Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Egoistyczny epikureizm, czyli jak robić z siebie skutecznie idiotę przez ponad dziesięć lat. (cz. II)


Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano (edytowane)

Część trzecia: Podróże małe i duże.

Poniższe wydarzenia z mojego i Twojego życiorysu działy się mniej więcej symultanicznie, ale opisywanie ich w ten sposób mogłoby wydatnie zaburzyć konstrukcję całości, dlatego najpierw napiszę o Twojej ostatniej, jak dotąd, przygodzie miłosnej. Co, znowu nieprecyzyjnie? Ach, to była życiowa porażka. Jak wolisz. A zatem owa porażka życiowa miała na imię Michał, jeśli mnie pamięć nie myli. No to nie słuchaj, ale nie wychodź. Choć raz zrób tak, jak ja chcę. O tymże Michale nie dowiedziałem się, o dziwo, od Ciebie, lecz przeczytałem o waszym związku na Twoim blogu. Chyba jednak zrobiłaś błąd, że wyjawiłaś mi te Twoje zapiski, zresztą już wszystko Ci jedno. Dokładnie. Ohydne słowo. Wracając, pisałaś bardzo pięknie, o jakiś przytulaniach się wieczorami nad jeziorem, o rozmowach na każdy temat, przede wszystkim zaś o odpowiedzialności. Cóż, w świetle późniejszych wydarzeń wszystko to jest po prostu śmiechu warte. Poczekaj, jeszcze za wcześnie, aby nazywać mnie hipokrytą, na razie jest o Tobie, więc milcz. Czytałem przeto te wzruszające wynurzenia jak bajkę o żelaznym wilku, oczekując na konkrety. Zawsze interesowały mnie Twoje miłości. Gdy przez dłuższy czas nie pojawiał się nowy wpis, uznałem, że w końcu chłopak stanął na wysokości zadania i rzeczywiście okazał się tym odpowiedzialnym, opiekuńczym i dojrzałym mężczyzną, jakim go tak wymownie malowałaś na blogu. Co Ci z tego wyszło, to jeszcze jeden król malowany. Po jakiś trzech miesiącach dostałem od Ciebie list, jeden z ostatnich, które do mnie napisałaś, wystukany na komputerze i niezwykle krótki, bo liczący zaledwie cztery strony A4. Podwójnie przykro, ale grunt, że w ogóle jeszcze chciało Ci się do mnie cokolwiek napisać. Początek utrzymany był w tonacji tekstów z bloga, choć bez tamtejszych porywów serca i bogatej metaforyki. Nie zdziwiła mnie ta Twoja oszczędność stylistyczna, przyzwyczaiłem się już, że dla mnie masz tylko opisy życia codziennego, pracy, chorób Twoich kotów i tym podobne dyrdymały, które najchętniej bym ominął, gdyby nie pochodziły od Ciebie. Czytam więc cierpliwie, jak Ci układa się pożycie, obserwując jak z każdym kolejnym zdaniem narasta w Tobie gniew, frustracja i rozczarowanie z powodu partnera. Końcówka miała już wyraźnie męczeński wydźwięk, usłyszałem prawie te lamenty tu w Warszawie. Nie biadoliłaś, że już Cię nie kocha, że unika, że skończyły się tematy do rozmowy. Kamieniem obrazy był fakt, że nie dokłada się do rachunków, choć ma tysiąc pomysłów, jak zarobić pieniądze, tyle iż ich nie zarabia, stąd wszystkie wydatki spadają na Ciebie. No, to rzeczywiście poważny problem, ten brak opłacalności. Jak tam nazwałaś tego utracjusza? Ach tak, „rozwydrzone dziecko blokowiska”. Musiał Ci wtedy mocno uwierać, ponieważ wyznałaś mi z całą szczerością, na jaką było Cię stać, że popełniłaś błąd (podkreśliłem, bo to u Ciebie osobliwe zjawisko), pozwalając mu się do Ciebie wprowadzić. Teraz zaś, gdy chciałaś go jak najprędzej wyrzucić, pokazało się, że to nie takie proste. Jego eksmisja trwała bowiem mniej więcej cały rok, w którym to czasie napisałaś do mnie jeszcze dwa listy, niezmiennie zapewniając o Twoim ogromnym pragnieniu spotkania się ze mną, przeplatając owe przyrzeczenia informacjami o znikaniu kolejnych sprzętów, jakie Twój niedawny ukochany był ze sobą zaintromitował. Najdłużej chyba zeszło mu się z piecem, choć nie odmówił sobie tego barbarzyńskiego postępku, jakim było rozbicie Ci oszklonych drzwi, można więc powiedzieć, że wyniósł się z hukiem. Rzeczywiście, rozwydrzony. Znowu ostałem się tylko ja, Twój Wspaniały Daleki Rozmówca, z którym wreszcie spotkałaś się we wrześniu tego roku, kiedy piszę te słowa. Zanim jednak przejdę do spotkania, czwartego i ostatniego, napiszę najpierw o moich wycieczkach w rejony płci przeciwnej. Wiem, że Ci o nich wiele pisałem, no cóż, nie prowadzę bloga, może dlatego. Dla równowagi muszę, choćby pokrótce.

