Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano (edytowane)

Oto kolejny rozdział mojej opowieści. Pominęłam część pierwszą, gdyż druga jest, moim zdaniem, ciekawsza. Jeśli chcesz przeczytać kolejne rozdziały, zapraszam na mojego bloga: ostatni-sen.blogspot.com. Bardzo prosiłabym o komentarze.

 

 

 

W krainie marzeń II

 

 

Kiedy otworzyłam oczy, z początku nie wiedziałam, gdzie się znajduję. Dopiero po dłuższej chwili dotarło do mnie, że leżę w łóżku w twoim domku letniskowym. Przetarłam pięściami sklejone snem powieki i rozejrzałam się po pokoiku. Moje spojrzenie zatrzymało się na moment na oknie – ze smutkiem stwierdziłam, że przez noc nie przestało padać. Niebo było zasnute ponurymi, szaroburymi chmurami, wielkie krople stukały o szybę tak, jakby pragnęły dostać się do środka.

 

Jako że leżałam zwrócona w stronę okna, przewróciłam się na plecy, a potem na prawy bok. Byłam pewna, że zobaczę ciebie, smacznie sobie śpiącego, głęboko i spokojnie oddychającego – jednak ku mojemu zaskoczeniu stwierdziłam, że twoja połowa łóżka jest pusta. Mocno mnie to zaniepokoiło, bo należałeś raczej do śpiochów i zazwyczaj budziłam się jako pierwsza.

 

Poczułam nieprzyjemne, przyspieszone bicie serca. Co się stało, że nie było cię obok mnie? Dokąd mogłeś się udać? Zaczęłam przekonywać samą siebie, że pewnie wszystko jest w porządku, że siedzisz na kanapie na parterze domku i pogrążasz się w lekturze jednej z tych swoich mądrych książek. Albo że żłopiesz po cichutku kawę bądź herbatę. Tak, uspokajałam swoje rozpędzone serce, że nie ma powodu do obaw. Że zupełnie niepotrzebnie się martwię.

 

Odrzuciłam kołdrę i wydostałam się z pościeli. Na moment przysiadłam na brzegu łóżka, bo lekko zakręciło mi się w głowie od nagłej zmiany pozycji. Gdy poczułam się już dobrze, chwyciłam leżący nieopodal na podłodze szlafrok i zarzuciłam sobie na plecy. Zwróciłam uwagę na fakt, że twój szlafrok leży obok mojego. Moje serce zadudniło nerwowo.

 

Otulając się połami szlafroka, ostrożnie zeszłam na dół. Starałam się stawiać kroki ostrożnie, by robić jak najmniej hałasu. Poczułam, że moje serce ruszyło pełnym galopem.

 

Gdy pokonałam ostatni stopień, odetchnęłam z ulgą. Zobaczyłam, że siedzisz w fotelu, z nogami podwiniętymi pod siebie, i notujesz coś zawzięcie w czarnym brulionie, wspartym o jedno z twoich kolan. Nie od razu zauważyłeś moje pojawienie się. Dopiero gdy ruszyłam w twoją stronę, oderwałeś wzrok od zeszytu. Uśmiechnęłam się leciutko, mając nadzieję, że odwzajemnisz uśmiech. Ty jednak spoglądałeś na mnie ze smutkiem w zielonych oczach. Wciąż gniewałeś się na mnie za ten las! Gdy chciałam otworzyć usta i ponownie zacząć się tłumaczyć, uniosłeś lewą rękę na znak, żebym sobie odpuściła. Posłałeś mi jeszcze jedno ponure spojrzenie i jakby nigdy nic wróciłeś do bazgrolenia w notatniku.

 

Stałam z opuszczonymi ramionami, nie mając pojęcia, co zrobić w takiej sytuacji. Szukałam pomysłu, w jaki sposób mogłabym poprawić ci nastrój. Myślałam gorączkowo, czym mogłabym cię pozytywnie zaskoczyć. Seks raczej odpadał, to było zbyt trywialne… Namiętny pocałunek też nie wchodził w grę, bo pewnie nie dałbyś mi się pocałować.

