Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

 I rzekł do nich

- Nie to co wchodzi do ust jest nieczyste, ale to co z nich wychodzi.

- Tak! Tak… rozumiemy to, chwała ci Nauczycielu – krzyczał tłum.

- No to na dzisiaj było by tyle, rozejdźcie się i odpocznijcie. Jutro będę kontynuował moje rozważania.

- Synu Dionizosa, pozwolisz nam spragnionym tak sobie odejść – krzyczeli, trzymając w dłoniach tykwy i bukłaki.

Nauczyciel bardzo się zdenerwował słysząc te słowa. Przywołał do siebie swego ucznia.

- Słyszysz co oni mówią?

- Oni cię nie rozumieją, mówią „tak” za każdym razem mając nadzieję, że napełnisz ich tykwy winem. Oni cię cenią za to, że w tych trudnych czasach, pozwalasz na chwile zapomnieć o ich niedoli i poprawiasz humor.

- Ja im pokażę, opoje wstrętni, dzisiaj nic z tego, najwyżej mogę nakarmić ich chlebem.

- O tylko nie to, Panie! Ostatnio zaczęli się nim rzucać i wykrzykiwać przekleństwa, mieliśmy ogrom sprzątania po nich.

- Hm… - chwilę się zastanowił, po czym przemówił do tłumu.

- Nie! Dzisiaj trzeba pościć, gdyż nie tylko chlebem żyje człowiek, ale każdym słowem pochodzącym z ust…

- Wiemy, wiemy, nie musisz kończyć, z imprezy nic nie będzie – odrzekł tłum i w mgnieniu oka wszyscy się rozeszli.

Nauczyciel odetchnął z ulgą i przywołał do siebie uczniów.

- Słyszeliście za kogo oni mnie uważają?! – powiedział z oburzeniem. – Skąd oni wiedzą o Dionizosie? Ci wstrętni Grecy wszędzie ich pełno. Przypływają, tworzą kolonie i mącą w głowach.

- To prości ludzie, oni nie rozumieją, że świat trzeba zbawić.  Im się wydaje, że wystarczy napić się wina i jest cudownie, a ci Grecy to fakt, wszędzie szukają dziury w całym - powiedział jeden z jego uczniów.

Nauczyciel wzruszył ramionami i pokiwał głową.

- Mam nadzieję, że chociaż wy to rozumiecie?

- Tak, ale masz jakiś konkretny plan, jak zbawisz świat?

- Nie, ale skoro po to się narodziłem, to zbawienie na pewno nastąpi. Nastanie ten czas i…

- Mistrzu! Twoja matka z braćmi idą w naszą stronę – przerwał mu jeden z uczniów.

- No nie, znowu to wino…

- Skąd wiesz Nauczycielu?

- Gotuje tu niedaleko na weselu, sto procent, że się skończyło. A mogłem jej nie posłuchać.

- Nie rozumiem?

- Stara sprawa, nieważne, ale teraz nie mam na to ochoty. Idę do gospody, a wy ją zatrzymajcie i powiedzcie: Ten jest moją rodziną, kto jest ze mną i słucha mego głosu, a nie szpanuje przed innymi, że zna kogoś kto zmienia wodę w wino.

Tak też się stało, matka z braćmi odeszła zawiedziona, a on w gospodzie rozmnożył trochę chleba i podzielił się ze swymi uczniami. Co nie spodobało się karczmarzowi.

Potem postanowił trochę pospacerować po okolicy. Mijał przeróżne kramy, ludziska coś do siebie wrzeszczeli, panował harmider, od którego mogła rozboleć głowa. W pewnym momencie zauważył jakąś postać siedzącą w ogromnym dzbanie. Podszedł bliżej zaciekawiony tym niecodziennym widokiem.

- Dlaczego zasłaniasz mi światło? – odezwał się mężczyzna mówiący dziwnym akcentem.

- Dlaczego siedzisz w dzbanie?

- Mieszkam w nim.

- Nie jesteś stąd?

- Nie, jestem Grekiem, podróżuję po świecie i szukam prawdy.

- O! to dobrze trafiłeś.

- Chyba nie – powiedział wychodząc z dzbana.

