Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano (edytowane)

 

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

 
Chyba słyszę kroki, co kilka sekund nadbiega mnie jakiś niezidentyfikowany dźwięk z nieokreślonego bliżej pomieszczenia w domu, a cisza, jak megafon wzmaga każde najmniejsze dźwięki, które zamieniają się w obiekty budzące matematyczno - fizyczne odwzorowanie rzeczywistości. W kuchni z kranu kapie woda, stukają krople o zlew, kap, kap, kap, każde rozbicie się kropli w zlewie łączy się z naprzemiennymi odgłosami, niby kroków, choć mogły to być omamy, bo niemal wszystko mogło wydawać ten dźwięk.
Kolejnym przykładem jest pasek w otwartej od przeciągu szafie, wiszący na wieszaku na paski – on też mógł od wiatru się kołysać i wydawać ten dźwięk. Również myszy, szczury lub inne gryzonie, przecież jesień za pasem, to i takie stworzenia mogą szukać schronienia. Ostatecznie mógł to być też kawałek wisiorka Sandry, uderzający w łazience o parawan prysznica. A w łazience okno jest uchylone i wietrzy się, czasem wiatr zaświszczy, by dopełnić machinerię teatru ciszy, która nigdy nie jest sobą w stu procentach, nie spełnia swojego planu arcyważnego w pełni, pozwala wodzić się za nos aktorom w jej teatrze.
I dzięki niemal symfonicznym synchronizacjom porządku z chaosem powstaje mały recital, gdzie zdumiewająco dużo równych taktów i zaskakujących brzmień, a wyobraźnia np. obrazuje stepującą mysze przy dźwiękach upadających kropel, a wiatr odmierza metrum niemal równo z Dancing in the Moonlight – Van Morrison'a.
Krople też w tym momencie ciągle upadają, jedna za drugą, i nadgryzają jak kieł, lekko zardzewiały zlew - a krople, wszystkie z tych kapiących, nie są zwykłymi łezkami, a niczym święte i silne, stają się konstrukcją potęgi, gdyż zdradzają tajemny, naturalny sposób na pewne osiągnięcie celu, czyli że aż do bólu, powoli trzeba kapać punktowo na cel i drążyć na wylot problemy, przebijać, przechodzić dalej i wciąż naprzód napierać. Aż do ostatecznego osiągnięcia celu, a nieraz jest nim wybawienie cudownie uniwersalne, czyli takie, które niekoniecznie prowadzi do wniebowzięcia, aczkolwiek masywna siła katharsis oczyszcza z odczuć winy i zhańbienia oraz pomieszania zmysłów, na długi czas.
A kroki, a raczej kroczki – ten stukot niby obcasów miniaturowych o posadzkę stał się bardzo chaotyczny, gdyż odgłosy zmieniały brzmienie - to tak jakby brzmienie docierało z dwóch źródeł i to nad wyraz gwałtownie. Zastanawiałem się, czy uda się temu czemuś się ocalić. Jeśli się okaże, że samodzielnie nie uda się temu czemuś wybrnąć z opresji, to będę interweniował, bo ono zgubiło pewnie ducha odwagi i chłodnego rozrachunku w tej drewnianej szachownicy, w klepkach jasnych i ciemnych naprzemiennie ułożonych. Zapewne doszło do szacha matu, a duch, przeżegnawszy się, opuścił te ów POLA SZALEŃSTWA, opatrzone zbiorem zasad - niektórzy nazywają go nadal kodeksem karnym...choć już od dawna w slangu ulicznym zwą go Księgą Uczłowieczenia Krzywdą, gdyż po upadku dla mnóstwa Aniołów kodeks karny stał się zamiast przestrogą, to wielkim spisem wyzwań, które były stopniowo wykonywane, a w zasadzie łamane, bo wykonywanie zadań dążyło do złamania całego kodeksu karnego.

