Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano (edytowane)

 

[Prolog]

 

– Słyszałeś? Nasz szef ma kochankę.

– Wątpię, żeby się przejmował, że zgrzeszy.

– Bardzo śmieszne... ale posłuchaj, kim ona jest.

– Mów głośniej, bo akurat potępieńcy wrzeszczą.

– Dorodną Anielicą. Wyobrażasz to sobie?

– Może wybory trza zwołać, skoro aż tak błądzi.

– W dupie błądzi. On ma dobrze. Jemu wszystko wolno.

– Nie tak głośno. Jeszcze grzesznik usłyszy.

– Diabli z nim. I co z tego. A muszę ci wyznać, że nawet jeden z nich wrzątkiem się zakrztusił, jak to usłyszał.

– To ci nowina. Aż mi w kopyto poszło.

– No nic. Nie żałujmy smoły kiedy płonie piekło.

– Bez przesady. W tej chwili co innego płonie.

– Taa... bierz widły, bo znowu z kotła wyłażą. Trza dźgać.

– Pamiętasz jak żeśmy całą noc jednego ścigali. Aż się spociłem.

– Nie lubię potu. Dostaję parchów na rogach.

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

 

[Licho co wcześniej lub jeszcze wcześniej]

 

Białe pierzaste skrzydła lekkie jak piórko a wielkie jak żagle, roztrząsają swoim majestatycznym machaniem otaczającą czasoprzestrzeń. Doczepione do smukłych pleców najpiękniejszej Anielicy jaką kiedykolwiek świat by ujrzał, gdyby intensywnie szukał, spełniają w każdym zakątku swoją unoszącą, jakże przydatną rolę. Melodyjny wahadłowy szum, jakby nie patrzeć niemałych skrzydeł, nie przeszkadza w najmniejszym piórku w szybujących rozmyślaniach intensywnie podwieszonej.

 

Przez to nie zauważa, że leci między ramionami klucza. Zdegustowane kaczki popatrują na nią nerwowo. Mówi: przepraszam i wyprzedza je z pośpiechem szeleszcząc nad szpicą.

 

Gładkie alabastrowe lico, tuli w sobie obrazki pierzastych baranków sunących w przestworzach, na dodatek białych. A przecież tak naprawdę nie powinno ich tutaj być. Nie w sytuacji w której się znalazła. Jedno do drugiego za czorta nie pasuje. Tak podpowiada rozum, lecz serce pulsuje co innego.

 

To niepojęte. Zakochała się do suchej nitki i jest doszczętnie przemoknięta nieokreślonym stanem, którego nawet nie bardzo rozumie. Skrzydła wilgotne od palącego uczucia, nęcą pieszczotliwym pożądaniem, nawet najbardziej zasłonięty puszek. Pała nieprzebraną miłością do istoty nieskończenie wrednej, lecz diabelnie inteligentnej. Dlaczego tak się dzieje? Co ją do tego skłoniło? Czyżby miała jakąś misję do spełnienia?

 

Długie złociste włosy szumią nie wiele mniej niż silnik z piór, który ją napędza. Trzepocząca tęsknota oplata ich gęste długości, zwijając w powłóczyste świderkowe loki. Owiewana wiatrem ze wszystkich możliwych stron, a nawet frywolnie pod wyczulone piórka, leci niezaprzeczalnie do celu podróży, niczym upierzony pocisk armatni w kierunku muru zamczyska. Serce gdyby miało skrzydełka już dawno by z piersi wyfrunęło, szybując niecierpliwie przed nią, wołając przedsionkiem: szybciej... no bez jaj... pospiesz się.

