Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano (edytowane)

@Tomasz Kucina Pański wiersz sprowokował mnie do postawienia tego pytania - Dlaczego przestałem mówić i pisać o Bogu, choć rozmawiam z nim praktycznie codziennie? W latach mojej wczesnej młodości i dzieciństwa sprawy boskie wydawały mi się takie bliskie, przystępne, momentami wręcz wydawało mi się, że zrozumiałem nawet zamysł Boga( takie podejście zawsze prowadzi na manowce) . A Bóg jak to Bóg im bliżej jego się "kręcisz" tym większym krzyżem Ciebie obarcza, doświadcza uczy zawsze i bez wyjątku jeszcze większej pokory. Bardzo bliska jest mi obecnie postawa dziadka Pani @Kama Nagrodzka  po prostu lubuję się w postawie sam na sam, kościoła nie omijam, ale ciężko też mnie regularnie tam spotkać. Nie ubolewam nad tym, jak ze wszystkim, w tym ze sobą samym - jestem pogodzony. A.G.

@Kama Nagrodzka Wieczorem wsiadł facet do windy, a za nim Pani z gumą do żucia 

                                   - Pan Brunet?

                                   - Nie szatyn!

                                   - Acha! WTF.

                                   młoda Pani tuż po wyjściu przez telefon do koleżanki

                                   - Ty stara nie uwierzysz! Spotkałam Diabła w windzie.

 

             

Edytowane przez Aleksander Głowacki (wyświetl historię edycji)
Opublikowano (edytowane)

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

Być może Bóg nas eksperymentuje, i w zależności od naszego zaangażowania dawkuje nam te doświadczenia. Tak zrozumiałem pańskie sugestie. Może tak być, ale przecież nie musi?, gdyby to było normą - ci związani ze słowem Bożym w dowolnym wymiarze w zasadzie skazani byliby na permanentne cierpienia. Ludzie kościoła, zakony, misjonarze, liczne grono katechetów laickich Kościoła oraz na przykład teologowie, w końcu zwykli wierni rozmyślający naturalnie i codziennie o Bogu, a także modlący się do Niego. A przecież większość z tu wymienionych jest szczęśliwa, mają własne rodziny i ogromne pokłady eudajmonii w sobie. Natomiast takie sytuacje o których pan rozważa mogą mieć miejsce, rzeczywiście liczne było grono męczenników w historii Kościoła Katolickiego.

 

Nie może to być jednak regułą, pańska postawa jest jakby quasi roszczeniowa wobec samego Boga, bo przecież artykułując takie wnioski wyznacza pan Bogu jakąś ścieżkę postępowania, a Boski imperatyw nie może i nie ma ograniczeń, jest nadrzędny, a już żadnych okoliczności narzucać Bogu nie powinien człowiek albo natura. Nie mamy prawa ustalać decyzji Boga we własnych percepcjach. Jeżeli takie ma pan doświadczenia, to przyjmuję to za fakt, jednak nie planuję przyjąć kalki pańskich życiowych doświadczeń do każdego indywidualnego przypadku. Prezentując swój punkt widzenia zniechęca pan podświadomie do rezygnacji z kontemplacji atrybutów Boskości, pod groźbą nieuzasadnionych lęków - nie jestem przekonany, że to dobry kierunek.

 

Te rozbudowane zbiorowe dywagacje na temat tego wiersza, powodują zamazanie czysto ludzkiego charakteru tekstu, ten wiersz przecież nie jest traktatem filozoficznym czy teologicznym, gdzie autor (ja) próbuje zgłębiać istotę i metodologię Boskich zamysłów - to nie jest też  średniowieczny i Boecjuszowski spór o uniwersalia, albo o tezy Świętego Akwinaty i jego słynne anty rem - w założeniu że wszystkie najważniejsze pojęcia istnieją tylko - w Bogu. Proszę zauważyć, że to raptem prosty i ludzki wiersz, w którym  mamy jasną nie nazbyt ambicjonalną optykę ludzkiego i osobistego przywiązania do Wiary, i tylko ogólną nie nazbyt nachalną prezentacje Boskiego daru Miłosierdzia. Tylko taki jest ten tekst. 

 

Edytowane przez Tomasz Kucina (wyświetl historię edycji)
Opublikowano (edytowane)

@Tomasz Kucina To tekst o Bogu, a ja nie zwykłem rozmawiać o Nim w żadnej sferze bardziej publicznej i stąd moje wcześniejsze przemyślenia. Jak widzi Pan słaniam się jak mogę by zawęzić spektrum mego pojmowania w tej materii do minimum. Uznałem Imperatyw boski dawno temu i uznałem, że lepiej mi z Panem Bogiem w zaciszu własnego sumienia. Oczywiście, że nie świecę przykładem, ale nie krzywdzę, nie nawołuję i nie potępiam - trwam w zrozumieniu własnej maluczkości. Co więcej język wiary to język serca tak jak w Pana wierszu, a gdy serce przemawia to niekoniecznie ładnie i składnie, ale zawsze z niewypowiedzianą mocą i proszę mi wierzyć - wiem co mówię. Kończąc już, nigdy nie twierdziłem i nie twierdzę, że moja postawa zasługuje na jakąkolwiek akceptację i zrozumienie, po prostu rzucam światło jako ona jest. Cóż, nie spodziewałem się, że moje skondesowane i krótkie dywagacje wywołają potok słów u Pana, ale i tak uważam, że warto było. Z wyrazami szacunku A.G. 

Edytowane przez Aleksander Głowacki (wyświetl historię edycji)
Opublikowano

Tomku i panie Aleksandrze!

 

wróćmy do Smerfetki zanim skoczycie sobie do oczu, co będzie niewątpliwie dziełem Szatana  :)

 

Tym razem Tomku stanę w obronie komentującego. Ten wiersz był w zamierzeniu prostym i dostępnym utworem. Udało ci się tą Prostotą dotrzeć do najgłębszych pokładów człowieczeństwa i wydobyć na światło dzienne wrażenia i przemyślenia, z którymi nie każdy dzieli się na "zawołanie". My podzieliliśmy się. I chyba na tym Koniec. 

Podajmy sobie łapki, bo nas Siła Wyższa doświadczy ponad normę :)

Zbyt poważne rzeczy dzieją się na świecie, żeby Trwonić siły na poetyckim portalu. Módlmy się o Miłosierdzie, w taki sposób w jaki każdy z Nas dociera do Boga.

 

Pozdrawiam :)

Opublikowano (edytowane)

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

Szanuję pańską wolę nie dyskutowania o Bogu na forum publicznym. Aleksandrze - uwierz, nie miałem zamysłu wywoływać potoku słów, to wychodzi zupełnie naturalnie, gdy piszę rodzą się kolejne przemyślenia i komentarz się wydłuża.

 

Sprecyzowałem tylko wnioski po przeczytaniu twojej (pańskiej) odpowiedzi? Ja rozumiem  pana postawę - w dyskusji, napisałem o tym wyraźnie - wyżej, wynika z niej pańska osobista pokora wobec Stwórcy i taki model postawy ma uzasadnienie - SKROMNOŚĆ jest zaletą osobistej kultury, natomiast są ludzie, którzy po pierwsze chcą, po drugie nawet powinni - uczyć nas o Bogu, mają ku temu racjonalne i dydaktyczne argumenty i nie muszą mieć lęków, czy bać się własnych predyspozycji? O tym pisałem. Nie zaliczam się do tego zacnego grona, natomiast -  kierowała mną zwyczajna ludzka potrzeba by taki wiersz powstał, i zrealizowałem ją, to wszystko. Trudno, bym teraz obarczał się winą czy lękiem, że Bóg za napisany wiersz będzie mnie teraz piętnował czy doświadczał, mam nadzieję że nie? Nie ma w tym tekście przecież buty, albo  kordianowskiej inwokacji na górze Mont Blanc, to skromny ludzki wiersz.