Po porzuceniu pożałowania godnego zajęcia, jakim była krytyka literacka i okresie gnicia w bezczynności zawodowej, załapałem się w końcu na dość intratne stanowisko w korporacji z branży IT. Wszystkiego się można nauczyć, a choć z biegiem lat coraz mniej chęci do otwierania nowych horyzontów, wysiłki okazały się ostatecznie owocne. Tak się akurat złożyło, że na szkolenie uczęszczała pewna kobieta, na którą początkowo nie zwróciłem większej uwagi. Siedzieliśmy obok siebie i słuchaliśmy z niejakim znudzeniem o projektowaniu stron www, typach konkatenacji czy rodzajach encji. „Teoria jest szara, zielone zaś jest praktyki drzewo”, jak mawiał stary mistrz z Weimaru. Gdy nadeszła pora na przerwę, wyjąłem swoim zwyczajem książkę i zatopiłem się w lekturze. Po chwili poczułem na ramieniu nieśmiałe szturchnięcie, pochodzące od mojej sąsiadki, która na moje spojrzenie spytała, co takiego czytam. Akurat był to tekst pewnego prawicowego redaktora i rozgorzała pomiędzy nami dyskusja o zasadności tez, które stawia w swojej publikacji. W gąszczu słów miałem okazję do przyjrzenia się bliżej interlokutorce, czyli Monice, tak bowiem miała na imię. Chociaż wygląd zewnętrzny był dla mnie od zawsze i wciąż jest rzeczą zupełnie drugorzędną, mimo to uderzyła mnie jej powierzchowność. Była po prostu filigranowa, ujmująco maleńka i jakkolwiek sam nie jestem zwalistym wielkoludem, nieczęsto miałem do czynienia z takim typem urody niewieściej. Dość szybko książka okazała się tylko pretekstem do wypadów na obszary sfery osobistej i obserwowałem, z jaką łatwością i gotowością bombarduje mnie informacjami o sobie. Pochodziła z Radomia, dopiero co skończyła historię sztuki na UW (na plus,, mimo sporej różnicy wieku pomiędzy nami), uwielbiała filmy z Liamem Neesonem i prace Rafała Ziemkiewicza. Bardzo energetyczna osobowość, tak różna od mojej wycofanej i dość flegmatycznej natury. Kontynuowaliśmy tę naszą wymianę światopoglądową i po szkoleniu, kiedy to wypadło pochwalić mi jej poświęcenie, jako że wynajmując mieszkanie na Bielanach, dla zachowania ciągłości wywodu zdecydowała się towarzyszyć mi aż do mojej ursynowskiej kryjówki. Znasz mniej więcej topografię Warszawy, odległość jest znaczna, nawet pomimo metra. Moje klasyczno-filologiczne wykształcenie i nostalgiczne przywiązanie do starożytności przyjęła z niekrytym zaciekawieniem, nie strzegąc się jednak przed wszędobylskim banałem, że to wyjątkowa umiejętność, niespotykany już dzisiaj dar i tak dalej. Za wcześnie było na polemikę z mojej strony, zresztą odzywałem się rzadko i dałem nieść prądowi jej słowotoku. W końcu dowiedziała się, gdzie pomieszkuję i nadszedł czas na pożegnanie się, ale przecież tylko do jutra, prawda, wtedy znowu porozmawiamy, tak, mam ci jeszcze tyle do powiedzenia, jeśli będziesz chciał, a będziesz, co, bo w ogóle zaimponowałeś mi twoją kulturą i czuję, że jesteś kimś więcej, niż dajesz po sobie poznać, naprawdę, a ja chciałabym poznać cię bliżej. Rumieniec. Nosiłem wówczas brodę, nie zauważyłaby więc, gdybym także spiekł raka, co jednak nie miało miejsca. Dostałem za to w pakiecie koleżeńskiego buziaka w lico, po którym uciekła jak oparzona. Czy ja wiem, czy roztrzepana? Było coś uroczego w tej jej dziewczęcości, nie mającej w sobie nic z Twojej posągowości i cyzelatury ruchów. No cóż, pomyślałem, czas pokaże, co to za ziółko i na ile zdoła zatruć mi życie, bo że to zrobi, byłem pewien.