 

#

W piekle wielkie zamieszanie. Pucowanie kotłów, rogów, kopytek, wideł, dziadków do jąder oraz innych narzędzi tortur wszelakiej maści, w zgodzie z zasadą: każdemu według zasług. Całą mroczną krainę obiegła plotka, które okazała się prawdą. Ich Szef zakochany po same rogi! I to w kim? W pięknej Anielicy. Kolejny zbuntowany anioł. A swoją drogą, co to wszystko ma znaczyć. Jedyna nadzieja w tym, że będzie wcielonym złem, by nie odstawać od reszty. Chyba szef wie co robi i kogo do sypialni wpuści. Już pomału kazał język wyciągnąć. Nawet szkarłatny dywan na nim położyć. Niemożebne, żeby tliła się w niej iskierka: dobra. Z takim łajdactwem nie mamy na co dzień do czynienia. Za jakie grzechy mielibyśmy cierpieć. A tak, każdy swoje zło pilnuje, dzieląc się z innymi. Oby tak dalej.

 

– Widzę, że szef ma dzisiaj rajzefiber.

– Przestań rechotać, bo ci kopytem w mordę przywalę.

– Ależ szefie. Zło piękności szkodzi.

– Głupiś klaunie. Nie wiem, w co mam się ubrać.

– Ubrać? Gorąco jak diabli. Po co?

– Na gołego mam witać?

– No tak. Nie chce szef zgrzeszyć. Rozumiem.

 

Po tej wypowiedzi, mówiący wylatuje przez zamknięte drzwi. Możliwe, że nadal leci, prosto do kotła.

 

#

Szybciej, szybciej! Serce nadal pogania pod smukłymi żebrami. Machanie diabelnie ją męczy. Tym bardziej, że pogoda pod szkarłatno-czarnym psem. Chmury koloru zatroskanego ołowiu, wiszą nisko nad jej lotem, a wiatr wyje prosto w śliczne uszy: pieśń o zawróceniu z drogi. Ale cóż. Uczucie nie sługa. Ma polecenia poniżej progu reagowania.

 

Nagle zupełnie niespodziewanie zdaję sobie sprawę, że nie musi ruszać skrzydłami. Przejmuje ją magnetyczny promień piekielnej siły: naprowadzająco -przyciągający-kuszący.

Wtem widzi na horyzoncie: ciemną bramę piekieł. Ma wygląd gumowego diabełka. Takiego ludzie kupowali na odpuście. Tyle, że ten jest dużo większy i mniej śmieszny. Na wyciągniętym, czerwonym języku, stoi: on.

Anielica wzdycha po raz ostatni w czasie długiego lotu i po chwili dokuje.

 

#

Po konwenansach przewidzianych na taką okazję, czyli: ukłonach, okrzykach, cmoknięciach tudzież tańcach powitalnych, Anielica uroczyście, przy waleniu w kotły, przyjmuję imię: Lucyfernia.

 

Odtąd pragną żyć długo i złośliwie.

 

Diabłom spada kamień z kamiennego serca. Rzeczywiście, stara się być złą. Jej partner, którego nazywa pieszczotliwie: Lucy, wprowadza ją w zakamarki tego typu zachowań.

Aczkolwiek po płomiennej nocy, cała reszta przebiega nieco... niedbale. Na Ziemi znowu panoszy się zło. Coraz większe i większe. Szef ma nie tylko rogi na głowie, ale też całe piekło. Każdemu musi osobiście kocioł wskazać i widłami podziurawić. Czyni to z największą przyjemnością. Większą, niż te wszystkie figo fago, ze swoją ukochaną Lucyferią. To prawda, kocha ją nienawistną miłością, aż mu się chwaścik czerwieni, ale cóż... bardziej go cieszy: metaforyczna księga zła.

Szybciej szczytuje w niej rozkosze.

 

#

A ona biedna robi co może. To grzesznika kopnie, to znowu maszynerię do tortur naoliwi, a to kogoś ogniem przysmaży lub wrzątkiem obleje. Potoczne diabły są w siódmym piekle. Zachowuje się jak swoja. Cóż z tego jak jej miły zaczyna ją zaniedbywać. Postanawia z nim pomówić o tej całej sytuacji, prosto w dwa rogi i dwa skrzydła.

 

#

– Trzeba przyznać, że ta jego wybranka jest całkiem do rzeczy. Baliśmy się, że będzie... hmm... dobra, a tu proszę. Jakie fajne tortury czasami wymyśla. Ma talent. A talentów nie można marnować, bo to... mniejsza z tym.

