Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Zgłoś

  • Niestety, Twoja zawartość zawiera warunki, na które nie zezwalamy. Edytuj zawartość, aby usunąć wyróżnione poniżej słowa.
    Opcjonalnie możesz dodać wiadomość do zgłoszenia.

    ×   Wklejono zawartość z formatowaniem.   Przywróć formatowanie

      Dozwolonych jest tylko 75 emoji.

    ×   Odnośnik został automatycznie osadzony.   Przywróć wyświetlanie jako odnośnik

    ×   Przywrócono poprzednią zawartość.   Wyczyść edytor

    ×   Nie możesz bezpośrednio wkleić grafiki. Dodaj lub załącz grafiki z adresu URL.



  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @Leo Krzyszczyk-Podlaś dziękuję, że to napisałeś :) tekst jeszcze przemyślę, bo warty jest przepracowania.
    • @Somalija jak zwykle odważny erotyk   ale ten demon upłynnienia - przedmówcy mają rację - to wszystko zależy z kim:)))))))))) - płynność finansowa bezwzględnie ważna z panią o odpowiedniej profesji - płynność alkoholowa na imprezie   wszystko idzie wyjaśnić i to jest najważniejsze :)))))))))    
    • zapomniane pamiętanie czasu w beztrosce modelowanie szepczesz - zostałeś w wodzie na zawsze   co czyni ciebie lepszym... brnięcie do przodu bez oglądania roztarta na proch słabość niedowierzania   jestem i byłem w podróży zapewne też chwilę pobędę potem spotkaliśmy się parokrotnie choć nie dałem Tobie odczuć - jesteś mi...              
    • @Czarek Płatak Nie zabiłam pająka choć byłam bliska zbrodni.To aluzja i odpowiedż moja dlaczego z obrazu nie ''wykroiłam nocy''............a przecież próbowałam zerwać pajęczynę z włosów......
    • Kochaj mnie tak jak… Po prostu kochaj mnie… (poczekaj, kartka wypadła mi z dłoni i zaszeleściła w przelocie z fałszywą lekkomyślnością) … i furkoczą skrzydła puszystej ćmy, która wiruje wokół żyrandola, wokół płomieni świec.   I uderza o klosz, wzniecając z pajęczyn szary pył zapomnienia.   Noc… Ta noc sina. Ta noc. Ta noc kolejna bez ciebie... Ta noc, w której zostało zanurzone nasze życie. Ta noc…   Wiesz, ja naprawdę cię kocham...   Siedzę teraz przy stole i piję, to znaczy piszę. To znaczy jedno i drugie.   A kiedy się zapatrzę z szeroko otwartymi oczami, widzę jak idą w oddali złachmanieni mężczyźni takim posuwistym krokiem w fufajkach i czapkach uszatkach.   Idą po lodowym, śnieżnym piekle syberyjskiej głuszy. Po pustkowiu. Idący z siekierami drwale z buchającymi im z ust obłokami pary. Pod butami trzeszcząca, oślepiająca w słońcu biel. Usypują się im spod butów grudki lodu. Wspinają się...   A ja wspinam się razem z nimi.. Ślizgam się. Upadam. Wstaję. Idę dalej… Ivan Denisowicz podaje mi rękę… Skąd tu nagle… Skąd, u licha, Sołżenicyn...   Skąd tu nagle… Nie wiem, skąd ta nagła wizja... Doprawdy…   Kołuje mi się w głowie. Majaczą widma od nadmiaru wrażeń...   Szklanka wyślizguje mi się z dłoni. Szklanka na wpół pełna i na wpół pusta. Z odciskami palców. Z liniami papilarnymi. Z jednoznacznym daktyloskopijnym dowodem konsumpcji.   Wiesz, siedzę i piszę, ale czy to ma być wiersz? Czy to miał być wiersz? Sam nie wiem, co. Może trochę za dużo wypiłem, na pewno za dużo, bo zapomniałem, kto miał być mistrzem nocnej ceremonii…   Jurij Kostogłotow? A ten, co tu nagle? Skąd się tu wziął?   Ach, to ten, co umiera na raka i zostało mu pół roku życia. Idzie, natykając się na motor wyjeżdżający z bramy. I jedzie wciąż pociągiem do tej kobiety, której nigdy nie spotka, bo wybrała innego.   A więc znowu Sołżenicyn. Wygląda przez okno ubielonej, małej chatki na wiecznym osiedleniu. Za nią rozległy horyzont. I zmierzch czerwonego słońca w chmurze owadów.   Szpaler zielonych topól majaczący w dali. Rozwiewane przez wiatr kondensacyjne smugi....   Dlaczego to jest tak daleko? Tak nieskończenie…   Aleksander ubogaca krajobraz jak tylko może. I coś szepcze do mnie. I coś mówi. Porusza milczącymi ustami tak, jak wtedy, kiedy się widzi we śnie.   Tak jak wtedy, kiedy mówi coś do mnie mój umarły ojciec. Nie słyszę go. Nie dosłyszę. Albowiem zagłusza go szum upływającego czasu. I tętno bijącego serca w tej ekstazie milczącego skupienia.   Aleksandrze, mówisz coś do mnie. Wiem, podniosłeś się, wprawdzie tylko na kolana, ale zawsze. Wiem… Macha ręką, jakby na pożegnanie. I znika. Rozwiewa się w jakimś uniesieniu podczas odpływającej godziny sierpniowego skwaru.   Zostałem sam.   Czy ty mnie kochasz? Zwracam się znowu do ciebie, kochana. To twoje milczenie. Ten twój upór...   Wiesz, była tu przed chwilą moja matka. Umarła. Przed chwilą albo i wieki temu. Nie wiem. To wszystko jest zbyt zagmatwane.   Stała przy otwartym szeroko oknie, wtedy, opierając się rękami o lastrykowy parapet któregoś sierpniowego popołudnia. W aureoli słońca jej włosy wznosiły się i opadały, jakby od oddechu...   Lecz… Nie ma. Nie ma jej tu. Znikła. Była mgnieniem. Jak ten krótki błysk słońca na szybie poruszanej niczyją ręką. Jak iskra.   I to zniknięcie… To twoje, matko… Pamiętasz?   Czy pamiętasz jeszcze?   Podziwialiśmy samoloty lecące, te srebrne ptaki w kobaltowym niebie, któregoś tam święta… I znowu te kondensacyjne smugi, jakby powracające wciąż w to samo miejsce obłe ciała pierzastych węży...   Wtedy...   Te majestatyczne, masywne byty, a jednak lekkie jak piórko. I ze świstem wiatru na ostrzach lśniących skrzydeł.   Na parapecie srebrna obrączka i łańcuszek. Zostały. I korale z plastiku bez żadnej wartości. A jednak ..   Spójrz, jeśli widzisz.   Trzymam właśnie w dłoni twoje przetarte zdjęcie. Jedyne. Choć nie jedyne wcale z młodości.   Popękana emulsja na twarzy, na powiekach zmrużonych od blasku.   Na krawędziach z plamami zacieków. Wygiętych.   Od ciągłych powtórzeń. … Od ciągłych..   (Włodzimierz Zastawniak, 2025-08-31)    
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...