 

I nagle przyszło mi do głowy coś, co sprawiło, że uśmiechnęłam się do siebie szeroko.

 

Postanowiłam, że nakarmię cię truskawkami, które przezornie ze sobą zabrałam. Chciałam jednak nakarmić cię w nieco nietuzinkowy sposób…

 

Odwróciłam się na pięcie i udałam do kuchni. Zajrzałam do lodówki, z której wydostałam moją tajną broń. Trzymając zimne, przezroczyste pudełeczko w dłoniach, ruszyłam w stronę pokoju.

 

Usłyszałeś szelest moich kroków, bo ponownie na mnie zerknąłeś. Na widok pudełka truskawek w moich dłoniach twoje oczy nagle się rozszerzyły. Nie dało się ukryć, że jesteś zaskoczony, bo spoglądałeś na mnie pytająco. Ku mojej uciesze, odłożyłeś zeszyt i długopis na pobliski stolik i wyprostowałeś nogi. Chciałeś się odezwać, lecz ja położyłam wskazujący palec na ustach. Bardzo grzecznie mnie posłuchałeś.

 

Uśmiechając się od ucha do ucha, podeszłam do ciebie. Gdy stanęłam nad tobą, zerkając ku tobie kokieteryjnie, zauważyłam, jak z trudem przełykasz ślinę. Twoje jabłko Adama gwałtownie się poruszyło. Ja, zupełnie bezpardonowo, rozsiadłam się okrakiem na twoich udach. Wtedy też otworzyłam pudełko z owocami. Ich słodki zapach natychmiast rozszedł się po pokoju. Gdy rzuciłam ci kolejne powłóczyste spojrzenie, zauważyłam, że oblizujesz wargi. Ujęłam jedną z truskawek za szypułkę i zawiesiłam ją nad twoją głową. Chciałeś ugryźć owoc, lecz ja w ostatniej chwili cofnęłam rękę. Spróbowałeś ponownie, ale i tym razem ci na to nie pozwoliłam. Aby podgrzać atmosferę, szeptałam ci do ucha niepokorne słowa. Drżałeś, gdy mój oddech spływał po twojej szyi. Kiedy w końcu zacząłeś prosić, abym pozwoliła ci spróbować truskawkę, zlitowałam się. Gdy wbiłeś zęby w pokaźny, słodki owoc, czerwony miąższ spłynął po twojej brodzie. Nachyliłam się, aby go zlizać. Wiedziałam, że to cię podnieca.

 

W podobny sposób droczyłam się z tobą, podtykając ci pod nos kolejne truskawki. W pewnym momencie włożyłam sobie jeden owoc do ust i zasugerowałam, abyś ugryzł wystający kawałek. Tym sposobem nasze wargi się zetknęły. Mmm, jaki słodki był ten pocałunek… Byłam wniebowzięta, że udało mi się poprawić twój humor. W twoich zielonych oczach znów paliło się to znajome światło, które pojawiało się, gdy byłeś spokojny.

 

Niestety, truskawki prędko się skończyły. Puste pudełko odstawiłam na stół i zsunęłam się z twoich kolan. Byłeś uśmiechnięty od ucha do ucha. Gdy wróciłam na kanapę i usiadłam obok ciebie, znienacka ująłeś moje dłonie. Spojrzałeś mi w oczy tak, jakbyś nie widział mnie przez wiele lat. W pewnym momencie dostrzegłam, że spod twojej powieki wydostaje się wielka łza. Wiedziałam jednak, że jest to łza szczęśliwa, bo wciąż się uśmiechałeś.