– Skrzydłami mimowolnie pozamiata.

– Co racja to racja.

– Dobrze gadasz.

– Durnowaty jesteś! Jedyne dobro jakie się u nas przydaje, to: dobre chęci. Drogi nie tego. Trza remontować.

– Taa... ale coś mi się widzi, że szef ma inną.

– Nie mów... zgłupiałeś? Zło cię opętało? Sorry.

– No mówię ci. Wczoraj widziałem...

– Cicho. Lucyfernia idzie. Jeszcze usłyszy.

– Jej zemsta może być straszliwa. Przecież w torturach jest lepsza od szefa.

– Licho nie śpi ino kusi. I dobrze.

– Co... lepsza? No bez przesady... jak to inną. Jeszcze bardziej złą? Myślisz to samo, co ja?

– A co ty myślisz?

– To co ty. Dwie pieczenie na jednym ogniu.

– Właśnie.

 

Głośno już o zdradzie we wszystkich zakątkach piekła... po cichu i nieoficjalnie. Szykuje się rozłąka. Grzesznicy na tym korzystają, gdyż diabły gorąco dyskutując, zapominają do ognia szczap dokładać. Maszyny torturowe po prostu nie działają a niektórzy potępieńcy, łażą gdzie chcą. Atmosfera wyczekiwania gęsta jak smoła, z której sączy się: ciekawość. A to pierwszy stopień do piekła, więc nikt nie narzeka. Para zamknęła się w sypialni, by przeprowadzić decydującą rozmowę. A przynajmniej wszystko na to wskazuje. Nawet zimno pali siarczyście, bo ogniska wygasły.

Niektóre, co odważniejsze diablątka podchodzą pod same drzwi, przykładając do nich włochate uszka. A nóż coś usłyszą. Nie wiedzą jednak o innej krótkiej rozmowie.

 

[Licho co wcześniej]

 

– Cześć. Jestem Lucyfernia. A tyś za pewne Diablomara? Zgadza się?

– A tobie co do tego. Spadaj.

– Kochasz się w Lucym? Ślepy grzesznik by zauważył.

– Oczywiście. Nie jestem taką pokraką jak ty. Spójrz na swoje skrzydła. Brudne pogniecione szmaty. A ducha złego w piórach tyle, co na kuprze kolibra!

– Nigdy go nie usidlisz. To ty jesteś szmatą, którą potępiony obesrał ciepłym gównem. A dupę masz płaską jak drzwiczki pieca.

– Obyś dobro musiała czynić. Babrać się w tym plugastwie. Zobaczysz, że będzie mój. Może nawet na rożnie skończysz jako oskubany kurczak.

 

Na peryferiach umysłu Lucyferni, zrodziła się ledwo wyczuwalna myśl, pewnej... prowokacji. Sama dobrze nie wie, dlaczegóż to zagaiła tego typu: konwersacje.

 

[O pazur później]

 

Wiele uszek słucha przy drzwiach sypialnej komnaty

– Przyznaj się Lucy. Jesteś potworem.Wcieleniem zła.

– Oczywiście. Czyżbyś nie wiedziała?

– Dla innych. Mnie miałeś kochać.

– A po diabła?

– Zdradzasz mnie. Przyprawiłeś mi rogi.

– Jak najbardziej.

– No zerknij bydlaku, jak ja wyglądam. Dobrze, że jeno: metaforyczne. Rozumiesz, że moja zemsta ciebie nie ominie.

– O tak... to rozumiem. Nauka nie poszła w las.

 

Niefortunny wybranek z racji emocjonalnej rozmowy, nie zauważył, że była wybranka musnęła jego chwaścik: Dziesięcioma Piórkami Dobra, o których akurat w czasie rozmowy, nie wiadomo dlaczego sobie przypomniała.

Po czym klątwą w niego rzuciła, kleistą jak luźne flaki rozbabrane w żółtym tłuszczu: oby ci dobro rozum odebrało!

Następnie wyfrunęła z piekła i tyle ją widziano.

