Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

 

>#<

Cisza jest tak przeraźliwa, że tuptanie mrówki na lewym pasie źdźbła trawy, odbija się głośnym echem w całym lesie.

<#>

 

Tak naprawdę sosna jest podobna do wszystkich pozostałych. Stoi spokojnie na skraju polany, nie wyróżniając się niczym szczególnym.

No chyba żeby spojrzeć trochę dokładniej. Ale nawet w takiej sytuacji, trudno cokolwiek dostrzec niezwykłego w jej wyglądzie.

Gdyby jednak zacząć się wspinać na owe drzewo, to po jakimś czasie można by ujrzeć na jednej z gałęzi, pierzasty drgający obiekt, o raczej małej wielkości.

To mały barwny ptaszek, przyszpilony szyszką między dwie cienkie gałązki. Mokre wnętrzności przylepione do ścianek, odbijają migoczący promień Słońca. Toną w szemrzącym czerwonawym źródełku, kołysane przez śmierć. Słaby wiatr wprawia w ruch martwe piórka. Te zlepione, to nawet nie drgają. Na maleńkiej wystającej kości przysiadł kolorowy motylek. Jego wielobarwny wzór zlewa się z różnorodnym upierzeniem, które już nigdy nie pofrunie, niesione na płaszczyźnie ciała, z którego wyrosło.

 

<#>

Matka z siedmioletnią córeczką idą przez las. W ten sposób postanowiły uczcić pierwszy dzień jesieni. Słońce prześwituje przez liście oraz między nimi, w nieustającym migotaniu. Jakby ktoś garściami diamentów gęstwiny drzew obrzucał. Ptaszki śpiewają wesoło, rozciągając nad runem leśnym pajęczynę ze szczebiocących nutek. Atmosfera jest tak zachęcająca do rozmyślań, że matka dopiero po chwili zauważa, że idzie przez las sama. Natychmiast krzyczy imię córki. Odpowiada jej echo i nic poza tym. Jeszcze raz ją nawołuję. I znowu nic. Dosłownie nic. Bo nawet ptaki umilkły i wiatr ustał. Na dodatek słońce zakryła ciemna chmura. Zrobiło się chłodno. A córeczka jakby się pod ziemię zapadła. Nagle matka zauważa ciemną smugę sunącą między drzewami. Tworzą ją niewielkie punkty. Przemieszcza się szybko i po chwili znika. Towarzyszy temu dziwny dźwięk. Trudny do określenia.

Wtem matka słyszy głos:

 

– Mamo tu jestem. Musiałam wejść w te krzaki…

– Jak chciałaś siku, to mogłaś mi powiedzieć. Nie znikaj tak nagle. Przyrzeknij, że tego więcej nie zrobisz.

– Ależ mamo, musiałam tu wejść. Coś mnie tutaj zaprosiło.

– Zaprosiło?

– One mnie zaprosiły. Tańczyły wokół mojej głowy i mnie rozśmieszały. Robiły takie dziwne śmieszne rzeczy. Rzeczywiście posikałam się ze śmiechu. Prawie tchu nie mogłam złapać.

– Co ty nie powiesz. Stanowczo czytasz za dużo bajek.

– Mamusiu! Ty mi nie wierzysz, tak?

– Trudno uwierzyć w takie… coś.

– Nawet dotykały mojej twarzy. Ale ja tak się śmiałam, że nie miałam sił je odgonić. W końcu same odleciały, aż liście szeleściły. No mówię ci.

– Odleciały? Dobre sobie. A to co? Masz małe zadrapanie na policzku.

– To chyba od jednej z nich. Nie boli mnie. Kotka którego rzuciłam w złości patykiem, chyba bardziej zabolało.