Krótko mówiąc, jeśli uznamy zasady gry w szachy za kodeks karny, który dotyczy Ziemi jako pola gry i zastosujemy filozofię z upadku ostatnich aniołów, to na ogół piony i figury czy to białe, czy czarne poruszają się, w jakim momencie i kierunku chcą, utworzy się w ten czas chaos, ale i wolność, bo sztywne reguły już nie ograniczają. To jest tak, jakby drogi ulice chodniki i ścieżki wymazać i każdy by chodził, jak i gdzie chciał, nie jednokrotnie a wręcz notorycznie ginąć pod kołami.
Zostając stratowanym lub przez brak porządku w głowach doprowadzonym do śmierci w jeszcze większym chaosie, a porządek, który to jest podstawą mądrością wypracowaną i zaczerpniętą z wykonywania czynności powtarzalnych, które budują wszak kręgosłup - zdyscyplinowanie, i pomagają uzmysławiać przyczynowo skutkowy system rzeczywistości,
pozostaje w sferze podstaw, budulców ładu i porządku.
Kodeks odłóżmy na razie na bok. Skupię się nad tym, co się dzieje aktualnie.

Słyszałem szamotanie. Ciche, w stosunku do naturalnych dźwięków otoczenia, czyli tramwaju, który za dnia przejeżdżał, co godzinę pod oknem, czy to telewizora, a nawet lodówki w trakcie chłodzenia. Wystarczająco słyszalne dla człowieka mojego pokroju, żeby wzbudzić zmysły i dokonać interwencji. Zdarłem sobie koc z nóg, było dość chłodno jak na wrzesień, w dodatku była już niemal noc, i poszedłem kroczek za kroczkiem za szmerami, cichymi bardzo, ale jeszcze w zasięgu ciszy, w miarę dającym się rozpoznać. Tupanie i pikanie czy może skomlenie, zwał jak zwał, ale docierało, jestem pewny, z pokoju sypialnego. Gdy wszedłem do tego pomieszczenia, którego z reguły zwykłem unikać, głównie ze względu na wspomnienia, w których żona będąca oczkiem w głowie, sercem i rozumem, zostawiła mnie na lodzie, bez słowa dokąd idzie ani telefonu ni adresu e-mail czy choćby pagera i odkąd bywam sam, już nie sypiam w tym miejscu, zbyt dużo wspomnień mogących pchnąć mnie w kierunku niemożliwego lub co najmniej doprowadzić do depresji, z której przecież tak długo wychodziłem.
Doszedłem do drzwi do sypialni, gdy miałem dotknąć klamki, poczułem jej perfumy, cały pokój pachniał nimi, gdyż właśnie tutaj miała swoją garderobę i pulpit do makijażu. Hmm... zapach okazał się nieziemsko bolesny. Nie wiem, czy znacie to uczucie, ale kiedy się przejdzie piekło, to miłość zamienia się w cierpienie, a cierpienie w mordęgę, wspomnienia jak korona cierniowa ranią jaźń dotkliwie. Następuje przewartościowanie każdego aspektu naszego życia, gdy tragedia zawita do naszego domu. Rozstanie przerwało piękne plany na przyszłość, marzenia o wspólnej starości, uff, chyba zbytnio się oddaliłem od ładu, który zdołałem wypracować po rozstaniu. Po co o tym mówię? Sam nie byłem pewny, wyłączyłem na moment dyktafon, zamknąłem oczy i prosiłem dobrego anioła stróża o błogosławieństwo, bym życie opanował, by ono nie zjadło mnie razem z tymi, którym wszystko jest jedno.
Wszedłem do pokoju sypialnego i widzę, że wszystko jest na swoim miejscu, jakby czekało, że Sandra kiedyś zmieni zdanie i wróci. Jakby zdołała nigdy nie zapomnieć, że nie doszło do zdrady, kłótni też było mało, prawie wcale nie podnosiliśmy głosu w rozmowie, w łóżku byliśmy zgraną parą. Cóż jej odejście to największa dla mnie zagdaka. Niebawem minie 5 lat od tamtego pamiętnego dnia. Wciąż żyję, oddycham, myślę, mówię, chodzę – to znaki, że kobieta to nie ultimatum, bez którego nie sposób żyć – od dłuższego czasu próbuje sobie to wbić do głowy, uświadomić panteistycznie, ponad całym moim życiem, niczym krzyż w kościele i na ścianach domów. To jest może prymitywne, lecz pozwala myśleć poza kategoriami ja i ona, ona i ja, a zawrzeć swój los we własnych dłoniach, które doznają eksperymentu przetrwania.