Nazajutrz tylko pojawiłem się na horyzoncie, przypadła do mnie i przytuliła się. Oniemiałem. Przeprosiła mówiąc, że był to z jej strony odruch bezwarunkowy. Mhm. Znowu zaczęliśmy gadać, tym razem jednak mogłem powiedzieć jej o sobie trochę więcej, niż ostatnio. Patrzyłem, jak słucha chciwie i łyka wszystko, co jej podaję, bez względu na prawdę i fałsz, chociaż nie miałem powodu o niczym jej kłamać. Urzekał mnie jej zachwyt, atencja i zainteresowanie, nawet jeśli wiedziałem doskonale, czym to się skończy. Podobny stan utrzymał się jeszcze przez kilka dni, podczas których zrezygnowała w końcu z pracy w tej firmie, ja zaś tkwię w niej do dzisiaj. Nie zrezygnowała natomiast ze mnie, wręcz przeciwnie, nasza znajomość uległa pogłębieniu i rozszerzeniu, że tak powiem. Odwiedziłem jej mieszkanko na Wrzecionie, metrażem podobne mojemu, ale znające kobiecą rękę, schludne i czyściutkie, przytulne. Tymczasem fascynacja przeszła w miłość na zabój i na wieczność. Oczekiwała już tylko na spełnienie, na które nie mogłem się jeszcze zdecydować. Hm? A nie jest ono decyzją? Emocje emocjami, ale chyba jestem dysponentem własnego ciała, a już samo umiejscowienie organów determinuje, który powinien w tej materii brać górę. Ok, już się nie mądrzę. Nie uwierzyłem, gdy wyznała, że robi to pierwszy raz. Okazała daleko posuniętą zręczność i biegłość w temacie, nawet dzikość i zaborczość, jakby tuż po akcie miała skonać w moich ramionach. Ja zaś wciąż musiałem uważać, żeby nie wyrządzić jej krzywdy, wspominałem przecież, że była filigranowa. Po konsumpcji wyraziła nadzieję, że będziemy już zawsze razem. Tak, zadaj teraz to moje pytanie, znając ciąg dalszy masz do tego pełne prawo. Trochę potrwało, nie gadaj. Nie za długo? Pewnie nie, wszak ile można żyć w zawieszeniu pomiędzy dwoma mieszkaniami, na szczytach gór, gdzie co prawda widać więcej, lecz powietrza mało. Nierówność relacji, przypominającej tę pana ze sługą, zaczęła mnie w końcu męczyć. Mówiłem, ale ten groch zawsze znajdował swoją ścianę. Znasz mnie chyba na tyle, żeby wiedzieć, iż nie skazuję się na robienie czegoś, co nie sprawia mi już przyjemności i nie zabawiam się w teatr, ale odcinam. Zdaje się, że zniszczyłem jej wówczas świat, podnosząc dodatkowo najgłupszy z możliwych argument, to jest wiekowy: jesteś jeszcze młoda, znajdziesz na pewno faceta, który spełni wszystkie twoje oczekiwania. Momentalnie zgasła mi przed oczyma, nie pozostało mi więc nic innego, jak podłożyć ogień pod ten most. A choć rzeka płynęła przez jakiś czas nadal i Monika próbowała zamoczyć sobie w niej stopy, nie zdało się to na nic. Pustynia.

