Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano (edytowane)

jak zostanę świętym 

 

wyniosę myśli w torbie na śmieci 

wybrany jak żagiel 

bez łopotu oddam się na wiatr

bo przecież nie mam

zbyt wielu szans 

oprócz tego jednego gówno życia 

 

wysprzątam wszystkie zakamarki w głowie 

lśniący jak kryształ 

bez ambicji rozdam swój czas

przecież jest coś 

na czym mi 

szczególnie zależy gdy skończy się czas 

 

rozebrany do szkieletu

wyjdę na mróz 

zaśpiewam i zatańczę 

jurodiwym głupcem nie rozłożę się 

odwiedzę cię ilekroć mnie wspomnisz 

Edytowane przez Lahaj (wyświetl historię edycji)
Opublikowano

"wyniosę myśli w torbie na śmieci 

wybrany jak żagiel 

bez łopotu oddam się na wiatr

bo przecież nie mam

zbyt wielu szans 

oprócz tego jednego gówno życia" 

 

Ostatni wers mz zbyteczny 

 

"wysprzątam wszystkie zakamarki w głowie 

lśniący jak kryształ 

bez ambicji rozdam swój czas

przecież jest coś 

na czym mi 

szczególnie zależy gdy skończy się czas" 

 

Słyszę wiatr - szans - czas... Powtórzenie czas jednak wybija, ogólnie trzeci wers słabszy i tu bym szukał zmiany 

 

Lubie Cię czytać, świętym może nie będziesz ale poetą, dobrym poetą, bardzo możliwe, że tak 

 

Pozdr. 

 

Opublikowano

@Lahaj kilka perełek tu zapisales. Brawo

Czytałam Twoje wiersze kilkakrotnie, za każdym razem, gdy tu wracam, wychodzę z czymś nowym Dobrze piszesz Lahaj, widać że lewa i prawa dotlenione

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

Jest mi niewymownie miło tym bardziej ze  do pisania wróciłem po prawie 15 latach i dlatego tez czasu na zostanie dobrym poetą :-) mam mniej

 @calluna bardzo dziękuje za tak miła opinię i za to że mnie odwiedzasz.

 

pozdrawiam Was

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    •   Klaustrofobia podziemi rosła, im bardziej puste okazywały się kolejne pomieszczenia, nagie i ascetyczne w swoich małych pokutach. Brakowało jednego przejścia, aby cały poziom tworzył jeden spójny cykl, krąg piekieł, albo aureolę na głowie kościoła przemysłu. 

        Zderzony z ostatnią ścianą, Karol odwrócił się, żeby spojrzeć na ślady butów wybite w zalegającym prochu. Nie martwiąc się o pobrudzone spodnie, usiadł na ziemi i, aby nie musieć zamykać oczu, wyłączył latarkę. Rozczarowanie. Nienasycenie. Karol był zawiedziony - nawet nie fabryką, lecz samym sobą. Ciemność trzymała go w serdecznym uścisku, ale nadal dało się wyczuć drżenia przestrzeni z każdym przejeżdżającym samochodem, a spomiędzy zawieszonej pleśni przebijał się zapach płynu do prania. Może właśnie o to chodziło? Centrum zniewolenia jesteśmy my sami, próbujemy uciekać w egzotyczne kraje lub kariery, a mimo tego i tak nie możemy nigdzie znaleźć miejsca brutalnie prawdziwego, brudnego absolutu istnienia. Człowieka chowa się czystego, a dopiero jego zadaniem jest samogwałt - wyrwanie ze swoich trzewi czegoś, czym faktycznie można by powiedzieć, że się jest (bo przecież chyba nie ,,piątoklasistą”?). Mały chłopczyk zastanowił się nad zdjęciem z siebie wszystkich ubrań (o zgrozo - ubrań ,,do szkoły”), nad pozbyciem się fetoru higieny. Nie, to nie to, to byłoby głupie - myśli chłopaka wróciły z powrotem pod ziemię.

        Strużki wody zostawiały rude ścieżki spływając powoli po ścianach. Kiedy Karol z rodzicami mieszkali jeszcze w biedzie, w nędznym domku pod miastem, całe dnie upływały mu w jego ,,bazie” - wciśniętej pomiędzy rosnące na działce drzewa a siatkę ogrodzenia. Ze wstydem wspominał do dzisiaj dzień, kiedy grupka dzieci w jego wieku, w czystych ubraniach, na kolorowych rowerach, zapuściła się w jego ulicę (co było na tyle niezwykłą rzadkością, że jest to jedyna taka sytuacja, jaką Karol pamiętał), aż spotkali go, skulonego w swojej kryjówce. Z dziecinną ochotą próbowali z nim zacząć rozmowę, lecz on, jak nieoswojony dzikus, nie był nawet w stanie spojrzeć im w oczy. Speszeni, ruszyli dalej błotnistą drogą, która prowadziła chyba tylko do jakiejś żwirowni (sam Karol nigdy nie zagłębił się w tę uliczkę dalej niż koniec jego działki), najpewniej zapominając o dziwaku już w następnej minucie. Lecz Karol pamiętał to do dzisiaj. Pamiętał, jak po długiej minucie wreszcie dotarł do niego sens sytuacji, rzucił się on wtedy biegiem przez działkę, wyskakując spomiędzy krzaków na otwarte pole, biegł przez wysoką trawę z nadzieją zobaczenia jeszcze błysku ich plecaków, lecz przywarł wreszcie policzkiem do ogrodzenia, a na uliczce panowała absolutna cisza. Karol-dzikus wyrywał się z jakiegoś rezerwatu, wracając teraz na powierzchnię świadomości chłopca, jakby między rurami piwnicznej kotłowni odnalazł komfort zapomnianej bazy. 

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...