 

<#>

Grzyby tego roku tak bardzo obrodziły, że w niektórych miejscach, jest ich więcej niż można nazbierać. Wtem ciszę rozprzestrzenia na wszystkie strony: szelest liści i gałęzi oraz odgłosy szurania. To człowiek człapie z wielkim koszem w ręce. W pewnym sensie: podwójnym, gdyż wczoraj dostał kosza od narzeczonej. Dlatego wybrał się na grzyby. Chciał muchomora znaleźć, lecz nie brać na wynos, tylko zjeść na miejscu. Jednak gdy widzi wkoło tyle prawdziwków, to dostaje apetytu. Co zwłokom po apetycie, myśli sobie. Mało to nieboszczyków widział.

Nagle coś chrupnęło pod butem. Nie przejmuje się tym. Nawet nie patrzy, na co nadepnął. Bo niby kogo miałby przeprosić? Zresztą i tak by nie przeprosił. Śmiech tak pomyśleć.

 

<#>

Jest cichutko i spokojnie, jakby ktoś maki poukładał na leśne runo. Słoneczko pomału zachodzi, wsysając swoje promienie do płonącej gardzieli. Jutro znowu je wypuści, by pobiegały sobie po tej okruszynce Ziemi. Uśmiecha się pobłażliwie gorącą paszczą, znikając za horyzontem. Ale czerwonawy poblask pozostaje.

Nagle słychać: ciche stuknięcie. Za chwile następne. I znowu to samo. Coraz więcej tego typu odgłosów, zewsząd dobiega. To szyszki lecą z drzew. Nie tylko słychać odgłosy spadania, ale także szelest liści, jeżeli akurat rosną na ich drodze. Gałęzie niektórych sosen, ocierają się o siebie nawzajem. Wzmagają odgłosy szurania. W pewnym sensie są zjednoczone. Podają sobie ręce. Leżące szyszki, zaczynają się przesuwać w jedno ustalone miejsce. Wiele z nich szybuje równolegle do ziemi, jak startujące samoloty. Tworzą jedną szeleszczącą masę. Jedno z nich zostało zamordowane. Rozgniecione, jak się rozgniata niepotrzebnego robaka. Sygnał do nich dotarł. Już wiedzą o wszystkim. Żeby chociaż przeprosił. To prawda. Mógł nie zauważyć. Ale z drugiej strony, wielu swoich potraktował tak samo. Z tą różnicą, że wiedział co czyni. Lecą do niego, by otoczyć go zemstą. I jeszcze czymś. Po co się mścić na smutno.

 

<#>

Kolorowe ptaszki szczebiocą wesoło w koronie drzewa. Nie dziobią szyszek. Jakaś siła nie każe im tego czynić. Ale poza tym mogą zajadać co popadnie, co im tylko ptaszkowa dusza zapragnie. Wszystkie jednocześnie spoglądają w dół. Coś muska ich piórka zlatując na ziemię. Natychmiast wzbijają się do lotu. Opuszczają drzewo jak najszybciej.

 

<#>

– Mamusiu, dlaczego ptaszki uciekają z drzew?

– To chyba nic dziwnego. Może się czegoś wystraszyły? Na przykład groźnej małej dziewczynki, co to chodzi po lesie i widzi cuda. Nie sądzisz, skarbie?

– Ależ mamo! Wcale nie jestem groźna. No… może troszeczkę.

– Za to ja jestem strasznie głodna i za chwilę cię zjem.

– Nie żartuj tak. Ojej...stado szyszek nas wyprzedziło. Widziałaś mamusiu. Leciały nisko nad ziemią. Kilka z nich między twoimi nogami przeleciało. Gdzie się tak spieszyły. Jak myślisz?

– Myślę, że mała dziewczynka ma bujną wyobraźnię. Chwilę… muszę usiąść… ja nie mogę… śmiać mi się chce

– Ale on już odleciały.

– Odleciały? A niech to... latające… przeurocze

– Naprawdę je widziałam! Nie mów mi, że tak nie było, bo było.

– Wstaję. Idziemy. Co się stało ze mną?