 

Nie puszczając moich rąk, zacząłeś mnie przepraszać. Za to, że posądzałeś mnie, iż nie dotrzymam danego ci słowa. Że pomimo twoich ostrzeżeń udam się do lasu. Prosiłeś, abym ci wybaczyła, że mi nie dowierzałeś… Gdy tak mówiłeś, poczułam, jak w moim gardle powstaje dławiąca gula, a do oczu cisną się łzy wzruszenia. Byłam do tego stopnia poruszona twoimi słowami, że sama się rozpłakałam. Podniosłeś prawą rękę i zgarnąłeś łzy z moich policzków. Przysunąłeś się bliżej mnie i przyłożyłeś głowę po mojej piersi. Wiedziałam, że słuchasz bicia mojego serca. Lubiłeś to robić. Dziś moje serce uderzało wyjątkowo mocno. Gładziłam cię czule po jasnej główce, szepcząc uspokajające słowa. Słyszałam, jak niezbyt głośno pociągasz nosem.

 

Przytulaliśmy się do siebie przed dobre kilka minut. Czekaliśmy, aż nasze emocje opadną. Gdy w końcu ochłonęliśmy, wyprostowałeś się. Miałeś na sobie czarną koszulę i czarne sztruksy, ja wciąż byłam ubrana w szlafrok. Przez chwilę miałam wrażenie, że zechcesz pozbawić mnie tego szlafroka, ale w tym momencie najwyraźniej nie miałeś na to ochoty.

 

Nagle przypomniałam sobie o zeszycie, w którym tak zajadle notowałeś dzisiejszego ranka. Brulion leżał spokojnie na stole, tuż obok długopisu. Zapytałam cię, co takiego w nim zapisywałeś. Nagle na twojej słodkiej buźce pojawił się szkarłatny rumieniec. Prawą ręką zacząłeś masować swój kark. Nie chciałam na ciebie naciskać – czekałam, aż sam mi o wszystkim powiesz. Dopiero po dłuższej chwili, zerkając na mnie nieśmiało, oznajmiłeś, że pisałeś piosenkę. Piosenkę o mnie.

 

Poczułam, jak zadrżało moje serce. Zapytałam cię, o czym dokładnie była ta piosenka. Zdradziłeś mi, że pisałeś o tym, jak mocno mnie kochasz. Na te słowa poczułam, jak ponownie zbiera mi się na płacz. Spojrzałam w górę, aby powstrzymać łzy. Gdy udało mi się uspokoić, zapytałam cię, czy mogłabym przeczytać ten tekst. Widziałam, że trochę się krępujesz, ale w końcu sięgnąłeś po zeszyt i wręczyłeś go mnie. Rozsiadłam się wygodnie na kanapie i otworzyłam brulion.

 

Byłam zachwycona twoim charakterem pisma. Było niezwykle zgrabne. Bez trudu można było cię rozczytać. Nie dało się ukryć, że jesteś artystą. Zaczęłam kartkować notatnik, szukając strony, na której spisałeś piosenkę o mnie. W końcu ją odnalazłam.

 

Czytałam tekst z zapartym tchem. Przeczytałam go kilka razy, aby zapamiętać słowa. Gdy zamknęłam zeszyt i spojrzałam na ciebie, znów poczułam, jak wzruszenie ściska mnie za gardło. Piosenka była wspaniała i od razu ci o tym powiedziałam. Z rozrzewnieniem zauważyłam, że ponownie spąsowiałeś. To było takie urocze i słodkie. Aby wyrazić ogrom mojego zachwytu, ujęłam jedną z twoich dłoni i na jej wierzchu złożyłam kilka pocałunków. Uwielbiałam twoje dłonie. Były bardzo delikatne i szczupłe, jedynie opuszki palców lewej dłoni były stwardniałe od gry na gitarze.

 

Gdy wreszcie wypuściłam twoją rękę, nasze spojrzenia jednocześnie zatrzymały się na oknie. Nie zauważyliśmy, kiedy przestało padać. Niebo znienacka rozpogodziło się, do pokoiku wpadł złoty odblask słońca. Uznaliśmy to za dobry znak.