Chociaż mam przeróżne warianty awaryjne, na wypadek, gdybym zasłabł w postanowieniu, bo są kobiety, które kręcą się obok, zależy im, bym dał choć jedną szansę, ale wciąż się pilnuję, więc nie widzę takiej potrzeby, by angażować się w coś, czego nie da się kontrolować ani przewidzieć.
Gdy podszedłem do komody przy oknie, która była pięknie oświetlona przez księżyc, któremu brakowało maksimum 3 dni do pełni, nie to było wtedy najważniejsze, a to, co dostrzegłem przed komodą u samych jej stóp.

Myślałem, że to jakiś żart, bo niemal byłem pewien, że to będzie mysz, lub jakiś szczur, a ostatecznie coś żywego, a tymczasem to, co zobaczyłem, było nie z tego świata. Cóż to było – tego nigdy nie będę i nie byłem pewny, wystarczyło mi, że świeci się na niebieski – szafirowy kolor i jest całe przezroczyste. Z twarzy podobne było chyba do małp, ale miało ciało bardzo postarzałe, i ubiór świadczył jakby o jakimś kosmicznym kraju pochodzenia, gdy tak się zapatrzyłem w tego oczy, dostrzegłem ból, popatrzyłem na jej nogę, a ona była uwięziona w szafie, lecz realnie między jakimiś wymiarami – tak jakby nie zdążyła przejść z wymiaru matecznego do naszego i ktoś portal zamknął od tamtej strony, by utrudnić komuś życie - zapewne. Istota była zdolna, by kręcić się dookoła i tuptać by dużo ryzykując, gdyż mogła trafić na agresora, sprowadzić pomoc. Dwoma możliwymi logicznymi ratunkami z obecnej syt są: szybka podróż w czasie i zapobiegnięcie tej sytuacji lub szybki powrót do wymiaru początkowego i ponowienie próby przejścia przez portal. Obie z opcji są ryzykowne z dwóch powodów. Po pierwsze, podróż w czasie może zakłócić
czasoprzestrzeń i ślad metamaterialny może zginąć, co uniemożliwi powrót do czasów, z których się przybyło. A po drugie, w momencie powrotu, gdy jonizacja nie zostanie ograniczona do bezpiecznego poziomu, to ono może stracić nogę, a maszynka do kontroli jonizacji jest zapewne po drugiej, stronie. To są rozwiązania, które pojawiły mi się w głowie bardzo szybko, szczerze sam nawet nie wiem skąd, przez chwilę przeszło mi przez myśl, że ta małpa to jakiś telepata. Zająłem się innym tematem, bo to jeden z tych, który nie da się rozwikłać bez pomocy kogoś mądrzejszego.
Sądząc po tym, że ta małpka skomli, to musiało ją cały czas coś bardzo boleć i pewnie jest uciekinierem, jak dezerter i nie ma kontaktu z nikim. Być może była też przetrzymywana. Ma widoczne ślady na nadgarstkach i nogach i szyi, pewnie po kajdanach. Po chwili od namysłu nad sytuacją tejże małpki przypatrzyłem się tak bardzo interesującymi i nader znajomymi oczami.
Podczas gdy zacząłem kojarzyć, skąd wydają mi się znajome,
małpa się odezwała w języku polskim:
Jestem HIDŻ dziecko Wymiaru Małp, syjonistycznego antykapitalistycznego systemu gwiazdy Armadion na drugim końcu galaktyki, jestem uciekinierem, dezerterem, zdradziłem swój lud i jego prawa, a teraz stoję przed tobą i proszę o wybaczenie za najście, ale potrzebuje klucza do portalu międzywymiarowo-gwiezdnego, inaczej nie ruszę się z miejsca, mój klucz portalowy spłonął podczas teleportacji. Czy masz klucz protalowy? Po chwili dodał: - Gdzie ja jestem ?
Zaskoczony odparłem, - U nas na Ziemi, ale tu nie ma dostępu do między gwiezdnych i wymiarowych podróży cywilnych. Może za 100 lat coś się w tej kwestii zmieni!
Ja przecież nie mogę tu stać do śmierci! Musimy coś z tym zrobić – odparła małpka.
Jedyną instytucją, która może pomóc, jest NASA, ale to za daleko i nie mamy żadnych szans uzyskać od nich cokolwiek. Gdyby cię zobaczyli, zapewne by pojmali i uwięzili. Kontakt z nimi odpada, za duże ryzyko.
Małpka zamknęła oczy na moment, a cała niebieska aura zaczęła wibrować, gdy tylko otworzyła oczy, wszystko wróciło do normy. Po chwili przemówiła znów. Mam plany pilota portalowego, jedyne co potrzeba to zebrać części, z których zbuduję go.

