Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

 

 [Prolog]

 

Coś ją zaniepokoiło. Niby nic takiego. Odbłysk światła zaledwie. Gdzieś tam w oddali, na polance wśród drzew. Pragnie ominąć to miejsce, ale jakaś siła pcha ją w tamtym kierunku. Każe iść tam, gdzie leży tajemniczy przedmiot. Podchodzi z wahaniem, cofając się i znowu idąc do przodu. Wreszcie znajduje się całkiem blisko. To jest okrągłe. Wygląda jak lustro. Podchodzi jeszcze bliżej. Na ułamek sekundy jej cień zakrywa znalezisko. Dostrzega obraz swojego oka. Krwawi. Nie bardzo rozumie, o co w tym wszystkim chodzi. Pragnie uciec. Nic z tego. Jakby coś ją tu trzymało. Po coś musi tu zostać.

 

                        °          °          °          °          °          °          °          °          °          °

 

Jego szare ubranie, jest tak samo szare jak kolejne dni, które przeżywa. Rzadko spogląda przed siebie. Przyszłości przed sobą nie widzi, a przeszłość zostawił dawno w tyle. Nie ogląda się za siebie. Szara kostka chodnikowa, łaskawie dźwiga ciężar jego ciała. Cóż może na to poradzić. Po to ją zbudowano, żeby podtrzymywała innych, a sama była deptaną. Tak bardzo chciałby być kimś ważnym, uwielbianym i kochanym. Póki co nic na to nie wskazuje, że cokolwiek się w jego życiu zmieni. Na lepsze, na gorsze, byle nie wciąż to samo. Dzień za dniem, miesiąc za miesiącem, aż w końcu nic za niczym.

 

––––

 

– Z tamtym facetem jest coś nie w porządku. Zachowuje się co najmniej dziwnie.

– Może po prostu pijany. Mało takich tu się kręci.

– Na przykład ty ostatnio... nie wygląda na pijanego.

– Daj spokój. No dobra. Pochlałem i co z tego. To, że nie wygląda, nie zmienia faktu, że z nim coś nie tak.

– Faktycznie. Jakby się palił od środka.

 

–––––

 

Rozległy ogród pachnący jabłkami. Wspomnienie, które najbardziej zapamiętał. Czy w ogóle jabłka mogą pachnąć tak intensywnie. Wtedy jeszcze wszyscy byli. Siedzieli przy stole, takim zwykłym drewnianym. Aż się uginał od owoców. Kromki chleba posmarowane miodem, dopełniały całości. Nigdy nie zapomni tego smaku. A później wszyscy poszli do domu na obiad. Nie zdążyli zjeść. Ogień rozprzestrzenił się bardzo szybko. Nie wiadomo skąd i dlaczego. On jeden zdążył uciec. Wszyscy spłonęli. Dlaczego nie uciekali? Nigdy się tego nie dowiedział.

Przyszedł później na to miejsce. Zniknęły kolory dzieciństwa. Została szarość. Nigdy już się nie pozbierał. Zakładał tylko... szare, aż zwątpił, że cokolwiek się odmieni.

 

––––––

 

– Mamo, dlaczego ten pan płacze?

– Nie wiem skarbie. Z różnych powodów można płakać.

– Ale chyba widzisz, że on kogoś przytula.

– Nie córeczko. On jest sam.

– Ależ mamo. Przecież wiem, co widzę.

 

–––––––

 

Wtedy, w tym koszmarnym dniu, był święcie przekonany, że za te wszystkie wydarzenia, które tam nastąpiły, winę ponosił – stan jego umysłu. Dołek psychiczny. Oto gdzie był. Otaczającą rzeczywistość postrzegał jako – ser szwajcarski. Tyle miał dziur w pamięci, chociaż dopiero przeżył kilkanaście lat. Ponadto gnębiło go wrażenie, że obraz danego obiektu, dociera do jego oczu, wolniej niż zwykle. Jakby ktoś lub coś, hamowało prędkość światła i zmieniało go w jakiś sposób. A później miał wiele lat spokój. Prawie o tym zapomniał.

