Była to niezapominajka. Poeta oszalał wprost ze szczęścia, Zaczął biegać radośnie po ścieżkach w ogrodzie, tańczyć, śpiewać, krzyczeć, na zmianę płakać i śmiać się. Potem wrócił znów do swoich niezapominajek i z radosnym zdumieniem zobaczył kolejne błękitne kwiatki, pozdrawiające go zalotnymi mrugnięciami z objęć jasnej czystej zieleni. - Kocham was - napisał tego dnia poeta w swoim najnowszym wierszu, który przeczytał im na dobranoc. W myślach tulił je i pieścił. Kwiaty zdawały się wszystko rozumieć i jakby zalśniły w ciemności ukrytym, gorącym światłem.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następnego dnia człowiek stwierdził, że musi pójść do miasteczka, kupić nowy szpadel, bo stary już do niczego się nie nadawał. Ponieważ burza wyrządziła w ogrodzie wiele szkód, potrzebował również jeszcze paru innych rzeczy, aby wszystko ponaprawiać. Pogładził lekko dłonią krzewinki niezapominajek. - Niedługo wrócę - obiecał. Z głębi ogrodu przyleciał rudzik, i usiadł mu śmiało na ramieniu. Chwilę poćwierkał, a potem zniknął w kolczastej różanej gęstwinie. Na rynku jak zawsze było głośno i tłoczno. Straganiarze przekrzykiwali się nawzajem nad stertami towarów, w powietrzu pachniało grillowaną kiełbasą, gołębie tłoczyły się przy przepełnionych śmietnikach. Poeta, zaopatrzywszy się w niezbędne narzędzia, zatrzymał się jeszcze na chwilę przy stoisku z lemoniadą, gdyż zachciało mu się pić. - O, to pan?- usłyszał nagle chłopięcy głos, który skądś znał. - Tak - odparł. Przypomniał sobie swoją dawną rozmowę z owym dzieciakiem, który tamtego dnia nie uwierzył w jego najskrytsze marzenia. - I co, znalazł pan tę swoją wspaniałą krainę? - spytał chłopiec, obrzuciwszy go łobuzerskim spojrzeniem. - Tę, gdzie podobno wszystko jest takie cudowne i panuje wieczne szczęście? - Znalazłem - odpowiedział z uśmiechem poeta, myśląc o swoich niezapominajkach.  
    • spadł puch swym ramieniem przytulił rozżalonych rozjarzone brylanty na ziemi tliły się w oczach białe morze wzburzyło się po raz pierwszy od dawien dawna chcąc byśmy przypomnieli sobie, jak to jest płynąć po nim saniami   potajemnie zmówił się nieboskłon z chmurami urwiska stanął się przystankami drogi porwą pojazdy chwalić będziemy się i ogrzewać śmiejąc z gniewu, niekiedy i radości   przytulnie będzie aniołem zostać bo w końcu biel nas zewsząd otacza byle dłoni nie zajechać po całości, czymś musimy postawić posągi z węgli i marchewek   wieczór dziś jest specjalny inny niźli zawsze tańczymy nieświadomie pod jednym płaszczem bawimy się jak niegdyś i tylko to się liczy wszystko to, gdy palą się lampy pomimo tego, że marzniemy   uwieczniona kamera taśma przygotowana na niby nijak wszystko dlatego że dnia dzisiejszego, zwykłego jak inne, spadł puch    
    • @Radosław   a Ty jak Kogut…  

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @KOBIETA Bądź  jak Supernova. 
    • @Radosław   wiem Radosław …niestety to takie silne oddziaływanie jest …międzygalaktyczne ;)))) nie wiem jak mogę Tobie pomóc…? ;) 
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...