Małpka poprosiła o kawałek papieru i zaczęła intensywnie spisywać potrzebne artykuły.

Po półgodzinie Małpka HIDŻ przekazała mi spis potrzebnych elementów, które mają sprawić, że znów będzie wolny. Gdy czytałem całość listy, było na niej 12 części głównych i po 2 części pośrednie dla każdej części głównej, czyli 12 części głównych + 24 części pośrednie.
Część znajdę w warsztacie – pomyślałem, ale reszta to będzie wyzwanie na miarę mistrza złodziejstwa i manipulacji, czyli zakładam, że nie mam szans. Nie mogłem tego powiedzieć mojemu gościowi, musiałem się naprężyć i spróbować wszystkich sił, by go uratować.
 
<<<CDN...>>>
Edytowane przez Dawid Rzeszutek (wyświetl historię edycji)
Opublikowano

Chciałam zameldować, że przeczytałam, aczkolwiek  w dwóch podejściach :)

Pomysł trochę z E.T. Spielberga, ale zaciekawił, szczególnie początek fajny z tym opisem ciszy  :)

Czcionka do zmienienia, bo jednak ciężko się czyta.

Trochę błędów stylistycznych więc, wg mnie, tekst wymaga dopracowania.

Tego się często nie widzi, jak się samemu pisze :)

Pozdrawiam.

 

  • 2 miesiące temu...

