Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Było siedem plag. Tak samo jak siedmiu krasnoludków. Tylko że one z plagami nie mają nic wspólnego. Siedzą żwawo przy okrągłej ławie, popijają wywar z grzyba i rozprawiają filozoficznie o wpływie brody na stosunki między: purpurowymi mrówkami a różowymi. Lub na jakich gałęziach, najładniej by dyndały czerwone pomidory. Oczywiście całe to ich gadanie, nie ma większego wpływu na rozwój lasu. Las szumi i będzie szumiał. Podobanie lub jego brak nie ma tu nic do rzeczy.

 

Z zewnątrz, jako że zmrok nadchodzi, widać światło w zasłoniętych oknach oraz różne cienie gestykulujące lub w bezruchu. Aż by się tam chciało wejść, by ogrzać zimne członki swoje. No chyba, że już są odgryzione przez leśne bestie wszelakie. To wtedy ich ocieplanie nie ma żadnego sensu. A zatem siedzą, gadają i nawet nie wiedzą, co za krzywda ma teraz początek na skraju lasu i kto ową krzywdę na barkach dźwigać musi.

 

A ciężar targać musi: Starsza Kuzynka – piąta woda po kisielu –Wrednej Śnieżki, co ją nieboraczkę z izby zamkowej wygnała. I za co? A za to, że za dużo luster potłukła, ale najpierw z nimi gadała. Śnieżka nie mogła zrozumieć, jak można konwersować ze zwierciadłem. Nawet nadwornego konowała – psychiatrę do Kuzynki swej wezwała. Lekarz umysłowy owszem przyszedł, ale sam chciał się od lustra, tego i owego dowiedzieć.

 

Na przykład, czy żona go zdradza z lekarzem od rozwolnień. Śnieżce było tego stanowczo za dużo. Dwóch świrów w jednej komnacie, to o dwóch za dużo. A Kuzynka lustra tłukła w diabły, bo żadne nie chciało powiedzieć, że jest brzydsza od Śnieżki. Wtedy miałaby szansę, że ją kuzynka nie wygna na zbity pysk. A Śnieżka i tak wygnała, gdyż budżet państwowy był znacznie nadszarpnięty, produkcją luster.

 

Nagadane i pośniadaniowe krasnoludki, zbierają się do wyjścia. Nie mają wcale na to ochoty, ale trzeba jakoś zarobić na remont grzyba w którym mieszkają. Między blaszkami zaczyna przeciekać, a i rurkami nieproszone robactwo się tłoczy. Mogli by oczywiście potrzebny mech wyrwać z lasu, ale to by było nieekologiczne działanie. A zatem – chcąc nie chcąc – muszą zarobić na syntetyczny. Mimo, że śniadanie zjedli, to do zakładu im nie spieszno. Swoją frustrację, wyśpiewują wesoło, idąc:

 

Hej ho, hej ho

gdziekolwiek by się szło

to nie do pracy

nie do pracy

bo to zło...

 

Nagle raptownie przystają. Tak że ostatni wpada na pierwszego poprzez wszystkich między nimi. Temu na przodzie broda staje słupka i uważnie słucha. Każdy kłaczek w inną stronę się wychyla.

 

 

Kuzynka wlecze się przez las, jak stłuczone zwierciadło, targające swoje kawałki. Czyli nie można rzec, że człapie żwawo. Z przyzwyczajenia trzyma w łapce małe okrągłe lusterko. Ale cóż to za gadanie z takim maleństwem, co nawet za bardzo mówić nie umie. Jedynie ino cicho popiskuje. Trzeba do ucha dokładać, żeby cokolwiek zrozumieć z tego całego mamrotania. A odbicia w nim, tyle co kot łez wylał.

 

Krasnoludki zmieniają trasę. Dzisiaj robią sobie wolne. Zgodnie ze słowami pieśni przewodniej. Są ciekawe, co tam się w kniejach wyprawia.