 

[Licho co później. Tak jakoś trzy ziemskie lata ugotowane]

 

– Szefie. Ognia zabrakło. Mógłbyś: nachuchać?

– Synu. Chodź do mnie. Pogłaskam cię po rogach.

– Ależ szefie. Co z szefem. Nie można diabła głaskać jak dobrego.

– Skoro tak mówisz, to się mylisz. Proszę, bądź tak miły i przyprowadź resztę. Będziemy przytulać grzeszników. Dosyć się nacierpieli. Moje serce krwawi z tego powodu.

– Ależ szefie, że powtórzę: choryś? Co ona tobie zrobiła?

– To prawdziwy anioł. A gdzie się podziała?

– Wyfrunęła i zniknęła.

– Och, och... zostaw mnie samego. W kąciku łezki uronić muszę.

– Szefie! Błagam! Bądź zły!

– Opróżnić kotły. Żadnych zapiekanek. Maszyny zatrzymać. Opatrzyć rany. Dziadki jądrowe utulić do snu.

– To ja już sobie pójdę.

– Tylko nogi nie złam, mój ty drogi przyjacielu.Tu bardzo ślisko.

 

Znowu w piekle zamieszanie. Szef oszalał skoro tak się zachowuje jakby rozum postradał. Jak on może łezki ronić. Wstyd szanownej instytucji przynosić. Dobrze, że chociaż nie graniczymy z innym piekłem, bo tylko na pośmiewisko i lekceważące grymasy by nas naraził, swoim, jakże niestosownym zachowaniem. Może istnieje jakiś ratunek, by zbawienne zło powróciło.

I jeszcze to małe plącze się pod nogami. Akurat teraz, gdy taką hańbę przyszło znosić. Toż to gorsze od zła.

Odejdź! Nie mamy czasu się z tobą bawić. A sio. Poszła!

 

#

Lucyfernia szybuje daleko od piekła. Dopiero teraz do niej dociera, co miało dotrzeć. Mimo, że przebywała w piekle jakiś czas, to nadal nie rozumie wszystkiego do końca. I za pewne nie będzie jej dane, zgłębić tej tajemnicy. Przypomina sobie jednak i to ją trochę smuci, że dotknęła go nie tymi piórkami, co trzeba. Takimi, które były jedynie w pobliżu tych właściwych. No cóż. Tam już nie powróci. Wie, że nie mogła stamtąd czegokolwiek zabrać. Nagle to zrozumiała. W tamtej pamiętnej chwili. Będzie tęsknić. Trudno. Tak widocznie musiało być. A dlaczego? Nigdy się nie dowie. Nie zna całości planu.

 

#

[Jakiś czas minął, a to już trzecie zamieszanie plus radość szatańska]

 

Szef powrócił do zdrowia. Wścieka się z byle powodu. Przykleja błogi uśmiech na twarze szatanów. Jest przyschniętym plastrem odrywanym od rany. Może nawet od kilku, bo musi odrabiać zaległości. Grzesznicy mieli trochę pobłażania z racji tych: niewłaściwych stanów świadomości, co akurat im na dobre wyszło, ale teraz nie ma zmiłuj. Urlop się skończył. Czas wracać do cierpienia. Mają tylko nadzieję, że może kiedyś, znowu jakaś wyląduje, niczym zapomniany wyraz na końcu języka.

W końcu mają całą wieczność na czekanie.

 

– Dlaczego luzem biegają? Co tu się wyprawia do diabła?

– Przecież szef kazał. Nie nasza wina, że ozdrowienie przyszło nagle. Nie zdążyliśmy wszystkich....

– Powinniście wiedzieć, że jeno przez chorobę majaczę!!! Czyście poszaleli!!! Jakbym prawie w niebie przebywał.

– Ależ szefie...

– Tu nigdy nieba nie było, nie ma i po wsze czasy nie będzie. Czy wszystko jasne... znaczy ciemne?

– Piwo?

– Co piwo... ochlapusie! Chcesz po pijaku, zło mi ty czynić? Pohańbić naszą: świętość.

