Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

ona mu zbrzydła albo spowszedniała
już jej nie kocha a kochać powinien
głaszcze jej włosy żeby dłużej spała
trzyma w objęciach skostniałych prawideł
przed laty miłość obiecał i wierność
ono to samo wyrzekła - naiwna
a teraz kwitnie jego obojętność
przez którą ona też stała się inna
co było cudem i zauroczeniem 
kręci się piątym niepotrzebnym kołem 
złamanym dyszlem i dachem dziurawym 
z dużym przeciekiem pod rynną na dole
na jednej tacy układają myśli
każdy z osobna i na własną modłę
ona mu lepszej przyszłości nie wyśni
jest dla niej zbędnym bezgarbnym wielbłądem 
a mimo wszystko karawana jedzie
chociaż brakuje wody na pustyni
wszyscy wokoło znajomi sąsiedzi
z zazdrością patrzą na dzieło idylli 

 

 

 

  • 1 miesiąc temu...
Opublikowano

przed laty miłość obiecał i wierność
ono to samo wyrzekła - naiwna
a teraz kwitnie jego obojętność
przez którą ona też stała się inna

 

jest dla niej zbędnym bezgarbnym wielbłądem 

 

Maryś, pewnie tak wyglądać może małżeńskie  rozczarowanie, ale jak dla mnie pretensje PL są nad wyraz ciężkie. Biedna misia:

on obiecal, nie dotrzymał, ona tylko mu oddała.

Każdy bierze odpowiedzialność za swoje, tu jest raczej obrzucanie. Rozumiem uproszczoną konwencję ale jestem daleka od jej promowania. 

W kwestii rymowania i formy - tradycyjnie - super.

bb

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

Beto, wiele jest takich małżeństw pięknych na pokaz, w w domu kocioł. Właśnie o tym mówię. Nie chodzi o obrzucanie się błotem, tylko o stwierdzenie faktów. Niektórzy, co odważniejsi poodchodzili od siebie, a niektórzy tkwią w malignie.

 

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    •     Zaczął duchowo przygotowywać się na skok stulecia, jego głowę wypełniły podniecające scenariusze, o tyle słodsze, o ile dyskretniejsze i głębiej pochowane gdzieś w dziecięcym światku. Karol postawił mur fabryki między sobą a światem dorosłym, tylko po to, żeby móc go własnoręcznie zburzyć, z pozdzieranymi knykciami, obscenicznie przywitać starszych w ich własnym salonie. Myśli te mąciły nastoletnią głowę - jedząc obiad, kończył powtarzać swój rozpoznawczy obchód, w szkolnej ławce szukał najłatwiejszego punktu wejścia (tam fabrykę odznaczał jedynie smukły komin, sterczący na planie osiedla jak kulfon radzieckiego urbanisty) .

          Kiedy przeczołgiwał się pod ogrodzeniem, na początku przenosząc na drugą stronę samą głowę, potem powoli wciągając tors, rozgrzewał wokół siebie przymrozek poranka, ostatecznie wypychając się w całości na drugą stronę falowanej blachy. Karol rozprostował nogi, otrzepał pył ze spodni, a wraz z nim, na placu powstała nowa siła - magnetyzm tego miejsca przestał zdawać się siłą przyciągającą tutaj chłopczyka, wsiąknął w niego samego, jego wibracje czuć można było w rozchodzącym się cieple, w lekkim, elektrycznym, brzęczeniu w uszach, w malutkich wibracjach każdej tkanki, możliwych do wyczucia przy wystarczającym skupieniu (pobudzone w tym momencie krążenie zdało się Karolowi czymś o wiele magiczniejszym), co wszystko składało się na poczucie młodzieńczego zrywu wcześniej jedenastolatkowi nieznanego. Prawie że najniższy w swojej klasie, uczeń piątej klasy szkoły podstawowej zdał się tutaj nadczłowiekiem, członkiem kasty wydzielonej zarówno od dzieci jak i dorosłych, wszystkich trwających w ohydnym bezruchu i bezwiedzy, jednych, pchanych ospale przez życie zwierzęcością, drugich, swoją metafizyką. Drugą siłą, która musiała opanować każdego Ubermenscha, był strach. Jawił się pod postacią lekkiego bólu czy nudności, gdzieś pomiędzy brzuchem a plecami, oznaczał dziwne zatwardzenie w gardle, i szybszy pęd myśli, w tym momencie zdających się jakby zwolnieniem śluz na długo wypełnianym zbiorniku dojrzałości. 

          Pierwszy krok osłupił Karola, jego powaga prowadziła jedynie do strachu - nie dlatego, że był to krok przełomowy, ale dlatego, że jego ciężki, zimowy but z hałasem dotłukł już wcześniej potłuczone szkło. Zaspany gołąb sfrunął gdzieś z wysoka. Post-sowiecki panoptykon wrócił jeszcze na chwilę do włamywacza, tym razem z parą oczu w każdym sąsiednim oknie, co teraz Karol uznał za niezasługujące na krztę jego uwagi. Następny krok był już wartki, jego impet był obietnicą następnego, a następny obietnicą dalszych i dalszych. Elewacja rosła i rosła, aż stanęła na wyciągnięcie ręki. Mały dziewięciolatek w biało-złotej albie instynktownie zadarł w tym momencie głowę do góry, a kościelna wieża, rozsypała się pod jego błyszczącymi bucikami na suchy, ceglany pył. W pobliżu rozległo się bicie dzwonów. Ósma rano. Jakby to był jego sygnał, Karol postawił pierwszą nogę w miejscu wyłamanego okna, i sam nie wiedząc kiedy, znalazł siebie w pustej, industrialnej hali.

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...