Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Byłam niegdyś szczęśliwą posiadaczką ręki. Prawdziwej ręki. Ba! Wspaniałej ręki. Ludzie mówili: „Toż to zwykła śmiertelna ręka. Dziewczynie odbija!” A ja i tak wiedziałam, że moja cudowna prawa ręka jest powodem do dumy. Przyprawia mnie ona o ocean zachwytu. Ocean – mało powiedziane. O wszechświat zachwytu! O tak! Jak to patetycznie brzmi! Kiedy tylko unosiłam dłoń ku niebu, moja ręka przysłaniała słońce. Była piękna, pełna blasku. Wykonana była ze szlachetnego kruszcu – nie to, co niewdzięczne łapska śmiertelników. Służyła nie tylko do łapania, trzymania, dawania cześć, mycia drugiej ręki czy nawet do podcierania sobie tyłka po załatwieniu potrzeby fizjologicznej. Nie to, co ręka śmiertelnika – brudna i grzeszna. Moja jaśniała na całej swej powierzchni, była czystsza niż Joanna D’Arc czy woda utleniona. Nie grzeszyła. Jej cudowna moc spoczywała w umiejętnościach. Była łączem pomiędzy mózgiem, procesami w nim zachodzącymi, a kartką papieru. Bez mej cudnej ręki byłabym nikim. W mym nieciekawym życiu tylko ręka była mą przyjaciółką. Wprawdzie dotykała rąk znajomych, bliskich, nieznajomych, sławnych. Oto i kilkoro z nich: nowo poznane koleżanki, Dab z K44, jacyś chłopcy, o których nie pamiętam i vice versa, no i taki jeden Adrian, któremu dedykuję me opowiadanie.
Pewnego dnia stała się rzecz niesłychana. Jak zwykle, przed snem, umieściłam mą cudowną rękę w gablocie zamykanej na kłódkę. Stwierdziłam kiedyś, że kłódka nie jest dostatecznym zabezpieczeniem przed kradzieżą. Sprawiłam więc sobie zamknięcie na szyfr. I tego feralnego dnia byłam bardzo senna. Za oknem było plugawo, ponuro. Mrok jesiennego znieciekawienia reprezentowała szyba w oknie – jak to kiedyś moja cudowna ręka napisała. Położyłam się więc, tuląc mą gablotkę, poczym zasnęłam.
Śniło mi się, że poszłam do Domu Kultury na jakiś seans. Kupiłam bilet w okienku, w którym stała gruba niechlujna baba z jednym okiem i trzema nosami. Rzuciła mi resztę stopą. Nie miała dłoni u ręki lecz stopę. Nawet mnie to jedno oko i trzy nosy nie zdziwiły. A stopa tak.
Spojrzałam na zegarek – za 43 sekundy miał odbyć się seans. Jakaś komedia z Ice Cubem. Weszłam na salę, a tam na fotelach siedziały egzotyczne piękności w bieliźnie, niektóre w strojach kąpielowych. Zdziwiona usiadłam w czternastym rzędzie. Co jest grane? – pomyślałam. Siedziałam całkiem z boku, a dziewczyny obok piszczały podekscytowane, sama nie wiem, dlaczego. Bo skąd ja biedna, miałam to wiedzieć? Przecież przyszłam do kina na film. Minęło parę chwil, kurtyna poszła w górę. Na scenie stały zastępy uśmiechniętych młodzieńców w bokserkach, prężących dumnie swoje wyrzeźbione ciała. Na ich widok, widzowie, składający się tylko z samych niewiast, zaczęli bić brawo i kwiczeć dwukrotnie głośniej niż przed uchyleniem kurtyny. Przemknęła mi przez głowę myśl – ja chcę mój film! Któryś pan ze sceny wydał okrzyk. Wszystkie panny natychmiastowo wstały. To ja z