Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

(Z kazań PissKupa Kac Marka na niedzielę)

.....

Przychodzą do mnie od was, najukochańszy, bardzo głupie listy.
Lecz ten jeden jest bardzo szczególny. To list od ….Ateisty!


Hmmm… Ateista, to jest takie dziwaczne stworzenie ,
Że trudno powiedzieć, kto odpowiada za jego pochodzenie…?
Rożne są na ten temat teorie, różne rozważania teologiczne,
Najwybitniejszych profesorów. Rzetelne. Logiczne.
Kilka takich prac nawet Noblem zostało nagrodzonych,
Przez zarówno świeckich, jak i duchownych, uczonych.

 

Otóż ten list się zaczyna… Ale co ja będę tutaj gadał,
Po prostu go wam przeczytam. A potem będę badał,
Jak zareagowaliście. Jakie was są wasze spostrzeżenia,
I czy w waszej postawie, względem biskupów, cokolwiek to zmienia?

 

Pisze tak ten ateista, w reakcji na słowa wybitnego Pasterza,
Który, ponieważ wybrać się do nieba kiedyś zamierza,
I nie chce patrzeć na to, co się tam wysoko na niebie wyprawia,
Do potępienia Pomarańczowej Zarazy, powszechnie wszystkich namawia.

List, o którym wspomniałem, zawiera takie oto słowa,
A potem, gdy już go przeczytam, będzie wspólna rozmowa:

 

„Zwracam się do Pana, Panie PissKupie, KacMarku Niejaki,
W związku z tym, co powiedział niedawno jeden z Waszej paki:
I od tamtej pory, jeśli pragnę ujrzeć twarz prawdziwego Szatana
To wpatruję się w twarz właśnie tego, polskiego, kapłana!

 

Czy Wy nie macie odwagi już słuchać swego Pana? Jezusa?
Czy wolicie się wsłuchiwać głos tego biskupa? Faryzeusza?
Mięliście w sercach rozpalać miłość. Życzliwość. Braterstwo.
Rozpalacie nienawiść. Pogardę. Kumoterstwo.
Wysyłacie hufce bandytów i „patriotów wyklętych”
By bluzgami i pięściami waliły w ludzi, przez Was wyklętych!


Od kiedy, PissKupie, żeście się tak bardzo w swym posłannictwie pogubili,
Że siejecie niezgodę miast miłości? W każdej, niemal, homilii?

Otaczał Was niegdyś szacunek. Wręcz powszechne uwielbienie,
Szukało w Was pociechy chyba każde pokolenie,
Polek i Polaków. Czy słusznie? To właściwie teraz już nieważne!
Ale zdarzały się wśród Was postaci. Wybitne. Poważne.
Na zgodę stawiające. Tak, że nieraz nawet my, ateiści,
Przyznawaliśmy im otwarcie rację. Niechaj im się ziści,
Niejeden raz, przypominam sobie, w duchu tak myślałem,
Jak dawno to było? Już prawie tych lat odległych zapomniałem!

 

A macie teraz, przecież, wzór prawego Pasterza,
Który nienawiścią w nikogo i nigdy nie uderza,
Który nie wrzeszczy, że świat się kończy! Który nie uważa,
Że na katolików poluje jakaś straszna, pomarańczowa, zaraza.
Z jego ust płyną słowa szczere, pełne życzliwości,
A w swoich komnatach każdego człowieka on gości,
Przytula emigrantów, ludzi ciężko doświadczonych
Cierpieniem wojen, z krajów potwornie wyniszczonych
Szaleństwem ścierających się tam ideologii,
Które toną w oceanach straszliwych patologii.


Serdecznie przytula on lesbijkę. I przytula geja.
Bo wie, że tylko w prawdziwej miłości jest jeszcze nadzieja,
Na zwalczenie konfliktów. I ludzi się pogodzenie.
A także na bliźniego, życzliwe i wzajemne, głębokie zrozumienie.

Ten Pasterz nie chodzi, jak jego poprzednicy, w piórka wystrojony,
I nie twierdzi, że rodzina jest niczym, gdy nie ma w niej żony,
I męża, co tę żonę nierzadko po mszy niedzielnej okłada,
Czym popadnie. By pokazać jej i dzieciom, że to mąż rządzi. I włada.