 

Ścienny zegar wskazywał dziewiątą rano. Oboje poczuliśmy, że jesteśmy mocno głodni. Nie pamiętaliśmy, kiedy jedliśmy po raz ostatni. Udałeś się do kuchni, by przygotować coś na ząb, ja tymczasem poszłam się ubrać. Gdy wróciłam do saloniku, śniadanie było już gotowe. Mmm, uwielbialiśmy bułeczki z truskawkowym dżemem! Posiłek popijaliśmy gorącą kawą. Byłam pewna, że nie spałeś całą noc, bo miałeś lekko podkrążone oczy. Na moment obudziły się we mnie wyrzuty sumienia, ale czym prędzej się ich pozbyłam. Udało mi się załagodzić sytuację i nie chciałam jej ponownie psuć. Na szczęście, byłeś zbyt pochłonięty śniadaniem, żeby zauważyć, o czym myślę.

 

Gdy najedliśmy się do syta, zebrałeś brudne naczynia i poszedłeś odnieść je do zlewu. To było bardzo miłe z twojej strony, że nie pozwalałeś mi zmywać. Rozpieszczałeś mnie do tego stopnia, że momentami czułam się jak prawdziwa księżniczka.

 

Gdy wróciłeś do pokoju i usiadłeś obok mnie, zapytałam, czy zagrałbyś mi kiedyś tę piosenkę. Rzuciłeś mi nieco szelmowskie spojrzenie i odparłeś tajemniczo, że już wkrótce. Nie wiedziałam, jak rozumieć to „wkrótce”. Ty jednak tylko uśmiechnąłeś się i posłałeś mi perskie oko. No cóż, nie miałam innego wyjścia, jak uzbroić się w cierpliwość… Znałam doskonale twoją pomysłowość, więc byłam pewna, że czekasz na wyjątkowy moment.

 

Przez kilka minut pogrążaliśmy się w milczeniu. Gdy spojrzałam przez okno i zobaczyłam lazurowe niebo, zapytałam cię, co będziemy robić dzisiejszego dnia. Niestety, ale jutro po południu będziemy musieli wracać do domu. Byłeś umówiony na próbę z chłopakami i nie mogłeś tego przesunąć. Na moje pytanie odparłeś, że wieczorem możemy rozpalić ognisko. Niestety, nie wzięliśmy ze sobą kiełbasek, ale mimo to uważałeś to za dobry pomysł. Zdradziłeś mi, że w szafie na piętrze znajduje się gitara i mógłbyś coś zagrać.

 

Na twoje słowa zareagowałam jak mała dziewczynka. Klasnęłam radośnie w dłonie i roześmiałam się serdecznie. Gdy lekko ochłonęłam, zapytałam cię, co będziemy robić, zanim nadejdzie wieczór. Ty wtedy przysunąłeś się ku mnie… Twoja niegrzeczna dłoń wtargnęła pod mój podkoszulek, trafiając na biust… Szepnąłeś mi do ucha, że właśnie to chciałbyś robić…

Edytowane przez Koziorowska (wyświetl historię edycji)

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • ───

      I. Moskwa – Odessa
      Który już raz lecę z Moskwy do Odessy –
      I znów złapali mnie w nie linii lot!
      Ale oto nadlatuje księżniczka-błękitka stewardesa messy,
      Niezawodna niby Wołga wszystkich flot.

      Nad Murmańskiem ni chmurki – rejs mych snów,
      I mógłbym teraz być już w Aszchabadzie,
      albo w Trieście...
      Otwarty Kijów, Charków, Kiszyniów, Lwów,
      Wszystkie otwarte, lecz ja chcę być w Odessie wreszcie...

      Mówili mi: „Nie licz na te adresy,
      Na żaden z niebios komunizmu dar”.
      A tu mi znów opóźniają mój lot do Odessy –
      Teraz jest oblodzony pas na start!