nimi, co mi szkodzi. Byłam lekko zdziwiona. Rzekłabym – subtelnie zdziwiona. Jakiś pan poprosił mnie na scenę. No dobrze, poszłam. Weszłam na scenę. Przyszedł po mnie jakiś uroczy chłopak. W przeciwieństwie do innych panów, miał na sobie bluzę z kapturem, luźne spodnie i adidasy. Podobała mi się jego fizyczność, jego ubiór. Wszak na scenie stały dziesiątki niemalże roznegliżowanych facetów. Miałam dość ich widoku. To nie ja krzyczałam na ich widok. Ów słodki chłopaczek w miłym odzieniu podał mi rękę i wziął mnie za kulisy. Jego imienia nie pamiętam. Za kulisami stał fotel. Pomieszczenie, w którym się znalazłam, było miłe, a wręcz przytulne. Młodzieniec o miłej aparycji posadził mnie na wspomnianym wcześniej fotelu. Zniknął. Siedziałam zdumiona rozglądając się po pokoju. Czyżby była tu kiedyś garderoba? Nie było tutaj słychać pisku egzotycznych piękności. Moje rozważania przerwał młodzieniec. Wrócił z tacką pełną owoców. Nieśmiało wzięłam śliwkę. Młodzieniec spojrzał na mnie i dotknął mego ramienia. Szepnął, że delikatne. O co mu chodzi?! Jak można mieć delikatne ramiona? Zniknął.
Obudziłam się. Ten sen był co najmniej głupi. Co?! Nie ma gablotki! Zerwałam się z łóżka. Przemierzyłam gorączkowo trasę całego mieszkania. Bowiem tej nocy całe 64 kilometry kwadratowe mego domu wydały się być trasą. Wszystkie okna były zamknięte. Drzwi też. Co to mógł być za złodziej? Niewiele myśląc, złapałam za słuchawkę. Wykręciłam 997. „Dzień... Znaczy się dobry wieczór! Ukradli mi gablotkę z mą cudowną ręką! Co ja teraz zrobię?” Przygryzłam wargę. Byłam zdenerwowana. Ja bez ręki? Toż to absurd! Bez mej ręki jestem nikim!
Minęły dwa miesiące od zaginięcia mej cudownej ręki. Chodziłam smutna, zrezygnowana. Ręka i tak się nie odnalazła. Zrozumiałam, ze sen nie był snem – miły młodzieniec był złodziejem. Bez ręki stawałam się markotna, nie mogłam nic pisać, nie miałam czego wznosić, by zasłaniać słońce. Zostałam pozbawiona najcenniejszego tworu! Kiedy tylko pomyślałam o przystojnym złodzieju, napawało mnie obrzydzenie. Ręki nie miałam...
Pewnego dnia postanowiłam wyjść z pokoju. Po raz pierwszy od dwóch miesięcy. Chciałam iść do łazienki, bo ile można się myć w misce z wodą, którą przynosiła codziennie moja mama? Ile można robić w nocnik? To w tym wieku jest przecież upokarzające! Dokonałam więc heroicznego czynu – poszłam wreszcie do łazienki. Gdy spojrzałam w lustro, oniemiałam. Na lustrze widniał napis: „Przecież masz jeszcze drugą rękę, mała ślepoto!” Spojrzałam w lustro na moje odbicie. Rzeczywiście. Miałam nie jedną rękę, a dwie! Cuda? Cuda! Zaczęłam całować obie ręce. Cieszyłam się jak dziecko w krainie czekoladek i cukierków. Mam dwie ręce! Skakałam, krzyczałam. No właśnie, mam dwie ręce. To gdzie jest ma cudowna, ukochana i nieśmiertelna ręka? Gdzie?! Jeszcze raz spojrzałam w lustro. Nadal miałam dwie śmiertelne ręce, składające się z ramienia, przedramienia i dłoni. Zamarłam w swej radości. Cudownej ręki nigdy nie było?