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Moją równowagą jest smutek  Moją powagą jest smutek Moją prostotą jest smutek    Taki niski   Kiedyś w złych sytuacjach bardzo chciałem być radosny    Są antydepresanty  Ale nie ma tabletek na wywoływanie płaczu    Nie rozumiem tego a to dużo mówi    Ta złość która żyje we mnie musi odejść  Ta frustracja  Ta niezgoda    Ostatnio smutek nawiedził mnie w romantycznym okresie mojego życia młodości  Byłem outsiderem    Teraz smutek przychodzi do nienawiści, jakby przywołany przez nienawiść    Jest, mam wrażenie tyle nieodkrytych sfer w moim odczuwaniu    Po kolei, było tak: nienawiść potem bunt i złość, potem użalanie się nad sobą i bycie ofiarą   Potem destrukcja, potem znowu złość i cierpienie    Teraz poddanie się i smutek.   Najpiękniejszy, najdelikatniejszy on nie stwarza fałszu, on mi pokazuje prawdę taką jaką jest , wybacza zamiast karać.   A gdzie jest teraz sumienie i wewnętrzny krytyk?    Niewiem jak to osiągnąłem, pozwoliłem sobie na uczucie miłości i wdzięczności w relacji przyjacielskiej   Dla mnie smutek jest wolnością  Jest powrotem zakochanego    Teraz to widzę - upadek nastał kiedy niegdyś zacząłem szukać pocieszenia    Czy możliwe że..... skoro teraz mam wiek Chrystusowy to można to interpretować tak, że zaczyna się dobre życie a ten smutek jest związany z nadchodzącym opuszczeniem ukochanego Człowieka, Bliźniego?   I.... może momentem samowiedzy, iż śmierć nie jest dla mnie końcem, przejściem ani nowym początkiem    Jest opuszczeniem ukochanego Człowieka.              
    • z trudnością się wyrasta przy małej ilości światła każdy zakalec wie dokładnie jak bardzo trzeba się naszarpać o odrobinę miejsca   wzdłuż wszerz w górę   mechanizmy tego klimatu nie są zbyt skomplikowane chelicery hoduje się własne a posila się bardzo rzadko na wstręt już nie zauważając   ani na własną okrutność   bo w ciemnym świecie żyje zwykle ciemne pożywienie i niejasne są przypadłości jakimi kieruje się posiłek znajdujący się tuż obok   może szuka odskoczni   gdzie wino nabiera mocy a na półkach obok niego kurzą się graty pośrupane imadło lub emaliowany garnek które nie chcą urosnąć   i nigdy nie potrzebowały  
    • @Maciej Szwengielski - mało osób potrafi właściwie zinterpretować Kazanie na górze, a przecież są dylematy, które tylko serce rozwiązuje właściwie. Wiele u Jezusa opowieści zilustrowanych przykładami, w których zawarto stosowne wskazówki – to pewnik. Czasem ewidentnie widać, że w danej sprawie należy się pokierować sercem, bywa, że nie ma wątpliwości. Duchowni krytykują z ambony modernizm, twierdząc, że to odejście od prawdziwej wiary. Czasem jednak wydaje się, że i u konserwatywnych filozofów katolickich jest za dużo wniosków na wyrost, a u duchownych – za dużo formalności. Kto ma czas zatrzymać się każdego dnia i przeczytać fragmenty, chociażby o rozmowach Chrystusa z faryzeuszami? Przecież tam Nazarejczyk mówi do każdego z osobna, to nauki o sercu. Przez miłość do Boga i ludzi. Po co to komplikować? Nie ma sensu mnożyć bytów ponad miarę.
    • Dedykuję wszystkim Polskim Asom przestworzy, którzy walczyli o wolność i honor dla Polski – niech ich odwaga i poświęcenie nigdy nie znikną z pamięci współczesnych Polaków. Jan Jarosław Zieleziński -----------------------------------------------------------------------------------------   Historia ta o Sprawie i Ludziach Honoru, ze zdjęć starych, pożółkłych – prawie bez koloru, O polskich pilotach wojny strasznych dni, Wolnych i walecznych – tak jak fri-ou-fri*. To historia o Polsce i jej losach w przestworzach, O sile i braterstwie będzie tutaj mowa. Przypomniemy Polaków bohaterskie dni, Z polskiego dywizjonu – asów fri-ou-fri. A więc, żeby nie przedłużać i zacząć od razu, Zasiądźmy za sterami i dodajmy gazu! Wzbijmy się angielskim myśliwcem w przestworza, Cząstki