 

Wygnana na poniewierkę spogląda w górę. O zgrozo! Lepiej żeby nie spojrzała. Na gałęziach drzew wiszą ludzkie ręce. I to dłońmi do dołu. Jakby wyrastały z tego, na czym zawieszone. Każda trzyma małe lusterko i denerwuje idąca, puszczając zajączki po  oczach. Mimo, że sytuacja nie jest groźna, to Kuzynka wyobraża sobie, co one mogą wyprawiać, gdy nocka zapadnie. Jak na przykład skaczą z drzewek, łapią ją za szyję i duszą. Na dodatek lustro podsuwają, żeby widziała jak oczy wytrzeszcza i język wywala. Jej serduszko z tego wszystkiego, najchętniej by się do własnego przedsionka schowało. A może z tej zgryzoty, jeno umysł omamy wymyśla?

Nagle jakaś ręka stuka ją w głowę. Omal, że upada na runo ze strachu.

Słyszy głosy:

 

– A bodaj to, co to jest?

– Stare babsko i tyle.

– Nie aż tak.

– Nawet ładne, gdy spojrzeć z dala.

– Smutne jakieś.

 

Nagle krasnoludki słyszą głos:

 

– Do jasnej ciasnej, oczywiście, że jestem smutna. Wredna Śnieżka mnie wygnała. A wiecie za co?

– My dopiero przyszli. Nic nie wiemy.

– Ja też dopiero przyszłam, ale wiem za co. Za lustra.

– To takie coś, gdzie człowiekowi odbija? – zapytał rozsądnie krasnal.

– Nie chciało mi rzec, że jestem brzydka. Wyobrażacie sobie?

– Nie musimy. Wystarczy spojrzeć.

– To skoro tak… to ja wracam.

– Ale my żartowali. Da się patrzeć.

– No to mam prze...

– Proszę się waćpanna nie wyrażać. Zwierzątka słuchają.

– Zaprosicie mnie do domku swego?

– No jasne – odpowiedziały wszystkie siedem.

 

A w komnacie zamkowej, popłoch niesamowity. Kuzynka dała nogę. Śnieżka jest zrozpaczona. Najbardziej brakuje  luster. Teraz je nawet pokochała. Nie trzymała nerwów na postronkach swoich. Co ona tam robi sama w lesie. Na pewno ją napadły jakieś zbóje niewychowane, bez ogłady wszelakiej. Muszę jej szukać. Muszę!!! Ale najpierw walnę się lustrem w głowę, jeżeli jakieś znajdę. Pokrętna natura ma.

 

– Fajny grzyb. Nawet przestronny – rzecze zaproszona.

– Dbamy o niego.

– A o porządek?

– Też.

– A w którym miejscu, że zapytam?

– Im rzadziej sprzątamy, tym większa uciecha nasza z porządku.

– A kiedy ostatnio?

– Jeszcze wcale. Nie możemy przyzwyczajać się do radości. Bo spowszednieje.

– Aha.

 

Śnieżka biegnie zdyszana, siódmym zmysłem, wiedząc gdzie. Stoi przed chatką grzybową. Zagląda przez okno. Widzi Kuzynkę, jak wystaje z bałaganu. Jej oczy cieszy taki widok. Zbóje ją nie zjadły. Została przygarnięta przez rozkoszne maluchy. Stoją wokół niej.

 

*

 

Stara Jędza idzie przez las. Dźwiga koszyk z owocami. Ma uśpić Śnieżkę. Tak jest w scenariuszu powiedziane. Dyszy, jęczy i nosem kiwa na wszystkie strony. Nawet ptaszka strąciła, co usnął na niskiej gałęzi. Widzi Wielkiego Prawdziwka. Jest blisko. Co raz bliżej. Puk puk, puka do drzwi. Słyszy:

 

– Wiemy, że to ty. Właź.

 

Jędza wchodzi razem ze Śnieżką, co w takiej sytuacji pukać nie musiała. Kuzynka zauważa krewną i pragnie zwiać, lecz one we dwie w progu stoją. Słyszy słowa:

 

– Przebacz mi te lustra.

– Przebaczam.

– No to fajnie. Wracamy.