      A w Leningradzie z dachu woda kapie,
      Więc może mi pisane lecieć do Leningradu?
      Tbilisi to jedyny jasny punkt na tej podniebnej mapie,
      Tam herbata rośnie w sadzie, lecz ja Tbilisi mam w głębokim rozkładzie!

      Słyszałem, że Rostowianie idą w kurs!
      A mnie głupiemu wciąż chce się do Odessy,
      Ale mnie trzeba tam, gdzie od trzech dni nie honorują promesy,
      I dlatego opóźnili ludzkiej surówki spust!

      Ja muszę lecieć tam, gdzie chłód i lód,
      Gdzie jutro zapowiadają taaaki śnieg,
      Choć wszędzie indziej nieba czystego w bród,
      To miło, ale nie po to wrzuciłem piąty bieg!
      Nie wypuszczają mnie tu i nie wpuszczają tam,
      Niesprawiedliwe to, ale nie poradzę nic –
      Stewardesa, cudnie złudna, siódme niebo obiecuje nam,
      A z góry na nas patrzy tej całej floty widz!

      Otwarty najsłodszych smakołyków wielki tort,
      Lecz, by tam lecieć najsłodsze słodycze mnie nie skuszą.
      Otwarty nawet Władywostoku zamknięty port!
      I Paryż jest otwarty, ale tam jechać nie muszę.

      No, wreszcie! Pogoda, jak drut, dobry wiatr sprzyja skrzydłom,
      Samolot się napręża, śmigła w ruch, pełny bak,
      Lecz już nie wierzę, bo – mnie i tak tam nie przyjmą!
      Znajdą powody nawet, gdy powodów brak...

      Ja muszę lecieć tam, gdzie zamieć i mgła,
      Gdzie jutro gradobicie zapowiadają.
      Londyn, Delhi, Magadan przede mną się otwierają,
      Wszystkie stoją otworem, ale nie dla mnie ta w ciuciubabkę gra!

      Masz rację – śmiej się albo płacz: jestem znów na starych adresach,
      I masz: znowu spóźnienie, niedostępny lot –
      I smukła jak TU-104 stewardesa – panna Odessa,
      Tak przystępna, jak ten cały fłot,

      Znów mnie przestawia na ósmą zero dźwięk,
      A towarzysze pasażerowie posłusznie zasypiają w krąg,

      Mam tego dość już, psia kość,
      I lecę tam, gdzie mi pozwalają!
      Mam tego dość, już mnie całkiem zżarła złość,
      I lecę tam, gdzie mi otwierają!
      II. Polowanie na wilki
      Biegnę z całych sił, szarpię każdym ścięgnem,
      Ale dziś – jest jak jutro, i wczoraj, i potem
      Otoczyli mnie, otoczyli ciasnym kręgiem
      Rozwścieczają mnie do szpiku mej wilczej istoty.

      Dwururki schowały się w cień jódł
      Tam myśliwi skryli się swą sforą podłą;
      Wilki tarzają się w śniegu, co stopił się i zmókł
      Wystawiając się na łatwy strzał tych ogrów,

      Refren:
      Polowanie na wilki trwa, trwa polowanie!
      Na szare samce, matki i szczenięta.
      Gończy krzyczą, psy szczekają, a przynęta -.
      To na śniegu krew i plamy krwawych flag.

      W tej walce wilka z łowcami nie ma żadnych praw,
      Strzelającym nie zadrży ręka,
      Ogrodzili naszą wolność krwawych szmat strzępami,
      Biją bez litości, a ich kula celu sięga.

      Wilk nie może złamać tradycji czasem uświęconej;
      Widzisz te ślepe szczenięta? Ledwo od sutka matki odstawione
      Wyssały z jej mlekiem, czy to wilk czy ptak
      Prawdę jedyną: „Strzeż się ludzkich flag!”

      Refren 

      Łapy u nas i szczęki wytrwałe.
      Dlaczego, wodzu, proszę powiedz mi,
      Gonimy za szczeniakami i ubijamy je jednym strzałem,
      Łamiąc zakaz, że nie wolno ich bić!