Nie załamałam się. Dumnym krokiem wyszłam z łazienki, siadłam z kartką papieru i długopisem w oknie swego pokoju. Uniosłam śmiertelną prawą rękę ku słońcu. Przysłoniłam słońce. Potem złapałam kartkę i długopis. O dziwo, śmiertelną ręką też mogłam pisać. Była niemniej cudowna niż ma zaginiona, wspaniała prawa dłoń. Zrozumiałam – cudowna ręka nigdy nie istniała. To, co powstało na kartce, jest nieśmiertelne. I nadal jestem szczęśliwa. Mam dwie ręce, a w dniu dzisiejszym nie zachwycam się żadną głupią ręką. Cieszy mnie raczej fakt, że śmiertelna ręka jest w stanie stworzyć nieśmiertelne zapiski.
Drogi czytelniku, chcę ci powiedzieć tylko to - rób, co najlepiej ci wychodzi, co nie zginie jak moja nieszczęsna, wyimaginowana prawa ręka...

Opublikowano

Liso, świetnie :)
bardzo mi się podoba Twoje opowiadane, prowadzone lekkim i przyjemnym stylem, błędów większych nie widziałam (opisując chłopaka piszesz odzianiu, chyba odzieniu?)
czekam na kolejne.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @Claire fajnie poprowadzone strofy. Zmysły wzroku, węchu i smaku grają tutaj pierwsze skrzypce. Podoba mi się przywołany dwa razy zielony kolor- czuć ten intensywny kolor wiosny rozświetlający wersy. Ciekawa metafora " kontur grzechu". O jakim grzechu mowa można sobie tylko wyobraźć i takie niedopowiedzenia cenię w poezji. Pozdrawiam z upodobaniem dla wiersza:)
    • tremolo-lo-lo alkohol i blues vibrato-to-to to to to to już wybiła dziesiąta dogorywa dziś już wszystko nieważne a najbardziej bis pomętniała wódka posmutniał les-paul jak stacatto krótkie przedwiośnie w a-moll   durna zabawa (musiał jakiś cynik powiedzieć że durne jest szczęście) Pan trochę zsiwiały za logiem Yamaha nie chce przygrywać już reszcie stoliki powoli odchodzą by moknąć w marcowy zagasły piątek w krzywo leżących garniakach z rękami na taliach eskortek
    • Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

      tym mnie rozwaliłeś :)))
    • @MIROSŁAW C. ciekawa personifikacja wieży, która od wieków obserwuje zachód słońca I szepcze historię. Wiersz " malowniczy" tak bym go określiła, bo widać oczami wyobraźni ten baśniowy wręcz obraz wieży i zachodu. Interesujący jest też motyw zaprzyjaźnienia się z drzewami. Wiersz bardzo mi się podoba. Pozdrawiam.
    • dedykuję Violetcie za ten nastrój wiosenny    Czy Viola pyszna czy nawet pycha? Kto to do licha dokładnie wie? Czy ktoś skosztował, czy ktoś zapytał, ktoś się poświeci ciasteczko zjeść?   Czy ktoś z portalu zbierze swe siły, by wszelki strach od razu zmóc. Będzie subtelny i bardzo miły jak ten kochanek legnie u stóp.   Lecz może przedtem przez park przegoni, kwieciem omai, kwietniowy czar. Słowa w aksamit ciepły przystroi. Szampan niewinność zmiecie jak wiatr.   Pyszności będzie szukać dokładnie, systematycznie pewnie od stóp. Pedikiur, nogi cudowne zgrabne, słodkość zamknięta kształtami ud.   Oczarowany ciała zapachem   zapragnie poznać ambrozji smak; kotliny, szczyty jędrne puchate… Ciut nieuwagi do piekła wpadł.   Szybko naprawi strojeniem skrzypek i melodyczną wibracją ciał. Aż Viola westchnie do ucha cicho; „więcej pychoty nie mogę dać”   Czy Viola pyszna czy nawet pycha? Kto to do licha dokładnie wie? Ten co skosztował, czy coś napisał jak to ciasteczko zjeść, oraz mieć!   wszelkie podobieństwo osób do sytuacji jak i sytuacji do osób  jest zupełnie przypadkowe
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...