– Zjedz jabłuszko na drogę – mówi Jędza.

– Umyj najpierw – krzyczą krasnale. – Dbaj o zdrowie.

– E tam – rzecze Śnieżka. – I jabłko zjada.

 

W tym momencie zaczyna się prawdziwy koszmar. Obżarta jabłkiem, wcale nie zasypia. Wręcz przeciwnie. Zaczyna szaleć. Krasnoludki swawolnie molestować. Tam dotknie, tam ściśnie, ale tylko przez chwilę. Biega po wszystkich możliwych kątach. Tłucze naczynia. Prostuje nos jędzowaty. Szarpie białe brody. Kłaki z nich wyrywa. Wrzeszczy, że lustra są cudowne.

 

– Co ja narobiłam – tym razem wrzeszczy Jędza. – Pomylić jabłka musiałam.

– O cholera! Kopnęła mnie w czułe miejsce.

– Mnie też. Nawet dwa razy.

– Zróbcie coś wreszcie – drze się Kuzynka. – Bo całego grzyba rozwali.

– Właściwe jabłko musiałam zgubić w lesie. Krasnale, biegnijcie tam… a łaj dostałam… jak znajdziecie… a łaj znowu… to migiem z nim do mnie.

 

Krasnalki wybiegają jak szalone, martwiąc się o domostwo swoje. Śnieżka tymczasem biegnie na piętro, skakać po łóżkach. Żadne nie ocaleje w całości.

Wreszcie zasypia. Nie przez czary, ino ze zmęczenia. Grzyb nadal się chwieje z rozpędu. Po chwili nieruchomieje. Tak samo jak obrazek z portretem na ścianie. Przodek trzyma się ramy i wisi. Po chwili włazi z powrotem do obrazu i nieruchomieje. Chatka też. Nastaje złowieszcza cisza.

 

– Gdzie się podziały maluchy – pyta Jędza Kuzynkę.

– No właśnie. Długo nie przychodzą.

– Wyjdźmy na podwórek. Zerknijmy.

– Dobry pomysł.

 

Wychodzą na zewnątrz. Krasnoludki śpią jak zabite. Aż im się brody unoszą od oddechu. Chrapią przeraźliwie na cały las. Bardziej odważne zwierzątka stoją wokół i ziewają.

 

– O żeż w mordę – rzecze Jędza. – Ogryzka po gruszce. A byłam przekonana, że mam jabłko. Zeżarły i koniec. To jedyne wytłumaczenie.

– Jedną gruszką się podzieliły? – nie wierzy Kuzynka.

– Duża była. Mutant. Jak dynia.

– Aha. To rzeczywiście mogły. Jak długo będą spać?

– Aż ich Królewicz nie pocałuje.

– Wszystkie musi?

– Wszystkie. Każdą sztukę z osobna.

– Będzie chciał?

– Nie.

– No to mamy problem.

 

Nagle słyszą słowa:

 

 – Jaki tam problem. Pocałuje wszystkie, ale pod dwoma warunkami. Po pierwsze: żądam folię na każdą brodę, żeby się kłakami nie zadławił. Po drugie: tak normalnie jak w bajce było, chce rękę Śnieżki za żonę.

– Tylko rękę? – pyta Jędza

– Rzecz jasna, resztę też – odpowiada Królewicz.

 

7 x cmok… Krasnale się budzą. Tylko brody nadal śpią.

 

Nagle słychać wołanie Jędzy:

 

– Do mnie! Ale już! Maluchy dobre były i podzieliły się dynią… to znaczy: gruszką.

 

Całość biegnie do wspomnianego miejsca. Patrzą i co widzą? Ano Jaś i Małgosia smacznie śpią.

 

– Ależ Jędzo – rzecze wzruszony Królewicz – Ta urocza para, dzięki Tobie, do chatki Jagi Baby nie dotarła. Nie będą upieczeni. Życie im uratowałaś. Dobra z ciebie kobieta.