 

–––––––––

 

Ulica jest prawie pusta. Ludzi widzi niewiele. Patrzą na niego dziwnie. Od czasu do czasu, słychać gruchanie gołębi. Bardzo to go drażni.. Jak zresztą wszystko wokół. Dopiero teraz wspomnienia powracają, ze zdwojoną siłą. Nie może na tym zapanować. Widzi przed oczami osoby, których już nie ma. Nawet zaczyna je przytulać. Na środku ulicy. Płytki chodnikowe pokornie przyjmują jego łzy. Aż wreszcie, coś w nim pęka. Niby dlaczego inni mają mieć lepiej od niego? Już tyle wycierpiał i ma cierpieć nadal? Na dodatek - zupełnie niespodziewanie - zaczyna zbierać obrazy zachowane w lustrach. Trochę ich jest w oknach wystawowych. Tylko on ma taką możliwość. Jakby ktoś kiedyś je tam wrzucił, specjalnie dla niego. Może to całe zawirowanie ze światłem, które kiedyś mu się przytrafiło, było początkiem wspaniałego życia, na które musiał do dzisiaj poczekać. One go wzmacniają. Czuje się o wiele lepiej. Wierzy, że jakaś nieznana siła, pragnie mu pomóc, stać się kimś. Nie myśli jednak o selekcji, chociaż ma taką możliwość. Chłonie wszystkie. I ciągle mu mało.

 

–––––––––––

 

– No i mamy kolejne morderstwo.

– Szefie, tylko nie mów, że znowu...

– Tak. Musi mieć potworną siłę. Ofiara wygląda jak krwawy worek, z miazgą w środku.

– Biedna kobieta.

– Gdyby tylko biedna, to pół biedy.

– A to prawda, że miała usta nie do końca pomalowane?

– Tak niby stwierdzono. Cholera wie.

– Tak sobie myślę...

– Jestem pod wrażeniem... sorry... to z nerwów.

– Taa... akurat wierzę... no więc, skoro malowała, to raczej musiała użyć lusterka...

– Albo i nie. Miała wprawę.

– Ale lusterka szukano, tak?

– Tak.

– Znaleziono?

– Nie.

 

––––––––––––

 

Czuje się jak nowo narodzony. Zyskał tyle możliwości kamuflaży oraz innych przydatnych cech. Żadna siła go nie zniszczy. Tyle zwierciadeł na świecie i tyle obrazów do wchłonięcia. A każdy dodaje mu nowych sił i wszechstronnych doznań. Nawet umysły ludzkie się od czasu do czasu trafiają. Te głupie, potencjalne ofiary tyle razy tam spoglądały, aż zostawiły cząstkę siebie. Rozpoczął selekcje. Te mało przydatne odrzuca, bo nie są mu potrzebne. Są zbędnym balastem. Zbiera tylko ciemniejsze, bardziej rozpoznawalne, które jednocześnie łatwiej się wchłaniają. Jakby z własnej woli, pragnęły w nim zamieszkać. Niektóre lustra mają tyle do zaoferowana. Tyle przydatnych cech. To prawda, rusza go czasami namiastka sumienia. Że przecież mógłby wchłaniać te inne, mniej silne lecz bardziej... miłe. Nie pragnie takich myśli. Słabość nie dla niego. Chce mieć poczucie władzy, bo kiedyś nim poniewierano.

Znowu dostrzega w wyobraźni, drzewo jabłoni. Prawie czuje jej zapach. Otwiera w myślach słoik z miodem. Smaruje chleb... nie, to minęło. Życie mu odebrało. Nie ma sił być innym, nie teraz, kiedy nabiera rozpędu.

