@Migrena
Bardzo dziękuję!
Czytam twój komentarz jak esej - i widzę, że dotarłeś precyzyjnie tam, gdzie chciałam zaprowadzić. "Metafizyka niezależności" to idealne określenie. Rozkładasz ten wiersz z chirurgiczną precyzją - i widzisz dokładnie to, co było w nim ukryte. "Ontologia wykluczenia jako pozoru" - piękne sformułowanie. Zgadzam się - to nie Pluton jest za mały, to astronomia ma za wąskie szuflady. Dziękuję za tę filozoficzną analizę. Pozdrawiam :)
@Simon Tracy
Super! Cieszę się. A ja dziś pomyślałam o Twoich mrocznych tekstach i napisałam wiersz w klimacie gotyku. Nie wiem tylko, czy jest "dostateczny". :)
Był na nogach już całe dwie doby.
Nie zmrużył nawet oka
po poprzedniej nocnej zmianie.
A dotąd myślał,
że nic nie może
zszargać mu nerwów tak skutecznie.
Pracował jako strażnik już kilka lat.
Nie była to praca
z gatunku ekskluzywnych,
dobrze płatnych
czy przystępnych godzinowo.
Ale miała ten jeden plus,
który odrzucał głęboko w niebyt
wszelkie inne
i bardziej przyziemne niedogodności.
Był tutaj sam na sam ze sobą.
Mógł odpocząć od życia.
Zalany falą depresyjnej melancholii,
przemierzał sale i korytarze
miejskiego muzeum.
Kochał mrok i samotność,
do tego stopnia,
że gdy zmuszony był ku temu
by zabierać na każdy nocny patrol
długą, nieporęczną latarkę,
która zalewała eksponaty i okna,
ostrym ledowym światłem,
przepraszał wtedy w duchu
mieszkańców gablot.
Nie czuł się jak złodziej
a jak intruz i włamywacz,
do świata do którego ludzie
nie powinni mieć już
wstępu ani wglądu.
Czuł w kościach i napiętych mięśniach,
pulsującą energię przestrzeni.
Chłodne nawiewy klimatyzacji,
sunęły wręcz wbrew prawom fizyki
zaraz nad ziemią.
Zimno i nagłe drętwienie,
pętało mu kostki.
Szedł powoli naprzód.
Z sali do sali.
Były wielkie
niczym zamki i pałace
tych, których skarby i kosztowności
leżały teraz na
kaszmirowych i jedwabnych poduszkach
za pancernymi szybami
omiotane dodatkowo,
ledwie dostrzegalnymi
wiązkami laserów.
Jedynym odgłosem były jego kroki
i przyspieszony znacznie oddech.
Musiał dwukrotnie w ciągu nocy
obejść cały kompleks muzeum.
Wszystkie pokoje, sale, komnaty,
potem wracał za biurko
usytuowane zaraz obok
wejściowych bramek.
I walcząc z nadchodzącym snem,
skupiał zaczerwienione oczy
na podglądzie z dziesiątek kamer.
Budynek miał już
swoje najlepsze lata za sobą.
Ciągle coś się psuło, skrzypiało, ciekło
lub alarmy załączały się samoistnie
przez zwarcia w instalacji.
Czasami te pospolite odgłosy nocne,
wydawane przez puste i ciche mury
wybudzały go z chwilowych drzemek,
a alarm stawiał go na równe nogi.
Mimo tego, że miał
doskonałą świadomość,
wadliwości osprzętu
to i tak zawsze biegł w dane miejsce
jak najszybciej mógł.
By mieć całkowitą pewność tego,
że to jedynie fałszywy alarm.
Jedna z sal,
usytuowana na pierwszym piętrze zachodniego skrzydła,
była tą jedną jedyną salą
w której czuł coś więcej
niż dojmujący smutek,
depresję czy samotność.
Bał się w duchu tego miejsca.
Czuł obecność czegoś czego nie potrafił nazwać inaczej niż gęsty mrok.
Nie chciano go tam z pewnością
a z drugiej strony to tam właśnie
alarmy rozbrzmiewały najczęściej.
Tak było i poprzedniej nocy.
Był to pierwszy alarm,
który rozległ się
ledwie chwilę po północy
a zarazem ostatni
na którego wezwanie odpowiedział.
Nie najgorsze było jednak to
co wywołało alarm
a to co stało się wczesnym świtem
gdy miał już na tyle śmiałości
by spojrzeć okiem kamery
na wnętrze sali.
Upewniło go to jedynie w tym,
że wszystko wróciło
do akceptowalnej normy,
choć nie miało ku temu
żadnego racjonalnego prawa.
By ożywać nocą
a rankiem wracać na swoje miejsce
i zastygać w martwocie materiału
i szlachetnych kamieni.
Dlatego miał ochotę
porzucić dziś swój posterunek.
Dlatego nie zmrużył oka.
Zbliżała się północ
a on był o krok od tej sali.
I był przekonany o tym,
że ta noc będzie
bliźniacza do tej ostatniej.