– No coś Ty. Bez przesady. Chcesz mi etat w bajce zlikwidować? – rzecze Jędza. Mówiąc to oczka spuszcza zażenowana. Lecz nagle dochodzi do siebie – bo daleko nie ma - i wrzeszczy:

– Kto pocałuje Małgosie?

– My!!! - zawołały wszystkie Krasnoludki.

– A Jasia?

– Jasiu niech śpi. Co sobie będzie chłop żałował – powtórnie zakrzyknęli maluchy.

– Ależ nie może tak spać na poszyciu leśnym. Wilka dostanie i zmarnieje od zimna.

– Królewiczu, pocałuj go. Masz wprawę – kwili Kuzynka.

 

Królewicz, jako że z niego uczynny człek, Jasia całuje. A obudzony  za to go po buzi tłucze, ze wszystkich stron. Nawet zaczynają się szarpać, ale przerywa im wrzask Jędzy:

 

– Wielki Prawdziwek podskakuje! Śnieżka wyspana! Zaczyna znowu szaleć!

 

Wszyscy biegną jak stoją do chałupy.

 

– Oj, oj, oj – płaczą Krasnoludki. – Co za bałagan. Nawet my to widzimy. Kto to posprząta?

 

Wreszcie łapią wojującą. Wierci się wśród nich, a oni razem z nią na obrzeżach złapania. Podbiega Królewicz, by ją w usta pocałować i czar oddalić. Trudne to, gdyż cel nieustanie w innym miejscu śmiga. Tak bardzo głową obraca. Widzi jeno zarys latających ust. Nagle mu się udaje. Śnieżka jest spokojna. Tyle tylko, że Królewicz zaczyna szaleć. Na szczęście tylko chwilę. Lecz na tyle długo, że Jędzowaty nos prostuje. Widocznie czar był zmęczony.

Teraz wszyscy leżą i dyszą obwicie.

 

Słyszą, jak ktoś w kółko powtarza :

 

– Nie chcę być za diabła pięknym łabędziem. Pragnę zostać szarym kaczątkiem.

 

Idą w kierunku głosu. Przystają. Patrzą.

 

– A tej co znowu? – pyta Kuzynka.

– Zatruła się czymś.

– Zostawmy ją. Jak dorośnie, to zmieni zdanie.

– Ja bym nie zmieniła – rzekła Śnieżka. – Fajnie być taką szarą kulką.

 

Wtem zauważają, że znajdują się w podłużnym, długaśnym wgłębieniu. Las i wszystko wokół, łącznie z nimi, zaczyna się po bokach podnosić. Ogromne ściany – mimo wszystko –wydają się przyjazne. Nie mają wrażenia, że zostaną życia pozbawieni, ale też nie wiedzą, co jest grane.

Słyszą z wysoka donośny dziewczęcy głosik:

 

– Mamusia każe mi przestać, bo się nie wyśpię. Jutro znowu was poczytam. A teraz do łóżeczek i spać. Zamykam książeczkę.

– Tylko nie spać!!! – zakrzyknęli w ostatniej chwili przed zamknięciem.

 

 