Niechętnie mu pomagają. Nie chcą oddawać lusterek. Na ulicy lub ze swoich domów. Wszędzie ma dostęp, pod różnymi postaciami. Nie ma wyboru. Musi je mieć. Żadna przeciwstawna siła nie jest mu w stanie przeszkodzić. A co dopiero zatrzymać.

 

––––––––––––––

 

– Co znowu szefie? To samo?

– O wiele gorzej. Cała rodzina.

– Ilu?

– Matka, ojciec i dwójka dzieci... cholera jasna, miałeś racje.

– To znaczy?

– W dziecinnym pokoju, odłamki lustra tkwiły w szyjach dzieci. Było całkiem spore, sądząc po ramie.

– A rodzice?

– Skręcono im karki.

– A reszta odłamków?

– Zniknęła.

 

=============================================================================================

 

Co za wspaniałe życie. Zyskałem jeszcze jedną cechę. Przenikania przez lustro, do innego lustra, by wyjść w innym miejscu. Na szczęście, wiele różnych kawałków jest porozrzucanych po świecie. Coś w rodzaju teleportacji. Mogę przybierać prawie dowolne kształty. To cholernie zabawne, jak przyszła ofiara, głaska rozkosznego pieska, lub tuli do rąk zagubione dziecko. Muszę jednak uważać. Najlepsze są bardziej odludne miejsca. W przeciwnym razie, tracę niepotrzebnie energię, by zakończyć problem.

Właśnie widzę pokaźny kawałek. Przecież nie będę nosił wszystkich przy sobie. Zabieram, wchłaniam co ważne, a jak jest puste, to wyrzucam.

Ten jest jeszcze pełen. Zostawię go takiego. Lubię się przeciskać. Ciekawi mnie w jakim miejscu wyjdę. Ciężko mi idzie. Za dużo obrazów wewnątrz.

 

–––––––––––––––––

 

– Chcesz szefie powiedzieć, że ten świr zabija... dla luster?

– Na to wychodzi.

– A jak on w ogóle wygląda.?

– Tego tak naprawdę nikt nie wie. Ludzie wygadują jakieś głupoty.

 

–––

 

Staram się wyjść na zewnątrz. Tylko coś jest nie tak. Jakby jakaś siła nie chciała mnie puścić. Czyżbym trafił na jakieś dziwadło, z przeciwnymi obrazami. Żaden mi nie pasuje. Takiego jeszcze nigdy ne trafiłem. Mam wrażenie, że znajduję się w gęstym miodzie. Zapach jabłek jest bardzo intensywny. Wchłaniam go, bo nic innego nie mogę. Muszę się jakoś wydostać. Cholera, ktoś na mnie patrzy. Poznaje to zwierzę. Zwykła sarna. Czuję jej cień na sobie. Wygląda na przestraszoną. Nawet nie wiem, jak w tej chwili wyglądam. Chyba krwawię. Dlaczego? Widzę, że chce uciekać, lecz nie potrafi. Przecież nie ma lustra. Czego się boi? Ten jej wzrok, spycha mnie do przepaści.

 

Coraz bardziej się zapadam. Nic nie mogę na to poradzić. Dostrzegam ogród i wszystkich co tam siedzą przy stole. Równocześnie odwracają się w moją stronę. Nie mają twarzy, dlatego nie uśmiechają się do mnie. W tle widzę białą sarnę.

Wiem, że już się stąd nie wydostanę. Zabiją mnie własne morderstwa. Utonę w obrazach, które chłonąłem, gdyż nad tymi nie mam już władzy..

Nagle zdaję sobie sprawę, że zmieniłem swój kształt. Nie wiem na jaki, Sarna pochyla się nade mną. Jej głowa jest ogromna. Ma dziwne oczy. Trudne do określenia. Wchłaniam jej cały obraz, a ona wchłania mnie.

ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ

 

– No dalej strzelaj, bo ucieknie. Taki piękny okaz.

– Robi się. Ty marudziłeś, a ja trafiłem.

 

––

 

– Proszę, częstujcie się. Specjalnie na waszą okazję przygotowałam.