 

Skoro napisałeś akurat pod tym moim wierszem  o osobistej postawie w kontaktach z Bogiem, a dokładniej o własnym zaniechaniu w publicznym epatowaniu w osobistych relacjach z Absolutem i to pod  rygorem: "zejścia na manowce" - cytując ciebie dokładnie: takie podejście zawsze prowadzi na manowce - to naturalnie poczułem, że może odczytujesz mój tekst jako nadmiernie ambicjonalny albo butny... (no nie dziw się mnie, że poszedłem we wnioskach -  w tym akurat kierunku, wypowiadam się tu jako autor tekstu?), otóż  NIE,  bo to tekst skromny, oszczędny, a jakżesz to inaczej miałbym wyrazić osobisty szacunek dla Stwórcy poprzez wymiar liryczny?

 

Zechciej zauważyć, że moje teksty nie dotykają tematów Wiary albo stanów Boskiego Majestatu, chyba to nawet pierwszy tekst tego typu zamieszczony na portalu, a wywołuje aż takie głębokie "trepanacje" osobiste - że ktoś taki doświadczony jak Ty w obliczu tekstu dywaguje o koniecznym poczuciu własnej skromności i ciszy - doceniam to, ale zrozum, że muszę odnosić każdy komentarz w precyzyjnym kontekście do mojego tekstu zasadniczego pod którym dany komentarz się pojawia? To wywołuje u pana z tego powodu absmak?... nie wiem o co chodzi? , Aleksandrze.

Edytowane przez Tomasz Kucina (wyświetl historię edycji)
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

To o czym dowodzisz Kamo, o własnych predyspozycjach ludzkich (śmielszych lub tych powściągliwszych) w kontaktach z Wiarą i ich publicznych sposobach realizacji - ja rozumiem, i od razu w pierwszej odpowiedzi na komentarz pana Aleksandra to podkreślałem, natomiast tutaj odpowiadam zawsze w kontekście do tekstu opublikowanego, skoro tekst jest jak celnie zauważyłaś prosty i wrażeniowy - to właśnie to jest clou, o tym pisałem, tego dowodziłem. Pana Aleksandra bardzo szanuję, a jego postawa jest godna pochwały, sumienie ma czyste jak łza. Panie Alku, pan się nie boi! ;) … a ja Pana uwielbiam, doceniam i szanuję.

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

 

Bóg mi świadkiem jesteś jak dziecko :)

Nie mów, że musiałeś wystraszyć p.Aleksandra. Jak się dorwiesz do pisania jesteś jak ten radziecki kołchoźnik, nic Cię nie zatrzyma :))

 

Panie Aleksandrze, On po prostu musi się wygadać (najpierw), a potem dobudowuje Ideologię, że Musiał :)

 

Swoją drogą, Ty masz Gadanie...Ho Ho i jeszcze Ho Ho ;)

 

Nie filozuj tyle tylko napisz jakiś ładny liryk o Miłości. Kompletnie straciłam wenę.

 

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

Nawet ty Brutusko? :)))))

Jeżeli budowanie ideologii polega na bronieniu faktu, że wiersz jest skromnym dziełem maluczkiego autora w darze i szacunku dla Pana Boga, a nie moralitetem filozoficznym w którym wnikam w Majestat Stwórcy - to chcę być takim ideologiem. Porównanie mnie do sowieckiego kołchoźnika mi uwłacza, ponieważ zawsze miałem wycentrowane poglądy, z lekkim kierunkiem na prawo. Gratuluję poczucia humorku Kamo ;D Mój dziad był kułakiem i siedział za Stalina w więzieniu w Sosnowcu.

 

Nie będę komentował własnych wierszy, bo widzę, że macie jeden cel - skierowanie autora bezwzględnie do narożnika i wyperswadowanie mu kto napisał ten wiersz i co miał na myśli, zastawiam gardę, ale "łuk brwiowy mi krwawi" ;))))) ;P

 

Poczekam na ciebie, ma mi się spodobać, bo trzeba się eskortować od tych poważnych tematów, wrzucaj - ja będę teraz komentował ciebie w Smerfnej wiosce nierządu ;)

Pan Aleksander chyba cię przeklnie, w co ty go wciągnęłaś, mimochodem ;P

Opublikowano (edytowane)

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

 

I nie zadrżała ci ręka, Caesar? :))

No żeby chociaż przez "ò"...

 

Biegnę z opatrunkiem i ałunem na ten rozkrwawiony łuk brwiowy. Swoją drogą już Ci tyle krwi utoczyli na tym portalu, że dziwię się skąd jeszcze masz kilka kropli. Musi być MasterCap :)))

Nie bierz sobie do serca kołchoźnika. Chcesz być przeproszony , proszę bardzo. Sorry...

Na razie nie piszę żadnych wierszy. Znajduję się w stanie kontemplacji przedświątecznej ;)

 

Polecam....

Edytowane przez Kama Nagrodzka (wyświetl historię edycji)
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

Mogę po łacinie ;)) - Et tu Brute contra me?

Ja kumpla mam, łobuziak nie z tej ziemi, na psiuty go nie bierz, bo ci zaklepie pannę - nawet w rzeczonej windzie. "Óla" ma ksywę - ale ja mówię do niego słowem na opak - palindromem... tzn.: "Aló" ;D

 

No widzisz, a teściowa jeszcze czerninę chce podać ;D

 

No weź, nie jestem jaki obrażalski, - przeprosiny przyjmuję  ;)))))))))))))))))) LOL.

 

Przed chwilą zjadłem talerz bigosu - na serio! Gotuj!, a;propos… jakieś "baby wielkanocne" będą? 

 

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

 

Jasne, z lukrem. Wprawdzie cukier - biała śmierć ale jak umrzeć,  to z fasonem :)

Patrz jaki fajny temat na wiersz "Baby Wielkanocne"...tylko facet może napisać. 

:)

 

Skarbie, idę zjeść obiadek. 

Opublikowano (edytowane)

@Tomasz Kucina Każdy czuje wiersze po swojemu, każdy wiersz nawet niepozorny i błahy (tutaj przykład, do dowolnego wiersza) potrafi raptownie coś w czytelniku poruszyć. Pana wiersz obudził we mnie pytanie bardziej do siebie samego, plus ambiwaletne uczucia związane tylko i aż z własną wiarą, własnym doświadczeniem i własnymi przeżyciami. Podzieliłem się z Panem w tym pierwszym komentarzu własnym u(od)czuciem. Zupełnie nie miałem na myśli bicia w tony moralizatorskie, ani za pomocą tylko i wyłącznie własnych doświadczeń próbować oceniać, odwoływać się  i przenieść je do Pana utworu i Pana samego. I jeszcze jedno małe sprostowanie, myślę sobie w tym momencie właśnie, że moje wycofanie się z rozmawiania i poruszania tematu Boga nigdy nie wynikało ze skromności, a ze Strachu. Ja się po prostu boję wierzyć w Boga bardziej, niż to ma miejsce w chwili obecnej, ale ta bojaźń przewrotnie wcale nie musi oznaczać tchórzostwa. Czyli zmierzając już do ostatniej konkluzji dotyczącej znów mojej skromnej osoby - Odważnie boję się wierzyć w Boga bardziej@Kama Nagrodzka Pani Kamo zauważyłem również, że nikt nawet przez moment nie skomentował mojego dowcipu, wydedukowałem sobie, że z przyzwoitości do jego autora jak i z szacunku do własnego bólu zębów(po takim sucharze niejednego by bolały) Z pozdrowieniami zupełnie spokojny A.G. 