Przyznaję, nie chorowałem nazbyt długo, zaś moje życie powróciło do owej wyżłobionej koleiny, którą pcham co dzień wózek z bagażem doświadczeń. Z monotonii wspomnianego kursanta praca-dom wyrwał mnie dopiero kolejny przełom. Znowu będziesz mnie łapać za słowa? Za co innego byś nie chciała, no, moja droga, gratuluję subtelności. Lubiłem Cię taką, rzekłbym, o szerokim spektrum tonacji, wręcz gamę, sięgającą od tajemnych wzniosłości ku brudom prostactwa. Maski i scena obrotowa. Wracając, dostałem w październiku 2017 roku pismo z uczelni, że mam wypełnić jakiś papierek odnośnie doktoratu. Cóż było robić, na Krakowskie Przedmieście zatem. Mój instytut mieści się zaledwie na przestrzeni jednego piętra, kilka pokoi i biblioteka. Trochę studentów, patrzących się na mnie ze szczyptą głupoty, bo już znacznie przekroczyłem wiek poborowy. Usiadłem na krześle koło schodów i czekałem na moją kolej do sekretariatu. Kątem oka zobaczyłem, jak jakaś dziewczyna wlepia zbrojny w okulary wzrok w podniszczoną książkę. Zdołałem uchwycić okładkę: „La Nouvelle Heloise”, Jean Jacques Rousseau. Z głupia frant więc rzuciłem w przestrzeń: „C’ est vraiment une plus frivole et floue livre comme chaque femme.” Widzę, jak dziewczę odgarnia ciemną zasłonę włosów i spogląda na mnie ciekawe, pytając: „Słucham?” Wzruszyłem ramionami i wskazałem na książkę. Okazało się, że spożywa ją na filozofię, wyraziłem jednak zdumienie, że w oryginale francuskim. A tak, zna język i woli w oryginale, bo nie ufa przekładom. Chwali jej się to. Chwila milczenia. „A pan chyba nie stąd?” – padło w końcu. „Stąd, ale z innego czasu” – odparłem. Porozmawialiśmy jeszcze chwilę o owym nieślubnym związku francuszczyzny z łaciną, po czym mogłem wreszcie załatwić sprawę w sekretariacie. Wychodząc, nieznajoma wciąż trwała na swojej pozycji z Rousseau na kolanach, spytałem więc, czy może nie chciałaby rozwinąć tematu w bardziej sprzyjających okolicznościach środowiskowych. Zgodziła się spotkać ze mną pod wieczór tego dnia na neutralnym gruncie, jakim pokazał się Ogród Saski.

