jakaż moja radość
bo zostawił tutaj
trochę niepozałatwianych spraw
nasz carlito brigante
co zaginął
w niewyjaśnionych okolicznościach
już wozi się po mieście
szeroki w ramionach
chłopak z rewiru na schwał
rozliczony
w kwitach wyczyszczony
kurator nieprzydzielony
sobie radę da
spotkali się
nie w miejscu,
lecz w szczelinie pomiędzy myślami,
gdzie cisza jeszcze pamięta imiona,
a sens nie zdążył przybrać formy.
ona była praświatłem, które więzi własny blask,
luminacją tak gęstą, że aż czarną,
istniejącą w samym rdzeniu nicości,
zanim czas ośmielił się wybić pierwszą sekundę,
nie świeciła - raczej wiedziała,
że jest jasna,
jak gwiazda istniejąca jeszcze zanim powstało niebo.
on był antymaterią spojrzenia,
cieniem, który nie zasłania,
lecz jest otchłanią zaproszoną do środka
tą która pozwala widzieć głębiej.
niż wzrok,
niż pamięć,
niż strach.
nie mieli rąk,
więc dotyk wydarzał się
między słowami,
które urywały się
zostawiając znaczenie po drugiej stronie.
nie mieli ust,
więc cisza mówiła za nich,
oddychając pytaniem,
które znało oba imiona
i nie potrzebowało odpowiedzi.
ich istnienie było skandalem dla materii
tak eteryczni, że grawitacja wyła z bezsilności,
krusząc martwe przedmioty,
i puste gesty,
które w swej ordynarnej ciężkości
mogły im tylko zazdrościć niebytu,
w których świat
zawsze coś obiecuje,
a nigdy nie dotrzymuje.
byli miejscem, w którym wszechświat
na chwilę zapomniał własnych praw
i musiał je wymyślić od nowa,
w którym rzeczywistość
zacięła się na chwilę,
i nagle zrozumiała,
że nie wszystko da się
wydarzyć bez konsekwencji.
gdy byli blisko,
świat tracił ostrość,
a rzeczy wstydziły się,
że są tylko rzeczami,
że mają ciężar,
funkcję
i koniec.
ona widziała w nim
przyszłość,
która nie chce się wydarzyć,
bo zna cenę.
on widział w niej
przeszłość,
która wciąż jest prawdziwa
i dlatego niebezpieczna.
nie pragnęli siebie.
pragnienie byłoby zbyt głośne,
byłoby aktem przemocy
w tej katedrze milczenia,
którą budowali
z powstrzymania,
z odwagi niewzięcia.
rozpoznawali się raczej
jak dwa ciała niebieskie,
które nigdy nie wejdą na tę samą orbitę,
a jednak wiedzą,
że ich istnienie
zakrzywia tę samą przestrzeń.
byli jak dwa zakazy fizyki
skierowane naprzeciw siebie -
tak blisko,
że rzeczywistość zaczynała się jąkać,
a powietrze między nimi
świeciło jak martwa gwiazda:
energii było dość,
ciała - nigdy.
ich bliskość była architektoniczną herezją, sklepieniem przerzuconym nad otchłanią, wykutym z hartowanego milczenia i lodu, po którym nawet bóg
nie odważyłby się postawić stopy
w obawie przed upadkiem w prawdę
byli jak dwie planety,
które zrozumiały,
że ocalą siebie tylko wtedy,
gdy pozostaną
w idealnej odległości -
dość blisko, by się przyciągać,
i dość daleko,
by nie zamienić się w popiół.
gdy odchodzili,
nic nie zostało.
i właśnie to
było dowodem.
bo ta miłość
nie zostawia śladów, ciepła ani popiołu -
zostawia Możliwość - monstrum
o tysiącu twarzy,
masę krytyczną,
która nigdy nie eksploduje,
lecz pożera od środka każdą nową miłość, więżąc ją w horyzoncie zdarzeń,
z którego nie ma powrotu do światła.
a możliwość jest najbardziej okrutną formą istnienia:
masywną jak gwiazda,
która nigdy nie zapłonie,
i wystarczająco ciężką,
by do końca zakrzywiać każdą kolejną miłość.