– To one tak ciebie...

– No nie! Po prostu świetnie!

 

<#>

Właśnie wyciąga rękę po następnego grzyba, gdy nagle zauważa, że kilka czegoś szybuje wokół jego dłoni. Patrzy jak głupi w mądrość i nie wie, co myśleć. Wie na pewno, że żadnego muchomora nie spróbował. A zatem to się może dziać naprawdę. Tak bardzo jest zaskoczony, że nawet dłoni nie cofa, nie wiedząc na co patrzy. Jedna z szyszek zahacza o kapelusz grzyba, wyrywając spory kawałek. Po chwili druga pikuje prosto na trzonek, rozwalając go doszczętnie. Gdyby w tym miejscu stał krasnoludek, to na bór ciemny, życie by stracił, wgnieciony w ziemię kapeluszem. No chyba, że slalomem by zwiał, między śmigającymi zbiorniczkami nasionek.

 

<#>

Grzybiarz zaczyna chichotać. Nie wie właściwie czemu tak mu wesoło. Nadlatuje więcej atakujących. Otaczają go. Robią różne śmieszne rzeczy. Jemu coraz bardziej do śmiechu. Zaczyna rechotać jak ogromne żabsko przez megafon, w wielkim stawie. Trzęsie się i nie może przestać. Pada na ziemię i leżąc na plecach, trzepoce rękami i nogami, wprost wyjąc z rozkosznej radości. Nadlatują następne. Jeszcze bardziej śmieszne. Grzybiarz zaczyna drgać na całym ciele. Dopiero teraz zauważa, że coś jest nie tak. Ale nie może przestać. Za późno na cokolwiek. Na dodatek formują z siebie coś, na kształt człowieka. Tyle, że większego. Między szyszkami prześwituje las. Na niby twarzy, widnieje uśmiech. Taki wesoły, że aż poważny.

 

<#>

Leży na ziemi. Nie może się ruszyć. Nadal się śmieje, ale w duchu. Szyszkan stoi nad nim. W falującej dłoni, trzyma szyszkę. Zniszczoną . Wtyka człowiekowi do ust. A on zaczyna się dławić. Reszta atakuje całą gromadą. Wnikają w niego. W każdy zakątek jego ciała. Robią wewnątrz zamieszanie i wylatują z powrotem ze strzępkami ciała. Człowiek o dziwo nadal żyje. Nie może wrzeszczeć z bólu, bo usta ma zatkane. Widzi tylko, rozrywane ciało. Szyszkan już przy nim nie stoi. Miał na chwilę wygląd człowieka, bo to mu się wydało bardzo śmieszne. Wręcz rozbrajająco zabawne.

 

<#>

Wielkie stado transportuje kawałki ciała, w różne części lasu. Te właśnie stado, widziała matka. Kładą je pod różnymi drzewami. Korzenie wysuwają się na zewnątrz, pochłaniając pokarm, do ostatniej kosteczki. Są to sosny wybrane. Wyglądają tak samo jak pozostałe, ale żywią się ludzkim mięsem i szkieletem . Mają po temu możliwości. Oraz tysiące pomocników. Czasami zjedzą jakieś zwierzątko, ale nie zbyt często. Lecz nie łamią pewnych zasad. Tylko niektórzy kończą jako obiad. Zdarza się to niezmiernie rzadko. Dlatego nikt nie nazwie tego lasu: morderczym lasem. Duża większość, jest tylko przez nie rozśmieszana. Ludzie pośmieją się i odchodzą. A nawet jakby jacyś opowiedzieli, co przeżyli i dlaczego rechotali jak głupole do stada szyszek, to kto im uwierzy? Chyba jedynie Szyszkan.