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • Piszę te wersy dla Was
      Każdy jest najlepszy ale paradoks życia sprawia, że tyle samo zła co dobra w nas. 
      Zapamietasz Nas, pokolenie wysłuchało co podświadomości lodowa góra ukryła pod powierzchnią fal morza.
      Zimna pustynia arktyki i podróż w stronę horyzontu, banita opusza stada brać by na samobójczej misji zamienić lód na kosmicznej próżni jeszcze większy chłód i brak gwiazd wokół które życiodajne ciepło chcą nam dać i w kolory ubrać dla Nas świat.
      To dla Was wszystko, to tylko moje litery, ułożone spółgłoskami w słowa, które w szaleństwie nazwanym dnem przyszło mi bezczelnie i niestety Wam podarować, mieć anioła, który brał co diabeł opętany w wersów kilka ubrał i w nieświadomości nawet nie przemyśłał, dziw brał ale uszy zatkał na własne krzyki skrzeczącego głosu z gardła które mu służy chyba jedynie tylko by łykać flaszka i flaszka mocne twarde trunki aż do dna za ostatni hajs, nie zapracowany ze swojego tronu który dostał by złorzeczyczyć temu który na srebrnej tacy podał mu widelec którym najpierw karmił a potem ostry nóż którym zabił brać i braci jakimi ich chciał mieć jak kosz pomarańczy mu podarowanych których na stole nie zauważył w złotym czepku który mu spadł na oczy i zamknął wzrok tak że tylko własny nos tam widział z czubkiem którym się stawał z kolejną flaszką za pieniądz wyżebrany lub ukradziony bo nie ma w nim kołaczy do pracy. Niezrozumiał nic z życia, którym szedł jak w ciemny las z tą czapką którą niewiadomo czemu urodzony Bóg go wybrał na los jak banany są tacy wiecie dziecie które ma lepiej a niewdzięcznie umie tylko być dla siebie bez wdzięczności i pokory wobec chamów którymi ich nazwał a życie mu z górki obaj w miłości dla jego jestejstwa przyszło stworzyć. 
      Ludzie są chorzy niby wszyscy tylko niezdiagnozowani, chcieliby każdego dziś leczyć tabletkami psychiatrzy byśmy byli posłusznie na smyczy w kagańcach posłusznie poddani.
      Nowy porządek świata. Oni mogą samolotami latać dla nas zielony ład i ograniczenie w cenie diesla i benzyny. Bunt zabity przez ich (Ich z dużej litery bo to nazwa własna tych iluminantów winnych nam spokój i miłość raj na ziemi i wymiatanie ludzi tego świata (światu ale wyrzygana mi w mgle licencja poetica pozwala mi przekręcić słowo albo słowa zmyślać (osobowość ksobna może to nie moja osoba zadedykowana tam nie wiem już sam (dziś nic nie wiem) (czwarty nawias liczę tym razem po piątym zamknę choć nie mam pomysłu co w nim wpisać podpowiedź by się przydała ale w samotności sięgam dna jak dna flaszki i dna jak upadam (według demokratycznego osądu ludzkości ale jednak się przydało to szaleństwo czasem nawet jako bandaż (ha mam piąty nawias myślę i się dzielę tym i piszę w szóstym niestety (może koniec tych w nawiasach dygresji) (po siódmym miałem skończyć bo to blisko Boskości w matematycznej interpretacji Biblijnej narracji) (ale skońćze po ósmym który nie wiem jak się interpretuje jak cztery któtre znaczy śmierć jak u Wieszcza cztery i cztery bo dwa razy zabije) (i zabiłem) (wiem dziewięć) (i dziesieść będzie bo jeszcze myślę że interpunkcję miałem w dupie i nie zamykałęm nawiasów otwieranych a może tak się nie robi nie wiem) (grafomani we mnie wiem piszę by pisać wyżyję się na tle białego tła na forum w internetach ściana tekstu żaden ze mnie pisarz żaden dziś poeta po prostu klikam te litery jak małpa i powstają teksty jak ta ściana która przeraża która oznacza szaleństwo, miałem nie robić tego więcej ale skasowany ef be i insta nic nie dał znalazłęm fora jak socjal media gdzie się piszą wiersze z prawdziwego zdarzenia a nie moje rymowane bardziej lub mniej teksty do czego się jutro nie będe chciał sam przed sobą przyznać i wstydem się spalę żem to wysłał w świat) (ale o czym to ja, jaka była główna myśl, trzeba wrócić myśle sobie przed pierwszzy nawias i nie wiem sam czy po tym chyba dwunastym już do zamknięcia chaosu dygresji nie do przełknięcia