O umówionej godzinie czekałem już na miejscu, rozparłszy się wygodnie na jednej z ławek, muskany z lekka przez sen. Nie zauważyłem, kiedy zbliżyła się i usiadła obok. Szczerze mówiąc, nie sądziłem że w ogóle przyjdzie, żeby pogadać z dużo starszym mężczyzną (znowu), o którym wie tylko tyle, że zna jako tako osiągnięcia francuskiego Oświecenia i studiował kiedyś filologię klasyczną. Powiedziała mi zresztą od razu, że postanowiła zaryzykować i udowodnić mi, że nie każda kobieta jest płochą i zwiewną istotą. Gotów byłem na to przystać, nawet bowiem wyglądem daleko jej było do eteryczności, bo postury nikczemnej i cokolwiek krępej, miała w sobie pewną grację, którą zauważyłem kiedyś w Tobie. W zasadzie przypominała mi Ciebie dość mocno, choć nosiła wspomniane okulary i miała o wiele dłuższe włosy. W miarę rozwijania wątków przekonywałem się nadto, że jest bardzo praktyczną osobą, przejmuje się swoimi obowiązkami i nie ma konta na Facebooku. Ostatnią uwagę pozwoliłem sobie skwitować śmiechem informując ją, że ja również takowego nie posiadam i jestem w ogóle przestarzałym modelem, co to pisze listy i nie wie, jaka jest różnica pomiędzy iPhonem i iPadem. Na wzmiankę o listach zrobiła taakie oczy i chyba zorientowała się, że trafił jej się oryginał, bo spytała zaraz, ciekawsko i żartobliwie zarazem, czy zdarza mi się tworzyć też te miłosne. Odpowiedziałem zgodnie z prawdą, że odkąd sięgam pamięcią, innych nie miałem przyjemności spłodzić. No to zazdrości adresatce, ale zaraz ugryzła się w język i zamilkła jak grób. Powiało chłodem, ściemniło się i oznajmiła, że musi już iść do domu. No dobrze, ale ja jestem cierpliwy, gdyby jeszcze chciała kiedyś. Dałem jej numer telefonu i spać. Zaczęło się już następnego dnia, tematyka uległa znacznemu rozszerzeniu, wzmogła się też częstotliwość spotkań, także tych domowych. Niezła lokalizacja: Rondo ONZ, zwłaszcza gdy już sięga tam metro.Na bogato, ale trudno się dziwić, gdy rodzice dobrze sytuowani i zasponsorowali.