 

Nie widzę, byście, jak kiedyś, po ulicach w sutannach chodzili,
Czyżbyście się tak bardzo, tego co robicie, przed ludźmi wstydzili?
Czy państwo polskie, co was bezustannie srebrnikami obsypuje,
Jak niegdyś kapłani Judaszowe, tak teraz wasze sumienia kupuje?
Ba! No to dobrze tej władzy to idzie. Bo się jak dziwki sprzedajecie,
I w brudną politykę coraz bardziej i głębiej, bezmyślnie grzęźniecie.

PissKupie! Czy nienawiść, chciwość i głupota tak Wami zawładnęła,
Że Wam umiejętność racjonalnego myślenia całkiem odjęła?
Bo przecież przyjdzie Wam kiedyś zapłacić za takie działanie,
Choć nie będzie to, jak za Kościuszki, Was na latarniach wieszanie.

Wiernych swoich do głosowania na swoją partię namawiacie,
A przez to dzielicie społeczeństwo. Bo przecież nie naprawiacie,
I siejecie nienawiść, jakbyście nie wiedzieli,
Że tak się każdy wyśpi, jak sobie pościeli!
I że zbiera burzę kto wiatr historii sieje
A dowodzą tego spisane nasze ludzkie dzieje.

 

Zaprawdę powiadam Wam tutaj, jeśli wierzycie w swojego Pana,
Nie słuchajcie słów o miłości. Z ust TAKIEGO kapłana!
Twierdzicie od wielu wieków, żeście są Pana Apostołami,
Ale czy Jezus zwracał się do kogoś z takimi obelgami?
Czy w nienawiści wykrzywiał twarz całą? I mrużył swe oczy?
Tak, jak wściekła zwierzyna, którą wirus nienawiści toczy?

Przecież on swoich oprawców nazywał swymi braćmi,
I wszystkim im wybaczył. Chociaż doznał kaźni
I, jak nauczacie, w celu wszystkich bliźnich odkupienia
Zgodził się na potworne i długie cierpienia.

 

Zastanawiam się nieraz, czy jest w Was jakaś wola na pokajanie,
Na mienia zagrabionego przez biskupów Polsce, narodowi oddanie?
Wątpię. Bo nigdy takiej woli ja u Was nie odczuwałem,
Chociaż jak mogłem, tak starannie się Wam przyglądałem.
Owszem, słyszałem i czytałem, że ten czy ów z waszej paczki
Wyrażał smutek, a nawet rozpacz. Lecz chyba dla niepoznaki?
Bo gdyby za tym słowami stała szczerość, prawda, i Bogu oddanie,
To leżałby teraz krzyżem na zimnej posadzce. W swojej sutannie.
I nie czekałby z taką pokutą ani jednej chwili,
Boście nie tylko naszą Polskę, ale swego Boga też – zdradzili!

 

Tak. Jestem ateistą. Lecz ja Jezusa z Nazaretu szanuję,
I jestem pewny, że mocniej się w jego słowa wsłuchuję,
Niż ci Wasi biskupi, którzy pierwsi rwą się do rzucania kamieniami,
Lub ci z Was, co belki w swoim oku dostrzec nie są sami.

 

Zastanawiam się nieraz, Drogi KacMarku, PissKupie
Ile kasy brał Pan Jezus za swoje nauczanie, całkiem niegłupie?
Bo wiem ile biorą Wasi Pasterze, ciągnąc kasę z państwa niemałą
Za swe posługi dla urzędów. I z ludu. Ale to im ciągle mało…

I tak ja, ateista, zanoszę przez Ciebie PissKupie, do Waszego Pana, błaganie:
Spraw, by Twoje sługi miłość i prawdę głosiły, o Panie!
By się wyzbyły nienawiści do swoich sióstr i braci w Jezusie,
By żyli uczciwie, pośród swego ludu, w skromności, nie w luksusie,
By nie grabiły majątku narodowego. Bo do wszystkich należy,
I aby jak nauczają, tak sami żyli. W co… już chyba nikt wierzy.

