Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

                                     

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

Zatrzęsła się ziemia. Przyszła na świat Dziciunia.

Pomyślałem wtedy→A niech to diabli.

 

Pojechałem do Miejsca najszybciej jak mogłem. Tak sobie. Z ciekawości.

Siedziała w kołysce i wcinała bochen chleba.

Kiedy do niej podszedłem, odrzuciła bochen na misia i warknęła:

 

– A to co?

– To twój wielbiciel – odpowiedziała osoba towarzysząca.

– Zabrać go stąd. Czyż nie widzi, że przeszkadza w śniadaniu. A tak w ogóle, dać mi zaraz dydusia, bo obrzygam wszystkich.

– Dziciuniu. Uspokój się – rzekł Ktoś. – Jesteś głupia i tyle.

– Co wy wiecie o życiu, smarkacze jedne – wrzasnęła omawiana. – Macie mokre pieluchy? Nie macie! Macie w nich gówienko? Nie macie! Możecie łazić? Możecie. No właśnie. A ja nie mogę. Chwila… a może mogę.

 

Po czym wyszła z kołyski i uciekła z domostwa.

Ludzie! Ludziska! – wrzeszczano donośnie – poprzez góry i doliny zaiwania niemowlę. Nie za duże nie za małe. Takie w sam raz na te czasy.

Szliśmy całą kupą, w celu odnalezienia Dziciuni. A Dziciunia w tym czasie wróciła do domu, przewinęła się przez poprzeczkę, wypiła mleko z kartonika, weszła do kołyski, policzyła barany – później kozy, myszy, pająki, wiewiórki – aż wreszcie zasnęła.

Zaczęła śnić, że jest już dorosłą półroczną panną, której to w głowie zapoznanie przystojnego trzylatka. Mężczyznę swojego życia, któremu obrzydły babki z piasku i zakochał się w Dziciuni

 

– Och ty mój kochany. Jaką masz ładną gruchawkę. Mogę nią pogruchać?

– Wyrosłem z gruchawek – powiedział on.

– Wiesz co – rzekła ona. – Chodźmy nad rzekę, gdy będzie ciemno. Założę specjalnie dla ciebie, moje najpiękniejsze pieluszki, a ty zwiń garnitur z przedszkola.

– Wisi mi garnitur. Nie założę tego cudaka. Krawata też.

– Doprawdy? Co ja słyszę? Odzywki rozkapryszonego dwulatka. Masz już swoje lata. Zachowuj się.

– Ojejku! Niby dorosła a w majtkach kupa. Czuję to.

– Tobie nic do mojej kupy. Gdybyś był prawdziwym mężczyzną, to byś mnie przewinął. Chyba nie chcesz kochanie, żebym całą drogę śmierdziała przy tobie?

– Włożę stopery do nosa, skoroś taki pyskol kołyskowaty.

– Pożycz mi w tej chwili gruchawkę. Ale już!

– A po co?

– Bo chcę ci przywalić!

– Mieliśmy iść nad rzekę, Dziciunio. Pamiętasz?

– No to chodźmy. Czemu nie idziesz? Masz pełne gacie strachu, czy co?

– Co – odpowiedział on.

– A pokażesz mi w lesie ptaszka? Jeszcze nie widziałam. Rodzice opowiadali, że jest coś takiego, co może wyskoczyć z dziupli...

 

        

****************************

Bonus→Dialog z Dziciunią.

****************************

                     ️

– Kochacie mnie? - wrzasnęła Dziciunia

– Kochamy!

– Wczoraj też?

– Też!

– Dzisiaj też?

– Też!

– Jutro też?

– Ci co przeżyją do jutra – też!

– Wiecie, że już nie robię w pampersy – tylko obok.

– O Dziciunio! Wiemy i czujemy. Pampersy też.

– A ja nawet miałem ten zaszczyt się poślizgnąć, na Dziciuni...

– No… bez przesady! Mogłeś sobie nóżkę złamać.