Edytowane przez Aleksander Głowacki (wyświetl historię edycji)
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

 

To prawda, że nie skomentowałam dowcipu. Czekałam na komentarz Tomka do pana komentarza i dałam mu pierwszeństwo.  Później śledziłam ważny wątek dyskusji i wplątanie dowcipu w rozmowy o Bogu i zagadnieniach wiary, jakoś mi nie odpowiadało. Nagle zrobiło się nieprzyjemnie. Jeśli śledził pan komentarze odkrył pan na pewno, że od pewnego momentu zaczęliśmy żartować, żeby rozładować sytuację. Ten portal przeżywa zbyt dużo spotkań na planszy, gdzie jeden z zawodników broczy krwią, zupełnie nie proporcjonalnie do "przewinienia".

 

Emocje niepotrzebnie biorą górę. Nie odnajduję się w takich klimatach.

Proszę też pamiętać o tym, że każdy komentator wybiera sobie wątek do dyskusji i ewentualnego komentarza. Obowiązek ustosunkowania się do dowcipu, nie egzystuje. Przeczytałam ale jeśli poczuł się pan urażony brakiem reakcji to pozwolę sobie zauważyć, że pan przesadza. 

Pozdrawiam

Opublikowano

@Kama Nagrodzka Przed chwileczką sprawdziłem ciśnienie Pani Kamo - wzorcowe. Nic a nic nie przykuło mojej uwagi, w sensie aby komukolwiek i jakkolwiek działa się w nich krzywda. Ot rzeczowa wymiana zdań i argumentów, nic poza tym. Muszę uciekać więc, życzę spokoju i wytchnienia. A.G.

 

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

Rozumiem. Skoro wypowiadałeś się tylko we własnej perspektywie, przyjmuję twoje zdanie. Prosiłbym tylko, byś spróbował mnie także zrozumieć, to ja jako autor pod własnym tekstem mam obowiązek kierunkować komentarze bezpośrednio to tekstu opublikowanego, nie znamy się osobiście i nie zawsze możemy zrozumieć kierunki naszych przemyśleń. Napiszę ci, że ja też się boję Majestatu Boga, i mam podobnie, no ale jakoś powinniśmy do Boga się przymilić. Myślę, że Bóg jest tak pięknie miłosierny, i nie będzie miał mi za złe, że taki pean tu zamieściłem. I zaręczam - nie ma to nic wspólnego z egocentryzmem czy arogancją. Zwróć uwagę, że obecność narratora ogranicza się tu w zasadzie do jednego i pierwszego wersu, dalej w tekście skrzętnie i świadomie ukryłem całą narracje, by wyeksponować Miłosierdzie Jezusa. On to wie.

 

A ty jesteś dobrym człowiekiem, masz w sobie pokorę. 

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

 

Zdyszana szatynka wpada na przystanek autobusowy i krzyczy do faceta tuż obok:

- H szło ?!

- "Czerwony Kapturek" !

;P

 

 

Sądząc po ciśnieniu jest pan okazem zdrowia  :))

 

Dziękuję i życzę dokładnie tego samego!

 

:)