 

Spraw też o Panie, by wszystkie Twoje dzieci, białe, kolorowe,
I geje, lesbijki, i trans… Mogły dumnie nosić głowę,
Z tej tylko racji, że to Ty je takimi stworzyłeś,
I pokaż, że żadnego ze swych dzieci nie upokorzyłeś,
Duszę jego w kolorowym ciele umieściwszy,
Żeś jest Bogiem wierzącego, poganina, ateisty!


Bo jeśli, jak twierdzi Pismo, z Ciebie wszystko się wywodzi
I na modłę i podobieństwo Twoje po tej ziemi chodzi,
To proszę i błagam, rozwiej moje wątpliwości,
Co do sług Twoich. Bo czy mogą sobie rościć
Prawo do głoszenie takiego Twojego słowa
W którym tyle nienawiści i pogardy się chowa?
Czy to Ty na nich zesłałeś takie powołanie?
Jeśli tak…? No cóż... Ateistą nadal… ja - pozostanę!


Bo jeśli Wasz Bóg na swoje sługi takie powołuje szuje
To ja bardzo, a bardzo za takiego Boga, dziękuję. „

 

- Nie wiem, doprawdy, kochani, co wy tym myślicie?
Ja się stąd zabieram. Czas na jedzonko… No i jakieś picie

A czemu nazwał mnie KacMarkiem? Nie całkiem pojmuję…?
Z drugiej strony… Hmmm… Nawet mi to dziwnie… Pasuje!

Wasz oddany PissKup KacMarek70225382_2677746102256294_4180650629678497792_o.jpg?_nc_cat=108&_nc_sid=ca434c&_nc_ohc=57zMLaCLMwAAX82Ceu4&_nc_ht=scontent.fwaw8-1.fna&_nc_tp=7&oh=a9f8022d1d786a470568ab1de5e006ef&oe=5EF7AB04

 
Opublikowano

Mocne. KK dał się wmanewrować w bieżącą politykę po jednej ze stron, co moim zdaniem, jest wielkim błędem, utratą autorytetu i wiarygodności. Poza tym służba mamonie, jest dokładnie  tym, przed czym przestrzega biblia. 

Pozdrawiam.

Opublikowano

@Lach Pustelnik Odważnie poruszyłeś trudne, a nawet kontrowersyjne tematy. I masz dużo racji. Ja tylko dodam, że dzisiaj sam katolicyzm z pewnych względów jest w Europie passe...

Pozdrawiam :)