- Dobrze, bo ja…

- Nie mów mi kaznodziejo, że ty jesteś prawdą.

- Skąd wiesz, że…

- Bo tutaj, co drugi to prawda objawiona, co trzeci, dokonana, co czwarty umiera za świat.

- No, ale…

- Żadne, ale, ja szukam czegoś takiego, co to wszystko spaja w jedną całość i trzyma za jaja. Z obserwacji wywnioskowałem, że to siła grawitacji, a w istotach żywych tworzy się kwas, który mówi co i jak.

- Co!? – krzyknął przerażony Nauczyciel.

- Tak mój drogi, jeżeli poznam zasadę jego działania, stanę się panem świata.

- To mój Ojciec, a nie jakiś tam kwas czy grawitacja! – odpowiedział nie mogąc pojąć, jak ktoś taki mógł do tego dojść.

- Dobra, dobra, jestem niewierzący, jak słyszę o bogach to czuję, że mi dupa zaraz odpadnie.

- Jesteś okropny, a poza tym taki brudny i nie dajesz mi skończyć…

- Spadaj, każdy tu źle kończy – stwierdził i splunął na ziemię. Potem zabrał tobół z dzbana i poszedł przed siebie.

- Co za typ, tacy swoim myśleniem mogą wszystko zniszczyć i żaden zbawca nic nie pomoże. Trzeba działać! – powiedział do siebie przerażony tym co usłyszał Nauczyciel.

 

 

Na drugi dzień znów zebrał się tłum. Tym razem Nauczyciel przed kazaniem kazał im napełnić wodą tykwy i bukłaki, a potem po raz kolejny dokonał cudu, zmieniając ją w wino.

- Przyszedłem po to by zbawić świat i tym samym uczynić go szczęśliwym.

- Super! Rób swoje nie przejmuj się nami – krzyczeli zgromadzeni.

Nauczyciel mówił o miłości do bliźniego, przestrzeganiu przykazań, nastawianiu policzka. Potem zaczął mówić o Królestwie Niebieskim i wiecznym szczęściu. I wtedy tłum się wytłumił i zaczął z przejęciem słuchać. W pewnym momencie podszedł do niego wzruszony jego słowami młodzieniec i ze łzami w oczach zapytał.

- Panie, przestrzegam przykazań, pomagam bliźnim, czy znajdę się w niebie?

Wtedy Nauczyciel spojrzał z miłością na niego i rzekł mu: Jednego ci brakuje. Idź sprzedaj wszystko co masz i rozdaj ubogim.

Młodzieniec ukłonił się w geście szacunku, po czym odszedł.

  Na drugi dzień uczynił jak mu powiedział.

 W kraju zapanowała euforia. Wszyscy pili wino, cudownie wyprodukowane przez Nauczyciela i rozdawali swoje dobra biednym, tamci jeszcze biedniejszym, a ci ostatni rzucali to wszystko w cholerę i szli za głosem prawdy wyzwolonej.

 Po kilku miesiącach chodząc po wodzie i unosząc w powietrzu opanowali cały świat. Któregoś dnia nauczyciel powiedział: dokonało się.

Następnego dnia zniknął.

 

Ludzkość została bez środków do życia. Nie była już w stanie czynić sobie ziemi poddanej. Część z czasem wyginęła, pozostali wrócili na drzewa i znowu zaczęli żyć zgodnie z naturą.

 Tak Wielki Nauczyciel, stał się zbawcą świata. W przyszłości nie nastąpi gwałtowne ocieplenie. Na biegunach lodowce będą trwały, wiejąc wiecznym chłodem, a plastyk w ogóle nie powstanie. Ziemia nie ma już czego się obawiać.

 Tylko drzewa w Puszczy Białowieskiej zrzucają szyszki, pogrążając się w żałobie. Dotarło do nich, że nikt ich nie wybawi, przed okrutnym kornikiem drukarzem.

