Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano (edytowane)

Tacy jak wchodzą zwykle zaczynają próbą

spojrzeń, całe życie na ringu (na wstępie mówię -

w dalszym ciągu realnej krwi nie będzie), lubią

porządzić, chociaż ledwie panują nad mózgiem,

 

ale nie o ten organ im chodzi. Siadają

w zasięgu wzroku Joli i przy mnie na rękę

idą siebie poskładać (w domyśle mnie). Władzą,

przyznaję, upajam się troszeczkę, że z wdziękiem

 

zdolny jestem w trzy pizdy takich sam poskładać

na zdania wielokrotnie złożone – nie po to

do Akwarium przyszedłem. Grażyna wygania

ich, a tajemniczy ma posłuch, chociaż złoto

 

nie serce. To osiedle było, jest i będzie

otoczone murem, gdzie kto mógł swoje zrobił.

I nadal próbuje czas przegryźć się przez cegłę

czerwoną, bujnym zielskiem szturmuje. Pochodzić

 

można stąd jak Grażyna i Jola, ja z drugiej

strony rzeki mieszkam i lokalne tendencje

separatystyczne mam w domyśle, a lubię

po Twierdzy się poszwędać, nawet gdy, że jestem

 

Willy Wonka usłyszę. Tutaj czas jak woda

w akwarium i Grażyna zarobek ma odkąd…

I nawet korona Grażyny podbić nie zdołał

a tylko ławki inne, ten sam bilard, oko

 

może zawiesić się na ścianie gdzie muzyka

mryga, przez którą słyszę, że Zenek to szmaciarz

(to kto na nich głosował) ocenę krytyka.

Nawiązując do rzeczy na gruchę się skłaniam,

 

wyprowadzam z barku jak mnie ojciec nauczył,

idę masą, przybieram (slow motion poproszę) -

że aż tak grucha jebła? Prawda, ojciec mówił,

iż łeb z płucami mógłbym (a on znał się trochę)

 

chociaż ręce mam drobne, jak nic by szkielety

maleńkie dopieszczać a muszkom z farby błonki.

Automat się namyśla, i – Nieźle! - swój werdykt

ogłasza Grażyna. Ja w głowie komiksowy

 

obraz mam łba z płucami.

Edytowane przez Jan Paweł D. (Krakelura) (wyświetl historię edycji)

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    •   Klaustrofobia podziemi rosła, im bardziej puste okazywały się kolejne pomieszczenia, nagie i ascetyczne w swoich małych pokutach. Brakowało jednego przejścia, aby cały poziom tworzył jeden spójny cykl, krąg piekieł, albo aureolę na głowie kościoła przemysłu. 

        Zderzony z ostatnią ścianą, Karol odwrócił się, żeby spojrzeć na ślady butów wybite w zalegającym prochu. Nie martwiąc się o pobrudzone spodnie, usiadł na ziemi i, aby nie musieć zamykać oczu, wyłączył latarkę. Rozczarowanie. Nienasycenie. Karol był zawiedziony - nawet nie fabryką, lecz samym sobą. Ciemność trzymała go w serdecznym uścisku, ale nadal dało się wyczuć drżenia przestrzeni z każdym przejeżdżającym samochodem, a spomiędzy zawieszonej pleśni przebijał się zapach płynu do prania. Może właśnie o to chodziło? Centrum zniewolenia jesteśmy my sami, próbujemy uciekać w egzotyczne kraje lub kariery, a mimo tego i tak nie możemy nigdzie znaleźć miejsca brutalnie prawdziwego, brudnego absolutu istnienia. Człowieka chowa się czystego, a dopiero jego zadaniem jest samogwałt - wyrwanie ze swoich trzewi czegoś, czym faktycznie można by powiedzieć, że się jest (bo przecież chyba nie ,,piątoklasistą”?). Mały chłopczyk zastanowił się nad zdjęciem z siebie wszystkich ubrań (o zgrozo - ubrań ,,do szkoły”), nad pozbyciem się fetoru higieny. Nie, to nie to, to byłoby głupie - myśli chłopaka wróciły z powrotem pod ziemię.

        Strużki wody zostawiały rude ścieżki spływając powoli po ścianach. Kiedy Karol z rodzicami mieszkali jeszcze w biedzie, w nędznym domku pod miastem, całe dnie upływały mu w jego ,,bazie” - wciśniętej pomiędzy rosnące na działce drzewa a siatkę ogrodzenia. Ze wstydem wspominał do dzisiaj dzień, kiedy grupka dzieci w jego wieku, w czystych ubraniach, na kolorowych rowerach, zapuściła się w jego ulicę (co było na tyle niezwykłą rzadkością, że jest to jedyna taka sytuacja, jaką Karol pamiętał), aż spotkali go, skulonego w swojej kryjówce. Z dziecinną ochotą próbowali z nim zacząć rozmowę, lecz on, jak nieoswojony dzikus, nie był nawet w stanie spojrzeć im w oczy. Speszeni, ruszyli dalej błotnistą drogą, która prowadziła chyba tylko do jakiejś żwirowni (sam Karol nigdy nie zagłębił się w tę uliczkę dalej niż koniec jego działki), najpewniej zapominając o dziwaku już w następnej minucie. Lecz Karol pamiętał to do dzisiaj. Pamiętał, jak po długiej minucie wreszcie dotarł do niego sens sytuacji, rzucił się on wtedy biegiem przez działkę, wyskakując spomiędzy krzaków na otwarte pole, biegł przez wysoką trawę z nadzieją zobaczenia jeszcze błysku ich plecaków, lecz przywarł wreszcie policzkiem do ogrodzenia, a na uliczce panowała absolutna cisza. Karol-dzikus wyrywał się z jakiegoś rezerwatu, wracając teraz na powierzchnię świadomości chłopca, jakby między rurami piwnicznej kotłowni odnalazł komfort zapomnianej bazy. 

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...