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Wędrował sobie pewnego razu po świecie pewien człowiek. Kim był? Nie wiadomo. Sam o sobie mówił, że jest po prostu włóczęgą, poszukującym nieodkrytej jeszcze przez nikogo ziemi. Ludzie, gdy to słyszeli, patrzyli na niego z politowaniem i pukali się palcami w głowę, no bo jakże to? Przecież każdy skrawek naszego globu został już dawno zbadany, opisany i umieszczony na tysiącu map oraz atlasów. Skąd więc pomysł, aby odnaleźć jakąś ziemię, nieznaną i niczyją? Ten człowiek był również poetą. Pisał wiersze i twierdził, że to właśnie za ich pomocą on tę ziemię w końcu odszuka, zobaczy i przemierzy. Któregoś dnia wędrowiec, zmęczony długą marszrutą, zatrzymał się w niewielkim miasteczku, na rynku. Rozmawiał tam z jego mieszkańcami o poezji, czytał im swoje wiersze i opowiadał, że gdzieś daleko, za ogromnym górskim masywem, za niezgłębionym oceanem, za tysiącem burz i za tysiącem wschodów słońca, istnieje ziemia, której piękno nie może się z niczym równać, ale nikt nie wie dokładnie, jak do niej trafić. Ludzie z miasteczka, jak zwykle, nie chcieli mu wierzyć. Nawet go nie słuchali, zajęci swoją codzienną krzątaniną. Przekupki zachwalały dorodne owoce i warzywa, kuglarze dawali pokazy żonglowania pochodniami, dzieci tłoczyły się wokół stoisk z cukrową watą i balonikami. Tylko jeden mały chłopiec podszedł do poety i zaczepił go: - Proszę pana... Proszę pana, czy może mi pan opowiedzieć coś o tej ziemi, której pan szuka? Jak tam jest? - Tam jest jak w raju - odparł człowiek, a w jego oczach rozbłysł skrywany głęboko zachwyt. - Drzewa nigdy nie są nagie. Ptaki wiecznie śpiewają o wiośnie i lecie. Wszędzie kwitną kwiaty w rozlicznych barwach, roztaczając zapachy, których nawet sobie nie potrafimy wyobrazić. Na niebie pojawiają się codziennie zorze i tęcze, a przez doliny, rozgrzane łagodnością słonecznego blasku, płyną niebieskie roziskrzone rzeki niby jedwabne wstążki. Zwierzęta nie polują na siebie, tylko pod koniec dnia spotykają się u wodopojów i rozmawiają ze sobą pogodnie w nieznanych, tajemnych językach. Żyją tam jedynie sami szczęśliwi ludzie, którzy się gorąco kochają... - Eeee... - stwierdził chłopiec, marszcząc czoło. - Nie ma takiego miejsca. Kłamiesz albo zmyślasz! - dorzucił i pobiegł ku zakurzonym miejskim uliczkom, pogrążonym w popołudniowej sjeście. Włóczęga postanowił również odpocząć przy niewielkim klombie, na gorącym od słońca skwerze. Żar lał się z nieba, mącił myśli, zasnuwał źrenice ciężką, kleistą powłoką. Człowiek pogrążył się w końcu w mętnym półśnie i nagle poczuł, że coś delikatnie trąciło jego dłoń. Uniósł powieki i zobaczył, jak na jego ręce usadowił się mały ptaszek. Był to rudzik, szary z pomarańczowym brzuszkiem, który przechylał łebek raz w lewą, raz w prawą stronę, i obserwował człowieka bystrymi, ciekawskimi koralikami oczu, Raz po raz podfruwał do góry, a potem znowu przysiadał na jego dłoni. - Co ty mi chcesz powiedzieć, ptaszku? - zagadał wędrowiec. Ostrożnym ruchem sięgnął do kieszeni, gdzie znalazł trochę okruchów bułki. Wysypał je na dłoń i poczekał, aż rudzik odważy się skorzystać z tego skromnego poczęstunku. Ptak skubnął kilka okruszków, a następnie znów zaczął na przemian wzbijać się w powietrze i powracać ku rękom człowieka, cały czas słodko poćwierkując. - Mam za tobą iść? - spytał wędrowny poeta. Rudzik oddalił się nieco, lecz przysiadł na gałęzi pobliskiego drzewka, jakby czekał na zaskoczonego tym zdarzeniem włóczęgę. Ów wreszcie wstał i ruszył za ptaszkiem. Opuścił senne miasteczko, po czym skręcił w polną drogę, która prowadziła na zachód. Minął parę opuszczonych domostw oraz wielką łąkę, hojnie usianą miriadami polnych kwiatów - rumianków w białych spódniczkach, wrotyczy jak błędne