cień historii usłyszeć zza morza... Witold Urbanowicz, będąc nazbyt szczery, na zawodach, z Niemcami miał niezłe afery, Lecz pomimo dąsów i szwargotu pytań, do poziomu sprowadził pana Messerschmidta*. Potem w Anglii, będąc jako wing commander, RAFu opieszałość poznał całą prawdę. Miast czym prędzej Niemcom przypiłować śrubę, Cierpliwości Polaków RAF testował próbę*. Kapitan Paszkiewicz przerwał passę marną. Skrzydłami zahuśtał, po czym krzyknął: „Za mną!” I tak oto RAF z końcem dni sierpniowych, dopuścił dywizjon do lotów bojowych*. Znowu nas wysłali nad londyńskie doki, Blenheimy beztrosko suną przez obłoki... Znowu pilot „Paszko” wszystko to ogarnął. Klucz poderwał słowami: „Do ataku! Za mną!” Jan Zumbach w manewrze samolot przechylił. Już ma Szwaba w muszce! Ale cóż to? Chybił? „Coż to się tu stało?! A niech to cholera! Blokady ze spustu żem nie zdjął gdym strzelał!”* Skręcając dość silnie, aby się nie zderzyć, Blackoutu* doświaczył, lecz zdołał to przeżyć. Lecz co się odwlecze – to już nie uciecze... Cyk-cyk-cyk! – do Heinkla*, dym za nim się wlecze. Kanadyjczyk John Kent nos często zadzierał, By o mały włos Niemiec go ostrzelał, Pan Henneberg Zdzisław na niego nurkuje, Browning Hurricane’a Szwabu nos „pudruje”. „Dzięki, Sir” – Kent mówi (już podczas powrotu), „Żeś mi Messerschmidta zmusił do odwrotu.” „Nie ma za co, lecz poprawkę proszę małą wnieść: Sześć było tych Niemców. Nie jeden, a sześć.”* Stanisława Skalskiego Cyrk był niezłą hecą, Messerschmidtów chmara – Szkopy dzielnie lecą. Garstka polskich asów z nieba na nich spada! Strach Niemców obleciał – biada Niemcom, biada. Innym razem Skalski po podniebnych szrankach: radiostacja milczy, skrzydło ma w kawałkach, Hurricane’em swoim, gdzie zbiornik przecieka, Dotarł do Leconfield – tam już spokój czeka. Mechaników zespół złapał się za głowę: (Samolotu z akcji zostało z połowę) „Dziękuj Bogu na mszy metrową gromnicą! Bo Twój Hurricane, kolego, dziurawy jak sito...”* Zdecydować się na manewr „martwego silnika”*, To doprawdy rozterka pełna wszelkich pytań. Zabronionym manewrem, odwagą się wsławić, By maszynę wierną od śmierci ocalić. Pan Mirosław Ferić zapisał się chwałą, stworzył rzecz tak prostą jak i niebywałą, Dziennik dywizjonu, co się rzucał w oczy, Jerzy Szósty – Król Anglii – też inkaustem zroszył*. Dywizjonu dziennik chłonął wpisów inkaust i zgłoskami złotymi historię zapisał. Zaiste, alianci mogli Polakom zazdrościć – Dywizjonu 303 zwanego „Kościuszkowskim”. Jan Zumbach fantazji ułańskiej dochował, Tuż przy śmigle Kaczora pięknie namalował. Luftwaffe spogląda na raport wieczorem: „Zestrzelił nas ten podły samolot z kaczorem.”* „Johnny” wrócił „zawiany” po balandze nocnej, Do raportu stanął, RAF wkurzał wciąż mocniej. Jego para rąk się jednak w walce nada, Poleciał na akcję i zestrzelił Szwaba.* Wtem RAF raport słyszy przesuwając plansze: „Spokojnie, koledzy, ja go ciut postraszę.”* I już Zumbach serią zaczyna swe szycie, Kolejny Messerschmidt pożegnał się z życiem. Pan Josef František, co odłączał z szyku, stał się w RAF-ie pierwszym z takich samotników. Nad kanałem na Niemców często on polował, i kulami śmierci gęsto ich częstował.* Hurricane, Spitfire i inne maszyny, Tak zabójczo piękne jak alianckie dziewczyny*, Siekające ogniem karabinów Browninga*, Dobrych niemal prawie jak system Gatlinga*. Historia ta ma jednak gorzkie zakończenie: W Jałcie sojuszników zdrada cicho drzemie. Przywódcy aliantów tamtych strasznych dni – Churchill, Roosevelt, Stalin – ci nas zdradzili*. Defilada zwycięstwa i wolności znaków, Wszystkie armie świata, ale... bez Polaków. Ach! Nie sposób zdołać zawiłości tłumaczeń, Na pytanie starszej Lady: „Dlaczego pan płacze?”* -------------------------------------------------- Wiersz napisany na podstawie książki Lynne Olson i Stanley Cloud pt. "Sprawa honoru".