 

<#>

Gdyby można zajrzeć w to miejsce, to oczom by się ukazał dziwny widok. Oparty o pień wielkiego dębu, siedzi człowiek. Całe chmary dębowych liści wiruje wokół niego i pnia. Raz po raz, przez to całe zamieszanie, można dostrzec skołowaną twarz. Jest zapłakana, smutna, jakby skora do głębokich przemyśleń. A gdyby można było usłyszeć i zrozumieć, o czym szumi ogromne silne drzewo, to do naszych uszu doleciały by słowa: on miał szczęście, dostał drugą szansę, wprowadziłem go w stan budującego przygnębienia.

 

<#>

Szyszki szybują blisko wirującej masy. Atakują ją raz po raz. Niestety, nie mają dostępu. Nie mogą przekroczyć tej granicy. Jak tylko jakaś dotknie lecący liść, to rozpada się na kawałki, w krótkim skwierczeniu. Smużka brązowego pyłu. Tyle z niej zostaje. Człowiek jest chroniony. Musi mieć czas. Na przemyślenia. W końcu zniechęcone, odlatują nisko przy ziemi, żeby po chwili wzbić się po skosie w górę i zniknąć z cichnącym szelestem wśród drzew.

 

<#>

– Tatusiu, coś szumi w gałęziach. A przecież nie ma wiatru. Co myślisz o tym, co?

– To pewnie ptaki.

   

<#>

[ W innym lesie, kiedyś... ]

  

Przedszkolne dzieciaki ze swoją panią, maszerują przez las. Błękit nieba aż razi w oczy, dopełniany przez blask Słońca. Soczysta świeża zieleń, aż wabi oczy do spojrzenia. Jakby ktoś zieloną farbką pomalował początek wiosny. Każde z dzieci rozprawia głośno. Mają wiele marzeń do spełnienia.

  

Dreptają radośnie.

A ich twarzyczki są roześmiane.

 
 
 

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @Leszek Piotr Laskowski bardzo dziękuję