– O Pani! Co tam nóżka, wobec takiej radości…

– A kto mi porwał gruchawkę? Przyznać się?

– My na pewno nie, o Pani. Jesteśmy tu. To na pewno te głupie dzieciaki.

– Chcecie powiedzieć, że potrafię rządzić tylko bandą głupich?

– Nie takich jak my – chcesz Najjaśniejsza powiedzieć?

– Stoicie w blasku mojej mądrości. Nie możecie być głupi. Tak?

– Tak. A nawet mądrzejsi… o cholera... Bez Końca Rozumna. Wybaczysz mi?

– Jak mi powiesz, gdzie moja gruchawka.

– Przebacz mi, O Ty Bez Pampersa. To ja zabrałem.

– Po co? Mów mi wczoraj.

– O Pani. Nie kumam.

– Nie rozumiesz? Podejdź bliżej mnie. Będziesz mądrzejszy.

– No jestem bliżej… A łaj!!! Dlaczego dostałem nocnikiem?

– Bo mi niepotrzebny. Co z tą gruchawką?

– Chciałem ułożyć pieśń pt: Oczarowana tyś gruchawo przez -D

– Co oznacza D?

– Dziciunia. A co by innego, o Pani z Niepotrzebnym Nocnikiem.

– To rozumiem. Dajcie mu pluszowego misia jako nagrodę.

– Nie mamy pluszowych misiów. Kupiliśmy za nie – gruchawkę.

– Przestańcie z tą gruchawką. Nie jestem dzieckiem.

– Masz, o Pani, półtora roku z hakiem.

– Pragniecie mnie powiesić na haku. Wiem, co sobie myślicie po cichu.

– Głośno nam nie wolno.

– Kto zakazał? Dać mi go tutaj!

– No tego… Nasza Dziciunia zakazała.

– Kto śmiał powiedzieć, że to ja?

– Ależ Pani. To tylko wiatr szumi pieluszkami.

– No przecież ja już nie brudzę!! Czy to jasne?

– Jak nie pobrudzone, to jasne.

– Kto taki dowcipny? Bo go rozgniotę biegunką  od kołyski!

– Nie ma kołyski.

– To gdzie ja śpię?

– Tam gdzie się Dziciunia walnie, jak wyciućka, procentowe mleczko, z pijanej krowy.

– Co ja słyszę! Czy to bunt? Już nie chcecie mojej przyjaźni? Żyjecie jak pączki w maśle.

Pływacie w rzece pełnej miodu…

 

– Chyba w tym miodzie, co z Dziciuni uszu wyleci. A pączki nie w maśle...A fuj!!!

– A fuj!!! A fuj!!! A fuj!!! To bunt!!

– Cicho mi tu! Paskudniki jedne…

– Nie jedne. Jest nas więcej.

– Cholera jasna. Bo was lalkami mówiącymi poszczuje. A one przeklinają jak diabli…

– Od kogo się nauczyły?

– Tak mi się odwdzięczacie za moją dobroć i poświęcenie. Z głodu zdechniecie!

Tyle wam powiem! Pamiętajcie raz na zawsze – to ja mam racje!!!

– Ale to my mamy racje żywnościowe!!!

 
 