ogniki, dzikich ślazów zalotnie uśmiechniętych do przysiadających na ich płatkach modraszków. Wtem ptaszek zatrzymał się przy jednej z rozsypujących się ruder. Człowiek minął, zaciekawiony, drewnianą szopę, stare, skrzypiące pomieszczenia gospodarcze, aż dotarł do drewnianego płotu, pokrytego ciemnym, zielonym nalotem. W płocie znajdowała się furtka, zamknięta na haczyk. Rudzik usiadł nieopodal i radośnie zaświergotał. Wędrowiec otworzył furtkę i znalazł się, ku swemu zaskoczeniu, w starym ogrodzie. Był to bardzo dziwny ogród. Mogło się wydawać, że ktoś go opuścił w pośpiechu, nagle i bez jednego słowa pożegnania. Kiedyś ogrodowe alejki, kwietniki i krzewy musiały być pielęgnowane z zapałem i wielkim wyczuciem smaku. Gdzieniegdzie stały stylowe, ozdobne ławki, które czas obdarł nie wiadomo kiedy z eleganckiej bieli. Na środku ogrodu wznosiła się nieczynna fontanna, która zapewne niegdyś cieszyła oczy widokiem srebrzystych strug wody tańczących nad marmurowym basenikiem. Niedaleko fontanny znajdowała się huśtawka, przygnieciona i złamana przez gruby konar drzewa, na którym została zawieszona. W ogrodzie pełno było różanych krzewów. Poeta nigdy nie widział takiej obfitości i tylu odmian róż. Pnące, dzikie, miniaturki - wszystkie zdawały się pamiętać czas, gdy jakaś troskliwa ręka opiekowała się nimi dbając, aby rozwijały się, rozrastały i kwitły. Teraz jednak krzewy zdziczały, zmarniały, jakby zmęczone samotnością i ciszą. To właśnie ta cisza uderzyła najbardziej człowieka; w ogrodzie nie śpiewał ani jeden ptak, ani jeden liść nie szumiał pod muśnięciami wiatru. Obecna tu przyroda sprawiała wrażenie zastygłej w niewyobrażalnie bolesnym milczeniu. Nawet rudzik, który przycupnął lękliwie na chudziutkim, różanym pędzie, przestał ćwierkać, tylko wpatrywał się w człowieka uważnie i pytająco. - Co to za ogród...? I co ja mam z tym wspólnego? - pokiwał głową wędrowny poeta. - Tu nikogo nie było od lat, najwyżej duchy jakichś wspomnień zlatują się nocą do tej fontanny i do porozbijanych latarni, jak stare nietoperze. Te ścieżki dawniej żyły, z pewnością... Odpowiadały zapachem kwiatów niebu na jego zaczepki, tętniły beztroską młodością, a teraz...? Może kiedyś w owym miejscu ktoś kogoś kochał, ktoś się śmiał, ktoś tańczył wśród milionów róż, podczas gdy dziś jest tu tak cicho, że moje własne myśli lękają się głośniej odetchnąć... Zachodzące słońce zostawiało na zastygłych bez ani jednego drgnienia liściach czerwonawą poświatę. Znużony człowiek usiadł na jednej z niszczejących ławek i westchnął. - Żeby to wszystko przywrócić znów do życia, potrzeba wiele wysiłku. Ale może warto? Co, ptaszku? Czy o to ci właśnie chodziło?- zapytał, szukając wzrokiem swojego skrzydlatego towarzysza. Rudzik podfrunął do niego i poeta przysiągłby, że ptak skinął twierdząco swoją szarą główką.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następne dni i tygodnie upłynęły poecie na ciężkiej pracy. Od brzasku do późnej nocy sprzątał alejki, wyrywał chwasty, kosił trawniki, naprawiał połamane ławki, reperował latarnie. W starej szopie, która stała przy ogrodzie i w której teraz zamieszkał, znalazł wszystkie potrzebne narzędzia, zupełnie jakby ktoś je zostawił specjalnie dla niego. Ponieważ dotychczas tylko pisał wiersze, zupełnie nie znał się na ogrodnictwie, ale czuł, że intuicja podpowiada mu, co należy robić. Po prostu, gdy czegoś nie wiedział, siadał sobie przy fontannie, pogrążony w zadumie, aż wcześniej czy później znajdował odpowiedź na swoje pytanie. A może ktoś mu coś szeptał do ucha? Ogród z wolna otrząsał się z przygnębiającego nastroju i prezentował się całkiem przyjemnie. Zaczęły do niego przylatywać ptaki, z początku nieśmiało, lecz później zadomowiły się na dobre. Nocami słowiki uwijały