      Wilk nie może inaczej. Sucho, to takie wilcze prawo.
      A moje dni już są policzone.
      Myśliwy już broń ujął w rękę prawą
      Z uśmiechem, i kulą, dla mnie przeznaczoną.

      Refren

      Wyszedłem ze świętego kręgu krwawych flag —
      Chęć życia jest we mnie silniejsza!
      I usłyszałem za sobą westchnienia, wrzask
      I krzyk myśliwych. Ich zdobycz będzie dziś mniejsza.

      Szarpię się z całych sił, gnam każdym strzępem ścięgna,
      Ale dziś – widzę jutro niż wczoraj jaśniejsze.
      Otoczyli mnie, otoczyli w krwawych kręgach,
      Ale gończym nic nie zostanie w rękach!

      Refren
      III. Polowanie z helikopterów
      Jak brzytwa, świt przeciął nam oczy,
      I otwarła się brama hangaru,
      A my przecieramy szlak, przez śnieg nasz tłum się toczy
      Most chrzęsci pod naszym ciężarem.

      A oni trzepotali skrzydłami tuż nad tajgą,
      A śnieg wolno spada z gałęzi świerków.
      A na naszym szlaku, nad tą krwawą bajką,
      Śmigłowca huk był jak psa warkot.

      Refren:
      Jest polowanie z helikoptera, hej na łów!!
      Na wilki szare, uparte i gniewne
      Ci, co usiedli u karabinów sterów - jest ich dwóch,
      Już zapomnieli o litości pewnie—

      A kule koszą wsio stworzenie.
      Biegnę i wdycham te mroźne opary,
      Lecz nie zdołam uciec już przed przeznaczeniem.

      Mechaniczne potwory nade mną krążą jak janczary.
      A ja biorę oddech jeszcze jeden w wilczy pysk,
      Lecz łopaty wyją coraz bliżej, wyraźniej,
      A ziemia pod mymi łapami aż kwiczy ziemi bryzg
      Śmieją się z kokpitu: „Dawaj! Raźniej!”

      I spuszczają mi na zad ołowiu deszcz.

      Refren

      Leżę pod drzewem złamanym, w mchu schroniłem się;
      Gdzieś przegapiłem ten zjazd na tyłku.
      I niech ci na górze próżno szukają mnie –
      Zostanę na dole; wpadłeś w zasadzkę, wilku!

      A ten piekielny huk rozpłynął się, znikł wtem;
      Znów śnieg na bagnach wolno pada;
      Wstałem, strząsnąłem silnika ryku mgłę,
      Żyję! Nie zabijecie mnie nigdy, gady!

      ───
       

       