 

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @hollow man   "Guma turbo i młodość za sobą" - jednym zdaniem cały bilans przeminięcia. Uderza mnie ta próba schowania się - za Facebookiem, za równaniami, za precyzją matematyczną. Jakbyś szukał schronienia przed koniecznością bycia sobą. Ale potem przychodzi ta prawda - podmiot się stwarza, nie jest z góry dany. I ten obraz Kriszny przed podziałem - moment czystego istnienia, zanim słowa wszystko skomplikują. Wiersz o ucieczce i o niemożności ucieczki jednocześnie.
    • Obiecałam pewnej osobie, że wrzucę tu coś z mojej prozy. Oczywscie, jak to ja, nie dotrzymałam terminu owej obietnicy, lecz myślę, że... no, mniejsza. Dziś przedstawiam jedno z moich opowiadań. Jedno z pierwszych, stanowiące fundament mojej dalszej twórczości. Może ktoś wyłowi w nim to, co czyni obecną mnie — mną.                                Sklep pana Kumara       „Odpowiedź na każde pytanie. Za jedyne 3 funty!” – głosił szyld sklepiku w jednej z wąskich londyńskich uliczek. Zatrzymałem się i spojrzałem przez witrynę na regały. Zajmowały je szklane kule, wypełnione czymś przypominającym fioletową mgiełkę; kły pomalowane na jaskrawe kolory; egzotyczne instrumenty, fiolki, wyszczerbione szklanki, szpetne bibeloty i pluszowy Cerber z czerwonymi oczyma.     Zastanawiałem się, po jakie licho ktoś miałby kupić cokolwiek z tej osobliwej kolekcji. Chociaż... ciotka Judy z pewnością sprawiłaby sobie takiego pluszowego Cerbera. Ta kobieta miała półkę pełną obrzydliwych pluszowych kotków nad równie obrzydliwą pluszową kanapą.     Moje spojrzenie jeszcze raz powędrowało do szyldu. „Odpowiedź na każde pytanie. Za jedyne 3 funty!” – odczytał w mojej głowie głosik entuzjastycznego spikera.     Dzwoneczki zadźwięczały, gdy chwilę później wszedłem do środka. Drewniany parkiet skrzypiał. Sklep był o wiele większy, niż mogłoby się wydawać, a…     Spod sufitu, na srebrych łańcuszkach, zwisał gigantyczny krokodyl.    Przeszedłem kilka kroków, wciąż unosząc głowę (coś mówiło mi, że podbrzusze krokodyla może zaraz rozświetlić wbudowana w nie żarówka), potem się rozejrzałem.  Otaczały mnie przedmioty o różnych kształtach, kolorach i fakturach. Jedną ścianę zapełniały zdobione ramy entomologiczne z motylami., Na kamiennym postumencie, w przeszkolej kopule, znajdował się szkielet strusia. U stóp postumentu stała tabliczka z napisem: „Nie przeznaczone na sprzedaż”.     Znad lady spoglądał na mnie sprzedawca. Miał starannie utrzymany wąs, krótkie siwe włosy i okulary lenonki, które pomniejszały mu oczy.    Patrzyliśmy na siebie przez chwilę, aż w końcu przypomniałem sobie o języku w gębie:    – Dzień dobry.    – Dzień dobry. Nazywam się John Kumar.    Żaden sprzedawca, ani wcześniej, ani później, mi się nie przedstawił, toteż moja twarz musiała zdradzić zdziwienie.   Machnął ręką.    – I tak pewnie nie zobaczymy się już nigdy więcej, więc dlaczego nie mielibyśmy się sobie przedstawić? – spytał.   Wzruszyłem ramionami.    – Lucas Logan.    – I czego tu szukasz, Lucas?    – Nie wiem – odparłem. – Tak tylko… się rozglądam.    Uśmiechnął się.    – Czyli już jesteś w mniejszości.    Nie do końca zrozumiałem, o co mu chodziło, ale również się uśmiechnąłem.    – Ten szyld... co on oznacza? – odezwałem się.    Pan Kumar zdjął lenonki, chuchnął na szkła, i znów je założył.     – No… oznacza tyle, że odpowiem za każde twoje pytanie za jedyne 3 funty.    – Naprawdę?    – Tak.    – Dlaczego wywiesił pan taki szyld, a nie na przykład…nie wiem… „Gabinet osobliwości Johna Kumara”?    – Każdy widzi te, jak to ładnie ująłeś, osobliwości przez witrynę. A kto wiedziałby, że odpowiadam na każde pytanie? I to za – zachichotał – jedyne 3 funty?    – A więc, gdybym dał panu te 3 funty…    – Odpowiedziałbym na 5 pytania. Tak. Na jakikolwiek temat, zgodnie z prawdą.    – Czyli nie na każde – wytknąłem. – Tylko na 5.    – Na 5 za opłatą, na resztę za darmo.    – A czym się różnią te za opłatą od tych za darmo?    – Te pierwsze, to takie, nad którymi ludzie muszą się trochę zastanowić. A te za darmo… cóż, jestem sprzedawcą. Nie mogę pobierać opłat za pytania: „Czy ten pluszowy Cerber ma moc odganiania złych dusz?”, nie sądzisz?    – Ktoś naprawdę o to zapytał?    – Nie, to akurat zmyśliłem.    Zanim zorientowałem się co robię, wyciągałem już portfel z kieszeni kurtki. Podszedłem do lady i wręczyłem panu Kumarowi 3 funty.    Schował pieniądze do kieszeni.     – Zgubiłem kluczyk do kasy – wyjaśnił poufałym szeptem. Po czym dodał: – Zastanów się dobrze. Odpowiem na 5 twoich pytań. Nigdy się nie mylę.    – Odpowiem na 5 twoich pytań – powtórzyłem. – Tak powinno pisać na szyldzie.    – Być może. Ale mniejsza o to. Zastanów się.    – Co mam zrobić, żebym być szczęśliwy?     – Najpierw musisz być nieszczęśliwy.    Mina mi zrzedła.    – A co mam zrobić, żebym był bogaty?    – Najpierw musisz być biedny – brzmiała kolejna natychmiastowa odpowiedź.    – Jest pan jakąś nieudolną wróżką? – palnąłem bez namysłu. – I zawsze mówi pan paradoksami?    – Nie. I często tak.    Ugryzłem się w język, żeby nie powiedzieć czegoś niemiłego.     Po chwili zapytałem jednak:    – Kim będę w przyszłości?    – Kimś, kto zawsze będzie żałował, że zmarnował swoje 3 i 4 pytanie.    – Proszę oddać mi moje pieniądze.    Pan Kumar przechylił głowę w bok.    – Odpowiedziałem na twoje pytania, Lucas.    – Wcale nie, nie odpowiedział mi pan. Niczego się nie dowiedziałem.    – Dowiedziałeś się tyle, ile chciałeś się dowiedzieć. Mówiłem tylko prawdę.    Odwróciłem się i wyszedłem bez słowa. A kiedy przechodziłem pod krokodylem – jego podbrzusze rozświetliło się żółtym blaskiem.          
    • @Mitylene   Jakie to lekkie i pełne światła. Czuć tu cichą radość oczekiwania, moment zawieszenia między tęsknotą a spełnieniem. "Przestrzeń ukwiecona deszczem" to piękny obraz. Wiersz jak jeden długi oddech przed spotkaniem.
    • @ernest.guzik Specjalistą od rymów i rytmów nie jestem, ale prowadzenie tekstu, treść, lekkość, taka niewymuszona melancholia - bardzo ujmujące.
    • @Czarek Płatak   To jest wiersz o zjednoczeniu z naturą, ale napisany w sposób bardzo zmysłowy. Ta dziewczyna "przywiera do nagiego brzucha łąki" - to nie jest poetyckie leżenie na trawie, to niemal fizyczna bliskość, intymność z ziemią. A potem ta nocna scena - gwiazdy jak krople potu, "zapach pobudzenia". To balansowanie na granicy - erotyzm, niedopowiedzenie, które budzi wyobraźnię. "Wsuwało się dłonie pod biodra co unoszą się w górę" - nie wiadomo czyje to dłonie, czy to jeszcze metafora natury, czy już kogoś innego. I właśnie w tej wieloznaczności jest piękno. Wiersz działa jak zmysłowe doświadczenie. Czuję ciepło skóry, zapach trawy, ciężar letniego powietrza. Pięknie napisane.
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...