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @andrew powiew lata. Dziękuję  @Stracony wszyscy mamy źle w głowach. Przeżyjemy...fajny kawałek. Dziękuję  @Stracony wszyscy mamy źle w głowach. Przeżyjemy... Dziękuję@andrew
    • @Poet Ka   Dzień dobry    Łukasz Jasiński 
    • Silva Rerum                     Pokażę ci praktykantów za kulisami - Haskalę i nic nie mów, tylko: bardzo uważnie słuchaj, czasami z uśmieszkiem na twarzy jak Mona Lisa. Leonardo da Vinci na pewno byłby dumny ze świętego zakonu Eruvai Ravi - międzynarodówki wtajemniczonych mistrzów, która posiada własnych sobowtórów. Sir Edom Wildstorm trzymał w dłoni fajkę z kości słoniowej - teza ta, rzekł: - Ma uzasadnienie w tytoniu - tu - dał dyskretny znak spojrzeniem na blat okrągłego stołu i kontynuował: trzy lata temu podwójny mecenas Sanhedrynu z Grupy Stu zapowiedział w radiu nową wizję - nadejście potopu łupkowego...           Sir Edom Wildstorm spojrzał przez okno na niebo - tam - dostojnie wypuścił parę kółek z dymu, robiąc dyskretną aluzję: - Adonaj ma w głębokim poważaniu Amalekitów, a wołanie upadłej anteny jest zwykłą grą słów - Ali Kabe... Wiesz, Vick, ty gówno wiesz! Poklepał po ramieniu młodego studenta z Wyższej Szkoły Handlowej sir Edom Wildstorm.           Jest wojna, sir, musimy przyjąć trójwymiarowe maski i zorganizować zamach na redakcję koszer nostry, oni zamknęli nam oczy - będziemy lepiej widzieć - iluzję, a syn poranka jak dymiący wagon przyniesie nam dwa sztandary - divide et impera i vox populi - errata. W domu nad rozlewiskiem Tolsam zagra na pianinie idyllę jako sygnał - pogranicze najwyższego czasu, pamiętaj, oni zamknęli nam oczy - będziemy jeszcze lepiej czytać paragrafy tajnej policji w sanatorium pod klepsydrą - NASK-u i UKEF-u, a tutaj - bez przenośni - zmieniłem technikę na OKA - Obserwacja, Kontrola i Analiza - archetyp najemnika z operacji Samorgas. Jest wojna, sir, nie zabijemy - zabiją - na pewno starym sposobem - przypadkiem uderzymy autem w przydrożne drzewo, a może umrzemy za wolność i niezawisłość w schronisku dla samotnych wilków?           Nie wiem co się dzieje: bezwładny chaos na biegunie mózgowym, jądro próżność jest zbyt mocno widoczne - zabija i niech będzie na zawsze przeklęty ten świat. Półkula magnetyczna zmienia obrót o sześćset sześćdziesiąt sześć stopni - czwarty jest tryptykiem niczym melodia nokturnowa, a przymioty nie są przypadkowe - trójca, naprawdę, nie wiem co się dzieje: bezwładny chaos na biegunie - zabija i niech będzie na zawsze przeklęty ten świat. Półkula socjotechniki stworzy alternację pentagramu - alogię: in nomine Patris, et Spiritus Sancti, fides et ratio - opus dei - cogito ergo sum. Sir Edom Wildstorm skończył czytać raport, bełkot - rzekł z przekąsem i wyrzucił do kosza lupę z rogów barana, syndrom zniewolenia - pomyślał...  Eli, eli, lama sabachtani... Eli, eli sabachtani lama - eli, eli i skończył - nucić...           Pieszcząc rękojeść laski: zbyt spokojnie wyszedł ze służbowego Range Rovera... - Good morning - przywitał gościa nowy lokaj prezydenta na mazurskiej daczy.  - Thank you - sir Edom Wildstorm podał do ucałowania pierścień ozdobiony srebrną ważką.  - With all due respect - rzekł gospodarz i najmocniej prosimy - odejdź z tego świata! - Gambling - you are welcome!           Sir Edom Wildstorm odstawił na grzbiet fortepianu kieliszek z krwistym winem i momentalnie wsłuchał się w echo poloneza, to koniec - szepnął sam do siebie - nic już po nas nie zostanie, może idea, przecież jak mówi pismo - po owocach. Rozmyślania przerwała służąca, wtargnęła nieproszona - rzuciła okiem na zielony stolik i zgarnęła resztki żetonów - elokwentnie wypięła tyłek... Sir Edom Wildstorm zerknął szybko na wyższą półkę i czarnym klawiszem przywołał do porządku agentkę Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego - dokładnie dał do zrozumienia: wskazując - wzrokiem   na okruszki popiołu, zostanie po nas szarobury pył, o la la o lu, będę do końca grał, grał i grał na ramionach żywiołu - będę do końca śnił, śnił i śnił, o la la o lu, będę do końca grał, grał i grał...                      