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • ─── I. Moskwa – Odessa Który już raz lecę z Moskwy do Odessy – I znów złapali mnie w nie linii lot! Ale oto nadlatuje księżniczka-błękitka stewardesa messy, Niezawodna niby Wołga wszystkich flot. Nad Murmańskiem ni chmurki – rejs mych snów, I mógłbym teraz być już w Aszchabadzie, albo w Trieście... Otwarty Kijów, Charków, Kiszyniów, Lwów, Wszystkie otwarte, lecz ja chcę być w Odessie wreszcie... Mówili mi: „Nie licz na te adresy, Na żaden z niebios komunizmu dar”. A tu mi znów opóźniają mój lot do Odessy – Teraz jest oblodzony pas na start! A w Leningradzie z dachu woda kapie, Więc może mi pisane lecieć do Leningradu? Tbilisi to jedyny jasny punkt na tej podniebnej mapie, Tam herbata rośnie w sadzie, lecz ja Tbilisi mam w głębokim rozkładzie! Słyszałem, że Rostowianie idą w kurs! A mnie głupiemu wciąż chce się do Odessy, Ale mnie trzeba tam, gdzie od trzech dni nie honorują promesy, I dlatego opóźnili ludzkiej surówki spust! Ja muszę lecieć tam, gdzie chłód i lód, Gdzie jutro zapowiadają taaaki śnieg, Choć wszędzie indziej nieba czystego w bród, To miło, ale nie po to wrzuciłem piąty bieg! Nie wypuszczają mnie tu i nie wpuszczają tam, Niesprawiedliwe to, ale nie poradzę nic – Stewardesa, cudnie złudna, siódme niebo obiecuje nam, A z góry na nas patrzy tej całej floty widz! Otwarty najsłodszych smakołyków wielki tort, Lecz, by tam lecieć najsłodsze słodycze mnie nie skuszą. Otwarty nawet Władywostoku zamknięty port! I Paryż jest otwarty, ale tam jechać nie muszę. No, wreszcie! Pogoda, jak drut, dobry wiatr sprzyja skrzydłom, Samolot się napręża, śmigła w ruch, pełny bak, Lecz już nie wierzę, bo – mnie i tak tam nie przyjmą! Znajdą powody nawet, gdy powodów brak... Ja muszę lecieć tam, gdzie zamieć i mgła, Gdzie jutro gradobicie zapowiadają. Londyn, Delhi, Magadan przede mną się otwierają, Wszystkie stoją otworem, ale nie dla mnie ta w ciuciubabkę gra! Masz rację – śmiej się albo płacz: jestem znów na starych adresach, I masz: znowu spóźnienie, niedostępny lot – I smukła jak TU-104 stewardesa – panna Odessa, Tak przystępna, jak ten cały fłot, Znów mnie przestawia na ósmą zero dźwięk, A towarzysze pasażerowie posłusznie zasypiają w krąg, Mam tego dość już, psia kość, I lecę tam, gdzie mi pozwalają! Mam tego dość, już mnie całkiem zżarła złość, I lecę tam, gdzie mi otwierają! II. Polowanie na wilki Biegnę z całych sił, szarpię każdym ścięgnem, Ale dziś – jest jak jutro, i wczoraj, i potem Otoczyli mnie, otoczyli ciasnym kręgiem Rozwścieczają mnie do szpiku mej wilczej istoty. Dwururki schowały się w cień jódł Tam myśliwi skryli się swą sforą podłą; Wilki tarzają się w śniegu, co stopił się i zmókł Wystawiając się na łatwy strzał tych ogrów, Refren: Polowanie na wilki trwa, trwa polowanie! Na szare samce, matki i szczenięta. Gończy krzyczą, psy szczekają, a przynęta -. To na śniegu krew i plamy krwawych flag. W tej walce wilka z łowcami nie ma żadnych praw, Strzelającym nie zadrży ręka, Ogrodzili naszą wolność krwawych szmat strzępami, Biją bez litości, a ich kula celu sięga. Wilk nie może złamać tradycji czasem uświęconej; Widzisz te ślepe szczenięta? Ledwo od sutka matki odstawione Wyssały z jej mlekiem, czy to wilk czy ptak Prawdę jedyną: „Strzeż się ludzkich flag!” Refren  Łapy u nas i szczęki wytrwałe. Dlaczego, wodzu, proszę powiedz mi, Gonimy za szczeniakami i ubijamy je jednym strzałem, Łamiąc zakaz, że nie wolno ich bić! Wilk nie może inaczej. Sucho, to takie wilcze prawo. A moje dni już są policzone. Myśliwy już broń ujął w rękę prawą Z uśmiechem, i kulą, dla mnie przeznaczoną. Refren Wyszedłem ze świętego kręgu krwawych flag — Chęć życia jest we mnie silniejsza! I usłyszałem za sobą westchnienia, wrzask I krzyk myśliwych. Ich zdobycz będzie dziś mniejsza. Szarpię się z całych sił, gnam każdym strzępem ścięgna, Ale dziś – widzę jutro niż wczoraj jaśniejsze. Otoczyli mnie, otoczyli w krwawych kręgach, Ale gończym nic nie zostanie w rękach! Refren III. Polowanie z helikopterów Jak brzytwa, świt przeciął nam oczy, I otwarła się brama hangaru, A my przecieramy szlak, przez śnieg nasz tłum się toczy Most chrzęsci pod naszym ciężarem. A oni trzepotali skrzydłami tuż nad tajgą, A śnieg wolno spada z gałęzi świerków. A na naszym szlaku, nad tą krwawą bajką, Śmigłowca huk był jak psa warkot. Refren: Jest polowanie z helikoptera, hej na łów!! Na wilki szare, uparte i gniewne Ci, co usiedli u karabinów sterów - jest ich dwóch, Już zapomnieli o litości pewnie— A kule koszą wsio stworzenie. Biegnę i wdycham te mroźne opary, Lecz nie zdołam uciec już przed przeznaczeniem. Mechaniczne potwory nade mną krążą jak janczary. A ja biorę oddech jeszcze jeden w wilczy pysk, Lecz łopaty wyją coraz bliżej, wyraźniej, A ziemia pod mymi łapami aż kwiczy ziemi bryzg Śmieją się z kokpitu: „Dawaj! Raźniej!” I spuszczają mi na zad ołowiu deszcz. Refren Leżę pod drzewem złamanym, w mchu schroniłem się; Gdzieś przegapiłem ten zjazd na tyłku. I niech ci na górze próżno szukają mnie – Zostanę na dole; wpadłeś w zasadzkę, wilku! A ten piekielny huk rozpłynął się, znikł wtem; Znów śnieg na bagnach wolno pada; Wstałem, strząsnąłem silnika ryku mgłę, Żyję! Nie zabijecie mnie nigdy, gady! ───    
    • ,, Eucharystia jednoczy  przyjmujących ją ,, 1 Kor.10 , 16-17    jak ocean łączy kropel wiele  tak Eucharystia  wiąże ludzi w kościele    dar wolności  Bóg nie wymusza  zaprasza    lubimy kochamy  po swojemu    świat  zamiast się radować  walczy    a jest  jest ... cudem  cudem  wartym miłości szacunku   rysy skazy rany widać z daleka  wolna wola … problemem   komunia łączy  owoc  życie w zgodzie  z sobą z Bogiem   Jezu ufam Tobie    6.2026 andrew  Czwartek, święto Bożego Ciała  
    • @hania kluseczka Peelek taki, że jednej chciałby dać miłość, a resztę nienawidzić.
    • @Alicja_Wysocka