się wśród gęstych krzewów róż, a z rana nowy dzień witały zięby swoimi przeciągłymi, melodyjnymi trelami. Latarnie oświetlały zadbane trawniki i oplatały ławki miękkimi cieniami. Zieleń rozrosła się bujna, soczysta, już nie dzika i trwożliwa. Człowiek cieszył się, widząc, jak jego starania przynosiły owoce, lecz martwiło go, że choć zdecydowanie ogród powracał do życia, nie zrodził się w nim dotychczas ani jeden kwiat. - No przecież po to jest ogród,żeby w nim coś kwitło! - martwił się wędrowiec. Podlewał troskliwie różane krzaczki, przycinał martwe pędy, raniąc sobie palce cierniami, pojechał też do miasteczka po specjalny nawóz - i nic! Ani jeden pąk nie chciał pojawić się wśród błyszczących liści. - A jednak te róże kogoś cieszyły kolorami i słodyczą - westchnął poeta. - Co ja mam teraz zrobić? Nic z tego nie rozumiem. Przecież już za parę dni zaczyna się lato... - Co ja mogę uczynić dla tego ogrodu, co więcej? Starał się jeszcze bardziej. Wstawał przed słońcem i pracował niemal do samej północy. Znał już w tym miejscu każdy zakątek i tak bardzo wyczekiwał chwili, w której choć jedna róża zaczerwieni się się w kolczastym gąszczu. Któregoś upalnego popołudnia, smutny i zmęczony, usiadł na jednej z ławeczek, wbiwszy zniechęcony wzrok w martwą fontannę. Chciało mu się płakać. Tyle wysiłku na nic! Bezradnie wyciągnął z jednej ze swoich kieszeni ołówek i nieduży, pognieciony zeszyt, w którym kiedyś zapisywał swoje wiersze. Od dawna niczego nie stworzy, zajęty nawożeniem, okopywaniem, pieleniem, koszeniem i podlewaniem. Teraz jednak poczuł, że musi ułożyć wiersz. Wiersz o tym, jak bardzo zależy mu na tym ogrodzie. Jak bardzo się spracował bez żadnego efektu. Jak bardzo boli go, że nie potrafi wypełnić tych ścieżek radością, którą ktoś musiał zabrać ze sobą na zawsze, bezlitośnie odchodząc. Pisał, że mimo wszystko przeszłość nie musi przecież ciążyć nad tym, co przecież żyje i pragnie życia. Że chociaż ktoś porzucił przed laty ten świat i zabrał ze sobą nadzieję oraz wolę kwitnienia - teraz przecież jest on, poeta, który uczy się dbać o dotkliwie niegdyś zranione rosarium. Dotkliwie - lecz przecież nie śmiertelnie. Na końcu chciał jeszcze napisać jeszcze jedno słowo, ale jego pióro zatrzymało się, jakby jeszcze nie ufało własnej śmiałości. A potem człowiek przeczytał swój wiersz na głos. Przeczytał go dla tego dziwnego ogrodu. I wtedy pierwszy raz poczuł, jak wszystkie gałązki różanych krzewów gną się od ciepłego podmuchu wiatru, który łagodnie nadszedł nie wiadomo skąd. Poeta wstał i postanowił przejść się po alejkach. Nie uszedł nawet kilkunastu kroków, gdy nieoczekiwanie u swoich stóp dostrzegł kilkanaście drobniutkich roślinek, wychylających się niepewnie z ziemi Nigdy wcześniej nie widział tutaj podobnego gatunku. Ukląkł przy nich i poczuł, jak fala wrzących łez zalewa mu policzki. Maleńkie wschodzące krzewinki pokryte były pąkami kwiatów. Tak, niewątpliwie za kilka dni te pąki rozwiną się, a delikatne łodyżki będą dźwigać najpiękniejszy ciężar na świecie - ciężar życia. Człowiek pragnął całować i pieścić skromne listki młodziutkich siewek, ale nie chciał ich uszkodzić przedwczesną radością i swoim niezręcznym dotykiem. Od tego momentu, przed udaniem się na spoczynek, gdy już uporał się ze swoimi zwykłymi obowiązkami, siadał przy malutkich, rodzących się kwiatkach i czytał im swoje kolejne wiersze, pisane z czułością i pokorą. Pewnego wieczoru poeta dostrzegł, że od północy nadciągają nad ogród ciemne, burzowe chmury. "No tak, przecież to już lato...", westchnął. To miała być pierwsza burza w tym roku. "Trzeba koniecznie zadbać o moje kwiatki, ochronić je, przecież jeszcze nie zdążyły się rozwinąć, i teraz miałaby je zniszczyć ulewa albo wichura? Będę czuwał, nie pozwolę na