oczyma przez czytelnika którego wiem że tu ni ma i nie będzie bo skazany na zapomnienie jak w wizji mistycznej na substancji otwirajającej świat na ten niematerialny na codzień schowany gdzie został mi los pokazany grubasa klikającego w klawiaturę przez życie przechodzącego bez ruchu i bez rozejrzenia się by umrzeć w ogniu słońca bez sensu żył i niezauważony znikł samsara go wyrzuca ale to kara a nie nagorda na ciemnej materii zimnej drodze skończy się jego los tam a to ja bo to moja głowa i na własnych oczach to zobaczyłem a wszystko co widzę dotyczy mnie a wszystko co słyszę mnie dotyczy a świat jakim jest jakim się go widzi to tylko ty w tym to tylko ja widzę świat który goni hajs i pogrąża się w dramatach jak widzi smutek i zło, rój szerszeni zauważam w cywilizacjach jak nasza a to w senniku oznacza wroga (chyba) (i chyba był to trzynbasty nawiast a ten jest czternasty wracam do tego co mówił dwunasty a potem czas wrócić na początek gdzie otworzyłem pierwsze nawiasy (pierwszy nawias ale do ryma myśla mi się tak układać przyszła więc ryma żem ja napisał nie w myśl języka którym żem zaczął władać od rodziców nauczon gdziem urodzon jako Polak za co wdzięczni powinni być czytający wierszów wersów przekaz metafor mgłów rozwiewających umięjący poeci i interpretatorzy bo to język najlepszy do skłądania w rymy metaforów i przekazów dla pokoleń zapowiedzianych przez wieszczów bytów podróżnych wbrew linii śmiertelnych niewybranych dla 27 skrzydlatych z armii Boskiej Trójcy dających możliwości wbrew uczynkom ich i ich podłości piękność nad piękności (a za to co uczynił niech szczerznie w bezimmienym grobie no może z tabliczką tu spoczywa pojeb) (i przestałęm liczyć nawiasy i tylko pamiętam że miałęm wrócić z zapowiedzianych słow do tego co przed pierwszym a potem przed dwunastym ale chuj z tym) (niby ludzie inteligentni mają skłonność do używania przekleństw ale mi się wydaje (a tam mi się to może wydawać a to pewno nieprawda ja kłamca najgorszy zły dla Ciebie CIebie i świata byt) że jednak inteligentniejsze jest powstrzymać się od rzucania kurew i chujów pojebanych popierdolców ze słów nawet w przypadkach najgorszych napotkanych przeszkód zazwyczaj z ludzkich słów myśli i czynów wobec nas)))))))))))))) (to za mało nawiasów ale kto wie ile ich było może ktoś policzy ale nie ma tu odbiorców dla moich szaleńćzych słów wieć cóż wracam do tego co na początku)
      To dla Was
      Pamiętając o paradoksie naszego miasta wiedz że mieszka w nas anioł ale na wadze stojąc równoważy go ciężar diabła na szali 
      Wiem to szaleństwo ale tramwaje i autobusy jeżdżą tu jak chaos bez rozkładu jednocześnie przywożąc pasażerów na miejsce na czas i na miejsce (że się powtórze ale obiecuje jednej nawias i wracam do tego co dla Was)
      Spokój w oku cyklony choć w około wszystko lata jak chaos ponad definicję chaosu
      To jest w nas
      Słońce które daje życie, ciepłem promieni osiem minut drogi stąd w największej prędkości znanej w cyfrach ludzkośći na dziś i w odwrotnej drodze by zabrać życie i kolory które pryzmatem rozbitego w granicy atmosfery naszej Planet Ziemi Matki (nie jedynej wbrew przeszłości która dopiero niby ma być dla pewnych, n ie jedynej matki za co wybacz mi która była przy mnie zanim pierwszy oddech przyszedł, karmiącej i trwającej mi spokojem oceanicznej jedności zanim pierwszy krzyk i płacz i męki dla jej poświęcenia która wciąż jest przy mnie co nie jest dla mnie wbrew czynom i braku słowa Kocham którego się boje moim bez znaczenia (kończę nawias i wracam do Was)
      Gai której odległość od gwiazdy w centrum układu siedmiu czy tam ośmiu planet w tej Galaktyce na Drodze Mlekiem (i miodem oby Wam płynącej) usłanej 
      Gai której czas i miejsce we wszechświecie zauważ dało wyjątek wobec tego co wiemy o kosmosie, wyjątek cudem zauważ jest jakim jest człowiek
      Was pozdrawiam ludzie w tym momencie i zachwyciłbym się życiem gdybym nie był kim jestem kto je niszczył strachem i złem

