Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Moja pani jak dostrzegam

Ty fredrowskim rymem lecisz

twarzy marzy oraz zdarzy

to jest koncept u poety

 

zawstydzona tym czekaniem

toż to Mistrza fraza lekka

a Ty pachniesz pożądaniem

by Ci asan cosik przetkał

 

niby nie wiesz czego szukasz

czekasz znając dalsze dzieje

a on przyjdzie zacznie gruchać

nie spostrzeżesz kiedy dnieje

:)

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

To kuszenie jest jak taniec. Słowa składały się w proste kroki, jako wyrażenie ulotnej myśli zaciekawionej PL. Czytasz szerzej, łącząc strony ;D - mi pasuje. Dzięki za koment, bb

Jacku, fajny rymek napisałeś, cały. Przytaczam koniec bo parsknęłam śmiechem. :D Pozdrawiam, bb

Opublikowano

Trochę topornie rymy klejone i całość trochę toporna. Czekałam na pociąg i przyszło mi te parę wersów do głowy, bez korekty i głównej myśli, na skrawku baterii w komórce. Ale myśl ulotna - jaką jest zainteresowanie - też może być przedmiotem opisu i  ją opisałam - bo przyrody opisywać nie umiem. bb

Opublikowano

Chciałoby się powiedzieć "żądaj czego chcesz"

- po

przeczytaniu tego fragmentu - oczy wiście ,'p

fararara fararara

Jest tajemniczo i uwodzicielsko, trochę niepokoi to obrysowywanie ciała i twarzy,

bo się kojarzy z kryminałamy i obrysem na asfalcie (pewnie tylko mnie ;)

Jakby co na takiej fali, jeśli Pl_ka wejdzie do wody, mógłbym się trochę poobijać,

nawet jako bałwan ;)

Pozdrawiam

 

 

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

No, mój Mistrzu, komentarzem pobiłeś na głowę utwór komentowany. Przekażę PeeLce owe farafara, "dzień jej zrobi".

A i Tobie dobrego dnia życzę, bb

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    •   Klaustrofobia podziemi rosła, im bardziej puste okazywały się kolejne pomieszczenia, nagie i ascetyczne w swoich małych pokutach. Brakowało jednego przejścia, aby cały poziom tworzył jeden spójny cykl, krąg piekieł, albo aureolę na głowie kościoła przemysłu. 

        Zderzony z ostatnią ścianą, Karol odwrócił się, żeby spojrzeć na ślady butów wybite w zalegającym prochu. Nie martwiąc się o pobrudzone spodnie, usiadł na ziemi i, aby nie musieć zamykać oczu, wyłączył latarkę. Rozczarowanie. Nienasycenie. Karol był zawiedziony - nawet nie fabryką, lecz samym sobą. Ciemność trzymała go w serdecznym uścisku, ale nadal dało się wyczuć drżenia przestrzeni z każdym przejeżdżającym samochodem, a spomiędzy zawieszonej pleśni przebijał się zapach płynu do prania. Może właśnie o to chodziło? Centrum zniewolenia jesteśmy my sami, próbujemy uciekać w egzotyczne kraje lub kariery, a mimo tego i tak nie możemy nigdzie znaleźć miejsca brutalnie prawdziwego, brudnego absolutu istnienia. Człowieka chowa się czystego, a dopiero jego zadaniem jest samogwałt - wyrwanie ze swoich trzewi czegoś, czym faktycznie można by powiedzieć, że się jest (bo przecież chyba nie ,,piątoklasistą”?). Mały chłopczyk zastanowił się nad zdjęciem z siebie wszystkich ubrań (o zgrozo - ubrań ,,do szkoły”), nad pozbyciem się fetoru higieny. Nie, to nie to, to byłoby głupie - myśli chłopaka wróciły z powrotem pod ziemię.

        Strużki wody zostawiały rude ścieżki spływając powoli po ścianach. Kiedy Karol z rodzicami mieszkali jeszcze w biedzie, w nędznym domku pod miastem, całe dnie upływały mu w jego ,,bazie” - wciśniętej pomiędzy rosnące na działce drzewa a siatkę ogrodzenia. Ze wstydem wspominał do dzisiaj dzień, kiedy grupka dzieci w jego wieku, w czystych ubraniach, na kolorowych rowerach, zapuściła się w jego ulicę (co było na tyle niezwykłą rzadkością, że jest to jedyna taka sytuacja, jaką Karol pamiętał), aż spotkali go, skulonego w swojej kryjówce. Z dziecinną ochotą próbowali z nim zacząć rozmowę, lecz on, jak nieoswojony dzikus, nie był nawet w stanie spojrzeć im w oczy. Speszeni, ruszyli dalej błotnistą drogą, która prowadziła chyba tylko do jakiejś żwirowni (sam Karol nigdy nie zagłębił się w tę uliczkę dalej niż koniec jego działki), najpewniej zapominając o dziwaku już w następnej minucie. Lecz Karol pamiętał to do dzisiaj. Pamiętał, jak po długiej minucie wreszcie dotarł do niego sens sytuacji, rzucił się on wtedy biegiem przez działkę, wyskakując spomiędzy krzaków na otwarte pole, biegł przez wysoką trawę z nadzieją zobaczenia jeszcze błysku ich plecaków, lecz przywarł wreszcie policzkiem do ogrodzenia, a na uliczce panowała absolutna cisza. Karol-dzikus wyrywał się z jakiegoś rezerwatu, wracając teraz na powierzchnię świadomości chłopca, jakby między rurami piwnicznej kotłowni odnalazł komfort zapomnianej bazy. 

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...