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się



  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • DŁUŻNIK, DŁUG I KWESTIA HONORU     - Szefie! Nie sądzę, aby stamtąd wyszedł. Czekamy tutaj już godzinę! Zimno mi w podkowy!   Wypowiedział te słowa czarny i masywny ogier, niecierpliwie przechylając głową na lewo i prawo. Na nim zaś siedział mężczyzna o czarnych włosach i długich, tak samo czarnych wąsach. Była sroga zima, a z budynku burdelu przed nimi, dobiegały pijackie wrzaski zabawy i dźwięki jakiegoś grajka, pląsającego na mandolinie.   - Napiłbym się czegoś szefie. Może jednak wejdziesz, tam załatwisz, co trzeba i przy okazji przyniesiesz trochę bimbru dla swego zmęczonego wierzchowca?   Mężczyzna ubrany w ciężką, czarną kurtę wojskową wypełnioną puchem, poprawił się w siodle. Jego niebieskie i wilcze oczy wpatrywały się w wejście do przybytku uciech i rozkoszy. Milczał. Zresztą już dawno przyzwyczaił się do tego, że nie musiał dużo mówić. Wystarczy, że jego ogier Bandyta gadał prawie cały czas, no, chyba że kazał mu milczeć albo gdy tamten był na kacu. Tak! Jego czarny rumak chlał mocny alkohol i był wręcz od niego uzależniony. Ale co zrobić? Każdy ma przecież wady.   - Szefie? A gdybym tak podjechał pod okno z boku, włożył pysk do środka i krzyknął, że burdel się pali? Może wtedy facet by szybciej wyszedł?   Zamir cmoknął cicho ustami, bo na pierwszy rzut oka pomysł był nawet niezły. Jednak po dłuższym zastanowieniu miał swoją jedną wielką wadę. Burdel miał jedno wejście więc w czasie chaosu, który niechybnie powstanie, zostanie ono zapełnione i trudno będzie dostrzec tę kanalię. Za długo szukał informacji o miejscu pobytu kanciarza, aby teraz dawać mu szanse na ucieczkę. To nie wchodziło w grę, dlatego porucznik kozacki nie odpowiedział, tylko jeszcze mocniej skupił się na drewnianych dwuskrzydłowych drzwiach.   - No, a gdyby tak wejść i zawołać go po imieniu? A jak gdyby kto się zapytał, po co szef go szuka, to powiedziałby szef, że wisi mu złoto i chce je oddać. Tak, tak! Wiem, że to on szefowi wisi, ale wtedy na pewno by kto zaprowadził szefa do niego! Dobre co?   Jakby na potwierdzenie swoich racji Bandyta wesoło parsknął i przemielił ziemię przednimi kopytami. Niewątpliwe był zadowolony z pomysłu, na jaki wpadł! Zresztą była to już trzecia dobra myśl w ciągu tej godziny. Pierwsza była o bimbrze, potem o płonący burdelu, a teraz to! Dzisiaj to był jego dzień! Czuł się wyjątkowo mądry! Nawet w taki ziąb! Jednak innego zdania był Zamir. Najpierw jego prawa dłoń niespokojnie dotknęła głowni swej kawaleryjskiej szabli, potem oparła się o przedni łęk, a lewa zaś zakręciła czarnym sumiastym wąsem.   Trzy miesiące temu pożyczył temu gnojowi niemałą sakiewkę złotą. Będzie jakieś pięćdziesiąt monet! A dzisiaj? Siedział jak ten cep na Bandycie i omijając wzrokiem płatki spadającego śniegu, czekał. Przecież, zamiast tego mógł właśnie pić i wypatrywać wiosny razem ze swymi braćmi z Taboru. Niech tylko ten oszust wyjdzie! Będzie miał do wyboru, albo złoto, albo zęby. Znaczy albo złoto Zamira, albo swoje zęby dla ścisłości.   Jednak los jak zwykle postanowił nieco zakpić z kozaka. Bo po kilkunastu kolejnych minutach drzwi od burdelu otworzyły się energicznie, a w nich ukazały się trzy postaci. Dwóch z nich stało o własnych siłach, trzymając pod pachami trzecią.   Zamir poruszył się niespokojnie w siodle, a jego oczy zabłysły w ciemnościach gdy nagie, jak do tej pory bezwiednie zwisające ciało, poleciało na zaśnieżoną ulicę. Chwilę po tym mężczyźni ze śmiechem na ustach, zniknęli z powrotem w budynku.   - Szefie. Chyba mam złe przeczucie.   Pierwszy odezwał się Bandyta, patrząc na nieruchome fragmenty ciała wystające ze śniegu.   - Co ty nie powiesz…   Skwitował kozak, zeskakując ze swego rumaka. Poprawiwszy przy pasie szablę i pistolet skałkowy, bardzo powoli podszedł do czegoś, co trochę przypominało mężczyznę, który wisiał mu pieniądze. Najpierw kopnął w rękę, która niezdrowo wystawała ze śniegu. Zero reakcji. Potem wyciągnął szablę, nabrał na jej czubek małą ilość białego puchu i przyłożył do ust pechowca.   - Pobity na śmierć. Najpierw połamali mu ręce, potem obili mu klatkę piersiową. Pewnie wylew wewnętrzny. Być może połamane żebro przebiło mu serce. Odezwał się po chwili spokojnym, lecz trochę poirytowanym tonem, dowódca kozaków. Za kilka godzin ktoś uprzątnie to ciało. To nie pierwszy raz gdy w tym mieście tak pozbyto się człowieka, którzy wisiał komuś złoto. Oczywiście były też ciała zamarzniętych żebraków, które też zostawały usunięte po jakimś czasie. Tak do końca nie wiadomo, kto te ciała zabierał. Mówi się, że straż miejska informuje pobliskiego grabarza o zaistniałym fakcie. Jednak problem był taki, że mistrz pochówku ma około sześćdziesięciu lat i żadnego pomocnika. Więc trudno tutaj uwierzyć, żeby był w stanie taszczyć petenta przez śniegi, na takie odległości. Oczywiście jest jeszcze inna teoria…   - To, co teraz szefie? Wracamy? Na pewno bracia nie wypili jeszcze wszystkiego i coś dla nas… - Nie. - Nie? Przecież to trup! Co on może… - Tutaj czarny ogier zarżał niespokojnie, zmiętosił śnieg przednimi kopytami i dokończył z nutką strachu w głosie. - … chyba Szef nie chce tego zrobić? Przecież to tylko złoto! Nie warto! - Pożyczył ktoś od ciebie kiedyś złoto i nie oddał!? – Kozak zapytał swojego ogiera, kucając przy trupie i sprawdzając szablą jego zęby, gardło i język. - No nie. - No właśnie! A jak rozejdzie się w świat, że można bezkarnie pożyczać od kozackiego porucznika Zamira pieniądze, a potem nie oddawać! To kto potraktuje mnie na poważnie w innych sprawach? - Szefie, ale ten człowiek nie żyje! - Słaba wymówka.   Odpowiedział Zamir i zaczął podnosić zwłoki do góry. Jednak w tym samym momencie zza budynków mieszkalnych wyłonił się patrol straży miejskiej, w liczbie trzech żołnierzy. Szli w trójkącie, gdzie ten na przodzie był pewnie dowódcą patrolu.   -… psssst Szefie!   Bandyta próbował zawczasu ostrzec swojego właściciela, jednak nie zdołał. W momencie gdy nagi denat znalazł się na lewy barku kozaka, w jego stronę padły słowa mężczyzny w kolczudze i z mieczem w dłoni.   - Hej Ty! Co ty robisz? - Ja?...- Odparł zaskoczony kozak, odwracając się w stronę głosu. Przed nim stało trzech rosłych mężczyzn, uzbrojonych po zęby i stanowiących prawo w tym mieście. Jednak nie stracił zimnej krwi, bo poprawiając umarlaka, dodał. -… nic konkretnego. - Jak to nic? Kim jest ten nagi mężczyzna, którego masz na ramieniu?   Bandyta odwrócił się zadem do całej akcji. Nie chciał tego widzieć, bo jeszcze zacznie się śmiać albo coś głupiego powie. Wolał nie patrzeć. Za to Zamir kontynuował rozmowę. Musiał z tego wyjść i to nie sam, bo inaczej przepadnie jego reputacja oraz złoto.   - To mój kolega. Trochę przesadził w burdelu i teraz muszę odwieźć go do domu. Szeregowy strażnik po lewej stronie dowódcy dodał szybko. - Przecież widać, że chłop cały obity i pewnikiem nie żyje, bo nawet klatka piersiowa mu się nie podnosi. Kozak przeklną w duchu i odpowiedział, tym razem wolniej i z większą pewnością w głosie. - Przecież właśnie mówię, że przesadził w burdelu, to go tam skatowali i martwego na śnieg wyrzucili. Zawiozę biedaka do domu i tam go pochowam. A mówiłem mu tyle razy, że za tą niewyparzoną gębę kiedyś zdechnie.   Dowódca patrolu przymrużył oczy i zapytał.   - A gdzie macie go zamiar pochować?   Kurwa, jebany służbista mi się trafił. Pomyślał kozak, poprawiając zmarłego złodzieja na swym barku i odpowiedział, starając się nadal zachowywać spokój.   - Najpierw do taboru pojedziemy, tam jest jego przybrana matka Mazalia. Pewnie będzie chciała się z biedakiem pożegnać. Potem z kolei zrobimy „kozackie pożegnanie”, a nad ranem zawieziemy go na cmentarz miejski. - Czyli za pochówek zapłacicie? - Tak, oczywiście! Ale najpierw pożegnanie i kozacza stypa! - Dobrze. Możecie go zabrać. Ale jutro dopytam się Alfreda, czy go na cmentarzu pochowaliście! Rozumiesz? Bo jak nie… - Tak tak! Oczywiście! O dwunastej w południe mój przyjaciel będzie spokojnie leżał w swojej kwaterze! Po tych słowach patrol poszedł dalej, a wkurwiony porucznik kozacki przerzucił denata przez zad Bandyty, na co on trochę zniżony głosem. - Szefie… ale on mnie swoim siurem dotyka… - Weź, mnie teraz lepiej nie wkurwiaj.   ***   Chwilę przed północą porucznik kozacki, jego ogier Bandyta oraz martwy dłużnik dojechali do Taboru. Przy wjeździe, wyraźnym skinieniem głowy przywitało ich dwóch najemników. Ludzie Zamira niepełniący akurat służby ani żadnych innych ważnych obozowych zajęć chlali w najlepsze pod otwartym namiotem. Wszędzie czuć było przyjemną i miłą atmosferę, niestety ten fakt nie odbijał się na twarzy dowódcy. Był nie lada poirytowany, gdyż musiał poprosić swoją szeptuchę o pomoc, a ta miała prawo się nie tylko nie zgodzić, ale jeszcze stawiać żądania. Tak już było w taborach kozackich, że te kobiety miały często większą władzę niż sami dowódcy.   Bandyta z zadowoleniem i ulgą zatrzymał się przed najbardziej kolorowym z wozów w Taborze. Był to wóz szeptuchy, która nosiła imię Mazalia i na pewno nie spała. Kozak miał czasem wrażenie, że ta stara kobieta nigdy nie śpi. Jak zło. Bo wiadome jest, że zło nigdy nie śpi, a Mazalia to była wyjątkowa kobieta.   Zamir zeskoczył z rumaka i zdjąwszy denata z jego zadu, położył go przy drewnianych schodkach tęczowego wozu. Przeciągnął się, wykonał kilka głębszych oddechów i podszedł pod drewniane drzwi, na których wymalowane było piękne, wielkie i kolorowe drzewo. Podniósł prawą dłoń do góry i gdy właśnie miał zapukać, usłyszał.   - Wchodzi! Nie puka! Co ja cnotliwa panna, przy której trzeba czekać, aż zawoła i wpuści!?   Kozak nawet nic nie pomyślał, a chciał, ale się bał. Bo chodziły też słuchy, że Mazalia w myślach czytać potrafi, więc i tego się ludzie przy niej wystrzegali. Otworzył więc drzwi i wszedł do środka. Jego oczom ukazał się widok pełen słoików, roślin, wielu palących się świec oraz dużej ilości książek i papirusów. Do tego porozwieszane tu i ówdzie jakieś dziwne znaki z patyków i sznurków. W powietrzu unosił się zawsze dziwny zapach kadzidła. Nawet teraz, po tylu latach Zamir nie mógł porównać tego zapachu, do czegokolwiek innego co znał.   Przed nim stała kobieta w mocno zaawansowanym wieku, lecz jeszcze nie stara, ja sama miała w zwyczaju o sobie mówić. Była ubrana w kolorowe szaty i spódnice, tak samo jaskrawe jak jej wóz. Na głowie miała kaskadę siwych włosów, zakrytych czerwono-żółtą chustą. Jej twarz mogła zmylić, bo na pierwszy rzut była przeważnie miła i pogodna, jednak gdy się odezwała, całe „babcine ciepło” ulatywało gdzieś w nieboskłon.   - Czego kozak chce?   Zapytała od razu Mazalia, szeptucha IV taboru kozaków Wideńskich, trzymając w prawej ręce truchło kury bez głowy, a w lewej zakrwawiony nóż.   - Kochana moja! Najdroższa sercu… - Zaczął, tak jak zwykle miał w zwyczaju zaczynać rozmowy z tą kobietą. -… mam do ciebie wielką prośbę! Trochę się sprawy u mnie pokomplikowały, z takim jednym człowiekiem co mi złoto wisiał i niestety, ale z nieukrywaną przyjemnością chcę prosić Cię, moja droga, o pomoc! - To już wiem i bez twojego lizodupstwa! Do rzeczy! Nie widzi, że zajęta? - No właśnie widzę ten, no! Klątwę, jaką moja piękna na kogo rzucasz?   - Nie, głupi! Rosół dla tych moczy mord na rano robię! Czy cokolwiek by nie robiła, musi to być od razu jakaś klątwa, czar zły, urok czy inne moce straszliwe? Aż tak mnie, źle ocenia? Że może ziółka na uspokojenie dla samego diabła zaparza gdy kto nie patrzy?   Kozak nadal starał się nic nie myśleć, a to jak o niej myślał gdy był kilka kilometrów od jej wozu, niech lepiej będzie pogrzebane i zapomniane.   - Kochana! Ja tylko samo dobro widzę w tobie! - Szczęście kozaka… . Mówi więc! Do rzeczy! - Mężczyzna wisi mi pokaźną sakiewkę złota, lecz jest martwy od kilku godzin… - Mazalia usiadła na drewnianej ławie i zaczęła obierać bezgłową kurę, słuchając uważnie porucznika kozackiego, ani razu nie przerywając. -… dlatego chciałbym kochana, abyś go na chwilę z tego snu obudziła, żebym mógł z nim kilka słów wymienić. - Ile godzin martwy? - Bo ja wiem. Tam chwilę czekaliśmy, potem dojazd tutaj. Tak obstawiam, że będzie z dwie, może trzy. - Tak. To jeszcze można, … bez większego problemu. Dusza nie zdążyła spaść za głęboko. Tak…   Starowinka poczęła do siebie gadać przez dłuższą chwilę, obierając prawe skrzydło kury. Kozak stał prawie na baczność i milcząc, czekał. Wiedział, że nie przeszkadza się Mazali, gdy ta myśli. To nie było rozsądne ani zdrowe. Razu jednego, kucharz obozowy coś od szeptuchy chciał i gdy ta obmyślała jak mu pomóc, to ten jej przerwał. Sranie miał takie przez następny tydzień, że jedzenie robili dwaj pomocnicy. Po tygodniu takich obstrukcji kucharz nie tylko ledwie stał przy garach, to jeszcze cały obóz był na niego zły. Gdyż w czasie jego nieobecności pomocnicy takie gówno do żarcia pichcili, że o mało reszta obozu się nie posrała. Tak potężna jest Mazalia.   - Dobrze. Już wszystko wiadomo. Przyniesie mi to ciało do wozu jak najszybciej… - A może być teraz kochana? - Co on zgłupiał? Trupa do wozów jak rosół jest robiony? Wszyscy na zgniliznę mają pomrzeć jutro? - No tak…   Zamir opuścił głowę w geście pokory i skruchy.   - Za pół godziny przyjdzie z trupem… Aha! I przyniesie mi dziesięć złotych monet! - Dobrze moja piękna!   Po tych słowach kozak wystrzelił z wozu Szeptuchy jak z procy! Najpierw ruszył do swego namiotu po złoto. Stara dużo chciała za swoje usługi, ale to nadal była mała cena za to co ta kobieta potrafiła zrobić. Potem wrócił pod drzwi babuleńki, usiadł na drewnianych schodkach koło trupa i począł czekać.   ***   -… poda mi teraz jedną monetę. - Proszę.   Odpowiedział porucznik i wykonał szybko to, o co poprosiła go szeptucha, stojąc nad rozłożonym na podłodze trupem. Nieboszczyk leżał na deskach wozu z rękoma ułożonymi wzdłuż tułowia, a pod jego plecami wyrysowany był przedziwny i wielkie krąg magiczny, z taką ilością wzorów, że ktoś mógłby pomyśleć, że są to jakieś nic nieznaczące bohomazy. Szeptucha wzięła monetę z rąk niebieskookiego mężczyzny i włożyła ją do ust dłużnika.   - Teraz pod mi te kurze łapki…   Trochę zdziwiony dowódca taboru podał babuszce kurze łapki z miski leżącej koło niego. Ile wynosiła szansa, że części kury z rosołu mogły akurat teraz być potrzebne do wskrzeszenia człowieka?   Mazalia zaczęła wymawiać bardzo dziwną litanię zdań w przerażającym i bardzo dziwnym języku. Chwilę później wszystkie świece w wozie zgasły, ta krzyknęła i rzuciła w twarz trupa obiema łapkami. Przez plecy kozaka przeszedł dreszcz. Poczuł, jakby przez chwilę w wozie zrobiło się naprawdę zimno. Miał też wrażenie, że między nimi, w tym ciemnościach oświetlanych jedynie słabymi promykami księżyca, wpadającymi przez zasłonięte szmatą okno, jest ktoś jeszcze. Kozak nagle dostrzegł, jak trup połknął monetę i otworzył oczy. Szeptucha stała jak kamienny posąg z wyciągnięty w górę rękami. Nawet nie drgnęła, nawet nie jęknęła. Jęczał i charczał za to nieboszczyk, który znów musiał przypominać sobie, jak działają struny głosowe i język. Zamir w końcu rzekł do dłużnika.   - Gadaj byle szybko, gdzie ukryłeś resztę swojego złota! Wiem, że nie wydałeś wszystkiego i że tak naprawdę miałeś jeszcze sporo, bo handel z tamtymi ludźmi jednak Ci się udał! Gadaj!   Głowa trupa powoli obróciła się w kierunku czarnowłosego. Chwilę później odezwał się głos, jakby z oddali, jakby przepełniony boleścią, cierpienie, ale też z wielką irytacją?   - Nieee… nieeee nooo! Kurrwaaaa…! Tyyylkkko poootooo mnie ściągaaaaasz chaaamieeee! Nieee wiiiidziiiszzz, żeee martwy jeeestem! A Tooobiee tylko złoootoo w głowiee!? - Przestań pierdolić, bo moja kochana Mazalia zrobić Ci z duszy efekt trafienia katiuszem, za nim pozwoli odejść w spokoju do piekła, do którego zapewne trafiłeś! Gadaj, gdzie ukryłeś resztę swojego złota!   Zamir miał gdzieś co ten trup miał do powiedzenia, oprócz oczywiście lokalizacji złota.   - Czzyyyy tyyy jesteeeś, aaaż taaaak okruuuutny? - Przestań pieprzyć! Gdzie jest złoto?! Mów, albo poznasz wyżyny mojego okrucieństwa!   Ciało leżało sztywne, lecz głos nadal wydobywał się z niego niczym ze studni.   - Mojaaaa chaaaataaa … koooomiiiinnn, oddd dooołuuu… śpieeeesz się… Śpieeeesz się chamieee…      Po tych słowach zapaliły się świece, a szeptucha opuściła ręce. Wszystko w ciągu kilka sekund wróciło do normy. Kozak oparł się o ścianę chaty i zakręcił prawym grubym czarnym wąsem. Chwilę później Mazalia rzekła.   - Wszystko? To już idzie! Bo muszę posprzątać pióra po kurze. - A właśnie! Jak rosół piękna? Dla mnie też co ostanie? - Nie wyszedł. Idzie już.   Mężczyzna uśmiechnął się krzywo i bez zbędnego słowa opuścił wóz szeptuchy. Nie chciał tracić czasu, bo nie bez powodu zmarły kazał mu się śpieszyć. A żeby tego było mało, kozak miał wrażenie, że po ostatni słowie, trup jakby się zaśmiał. Coś było nie tak. Jakiś czas później jechał już w ciemnościach nocy, razem z dwójką swoich ludzi, w kierunku starej chaty dłużnika.   ***   Gdy przedarli się przez ostatnie jabłonie małego sadu owocowego, zauważyli drewniane domostwo, którego najlepsze dni już dawno minęły. Okna poniszczone, dach w kilku miejscach posiadał spore dziury, a drewniany ściany wyglądały tak, jakby zaraz miały się rozpaść niczym domek z kart. Jednak nie to kazało zatrzymać się jeźdźcom. Przed drzwiami stał mężczyzna z pochodnią w dłoniach i gdy tylko zauważył trzech konnych, od razu krzyknął do środka…   - Eee! Mamy gości!   Razem z Zamirem jechał brat Lorcan, jego prawa ręka. Wielki i masywny mężczyzna o łysej głowie i ponurym spojrzeniu. Mało gadatliwy. Przy prawym jego boku wisiała spokojnie i cicho solidna dębowa pała z wyraźnymi kozackimi runami. Przyboczny porucznika kozackiego rzadko walczył bronią stalową. Podobno robił to dlatego, aby była większa szansa na wzięcie do niewoli nieprzytomnego nieszczęśnika. Wiadomo, gdy przez czerep dostanie się szablą, to śmierć chyżo nadejdzie, a co innego gdy otrzyma się mocne uderzenie drewnianą pałką.   Drugim towarzyszem był brat Cathal, co ubrany był w długi brązowy płaszcz, a za pasem posadzone siedziały dwa pistolety skałkowe. Strzelec niedościgniony. Człowiek z sokolim okiem i szybką ręką. Złodziej, porywacz i zabójca. Z jego twarzy nigdy nie schodził uśmiech podobny do reakcji na kiepski żart opowiedziany nie w porę, na temat który nie powinien zostać poruszony w danym towarzystwie.   Po zawołaniu pierwszego postawnego draba, co ewidentnie dwóch górnych zębów nie miał, wyszło z domostwa kolejnych trzech oprychów. Każdy był podobny do solidnej szafy na ubrania. Wszyscy przyodziani w luźne koszule i lekkie skórzane kamizele z ćwiekami. Każdy z nich trzymał w rękach drewnianą solidną pałkę. Jednak to nie był koniec drużyny z burdelu, bo kilka uderzeń serca później na ich czoło wysunęła się z budynku kobieta o rudych włosach i spojrzeniu dziki oraz nieustępliwym. Była ubrana podobnie jak pozostali, z tą tylko różnicą, iż na nogach nie miała prostych buciorów, a wysokie skórzane obuwie jeździeckie. No i jeszcze miast drewnianej pałki przy pasie, wisiał krótki miecz.   - Nie wiem kim żeście, ale lepiej dla was jeżeli w tej chwili zawrócicie…    Zawołała z energią i pewnością w głosie. Widać było, że nie pierwszy raz przewodzi ludziom i na pewno nie jest to jej pierwsze takie spotkanie.   Zamir w żadnym wypadku nie zamierzał odpuścić. Zeskoczył z konia, a wraz z nim uczynili to jego ludzie. Nie wyciągnąwszy szabli, zaczął podchodzić do bandy pewnym krokiem. Stanęli dopiero na odległości dziesięciu, może piętnastu kroków od rudej i jej obstawy. Wciągnął do płuc świeże, mroźne powietrze i z lekką nutką radości w głosie, tak rzekł.   - Obawiam się, że i ja muszę prosić was o to samo.   Dziewczyna zaśmiała się głośno, mówiąc.   - W taki razie mamy impas wąsaty nieznajomy. - Na to wychodzi.   Bracia Zamira stali jeden krok za plecami kozaka, po obu jego stronach. Też nie mieli dobytej broni.   - Biorąc pod uwagę godzinę… - Znów zaczęła mówić ruda herszt bandy z burdelu. -… zakładam, że przyjechaliście odebrać to co pożyczył od was ten kurwiarz i moczymorda. Tylko zastanawia mnie jedno. Skąd wiedzieliście, gdzie ukryte ma złoto i dlaczego akurat teraz po nie zajechaliście?   Kozak spojrzał się bystro na zgrabną rudą dziewczynę i odrzekł.   - Gdy ktoś pożyczy ode mnie złoto, to nawet gdyby umarł, odzyskam to co moje. To, można by rzec, jest kwestią honoru. - Kwestią honoru powiadasz?...   Zaśmiała się dziewczyna i dodała uszczypliwie.   - … a nie tego, żeś skąpy i dusigrosz?   Wąsy kozaka delikatnie drgnęły. Nie lubił chamstwa i niepotrzebnych zniewag, a zwłaszcza gdy były kierowane do niego, przy jego ludziach.   - W złym kierunku poczęłaś iść rudzielcu. Sądziłem, że mam naprzeciw sobie kogoś na poziomie, a tutaj widzę, nie tylko z burdelu pochodzisz, ale i burdel masz w tej rudej główce. - Waż słowa kozaczy synu…   Odezwał się ponuro jeden z jej ludzi, nerwowo miętosząc w dłoni uchwyt drewnianej pałki.   - Zamknij mordę, gdy dowódcy rozmawiają. Łysa pało…   Tym razem odpowiedział Lorcan, mierząc zabójczym wzrokiem łysola ze szpetną mordą. Dowcip w tej odpowiedzi był taki, że przypomnieć warto, iż brat Lorcan też nie posiadał włosów. Tamten chciał coś odpyskować, ale ruda uciszyła go gestem podniesionej dłoni. Chwilę potem rzekła.   -  Wygląda na to, że rozmiar twoich wąsów odpowiada też rozmiarom twoich jaj. Odważny jesteś, że szczekasz tak do ludzi z miasta, kozaku. A zastanowiłeś się, czy warto zadzierać z nami dla garści złotych monet? - Nawet gdyby to była tylko jedna złota moneta. Dług to dług. A jeżeli chodzi o kwestię moich przemyśleń. Problemu nie będzie, gdy nie będzie nikogo, kto mógłby opowiedzieć o tym co tutaj zaszło.   Wilczy uśmiech pojawił się na twarzy porucznika, a ruda kobieta, przymrużywszy oczęta, tak odpowiedziała.   - Rozumiem, że to groźba? - Raczej dobra rada od nieznajomego. - A gdybym zaproponowała podział tego co znajdziemy? Powiedzmy, pół na pół?   Wąsy kozaka znów delikatnie drgnęły.   - Biorąc pod uwagę, że po tym starciu na pewno będzie trzeba kogo leczyć lub pochować, a to nie są tanie sprawy! To jestem w stanie zgodzić się na taką umowę. - Czyli pół na pół? - Tak, pół na pół. - Dobra panowie, chowajcie pałki! Dzisiaj nikt nie będzie krwawił ani zdychał.   Rzekła do swych ludzi ruda i powoli ruszyła do kozaka. Ten uczynił to samo w jej kierunku. Chwilę później umowa została przypieczętowana uściskiem dłoni. W momencie zawarcia umowy ich spojrzenia spotkały się na bardzo krótkim dystansie. Jej piwny wzrok zanurkował w jego błękicie. Zamir miał wrażenie, że coś zaiskrzyło. Jej dłoń nie była delikatna jak u większości niewiast. Czuł, że dziewczyna musiała przez wiele zim ćwiczyć walkę mieczem, który dzierżyła. Jego podświadomość poinformowała go, że stoi przed nim ostra cholera, a porucznik kozacki miał słabość do takich diablic.   - … a więc chodźcie do środka i zacznijmy poszukiwania!   Powiedziała już trochę delikatniej dziewczyna do wąsatego mężczyzny, puszczając jego dłoń. Ten odpowiedział również o wiele delikatniej niż wcześniej.   - Dobrze! Prowadź zatem do chałupy!   Oczywiście kozak nie był idiotą i brał pod uwagę, że może być to tylko bardzo sprytna technika zmniejszenia zasięgu między obiema grupami. Jednak był gotów zaryzykować. Przecież nie było nigdzie powiedziane, że ta ruda dziewczyna planuje tak zmyślną zasadzkę.   Chwilę później w sporym pomieszczeniu będącym jadalnią, stało osiem osób. Zamir i dziewczyna kucali przy kominie, gdy reszta chłopów stała praktycznie ramię w ramie niedaleko wejścia na korytarz. Było ciasno, ale nikt z obu grup nie chciał ustąpić pola w ewentualnym zagrodzeniu przejścia. W powietrzu nadal czuć było napięcie, niczym stojące w miejscu duszne powietrze, chwilę przed burzą.   - To musi gdzieś tutaj być…   Kobieta mamrotała pod nosem, grzebiąc ręką w środku komina. Zamir zaś podsuwał kolejnej pomysły lokalizacji szukanych monet. Kilkanaście uderzeń serca później ruda dziewczyna wyjęła w końcu sporej wielkości skórzany mieszek. Oboje wstali z kolan. Rudy herszt czuł w dłoniach ciężar złota, gdy jej wzrok na kilka sekund przeciął się ze spojrzeniem kozaka. I właśnie w tym momencie porucznik krzyknął…   Pierwsi zareagowali czterej łysi mężczyźni, wyciągając praktycznie w jednym momencie pałki. Niestety, aby kogoś uderzyć, należy się wpierw zamachnąć, a Cathal nie musiał tego robić. Wyciągnął tylko pierwszy pistolet skałkowy i wystrzelił praktycznie z przyłożenia, w głowę jednego z goryli. Rozpędzona ołowiana kula wbiła się z mlaskiem w sam środek czoła, przelatując na wylot. Fragmenty czaszki i mózgu mięśniaka wyleciały z tyłu na jednego z jego kolegów, zresztą tak samo jak wystrzelona kula, jednak ta straciła już swój impet i trafiła w fragment drewnianej ściany po prawej stronie łysego mężczyzny. Opryskany krwią mięśniak zawył ze wściekłości i rzucił się na strzelca z uniesioną pałką. Zdążył solidnie uderzyć go w lewe ramie, gdy nagle, niczym wściekły goryl, Lorcan skoczył na mężczyznę i przewracając go własną masą ciała, chwycił go za głowę i począł uderzać nią o podłogę. Cathal cofnął się do tyłu, wyciągając kolejny pistolet gdy dwaj pozostali łysole, stojący trochę dalej od wyjścia, dobiegli do Lorcana i zaczęli okładać jego szerokie plecy serią silnych uderzeń pałkami.   Sekundę wcześniej porucznik kozacki dobywając szabli, uniknął pierwszego ciosu rudej kobiety, która była ewidentnie szybsza w wyciąganiu broni. Kozak musiał wykonać jeszcze dwa kolejne uniki, za nim w końcu jego szabla wylądowała w prawej dłoni. Od tego momentu walka wyglądała z boku na wyrównaną. Na przemiennie parował i zadawał ciosy raz Zamir, a raz ruda kobieta. Walczyli przy tym w milczeniu. Nie wydawali z siebie praktycznie żadnych odgłosów. No, może po czasie ich oddechy stały się głębsze i pełniejsze ze zmęczenia. Prawda była taka, że w pierwszych chwilach tego starcia pojedynek był całkowicie wyrównany. Dopiero czas miał rozstrzygnąć te starcie. Brat Cathal odrzucił na ziemię pierwszy pistolet i wyjął drugi, gdy dwaj mężczyźni napieprzali już gdzie popadnie całe ciało Lorcana. Ten zaś po całkowitym rozbiciu głowy przeciwnika zakrył swój czerep dłońmi i czekał na najlepszą okazję, aby uciec spod intensywnej katowni. Obaj napastnicy byli tak pochłonięci uderzaniem mężczyzny na ziemi, że nie zauważyli, jak bez żadnego problemu podszedł do nich strzelec i łapiąc jednego z nich za czoło od tyłu, przyłożył mu lufę pistoletu do szyi i wypalił. Krwawy wodospad z fragmentami kości kręgosłupa rozprysnął się na wszystkie strony.   To był ten moment gdy obity Lorcan rzucił się na nogi przeciwnika, który przez chwilę przestał go okładać, zaskoczonym tym, że jego kumpel właśnie przewracał się z luźno wiszącą głową na fragmentach szyi.   Silne ramiona mężczyzny pociągnęły nogi oprycha, a ten niczym wielki dąb zwalił się do tyłu, uderzając głową o podłogę. Kilka sekund później obity brat Lorcan wskoczył na niego i zaczął okładać jego twarz pięściami.   Cathal nie zamierzał nikomu przeszkadzać, podniósł z ziemi swój pierwszy pistolet i ładując go, wyszedł na zewnątrz wypatrywać kolejnego zagrożenia. W tym samym momencie, z ciężkimi oddechami i z ewidentnie zmęczeniem na twarzy, ruda i kozak zadawali coraz wolniejsze i słabsze uderzenia. Ich odskoki i parowania stawały się z każdą chwilą mniej precyzyjne. Oboje wiedzieli, że jest tylko kwestią czasu, aż ktoś się śmiertelnie pomyli. Dlatego w pewnym momencie pierwszy zakrzyknął Zamir, gdy wykonywał kolejny raz parowanie na głowę.   - Zaniechaj ruda! Twoi… twoi ludzie nie żyją! Sama ostałaś! Zaniechaaaj…! - Nie jestem rudaa ty kozacza mordo! Jesteem Abella!   Z ciężkim oddechem odpowiedziała mu osamotniona wojowniczka. Kolejne odgłosy stali rozlały się po pomieszczeniu.   - No to Abellaa… Podziwiam, twój upór! Ale to już koniec! - Nie sprzedam tak łatwo skór…   W tym momencie Zamir wykonał szybki pół okrąg szablą, trzymając na swym ostrzu ostrze krótkiego miecza przeciwniczki. Na końcu tego ruchu, czubkiem szabli podbił jej broń do góry, tym samym wybijając ją z jej rąk. Abella dysząc głośno, stała teraz z rozłożonymi rękoma, a oczy jej płonęły wielką nienawiścią. Porucznik kozacki łapiąc oddech, opuścił pióro szabli na podłogę i nie spuszczając wzroku z rudej dziewczyny, rzekł.   - To już koniec. Oddaj mieszek i rozejdźmy się, chociażby w tymczasowym pokoju. Co ty na to?   Przez długą chwilę kobieta o krwawych włosach zastanawiała się nad propozycją kozaka. Nie było tutaj dużo do myślenia, bo jej sytuacja była wręcz tragiczna. W tym samym momencie znad ciała jej człowieka podnosił się masywny mężczyzna z zakrwawionymi pięściami. Z twarzy denata nie zostało za dużo. Gdyby chłop przeżył, raczej targnąłby się na swoje życie niż by żył dalej z takim ryjem. Bliżej drzwi leżało jeszcze trzech jej ludzi. Wszyscy martwi i tak samo brutalnie zmasakrowani. W końcu opuściła ręce, wyjęła mieszek i rzuciwszy go w stronę Zamira powiedziała.   - Dla twojej wiedzy, to nie jest poddanie się. Jeżeli mnie puścisz, to na pewno kiedyś się zemszczę.   Kozak otworzył mieszek, wysypał ze środka połowę jego zawartości, tak na oko i wręczył ją Abelli, mówiąc.   - Rozumiem. Tutaj jest połowa złota, tak jak się umawialiśmy. - Na twarzy Zamira pojawił się lekki uśmiech, po czym dodał. - Jednak mimo wszystko mam nadzieje, że następnym razem w inny sposób będziemy się ścierać… - Chyba cię pojebało kozaku…   Nie spodziewając się takiego przebiegu rozmowy, ruda zaśmiała się wbrew aktualnej sytuacji. Nie do końca rozumiała mechanizmów, jakie działały w tym człowieku. Ta jego zuchwałość i pokręcona potrzeba honoru, była… nawet pociągająca.   Chwilę później kozak odjechał w mroku, razem ze swoimi ludźmi, gdyż jeszcze tej nocy miał coś do zrobienia.   ***   Słońce nieśmiało zaczęło zalewać bladym światłem obsypane śniegiem krzyże i nagrobki miejskiego cmentarza, gdy przy drewnianej chatce grabarza pojawił się wąsaty jeździec na czarnym jak noc ogierze.   - Szefie? A czemu nie w lesie? - Już ci mówiłem dlaczego!? Dałem słowo, że chłopa pochowamy! - Ale przecież ten strażnik już pewnie o tym wszystkim zapomniał! - Nie robię tego dla niego, ani dla tego złodzieja. Robię to dla siebie! - Znaczy, że co? Pochowasz chłopa w grobie, jak dzieci zostawiają pierwsze zęby pod posłaniem, czekając na coś dobrego w zamian? - Cholera, Bandyto! Chodzi o dane komuś słowo. Jeżeli chociaż raz nie zrobię czegoś co obiecałem zrobić, wtedy będę czynić to częściej, a w konsekwencji stanę się zwykłym przestępcą, a nie kozakiem. - Szefie! Bez urazy, ale my już i tak często ocieramy się o prawo i to z tej drugiej strony! - Powiem tak. Nie oczekuje, że to zrozumiesz, bo jesteś tylko koniem… - To zabolało szefie…   Bandyta parsknął wesoło, na co Zamir kontynuował, puszczając mimo uszu jego uwagę.    -… ale są sprawy w życiu ludzkim, których trzeba się trzymać całe życie, bo inaczej…   W tym momencie z drewnianej chatki wyszedł zaspany mężczyzna ubrany w czarne i długie szaty, w dość konkretnym wieku. Przeciągając się beztrosko i przecierając zaspane oczy, stwierdził zdziwiony.   - Co tutaj się dzieje? Od kiedy uświęcony teren cmentarza to miejsce do fizjologicznych pogaduszek?   Kozak zeskoczył z konia i ukłoniwszy się kulturalnie, odpowiedział.   - Filozoficznych pogaduszek drogi grabarzu. - Co? - Nie ważne. Mam tutaj duszyczkę do pogrzebania. Straż miejsca kazała mi się z nią zgłosić do pana. - Kolejna ofiara ulicy? - Można tak rzec. To jak będzie? Ile za pochówek? - Jako że mnie obudziliście Panie i to z bardzo wesołego snu… - Tutaj stary grabarz ostentacyjnie podrapał się po narządach męskich. - … trzeba będzie po kapłana, potem jakieś płaczki wynająć. Ma on jaką rodzinę? - Nie. - To będzie pięć złotych monet. Oczywiście bez trumny, bo z trumną dodatkowe dwie. - Nie da się taniej? - Da się, ale wtedy sam drogi Pan wykopie nieboszczykowi dół. - Niech będzie. Z trumną i to pan kopie.   Po dobiciu targu i pozostawieniu denata specjaliście kozak ruszył w drogę powrotną do obozu. Oczywiście w czasie podróży psioczył na wysoką cenę pochówku, bo w ostatecznym rozrachunku pozostało mu jedynie sześć monet z długu nieboszczyka. Skąd taka kwota? Zrozumiał to dopiero gdy płacił grabarzowi. Niestety Abelli oddał nie dwadzieścia pięć, a aż dwadzieścia siedem monet. No i jeszcze Mazalia wzięła od niego dziesięć. Godzinę później, w połowie drogi Bandyta w końcu nie wytrzymał i parsknąwszy wesoło, stwierdził do swego dowódcy.   - A mówiłem, że lepiej do lasu… - Jedź i się zamknij. - … las jest za darmo szefie. Las jest za darmo.    