– Uchowaj...

– Zamilcz! Jeszcze jedna tak odzywka z domysłem, a przysięgam, że razem z potępieńcem skwierczeć będziesz na żwawym ogniu. Bądź zimną smołą lub wrzącą!! Jeno: ogarek. O kant dupy świeczkę!

– A szef może wysmażać tego typu głupoty.

– Ja to ja. Tyś młody. Jeszcze nasiąkniesz propagandą wroga. Takiego szczęścia mi tylko potrzeba.

– Szczęścia?

– Głupiś jak rogi od stołu! Pytam was biesy po raz wtóry: czy wszystko ciemne?

– Jak smoła, o której szef raczył wspomnieć!

– To znaczy?

– Wszystko ciemne!

– Tak trzymać... to znaczy: lać!

 

###~~~###

 

{Po dłuższym czasie}

 

Lucy siedzi w swoim gabinecie, grzejąc ogon przy kominku. Słyszy pukanie.

Do diaska! Kogo znowu diabli niosą?

 

–Wejść!!!

– Dzień dobry tato. To ja.

– Tylko nie: dobry.

– Szukam mamusi.

– Wcześnie się tobie przypomniało.

– Byłam zajęta.

– Mamusia odfrunęła. Zostawiła mi ciebie.

– A czemu?

– Skąd mam to wiedzieć... chociaż coś mi się jarzy, czemu...

– Czemu?

– Bo jestem inteligentny.

– A co to jest: ineli gege..tencja? Dupa z tego... trudno mi wymówić, tato.

– Dupa. To lubię. Idź już sobie. Nie zawracaj mi kopyta!!!

– Zobacz co zrobiłam z cienkiej skórki. Piekło i niebo. To się nakłada na rączkę i raz jest...

– Wywal to łajdactwo!!

– Taki jesteś zły i chcesz mi od dawna gardło poderżnąć? Przyznaj się pojebańcu!

– O... kciuk do góry... chętnie bym to uczynił, ale nawet zło ma pewne granice. Tyś córka ma.

– Zło nie ma granic. Ględzisz jak by ci kotłem odbiło.

– O... jak miło!

– Nie rymuj mi tu. Tu nie portal poetycki. I mamusi jestem też!

– Właśnie! Tfu!!!

– Czemu?

– Czemu sremu.

– A ja mam: różki i skrzydełka. A ty jesteś zafajdanym kaleką, bo masz tylko: jedno.

– Super nawijasz!

– A mnie dzisiaj grzesznik podrapał... o!!! A ciebie pokrako, do sześćset sześćdziesiątej szóstej potęgi, ominął.

– No nie. Co za wredne słowa. Git smażalnia!! Wierzę, że go walnęłaś jak zwykle: żelazną chochlą z przytupem.

– Jedną rączką walnęłam, aż siknął z bólu. Nawet jęknął przez wytrzaśnięte zęby.

– Świetnie. Moja krew.

– A drugą rączką z czułością obmyłam bolące miejsce.

– Ja pierdzielę!!!

Edytowane przez Dekaos Dondi (wyświetl historię edycji)

