Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

W przeciągu ostatniego pół roku stałam na wrzosowisku niemal tylko z Jego powodu. Nie przychodzę tam już z własnej woli, czasami po kilkunastu minutach rozmowy On teleportuje mnie przed bramę, a ja naciskam klamkę. Podczas wczorajszej wędrówki, zobaczyłam jego klif, wspominał mi kiedyś o nim, ale nigdy nie poprosiłam o uchylenie furtki. Myślałam, że skoro on nie ma prawa wejść na moje wrzosowisko, to mi nie wolno ofiarnie wdrapywać się na jego zbocze. Do takich miejsc docieramy sami i sami musimy z nich wrócić. Oczywiście, że wpychają nas tam także inni, często nawet najbliżsi, czasami zupełnie nieświadomie, ale to my, ile razy się tam znajdziemy, musimy wyjść. Możemy usiąść, pomyśleć, przeanalizować, ale jeżeli spędzimy tam za dużo czasu – jesienne wrzosowisko po prostu zaczynie kiełkować w naszej duszy. Niektórzy nie mogą już stamtąd uciec. A klif staje się ich obsesją. Czują się samotni, mimo, że nie są sami. Czują się tak, bo nie zaprzyjaźnili się sami ze sobą. Potrzebują pomocy, tylko czy ktoś z zewnątrz może interweniować?  

Niektórzy mówią, że po to jest religia – aby było łatwiej. Przecież to takie wygodne, mówić sobie, że zawsze ktoś z nami jest, że kogoś tak bardzo interesuje nasze życie, że ktoś nam zawsze kibicuje i podnosi, kiedy się potykamy. W cokolwiek wierzysz – wierz w to. Autentycznie, nigdy na pokaz. Bo przecież wieczorem znajdziesz się w swoich czterech ścianach, huk zostawisz za drzwiami, neony zasłonisz firankami, zamkniesz okno, zaparzysz herbatę i poczujesz się… No właśnie, jak? Najważniejsze mój Drogi, to żyć w zgodzie ze sobą.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    •   Klaustrofobia podziemi rosła, im bardziej puste okazywały się kolejne pomieszczenia, nagie i ascetyczne w swoich małych pokutach. Brakowało jednego przejścia, aby cały poziom tworzył jeden spójny cykl, krąg piekieł, albo aureolę na głowie kościoła przemysłu. 

        Zderzony z ostatnią ścianą, Karol odwrócił się, żeby spojrzeć na ślady butów wybite w zalegającym prochu. Nie martwiąc się o pobrudzone spodnie, usiadł na ziemi i, aby nie musieć zamykać oczu, wyłączył latarkę. Rozczarowanie. Nienasycenie. Karol był zawiedziony - nawet nie fabryką, lecz samym sobą. Ciemność trzymała go w serdecznym uścisku, ale nadal dało się wyczuć drżenia przestrzeni z każdym przejeżdżającym samochodem, a spomiędzy zawieszonej pleśni przebijał się zapach płynu do prania. Może właśnie o to chodziło? Centrum zniewolenia jesteśmy my sami, próbujemy uciekać w egzotyczne kraje lub kariery, a mimo tego i tak nie możemy nigdzie znaleźć miejsca brutalnie prawdziwego, brudnego absolutu istnienia. Człowieka chowa się czystego, a dopiero jego zadaniem jest samogwałt - wyrwanie ze swoich trzewi czegoś, czym faktycznie można by powiedzieć, że się jest (bo przecież chyba nie ,,piątoklasistą”?). Mały chłopczyk zastanowił się nad zdjęciem z siebie wszystkich ubrań (o zgrozo - ubrań ,,do szkoły”), nad pozbyciem się fetoru higieny. Nie, to nie to, to byłoby głupie - myśli chłopaka wróciły z powrotem pod ziemię.

        Strużki wody zostawiały rude ścieżki spływając powoli po ścianach. Kiedy Karol z rodzicami mieszkali jeszcze w biedzie, w nędznym domku pod miastem, całe dnie upływały mu w jego ,,bazie” - wciśniętej pomiędzy rosnące na działce drzewa a siatkę ogrodzenia. Ze wstydem wspominał do dzisiaj dzień, kiedy grupka dzieci w jego wieku, w czystych ubraniach, na kolorowych rowerach, zapuściła się w jego ulicę (co było na tyle niezwykłą rzadkością, że jest to jedyna taka sytuacja, jaką Karol pamiętał), aż spotkali go, skulonego w swojej kryjówce. Z dziecinną ochotą próbowali z nim zacząć rozmowę, lecz on, jak nieoswojony dzikus, nie był nawet w stanie spojrzeć im w oczy. Speszeni, ruszyli dalej błotnistą drogą, która prowadziła chyba tylko do jakiejś żwirowni (sam Karol nigdy nie zagłębił się w tę uliczkę dalej niż koniec jego działki), najpewniej zapominając o dziwaku już w następnej minucie. Lecz Karol pamiętał to do dzisiaj. Pamiętał, jak po długiej minucie wreszcie dotarł do niego sens sytuacji, rzucił się on wtedy biegiem przez działkę, wyskakując spomiędzy krzaków na otwarte pole, biegł przez wysoką trawę z nadzieją zobaczenia jeszcze błysku ich plecaków, lecz przywarł wreszcie policzkiem do ogrodzenia, a na uliczce panowała absolutna cisza. Karol-dzikus wyrywał się z jakiegoś rezerwatu, wracając teraz na powierzchnię świadomości chłopca, jakby między rurami piwnicznej kotłowni odnalazł komfort zapomnianej bazy. 

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...