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @Dominika Moon zakochałam się w treści. Ma moc, wydźwięk!!! 
    • @Lidia Maria Concertina pozamiatane .. Tytuł, treść ma taki wydźwięk że szyby z okien ...trzask!!!  A ten fragment poddaje pod wątpliwość pojęcie grawitacja...odrywa od podłoża

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

        Zachwycające

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

      mojego - nie wiem czy dwa razy było w zamiarze czy coś poleciało, ale ten autorament   Chylę czoło.     
    • Pan pozwoli, że się wypowiem. Dla mnie, z naciskiem DLA MNIE

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

      ... Brzmi to po pierwsze bardzo podobnie do poprzedniego utworu "Wydajność". Muzyka ma dwa style: reggae i rap. Słowa – bardzo dobre, ale jak dla mnie – do spokojniejszego rytmu. W tekście czuć kobiecą "rękę". Głos – wokal Tekst – bardzo tak, wokal – bardzo tak, ale nie ten gatunek muzyki. Al się nie popisał, doradzając. Kończąc, posłużę się cytatem Wisławy Szymborskiej: "Nic dwa razy się nie zdarza I nie zdarzy, z tej przyczyny..." Czyli - po mojemu dwa praktycznie te same kawałki.   Oraz muzycznym dziełem jej wiersza.      
    • Taki piękny raj To ty i ja   Taki piękny haj To ty i ja!   I my to wiemy Będąc niewolnikami Tego szarego świata   Gdzie brat zabija brata   A to co nowe burzy Ten stary porządek   Witaj w nowym koszmarze To dopiero początek!  
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...