– A co to za mięso?

– Sarnina. Pychota.

– Faktycznie. Bardzo dobra.

 

                                             

 

                                                                ''V''                        

                                                                    (((+)))°             

                                                   O            / /     / /               

                                               """"""""""""""""""""""""""""                                                         

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Niewątpliwą zaletą wiersza "pisanego w nocy" jest to, że nie wspomina o pustce i gwiazdach widzianych w lustrze ;) Co prawda jest tutaj mrokiem wypełniona przestrzeń, ale świeca, która nie boi się nocy - w sposób  uroczy rozświetla tę przestrzeń.  

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

        Tutaj zaczyna się noc. Fascynujący opis. O bliskości wnętrza czytałem i pisałem wielokrotnie. Oddechy świec znam na pamięć. Natomiast zacytowany fragment jest niebanalny. Jest oślepiającym punktem na krawędzi wiersza pisanego w nocy. Wybacz, że tak brutalnie, ale polubiłem Cię. Wiersz także mi się podoba. Ma bliski mi zapis, jest estetyczny, a spokojna narracja brzmi znajomo. Lubię jak ktoś do mnie tak mówi słowami wiersza. Pozdrawiam serdecznie :)
    • Jezioro w nocy, zimą mróz dotkliwy, duszę swoją winę — idę chłodny, inny. Przenikliwy lód… splótł się ze mną w jedność. Bosy życzeń taflą, czuć moją obecność. Księżyc lśniący, cichy… gwiazdy, sowy, lisy. - Proszę pokłon się — świat ujrzyj nowy, cudny. Cóż to? Słyszę głosy, ale nie natury, może duchy? Chcą zapłaty — kreatury. Dmący wiatr i sosny razem grają hymny. Czyjeś świecą oczy… czyżby to Marzanny? Kroczę znów strapiony… kory, cisy, wrony.   - Pokłoń proszę — grany świat miłością nuty.  Przyciągnięty wonią włosów, magią rogów, samowolny idę, oprzeć się nie sposób. Nie ma żadnych innych osób, innych głosów… Krok powolny, cichy… brnę wyznawców drogą. Kołyszący ciemny bór… „tyś mój, a ja twój“.   - Wiem, boleję pustką — twoją żałość dzielę.  Miłość jest okrutną… sarną, karą klaczą. Na dno uciekł wieniec — inny ulubieniec. - Gdybym tylko mógł… z nim bym poszedł w dół. - Gdzie rumieniec? Czyżbyś już watahą wilków? - Ja? Straceniec. Tylko parą łownych ptaków. - Parą — to ty rzekłeś. Chodź! Chodź nad rzekę.   Las misterny i drzew groby, szumy wody, idę w półprzytomny… w głąb żałoby. Wonny czuję dym, a wzrok mam mglisty, szary. Wtem puchacz… i jego dźwięk przeciągły, oschły. Zostały już modły… kuny, żubry, jodły.   - Wiem, że ból ukryty, znam twój szlak przebyty. - Cóż za dziwy! Nie ma takich wśród tych żywych. - Żywych — ty to rzekłeś. Ja inaczej rzeknę, złapię rękę, klęknę. Wierność swą przysięgnę. - Duszę wolę stracić, niż przysięgą płacić! - Nie bądź pewny… butny, gniewny… ale mądry. - Kimże jesteś? Zdradź to, proszę, jeśli można.  - Jestem zawsze, a przeszkodą czasy nie są. Piękny, ubiór szyty… wciąż apetyt wilczy. Głos mój… idą za nim tłumy, fruną chmury,  ofiarują jak ametyst… jestem błękit, jestem szafir, przesyt… pragną zdobyć wszyscy. Gdy zdobędą, nie chcą oddać — zwykła kradzież, ale jestem rozbój, grabież… jestem czerwień, Styczeń, Luty, Marzec… mógłbyś przysiąc?
    • @tetu   Oko do oka ;) Wiersz jest kaprysem poety, próbą żartu na własny temat. Przesyt szybko mija i znowu czuje głód. Głód życia zamienia w słowa wierszy. W ogrodzie zakwitają nowe kwiaty. Pozdrawiam :)   @Berenika97   Nie sięgasz dna dlatego, że w wierszu nie ma wody, tylko metr mułu.   @Jacek_Suchowicz   Jacku żartowałem na temat piękna mojego wiersza. Dziękuję za serducho, zapewne z kurantem. Niech bije i liczy szczęśliwe godziny. Nie lubisz takich komentarzy? O matko!  