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

      -------------------------------------------------- Wyjaśnienia do wiersza: [fri-ou-fri* – jest to swoista gra słów – otóż: liczba 303 wymawiana po angielsku w slangu wojskowym fonetycznie dokładnie tak brzmi, czyli: „three ou three”, natomiast paradoksalnie można ją czytać również jako „free, O! free...”, co w wolnym tłumaczeniu można by przetłumaczyć jako: <Polscy Piloci> „niosący wolność, którą tak ukochali”.] [*"do poziomu sprowadził pana Messerschmidta" -> patrz: opis incydentu przyłapania niemieckiego konstruktora Willy'ego Messerschmidta podczas wkroczenia na polskie zawody lotnicze NIELEGALNĄ i NIEPRZEPISOWĄ drogą, za co Witold Urbanowicz "ukarał" go upokorzeniem w postaci położenia się na ziemi pod groźbą użycia broni przez strażnika lotniska, gdzie odbywały się owe zawody lotnicze -> patrz: książka pt. „Sprawa honoru”, strony: 57–58 (rozdział: „Polska „będzie walczyć”)] [*"Cierpliwość Polaków RAF testował próbę" -> patrz: opis odwlekania przez dowództwo RAF-u włączenia Polskich Pilotów do lotów bojowych -> patrz: książka pt. „Sprawa honoru”, strony: 120–127 (rozdział: „Bitwa w Northolt”)] [*"dopuścił dywizjon do lotów bojowych" -> patrz: moment, kiedy dowództwo RAF-u – w obliczu wysokich strat własnych pilotów angielskich i brawurowej i udanej akcji zestrzelenia Messerschmidta – w końcu sierpnia 1940 roku zdecydowało się dopuścić Dywizjon 303 do lotów bojowych -> patrz: książka pt. „Sprawa honoru”, strony: 127–128 (rozdział: „Bitwa w Northolt”)] [*„Klucz poderwał słowami: „Do ataku! Za mną!”” -> patrz: opis rozpoczęcia ataku na niemieckie bombowce (Blenheimy) przez klucz „żółty” prowadzony przez Kpt. Ludwika Paszkiewicza -> patrz: książka pt. „Sprawa honoru”, strony: 139–140 (rozdział: „Mój Boże, oni naprawdę ich koszą!”)] [*„Blackoutu” -> czytaj: „blekautu”. „Blackout” jest to chwilowa utrata przytomności spowodowana nagłym spadkiem dopływu krwi do mózgu, najczęściej w wyniku przeciążeń, gwałtownych manewrów lub skrajnego stresu. Objawia się ciemnym „zamgleniem” w polu widzenia i utratą świadomości, która zwykle trwa kilka sekund. [*„Blokady ze spustu żem nie zdjął gdym strzelał!” -> patrz: próba otwarcia ognia ze swoich karabinów Browninga przez Jana Zumbacha i jego reakcję -> patrz: książka pt. „Sprawa honoru”, strony: 140–141 (rozdział: „Mój Boże, oni naprawdę ich koszą!”)] [*„Heinkla” -> czytaj: „Hajnkla”. Heinkel He 111 był niemieckim bombowcem średniego zasięgu używanym w II Wojnie Światowej we wczesnych latach 40-tych] [*„(...) Nie jeden, a sześć.” -> patrz: opis ocalenia życia kanadyjskiemu pilotowi i jednemu z dwóch dowódców-nadzorców RAF-u Dywizjonu 303 (John Kent) przez polskiego pilota Dywizjonu 303 pana Zdzisława Henneberga -> patrz: książka pt. „Sprawa honoru”, strony: 146–147 (rozdział: „Mój Boże, oni naprawdę ich koszą!”)] [*„(...) Innym razem Skalski (...)” -> o bohaterskich wyczynach Stanisława Skalskiego i jego Polskim Zespole Bojowym (ang. PFT = Polish Fighting Team, znanym częściej jako „Cyrk Skalskiego”) możemy dowiedzieć się z wielu źródeł, m.in.: książka pt. „Sprawa honoru”, strony: 268–269 (rozdział: „Wojna toczy się w Polsce”), lub np. książka pt. „Cyrk Skalskiego”, autor: Bohdana Arct (również polski pilot RAF PFT)] [*„manewr „martwego silnika”” -> był to zabroniony przez dowództwo RAF manewr polegający na zrestartowaniu silnika przez jego wyłączenie (i czasem ponowne załączenie). Manewr ten był często praktykowany (mimo kategorycznego zakazu dowództwa RAF) przez doświadczonych, polskich pilotów, w dwóch przypadkach: 1. Ocalenia maszyny po ciężkiej walce, kiedy maszyna była tak poszatkowana kulami wroga, że silnik ledwo „dociągał” do lotniska i wówczas piloci wyłączali silnik, żeby w końcowych kilometrach wylądować niczym szybowiec, LUB 2. Manewr ten był wykonywany w celu zyskania przewagi nad przeciwnikiem atakującym z dużą prędkością z ogona, kiedy to, wyłączając silnik np. Spitfire’a, polski pilot wykonywał manewr niemalże natychmiastowego zatrzymania Spitfire’a w miejscu (opór powietrza na wyłączone śmigło był znaczny), kiedy to wrogi samolot, np. Messerschmidt, dosłownie w ciągu 3-4 sekund wyskakiwał do przodu, stając