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • Wiesz dziś nie modliłem się do Boga.  Wiesz byłem w takim stanie, tak bardzo pod wpływem że zapomniałem modlitwę. Zgubiłem już drugi wers po Ojcze Nasz. Więc do Lucyfera pomodliłem się. Trochę mi go szkoda, trochę wierzę że jego wojna ze Stworcą, z wolą Boga może zostać zakończona, że wciąż pamięta Raj, Niebo, skrzydła które miał. Że i Bóg słyszy i widzi jako wszechobecny jego słowa czyny myśli i wierzę że jest w stanie mieć chęć wrócić w ciepło Bożych objęć, trafić znów do miejsc gdzie grzeje miłość ognia Stwórcy serc. Że jest w stanie gdzie opanowanie się by ludzkość robiła źle by nie karmił go grzech, by nie rósł z kolejną z łez co jak duszy krew po policzku płynie, leje się. Że ma w pamięci dobro, które uspokaja i że ma dość rozedrgania wibracjami wojny, że się uspokoi i będąc spokojnym powtórzy słowa których nauczył nas Syn a potem doda kilka swych gdzie wprowadzą zachwyt Boskie myśli i za uczuciami (Bóg wciąż kocha zbuntowanych) pójdą czyny i wróci pokój między nimi. I przykład weźmie człowiek.  Koniec wojen.  Miłość w sobie noszę.  Pamiętając grzech który rani niematerię wnętrz.   
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...