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • „Największym luksusem śmiertelności jest tworzyć coś, co również umrze.”   Czas płynie nieubłaganie. Przypominacie mi o tym ciągle, niczym natrętne mechaniczne zegary, prędkie stopery  czy piaskowe, szklane klepsydry. Macie obsesję na jego punkcie, ponieważ jesteście ostatnim pokoleniem. Cywilizacją końca. Za dnia wyrzymacie każdą sekundę, z mokrych od niewolniczego potu koszul. Nocami patrzycie bezsennie  na cienie sufitowe w sypialni. I wracacie utrudzonymi myślami  do czasów błogiego dzieciństwa, nie przynosi Wam to ulgi a strach. Obłęd nieuniknionego widma śmierci, która w każdej chwili może wyjść z szafy  i zabrać Was do siebie. Znacie dobrze smak,  depresyjnej niemocy. Porażki planów i zawodu otoczenia. Kto chciałby brać udział w walce o byt, gdyby wiedział, że zawsze kolejka jest równa długości ludzkiego istnienia. A jedynym wolnym miejscem  jest to w ogonie stawki. Na samym jej końcu.   Czas odliczam w gonitwie gwiazd. W koniunkcjach i przesileniach. W miesiącach winy. W latach kary. W wiekach przekleństwa. W erach prędkich i jasnych jak błysk świetlny. W galaktykach zimnych i martwych  jak bezdenne oczy czarnych dziur. Jestem poza horyzontem czasu i zdarzeń. Nie podlegam prawom natury. Jestem wolną cząstką. Rzucaną na linię zdarzeń. Czasami wydaję mi się,  że pędzę naprzód a potem okazuję się, że nigdy nie ruszyłem się z punktu zero. Lub przytomnieje w dalekiej przeszłości, otoczony gotyckimi aniołami, wiktoriańskimi balami i przepychem śmietanki salonu.   Mówicie, że straciłem już wszystko. Nie zyskałem nic. Bo w życiu nie można nic zyskać. Mam swoją samotną planetę  i różę o którą pieczołowicie dbam. Ona nawet nie kwitnie. Rośnie z każdym rokiem mocniej. Nie rozmawiam z nią bo ona nie potrzebuję  moich słów by mnie zrozumieć.  Wie wszystko. Jest najcenniejsza. Choć dla każdego innego  nie ma żadnej wartości. Tylko ja widzę jej piękno i powab. Inni gorszą się jej osobliwym wyglądem. Jej ciernie ranią duszę do głębi, korzenie nie pozwalają zapomnieć, łodygi zniewalają przeguby  i więżą w okowach szaleństwa. Gnilny swąd otępia zmysły. Blizny krwawią trucizną nektaru. Liście opadają zanim się w pełni rozwiną. Ta róża będzie strażnikiem mojego grobu. Ostatnimi słowami poety. Króla ulicy i nędzy. Wyklętego karalucha, literackiego ścieku.   Planeta leżała daleko  poza najodlejszymi rubieżami. Tam naprawdę kończył się świat. A zaczynały zaświaty. Już z wysoka widział wszystko jak na dłoni. Poeta leżał bez życia na wznak. Rażony gromem nagłego zgonu. Oczy miał czarne i duże, lico spokojne, przypominało maskę. Na planecie nie miał kompletnie niczego. Schronienia, jedzenia czy wody. Była na niej jedynie usypana rękoma mogiła. A na jej kopczyku krzak dzikiej róży. Kruk wylądował zaraz obok niej. Wiedział, że była ona jedyną miłością poety. Jego całym skarbem i dorobkiem. Lecz nikt nigdy  nie uważał ją za piękna ani nawet właściwą. Przeżyła twórcę i to było jego celem. Lecz teraz jej los był przesądzony. Nie mogła liczyć na innego opiekuna. Kruk wyrwał krzak z mogiły i uniósł się z nim w przestwór kosmosu. Leciał tak przez świetlne eony. Bez odpoczynku i przystanku. Wleciał wreszcie do jednej z czarnych dziur, Jej tunel zaprowadził go do innego wymiaru. Wypuścił z dzioba krzak róży  z ukrytą w nim duszą poety. Poza horyzont czasu, przestrzeni i wszelkich, przeszłych i przyszłych zdarzeń  
    • @Rafael Marius Tak dlatego się ich nieco znieufuje żeby poszli w skrzyknięcie się...
    • @Jacek_Suchowicz szara piechota
    • @Berenika97 Dobra, dobra, tyle teoria, piękna i poetycka w istocie, ale realia trzeba na ogół zaplanować, ba, wyrachować nawet bo inaczej nie wychodzi :))
    • Dziękuję @Łukasz Wiesław Jasiński Pozdrawiam

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

       
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...