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • Piszę te wersy dla Was
      Każdy jest najlepszy ale paradoks życia sprawia, że tyle samo zła co dobra w nas. 
      Zapamietasz Nas, pokolenie wysłuchało co podświadomości lodowa góra ukryła pod powierzchnią fal morza.
      Zimna pustynia arktyki i podróż w stronę horyzontu, banita opusza stada brać by na samobójczej misji zamienić lód na kosmicznej próżni jeszcze większy chłód i brak gwiazd wokół które życiodajne ciepło chcą nam dać i w kolory ubrać dla Nas świat.
      To dla Was wszystko, to tylko moje litery, ułożone spółgłoskami w słowa, które w szaleństwie nazwanym dnem przyszło mi bezczelnie i niestety Wam podarować, mieć anioła, który brał co diabeł opętany w wersów kilka ubrał i w nieświadomości nawet nie przemyśłał, dziw brał ale uszy zatkał na własne krzyki skrzeczącego głosu z gardła które mu służy chyba jedynie tylko by łykać flaszka i flaszka mocne twarde trunki aż do dna za ostatni hajs, nie zapracowany ze swojego tronu który dostał by złorzeczyczyć temu który na srebrnej tacy podał mu widelec którym najpierw karmił a potem ostry nóż którym zabił brać i braci jakimi ich chciał mieć jak kosz pomarańczy mu podarowanych których na stole nie zauważył w złotym czepku który mu spadł na oczy i zamknął wzrok tak że tylko własny nos tam widział z czubkiem którym się stawał z kolejną flaszką za pieniądz wyżebrany lub ukradziony bo nie ma w nim kołaczy do pracy. Niezrozumiał nic z życia, którym szedł jak w ciemny las z tą czapką którą niewiadomo czemu urodzony Bóg go wybrał na los jak banany są tacy wiecie dziecie które ma lepiej a niewdzięcznie umie tylko być dla siebie bez wdzięczności i pokory wobec chamów którymi ich nazwał a życie mu z górki obaj w miłości dla jego jestejstwa przyszło stworzyć. 
      Ludzie są chorzy niby wszyscy tylko niezdiagnozowani, chcieliby każdego dziś leczyć tabletkami psychiatrzy byśmy byli posłusznie na smyczy w kagańcach posłusznie poddani.
      Nowy porządek świata. Oni mogą samolotami latać dla nas zielony ład i ograniczenie w cenie diesla i benzyny. Bunt zabity przez ich (Ich z dużej litery bo to nazwa własna tych iluminantów winnych nam spokój i miłość raj na ziemi i wymiatanie ludzi tego świata (światu ale wyrzygana mi w mgle licencja poetica pozwala mi przekręcić słowo albo słowa zmyślać (osobowość ksobna może to nie moja osoba zadedykowana tam nie wiem już sam (dziś nic nie wiem) (czwarty nawias liczę tym razem po piątym zamknę choć nie mam pomysłu co w nim wpisać podpowiedź by się przydała ale w samotności sięgam dna jak dna flaszki i dna jak upadam (według demokratycznego osądu ludzkości ale jednak się przydało to szaleństwo czasem nawet jako bandaż (ha mam piąty nawias myślę i się dzielę tym i piszę w szóstym niestety (może koniec tych w nawiasach dygresji) (po siódmym miałem skończyć bo to blisko Boskości w matematycznej interpretacji Biblijnej narracji) (ale skońćze po ósmym który nie wiem jak się interpretuje jak cztery któtre znaczy śmierć jak u Wieszcza cztery i cztery bo dwa razy zabije) (i zabiłem) (wiem dziewięć) (i dziesieść będzie bo jeszcze myślę że interpunkcję miałem w dupie i nie zamykałęm nawiasów otwieranych a może tak się nie robi nie wiem) (grafomani we mnie wiem piszę by pisać wyżyję się na tle białego tła na forum w internetach ściana tekstu żaden ze mnie pisarz żaden dziś poeta po prostu klikam te litery jak małpa i powstają teksty jak ta ściana która przeraża która oznacza szaleństwo, miałem nie robić tego więcej ale skasowany ef be i insta nic nie dał znalazłęm fora jak socjal media gdzie się piszą wiersze z prawdziwego zdarzenia a nie moje rymowane bardziej lub mniej teksty do czego się jutro nie będe chciał sam przed sobą przyznać i wstydem się spalę żem to wysłał w świat) (ale o czym to ja, jaka była główna myśl, trzeba wrócić myśle sobie przed pierwszzy nawias i nie wiem sam czy po tym chyba dwunastym już do zamknięcia chaosu dygresji nie do przełknięcia