Wiesz? Opowiem ci prawdziwą bajkę o zatoce różowych świń, pamiętaj, śmiech jest zdrowiem i nie miej żadnych złudzeń poza pewną granicą solidarności. Raz na zawsze porzuć marzenia: one są tylko dziekanią w unii giermka, możemy? Nazywam się Alexis Brimeyer, znacie legendę o czarnym szlachcicu? Bardzo dobrze, to ja - należę do Komitetu Trzysta, a ty byłeś tylko szarfą kozła ofiarnego w Izbie Hymnu Jedności i co? To niepotrzebne słowa, zostawię je na pamiątkę, tak po prostu - zwyczajnie. - Regni regino, sapiens nihil invitus facit, sapienti sat...           Pamiętasz? Wybacz, nie było cię na świecie, po prostu: nazywam się Alexis Brimeyer i znacie legendę? Znamy! Jesteście kłamcami - nie znacie! Sir Edom Wildstorm położył różę na grobie białego kruka...           Nie zapaliłem świeczki i system może w każdej godzinie runąć: wypolerowany na błysk - krzemień - pucybut przepowiedni. Nadal płonie kompozycja trójkątnego placu, a po obu stronach - fotel, tak: uwielbiam ten hotel - przynosi zyski i wtedy zapaliłem świeczkę - system przed chwilą upadł. Masz wolną wolę? Naprawdę? Kup sobie spokój za cenę kłamstwa. I błysk! I zysk! I pysk! Sir Edom Wildstorm skończył oglądać pomnik generała Franco, on nie żyje - umarł za wolność. Racja, pomyślał, nie sądźcie - sądzeni będziecie. Wiesz? Nie bądź błaznem! Umyj tablicę! Ładnie!           Jedno z najgorszych błogosławieństw: obdarcie niewiernego z posiwiałej aureoli, osamotniony z garścią ziemi - pielgrzym niebezpiecznej prawdy, iluzjo z podwójną maską - bar, bar i bar - baranku melodramatycznego nieba - zagrajmy w dwie - frazy w jednej - jedynej. Nikt tego nie zrozumie, dokładnie wszystko jest potężnym chaosem i poza powstaniem świata zostanie pot - wór, wór i wór - marny, przepraszam, gardło mnie rozbolało - nic tutaj - tu po nas, słowem: bez bezzz sensss. Sir Edom Wildstorm cierpliwie słuchał... - Dajcie mi willę w stylu kosmopolitycznym, pokaźne konto i limuzynę, a w zamian obdarzę wszystkich prostotą serca i mogiłą słów!            Sir Edom Wildstorm wskazał laską na trzy palce u prawej dłoni: pas a pas - odrzekł z kamienną twarzą.  - W porządku, dołóżcie mu jeszcze na barki krzyż...           Tylko ja, ja i ja - egoista z rodu warana - jesiotr w jeżowym jeziorze nad jesionem - marsz morsa i pana na mars - przekwita poezja polska zamknięta w sejfie - naćpana!           Zanim powrócę z końca czasu przez czerwoną noc - rozdam światło i nie szlochaj. To takie zwykłe szatańskie paragrafy: czujesz na karku zimno? To dobrze, zagrajmy w ruletkę i pociągnij pierwszy za głowę okupanta. Sir Edom Wildstorm złowił szlachetnego dorsza i rzekł do Adama Weishaupta: - Wypierdalaj!            Zanim powrócę przez czerwoną noc - rozdam światło. Ukochana, nie płacz za mną!           Pisz słowo po słowie, inaczej nie zrozumieją i nie pojmą twoich myśli, tłumacz się ciągle z popełnionych grzechów, oni są mądrzejsi od ciebie, zaniżaj własną wartość i niszcz w sobie zmysł krytyczny - oducz się myśleć samodzielnie. Pisz słowo po słowie, inaczej nie zrozumieją i nie pojmą twoich myśli - nie używaj obcych wtrętów, aluzji i tropów, oni są mądrzejsi od ciebie - wykreśl na zawsze ze słownika niedopowiedzenia i miłuj pokój podczas wojny - może zostaniesz wtedy szeregowym poetą. Sir Edom Wildstorm wyjął kalendarzyk indeksowy i zanotował coś ołówkiem: bądź wierny i nieprzekupny, nigdy nie szczekaj, odgryzaj krtań, szczaj na kości rzucone ze stołu i zawsze bądź sobą - wilkiem.   Łukasz Jasiński (Warszawa: 2010 - rok)
    • chciałbym być deserem  który lubisz  surówką  którą powinnaś ...   z radością zajadasz    delektujesz się  każdym kęsem  ostatni jesz wolno  z takim apetytem  że dostaję dreszczy    jeszcze  nie zdążysz skończyć  a już tęsknisz za …    dokładką   6.2026 andrew  
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...