się bardzo łatwym celem. Wadami tego manewru była wysoka zawodność silników Rolls-Royce Merlin, które miały problem z ponownym uruchomieniem w powietrzu. Pamiętać też należy, że w przypadku awarii na zbyt małej wysokości pilot myśliwca ginął, ponieważ wówczas nie było jeszcze systemu katapultowania się na spadochronie, a pilot, który chciał się uratować, musiał to zrobić ręcznie: otworzyć kabinę, wyjść/wyskoczyć i... PRZEŻYĆ, bo dość często zdarzały się przypadki rozstrzeliwania praktycznie bezbronnych pilotów opadających na spadochronie -> patrz: str. 62, książka pt. „Sprawa honoru”, rozdział: „Polska „będzie walczyć””] [*„Jerzy Szósty – Król Anglii – też inkaustem zroszył” -> patrz: opis złożenia wpisu przez Króla Anglii Jerzego VI w Dzienniku Dywizjonu 303 -> patrz: książka pt. „Sprawa honoru”, str. 152 (rozdział: „Jak wiele im zawdzięczamy”)] [*„Zestrzelił nas ten podły samolot z kaczorem” -> Jan Zumbach na drzwiach swojego Spitfire’a na dziobie (a więc nieopodal śmigła samolotu) namalował Kaczora Donalda, wówczas popularnej bajki Walt’a Disney’a puszczanej jako filmy rozrywkowe w kinoklubach/messie oficerskiej -> patrz: książka pt. „Sprawa honoru”, zdjęcie na str. 117 (rozdział: „Bitwa w Northolt”)] ["Poleciał na akcję i zestrzelił Szwaba." -> patrz: Jan Zumbach, „Ostatnia walka”, wspomnienia pilota Dywizjonu 303 – opis zestrzelenia niemieckiego bombowca podczas Bitwy o Anglię.] ["Spokojnie, koledzy, ja go ciut postraszę." -> patrz: książka pt. „Sprawa honoru”, str. 150 (rozdział: „Jak wiele im zawdzięczamy”)] [*„Pan Josef František” -> był to pilot RAF-u czeskiego pochodzenia, ale pragnący latać w Dywizjonie 303 razem z – tak jak i on, nieco krnąbrnymi w kontekście sztywnych procedur RAF-u – Polakami. Zasłynął z tego, że często odłączał się z szyku, żeby „polować” na niemieckie samoloty, które „na oparach” paliwa wracały/uciekały w stronę niemieckich lotnisk -> patrz: książka pt. „Sprawa honoru”, strony: 119–120 (rozdział: „Bitwa w Northolt”), oraz strony: 154–157 (rozdział: „Jak wiele im zawdzięczamy”)] [*„alianckie dziewczyny” -> mowa o wszystkich kobietach sił Aliantów, które swoją bohaterską postawą dołożyły się do zwycięstwa Aliantów w II Wojnie Światowej (w tym Polkach z polskich formacji wojskowych w kraju, tj. AK, NSZ czy BCh)] [*„karabinów Browninga” -> mowa o karabinach maszynowych stosowanych na pokładach samolotów myśliwskich. Choć wymienione zostały tutaj karabiny Browninga (najczęściej kaliber .303/7,7 [mm]) jako przykład, warto wiedzieć, że myśliwce dysponowały większym asortymentem rodzajów broni, jak np. CKM = Ciężkie Karabiny Maszynowe kalibru .50 (12,7 [mm]), działka Hispano kalibru 20 [mm], a nawet rakiety i bomby] [*„system Gatlinga” -> mowa o nowoczesnym typie ciężkich karabinów maszynowych wykorzystujących tzw. system Gatlinga, gdzie system zamka, spustu i budowy lufy umożliwia strzelanie amunicją wysokokalibrową tak, jakby to był bardzo szybki karabin maszynowy. Najbardziej znane przykłady to M-134 Minigun, czy działko Vulcan montowane m.in. we współczesnych myśliwcach F-16 Fighting Falcon.] [*„(...) ci nas zdradzili” -> patrz: historia zdrady honorowych przyrzeczeń wojskowych opartych na faktach na przykładzie Teheranu -> patrz: np. książka pt. „Sprawa honoru”, strony: 275–277 (rozdział: „Wojna toczy się w Polsce”) oraz strony: 289–299 (rozdział: „Sprawa honoru”)] [*„Na pytanie starszej Lady: „Dlaczego pan płacze?”” - (czyt. "na pytanie starszej Lejdi: „Dlaczego pan płacze?”" -> patrz: opis defilady tzw. „wojsk sprzymierzonych” w kontraście do przepełnionego smutkiem Asa Polskich Pilotów Myśliwskich – Witolda Urbanowicza jako symbolu „zwycięskiej” Armii Polskiej, która na skutek nacisków Stalina i cichego przyzwolenia Roosevelta i Churchilla nie mogła uczestniczyć w zwycięskiej paradzie, która odbyła się 8 czerwca 1946 w Londynie -> patrz: np. książka pt. „Sprawa honoru”, strony: 15–18 (rozdział: „Prolog”)]    
    • śnię o umarłych nie widząc ich twarzy nigdy nie widziałem   cień pod ścianą stary przyjaciel którego porzuciłem   woła mnie matka ma otwarte ramiona za późno na miłość   jestem jak ona w krainie nieżywych tęsknię za życiem  
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...