      Anioł na przeciwwadze diabła może zrezygnować i zostawić miejsce dla kogoś kogo nazwiesz osobą jaka jest podła
      Jesteś miastem w którym rządzi paradoks pamiętaj
      Wszystko ma swój początek w jednym miejscu 
      Jak od jednego słowa 
      Jak od jednej liczby 
      Jak jedność która jest w Trzech Osobach która mogła zachwycić się Sobą i na tym pozostać a jednak postanowiła wykorzystać moc i tchnąć wszystko byś się znalazł, byśmy się znaleźli tu i teraz
      Jest jeden punkt wyjścia dla wszystko co na przeciwnych stronach 
      Dobro i zło wyszło z jednego miejsca więc tworzy jedność jak Yin i Yang tylko bardziej bo czerń i biel zanim powstały były jednym kolorem 
      Dla nas niezrozumiałym
      Jak miłość i strach które pozornie są sobie obce tworzyły jedną całość co może być niezrozumiałe jak jest dla mnie
      Jak czas który nie istniał a potem zaczął zmierzać ku granicom nieskończonym
      A musiałobyć coś wcześniej przecież
      I ten byt jest nie do pomyślenia dla nas jak coś może trwać bez początku i końca i jeszcze się rozszerzać
      Wpadnij w zachwyt pod kopułą nieba 
      Pod opieką słońca
      Pod okiem księżyca i odległych gwiazd ułożonych w horoskopy 
      Pod opieką się miej samego siebie
      I miej innych za tych którzy opieką obdarzeni przez Ciebie będzie Ci oddane w szczęściu niepoznanym jeszcze
      O czym ja pieprze
      Bluźnię
      Mieszam Boga z Diabłem
      Chcę by drugie przyjście Syna na świat ten skońćzyło się porozumieniem z piekłem na chwałę ludzkich dusz na chwałę życia 
      By nie było walki Jezusa z Szatanem
      Tylko (potocznie ale wybacz rym to rym rymowanie mi dziś na zgubę przyszło choć nie wyszło) żeby zbili sztamę
      By zapowiedziane ponowne przyjście na świat Syna było ku porozumieniu i zjednoczeniu ponownym piekieł z niebiosem
      szatanie zrozum proszę że i Tobie będzie lepiej że i Ciebie Bóg wysłucha w modlitwie choćby najprostszymi słowami to Ci się dotrzeć uda do Jego czekającego ucha
      Wiem że Bóg może wszystko i chce dla swoich istot i dla swojego stworzenia spokoju i szczęścia
      szatanie wróć do nieba
      Nie graj fałszywej nuty na skrzypkach
      Nie nieś sztucznego światła gdzie zimna lampa nie daje ciepła
      Zgaś czarny płomień ogniska
      I zobacz ogień Ducha który rozpala w Nas gdy na słowa hymnu odpowiada czynem nam


      KONIEC
      BARDZO PROSIŁEM BY TAK SIĘ STAŁO

      BY TEN TEKST PRZESTAŁ SIĘ PISAĆ

      I SIĘ UDAŁO

      POSTAWIŁEM SŁOWO KONIEC I OTO

      BARDZO PROSZĘ JAK KOŃCZĘ TO 

      NA ZGUBĘ ZACZĄŁEM POST TEN

      MOŻE GDY SKOŃĆZĘ TO...

       

      PS

      TO MIAŁO BYĆ DLA WAS A JEDYNIE BYŁO DLA MNIE 
      I TO JEDYNIE W TRAKCIE BO POTEM I MI TO NIE DANE BĘDZIE

      CHCIAŁEM BYĆ WSZĘDZIE

      JESTEM NIGDZIE
      NISZCZĘ I ZNIKNĘ JAK ZAPADNĘ SIĘ SAM W SOBIE

      ZABRANE ŚWIATŁO ODDANE TOBIE

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...