oczyma przez czytelnika którego wiem że tu ni ma i nie będzie bo skazany na zapomnienie jak w wizji mistycznej na substancji otwirajającej świat na ten niematerialny na codzień schowany gdzie został mi los pokazany grubasa klikającego w klawiaturę przez życie przechodzącego bez ruchu i bez rozejrzenia się by umrzeć w ogniu słońca bez sensu żył i niezauważony znikł samsara go wyrzuca ale to kara a nie nagorda na ciemnej materii zimnej drodze skończy się jego los tam a to ja bo to moja głowa i na własnych oczach to zobaczyłem a wszystko co widzę dotyczy mnie a wszystko co słyszę mnie dotyczy a świat jakim jest jakim się go widzi to tylko ty w tym to tylko ja widzę świat który goni hajs i pogrąża się w dramatach jak widzi smutek i zło, rój szerszeni zauważam w cywilizacjach jak nasza a to w senniku oznacza wroga (chyba) (i chyba był to trzynbasty nawiast a ten jest czternasty wracam do tego co mówił dwunasty a potem czas wrócić na początek gdzie otworzyłem pierwsze nawiasy (pierwszy nawias ale do ryma myśla mi się tak układać przyszła więc ryma żem ja napisał nie w myśl języka którym żem zaczął władać od rodziców nauczon gdziem urodzon jako Polak za co wdzięczni powinni być czytający wierszów wersów przekaz metafor mgłów rozwiewających umięjący poeci i interpretatorzy bo to język najlepszy do skłądania w rymy metaforów i przekazów dla pokoleń zapowiedzianych przez wieszczów bytów podróżnych wbrew linii śmiertelnych niewybranych dla 27 skrzydlatych z armii Boskiej Trójcy dających możliwości wbrew uczynkom ich i ich podłości piękność nad piękności (a za to co uczynił niech szczerznie w bezimmienym grobie no może z tabliczką tu spoczywa pojeb) (i przestałęm liczyć nawiasy i tylko pamiętam że miałęm wrócić z zapowiedzianych słow do tego co przed pierwszym a potem przed dwunastym ale chuj z tym) (niby ludzie inteligentni mają skłonność do używania przekleństw ale mi się wydaje (a tam mi się to może wydawać a to pewno nieprawda ja kłamca najgorszy zły dla Ciebie CIebie i świata byt) że jednak inteligentniejsze jest powstrzymać się od rzucania kurew i chujów pojebanych popierdolców ze słów nawet w przypadkach najgorszych napotkanych przeszkód zazwyczaj z ludzkich słów myśli i czynów wobec nas)))))))))))))) (to za mało nawiasów ale kto wie ile ich było może ktoś policzy ale nie ma tu odbiorców dla moich szaleńćzych słów wieć cóż wracam do tego co na początku)
      To dla Was
      Pamiętając o paradoksie naszego miasta wiedz że mieszka w nas anioł ale na wadze stojąc równoważy go ciężar diabła na szali 
      Wiem to szaleństwo ale tramwaje i autobusy jeżdżą tu jak chaos bez rozkładu jednocześnie przywożąc pasażerów na miejsce na czas i na miejsce (że się powtórze ale obiecuje jednej nawias i wracam do tego co dla Was)
      Spokój w oku cyklony choć w około wszystko lata jak chaos ponad definicję chaosu
      To jest w nas
      Słońce które daje życie, ciepłem promieni osiem minut drogi stąd w największej prędkości znanej w cyfrach ludzkośći na dziś i w odwrotnej drodze by zabrać życie i kolory które pryzmatem rozbitego w granicy atmosfery naszej Planet Ziemi Matki (nie jedynej wbrew przeszłości która dopiero niby ma być dla pewnych, n ie jedynej matki za co wybacz mi która była przy mnie zanim pierwszy oddech przyszedł, karmiącej i trwającej mi spokojem oceanicznej jedności zanim pierwszy krzyk i płacz i męki dla jej poświęcenia która wciąż jest przy mnie co nie jest dla mnie wbrew czynom i braku słowa Kocham którego się boje moim bez znaczenia (kończę nawias i wracam do Was)
      Gai której odległość od gwiazdy w centrum układu siedmiu czy tam ośmiu planet w tej Galaktyce na Drodze Mlekiem (i miodem oby Wam płynącej) usłanej 
      Gai której czas i miejsce we wszechświecie zauważ dało wyjątek wobec tego co wiemy o kosmosie, wyjątek cudem zauważ jest jakim jest człowiek
      Was pozdrawiam ludzie w tym momencie i zachwyciłbym się życiem gdybym nie był kim jestem kto je niszczył strachem i złem