W tej sali i w tym eksponacie
mieszkał demon.
I on był tego bardziej niż pewny.
Sala była niższa i bardziej owalna w kształcie od reszty pomieszczeń.
Marmurowa posadzka
o barwie pustynnego piasku
lśniła w niej aż do przesady.
Czarne zasłony w oknach
były szczepione
olbrzymimi spinaczami,
tak by nie można było dostrzec
spoza budynku,
jaką tajemnicę skrywa sala.
Wszelkich czujek i alarmów
też było w niej znacznie więcej
niż gdzie indziej.
A na wstępnym szkoleniu strażników,
każdy z nich dowiadywał się
by zwracać na nią i jej skarby
baczniejszą uwagę.
Sam niewiele o niej wiedział
i nawet nie dopytywał o szczegóły
pracowników muzeum
i przewodników wycieczek.
A o dziwo jeśli już była przedmiotem rozmów to mówiono o niej chętnie i wcale nie półgębkiem a jawnie i głośno.
Lecz częściej poruszano się w tematach plotek i legendy
niż faktów historycznych.
Może dlatego, że dorobek
spoczywający w gablotach
był nad wyraz osobliwy i nie pasujący jakby do żadnej
znanej ludzkości epoki czy kultury.
Wszystkie eksponaty pochodziły,
choć to też jedynie domysły,
z terytorium mórz południowych,
a dostarczył je do miasta
na pokładzie swej fregaty
kapitan Valentin Quarrie
w roku pańskim
tysiąc siedemset
trzydziestym czwartym.
Quarrie pływał
w te dzikie zupełnie rejony,
przez wiele lat.
Najpierw do spółki z Bensonem
a potem po tajemniczej śmierci
tego drugiego,
samotnie pod protektoratem
Kompanii Wschodnioindyjskiej
aż wreszcie nawet
samego dworu królewskiego.
Miał łeb na karku
I nos do najlepszych interesów.
Zgadał się podobno
z wodzem jednego z plemion.
Obaj lubili przepych i bogactwo.
Przemoc również.
Kiedy Quarrie pytał wodza
o to skąd mają tyle bogactw na wyspie,
ten odpowiadał mu jedynie bajeczką
o istotach z głębin co za ofiary z ludzi
zostawiają im na brzegu oceanu
te wszystkie świecidełka i złoto.
I że jeśli kapitan skory ku temu
to może przezimować na zatoce
a wiosną zobaczy
na własne oczy obrzędy
ku czci istot.
Przy okazji może zabrać
część błyskotek
do Europy w zamian
za towary na statku.
I Quarry został a jakże.
I podobno skumał się
z wodzem tak mocno
do tego czasu,
że dopuścili go nawet do rady.
Nauczyli pieśni i inwokacji i ochrzcili jeśli tak można to nazwać
w nowej wierze.
Kto tam dziś już wie czy Quarry w cokolwiek oprócz potęgi złota wierzył
ale wziął udział w obrzędzie.
Legenda głosi,
że złożył w ofierze Bensona
z którym popadł w ostry konflikt,
który miała rozstrzygnąć
komisja admiralicji
po powrocie do Anglii.
I widział istoty,
które wręczyły mu nagrodę.
Złote monety i puchary,
diademy, korony i tiary
całe w szlachetnych kamieniach.
Dziwnie jednak lekkie
i o fantazyjnych kształtach,
które były sprzeczne
ze znaną geometrią.
Pod szmaragdami i agatami,
krył się czarny jak smoła metal
o równej i czystej powłoce
niczym lustro.
Nie pochodził z
ziemskich warstw ani skał.
Przybył z gwiazd jak i oni.
Lubili oni spółkować z ziemianami.
Szczególnie z tym plemieniem.
Podobno mieszali się z nimi
a kobiety nosiły ich potomstwo.
Quarry obiecał wrócić za rok lub dwa.
Wyprosił datki
na kolejną wyprawę u króla.
Dając do skarbca
te niesamowite kosztowności.
A potem wracał jeszcze nieraz.
Sam wreszcie
przywiózł sobie stamtąd żonę.
Hybrydę o rybich,
wyłupiastych oczach i skrzelach.
Oliwkowej, tłustej cerze
i króciutkim haczykowatym nosie.
Była szpetna i okrutnie tępa,
lecz niezbędna.
Quarry zwiedziony opisami
wspaniałych, bogatych miast
pod powierzchnią,
zgodził się iść pod wodę
gdy tylko spłodzi potomka
ze świeżo upieczoną żonką.
Zmienił nawet nazwę
swojej krypy na Dagon.
Gdy żeglarze pytali go co ona oznacza.
Śmiał się w głos i odpowiadał,
to Diabeł moi kochani.
Mój nowy przyjaciel,
który obsypuję mnie złotem.
Wszyscy zgodnie orzekli.
I jego zastraszona załoga,admiralicja,
stare pijaki w tawernach
a nawet jego brat.
Quarry oszalał
lub oddał duszę temu Dagonowi.
Rekomendowane odpowiedzi