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

       
    • Amor fati!   2021 (1919)  Tyle lat upłynęło, od roku tamtego,  Gdzie młodzieniec, taki ja, u stóp miał świat mały,  Mały, bo to swój własny, wolny od każdego,  Osadem nie pokryci, radośnie dni brzmiały.  Gdy przyszły zaś opady, nikt kto z nas przypuszczał,  Widzim się raz ostatni, krew bym swą upuszczał.    Za późno więc odkryłem, że osad nas pokrywa,  Mych to barwnych przyjaciół - co miła rodzina.  Nim wszystko osad pochłonął, nie znały więc dzieci  Czerwonych pyłków, kurzu, ni białych róż pęków,  Bo uśmiechy szerokie, lico w nocy świeci  Wśród tysiąca z płyty bloków, wśród wielu rozmów,    Młoda trawa, jej zapach – w pamięci, zawsze,  Chociaż gdy deszcz i śniegi - nic nie było straszne.  I ogniska płomienie, nieba co sięgały,  Wznoszą się ku górze i miejsca pozostały.  Na wieki przeznaczone, były one przecie,  Płytki pokryły miejsca, a ja bieli dziecię.    Gdy jesieni czas nastał, kolejne nieszczęście,  Bom się zakochał, gdy dzieckiem być miałem.  Myślałem - Boga nogi - złapałem nareszcie.  A Pan Bóg dawno krył - całym swoim ciałem.  Pyłków coraz to więcej, nie sposób oddychać,  W oczy złośliwie wchodzą, nie ma jak się cofać.    2022 (1920)  Pięknie mi tak się leży, piękniej śni o przeszłym,  Twarzyczki, co czerwone, białe, a ja blady  Wprost uwierzyć nie mogę, byłem dziecię pięknym,  Jakże to Fedon mówił? Śmierć jest aktem zdrady,  Dla Sokratesa zdrada, cóż dla Boga znaczę?  Może żem dużo czerpał, zużył cuda sprawcze?    I cieszą się ci ludzie, lecz z czego się cieszyć?  Zakochany tak bardzo, a siebie nie kocha,  Ale kocham, ja kocham - samą sztuką grzeszyć,  Ja kocham, ale kocham - gdy piękna jest mowa.  Zmarłych tekst zostawiony - jak to żaden język,  Więc i żadna mowa, gdy czytam – Gejzeryk.    Słyszałem, od złodzieja, że jedzenie drogie,  I słyszałem, że lekarz, w pracy często pije.  Byłem raz u takiego, miał dużo na głowie,  I mówiłem - po co dbać? Wszystko zaraz minie,  On zaś - żem najlepszy jest, po co głowę tracić?  Mówił tak, a ja jemu - chorobą się splamił.    To o nie miłości ból, to ból o młodości,  Bo młodość mi miłością, wszystkim co też zdrowie.  I siebie często pytam, jak wyjść bez zazdrości?  Jak wyjść na ludzi można? Dzwiami już ktoś powie,  Niech on sam idzie przez drzwi, ja wtem pójdę oknem,  Bom ja – ja amor fati – tej zasady piewcą.   
    • @Berenika97   Nic zaskakującego. Nie słyszałaś piosenek o króliczku, którego lepiej gonić, niż złapać :) Dziękuję Bereniko za przeczytanie. Świetny komentarz.
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...