      Anioł na przeciwwadze diabła może zrezygnować i zostawić miejsce dla kogoś kogo nazwiesz osobą jaka jest podła
      Jesteś miastem w którym rządzi paradoks pamiętaj
      Wszystko ma swój początek w jednym miejscu 
      Jak od jednego słowa 
      Jak od jednej liczby 
      Jak jedność która jest w Trzech Osobach która mogła zachwycić się Sobą i na tym pozostać a jednak postanowiła wykorzystać moc i tchnąć wszystko byś się znalazł, byśmy się znaleźli tu i teraz
      Jest jeden punkt wyjścia dla wszystko co na przeciwnych stronach 
      Dobro i zło wyszło z jednego miejsca więc tworzy jedność jak Yin i Yang tylko bardziej bo czerń i biel zanim powstały były jednym kolorem 
      Dla nas niezrozumiałym
      Jak miłość i strach które pozornie są sobie obce tworzyły jedną całość co może być niezrozumiałe jak jest dla mnie
      Jak czas który nie istniał a potem zaczął zmierzać ku granicom nieskończonym
      A musiałobyć coś wcześniej przecież
      I ten byt jest nie do pomyślenia dla nas jak coś może trwać bez początku i końca i jeszcze się rozszerzać
      Wpadnij w zachwyt pod kopułą nieba 
      Pod opieką słońca
      Pod okiem księżyca i odległych gwiazd ułożonych w horoskopy 
      Pod opieką się miej samego siebie
      I miej innych za tych którzy opieką obdarzeni przez Ciebie będzie Ci oddane w szczęściu niepoznanym jeszcze
      O czym ja pieprze
      Bluźnię
      Mieszam Boga z Diabłem
      Chcę by drugie przyjście Syna na świat ten skońćzyło się porozumieniem z piekłem na chwałę ludzkich dusz na chwałę życia 
      By nie było walki Jezusa z Szatanem
      Tylko (potocznie ale wybacz rym to rym rymowanie mi dziś na zgubę przyszło choć nie wyszło) żeby zbili sztamę
      By zapowiedziane ponowne przyjście na świat Syna było ku porozumieniu i zjednoczeniu ponownym piekieł z niebiosem
      szatanie zrozum proszę że i Tobie będzie lepiej że i Ciebie Bóg wysłucha w modlitwie choćby najprostszymi słowami to Ci się dotrzeć uda do Jego czekającego ucha
      Wiem że Bóg może wszystko i chce dla swoich istot i dla swojego stworzenia spokoju i szczęścia
      szatanie wróć do nieba
      Nie graj fałszywej nuty na skrzypkach
      Nie nieś sztucznego światła gdzie zimna lampa nie daje ciepła
      Zgaś czarny płomień ogniska
      I zobacz ogień Ducha który rozpala w Nas gdy na słowa hymnu odpowiada czynem nam


      KONIEC
      BARDZO PROSIŁEM BY TAK SIĘ STAŁO

      BY TEN TEKST PRZESTAŁ SIĘ PISAĆ

      I SIĘ UDAŁO

      POSTAWIŁEM SŁOWO KONIEC I OTO

      BARDZO PROSZĘ JAK KOŃCZĘ TO 

      NA ZGUBĘ ZACZĄŁEM POST TEN

      MOŻE GDY SKOŃĆZĘ TO...

       

      PS

      TO MIAŁO BYĆ DLA WAS A JEDYNIE BYŁO DLA MNIE 
      I TO JEDYNIE W TRAKCIE BO POTEM I MI TO NIE DANE BĘDZIE

      CHCIAŁEM BYĆ WSZĘDZIE

      JESTEM NIGDZIE
      NISZCZĘ I ZNIKNĘ JAK ZAPADNĘ SIĘ SAM W SOBIE

      ZABRANE ŚWIATŁO ODDANE TOBIE

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...