to!" Nocą przez ogród przetoczyła się istotnie wściekła nawałnica. Strugi ulewnego deszczu gięły do ziemi gałęzie różanych krzaków, a wichura chłostała alejki, trawniki, ławki i latarnie niewidzialnymi kańczugami. Człowiek pozostał w bezruchu przy swojej gromadce kwiatków, którą osłaniał własnym ciałem, mówiąc do nich niemal jak do dzieci: - To tylko burza. Ja też się boję, ale przecież jesteśmy razem. Obolały i przemoknięty pilnował, aby huragan nie uszkodził żadnego listka ani żadnej łodyżki. Nad ranem burzowe chmury ustąpiły na niebie miejsca drżącym promieniom świtu. I w tym złoto-różowym świetle, na jednej z pokrytych jeszcze kroplami wody kępek, pojawił się pierwszy kwiatek. Była to niezapominajka. Poeta oszalał wprost ze szczęścia, Zaczął biegać radośnie po ścieżkach w ogrodzie, tańczyć, śpiewać, krzyczeć, na zmianę płakać i śmiać się. Potem wrócił znów do swoich niezapominajek i z radosnym zdumieniem zobaczył kolejne błękitne kwiatki, pozdrawiające go zalotnymi mrugnięciami z objęć jasnej czystej zieleni. - Kocham was - napisał tego dnia poeta w swoim najnowszym wierszu, który przeczytał im na dobranoc. W myślach tulił je i pieścił. Kwiaty zdawały się wszystko rozumieć i jakby zalśniły w ciemności ukrytym, gorącym światłem.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następnego dnia człowiek stwierdził, że musi pójść do miasteczka, kupić nowy szpadel, bo stary już do niczego się nie nadawał. Ponieważ burza wyrządziła w ogrodzie wiele szkód, potrzebował również jeszcze paru innych rzeczy, aby wszystko ponaprawiać. Pogładził lekko dłonią krzewinki niezapominajek. - Niedługo wrócę - obiecał. Z głębi ogrodu przyleciał rudzik, i usiadł mu śmiało na ramieniu. Chwilę poćwierkał, a potem zniknął w kolczastej różanej gęstwinie. Na rynku jak zawsze było głośno i tłoczno. Straganiarze przekrzykiwali się nawzajem nad stertami towarów, w powietrzu pachniało grillowaną kiełbasą, gołębie tłoczyły się przy przepełnionych śmietnikach. Poeta, zaopatrzywszy się w niezbędne narzędzia, zatrzymał się jeszcze na chwilę przy stoisku z lemoniadą, gdyż zachciało mu się pić. - O, to pan?- usłyszał nagle chłopięcy głos, który skądś znał. - Tak - odparł. Przypomniał sobie swoją dawną rozmowę z owym dzieciakiem, który tamtego dnia nie uwierzył w jego najskrytsze marzenia. - I co, znalazł pan tę swoją wspaniałą krainę? - spytał chłopiec, obrzuciwszy go łobuzerskim spojrzeniem. - Tę, gdzie podobno wszystko jest takie cudowne i panuje wieczne szczęście? - Znalazłem - odpowiedział z uśmiechem poeta, myśląc o swoich niezapominajkach.  
    • spadł puch swym ramieniem przytulił rozżalonych rozjarzone brylanty na ziemi tliły się w oczach białe morze wzburzyło się po raz pierwszy od dawien dawna chcąc byśmy przypomnieli sobie, jak to jest płynąć po nim saniami   potajemnie zmówił się nieboskłon z chmurami urwiska stanął się przystankami drogi porwą pojazdy chwalić będziemy się i ogrzewać śmiejąc z gniewu, niekiedy i radości   przytulnie będzie aniołem zostać bo w końcu biel nas zewsząd otacza byle dłoni nie zajechać po całości, czymś musimy postawić posągi z węgli i marchewek   wieczór dziś jest specjalny inny niźli zawsze tańczymy nieświadomie pod jednym płaszczem bawimy się jak niegdyś i tylko to się liczy wszystko to, gdy palą się lampy pomimo tego, że marzniemy   uwieczniona kamera taśma przygotowana na niby nijak wszystko dlatego że dnia dzisiejszego, zwykłego jak inne, spadł puch    
    • @Radosław   a Ty jak Kogut…  

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @KOBIETA Bądź  jak Supernova. 
    • @Radosław   wiem Radosław …niestety to takie silne oddziaływanie jest …międzygalaktyczne ;)))) nie wiem jak mogę Tobie pomóc…? ;) 
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...