Na szczęście nie przewróciło ci to w głowie, Katarzyno Joanno, dwojga imion, dla których mam już dziś tylko żal i rozczarowanie. Czy mam być wtórny i pisać o tych wszystkich okołomiłosnych wyrażeniach i wrażeniach? Nie mam na to ochoty. Od poprzedniczki różniło cię to, że potrafiłaś mi ostro przywalić, nie poczytywałaś każdego pomysłu w czambuł za cudowny i wspaniały, krytykowałaś niezdrowe nawyki rodem z samotniczego żywota. I vice versa. Nie pamiętam dnia, żebyś sobie nawzajem jakoś nie dosrali, ale tak po przyjacielsku, trochę ironicznie, trochę troskliwie. Mógłbym poświęcić cały rozdział, złożony wyłącznie z tych naszych obopólnych docinek, ponieważ ani trochę nie ustępowałaś mi tu pola w kreatywności językowej. Z biegiem czasu przyzwyczaiłem się do ciebie, do twojej obecności w moim życiu oraz, co gorsza, nieusuwalności zeń. Aż tu w końcu pewnego dnia, kiedy miałem do ciebie przyjechać na weekend, zadzwoniłaś i powiedziałaś, że musimy przeprowadzić, tym razem poważną, rozmowę. Suspens prawie jak z Hitchcocka. Nie lubię nagłych zwrotów akcji, jechałem więc do ciebie z nerwami w skali „de”. Podałaś najpierw wyjątkowo smakowity obiad, lubiłaś zresztą gotować i cieszyłaś się, że masz dla kogo. Gdy już wtopiliśmy się w sofę, zadałem owo naturalne pytanie zastane w czasie przeszłym. Osłupiałem, bo po raz pierwszy zobaczyłem cię tak przerażoną, niemal spanikowaną. Bałaś się tak, że zamieniłaś miękkie materace na prostotę i surowość krzesła. Dystans, jakbym miał cię zaraz zacząć okładać za to, co mi powiesz. Nie jestem w stanie podnieść ręki na kobietę, przeto spokojnie i powoli, jak lubię. Zaczęłaś od przydługiego wstępu czasoprzestrzennego, to jest ile się już znamy, ile mam lat i zrozumiesz, jeśli nie zgodzę się na to, co sobie zamarzyłaś. Machnąłem ręką na to argumentum ex nihilo, a wiem, że nic tak nie odpędza napięcia i zdenerwowania, jak odrobina humoru, powiedziałem więc, że jeśli jest to coś poniżej pięciu stów, to wchodzę w to. Zaprzeczyłaś, bo dla ciebie ta propozycja jest bezcenna. Wydusiłaś wreszcie, że chodzi o wspólne zamieszkanie i spuściłaś wzrok, jakby oczekując na wyrok. Przyjrzałem ci się uważnie, tak zmizerowanej i wylęknionej, zarazem z owym egoistycznym do szpiku kości poczuciem, że oto nareszcie mam nad kimś władzę i mogę wedle woli obdarowywać szczęściem lud strącać w otchłań rozpaczy. Wyrok nie zapadł, nikt nie nacisnął na klamkę, natomiast wstałem i zacząłem gorączkowo, ostentacyjnie macać się po kieszeniach. Spytałaś słabo, co robię. Odpowiedziałem wówczas z udawanym gniewem, że gdzieś mi się zapodział ten pierścionek. Bum! Zapalajcie pochodnie i rozgłaszajcie po wszystkich dzielnicach wieść szczęsną a pomyślną, niech ulice spływają winem i ścielą się kwieciem, zaś dzwony w kościołach niech nie śpią, lecz biją długo i miarowo, mieszając się ze śpiewem i okrzykami ludu. Cieszyłaś się jak dziecko, szczegóły pozostawiając przyszłości. Stanęło na maju 2018 roku, wówczas miałem opuścić na zawsze moją ursynowską dziurę i wstąpić na nową drogę życia. Miałem, ale zanim rozpocząłem pakowanie dobytku, popełniłem błąd. Choć może inaczej. Nie, nie wykręcam się sianem, cicho bądź, miałaś przecież słuchać, a nie gadać. Przypominam Ci, że to przez Ciebie, nawet jeśli pośrednio. Jaką winę, takie są fakty. Grunt, że gdy pewnego razu spędzałem kolejny weekend z Katarzyną Joanną, oświadczyła nagle, że idzie na zakupy. Nie jestem w tym dobry, zaprosiła więc koleżankę. Na odchodnym doradziłem jej tylko, żeby pooglądała sobie suknie ślubne i dała mi znać, ile mam oszczędzić. Nie wypłacę się do końca życia, no, ja myślę. Kiedy wyszła, zrobiłem być może najgłupszą rzecz w życiu, mianowicie wyjąłem papier i zacząłem pisać list do Ciebie. Nie mogłem się doczekać, żeby z wszelką wyrazistością i dumą nie poinformować Cię, jakie to wielkie szczęście mnie spotkało. Dlaczego nie powiedziałem jej wcześniej o Tobie? Nie wiem, wyleciałaś mi z głowy. Wiem, że trudno Ci w to uwierzyć. Powinienem, masz rację, uniknąłbym tej całej burzy, która rozpętała się, kiedy wróciła i zobaczyła mnie cokolwiek zamyślonego, może rozemocjonowanego. Co porabiam? Piszę. O, a co piszę? List.. Nie musiała więcej dopytywać, w końcu sam jej powiedziałem, do kogo tylko piszę listy. W ten sposób nie my, ale nasz związek poszedł się żenić. Oczywiście nie obyło się bez owej krzykliwej i rażącej scenerii, w której zwykle nie poznajesz aktorów, często bowiem wychodzą z ról, z jakich ich znasz na co dzień. Więc jednak Ursynów, palec i znajomy kurs. Dokończyłem jednak list do Ciebie. Nie odpowiedziałaś, nic nowego. Napisałaś mi natomiast maila, że pieca już nie ma i możemy się spotkać, jeśli chcę. Co mi pozostało? Jasne. Dzieci poszły do szkoły, a my się zobaczyliśmy. Tyle.

 

Część czwarta: Lohengrin, Rycerz Łabędzia

Będę już się streszczał, bo oprócz duchowych duszności dopadło mnie także straszne choróbsko, które wydatnie utrudnia wymianę gazową. W zasadzie nasze ostatnie spotkanie niewiele różniło się, przynajmniej w przemożnej części, od poprzedniego. Ot, spotkały się dwa grzyby w rynnie po deszczu. Żadne z nas nie potrzebowało specjalnie pocieszeń, ubolewań i wszystkiego tego, co powinno zaistnieć pomiędzy przyjaciółmi. A tak, wyrządziłaś mi tę krzywdę i nazwałaś przyjacielem. Próżno oczekiwałaś ode mnie tożsamej deklaracji, nienawidzę tego słowa, bo samo w sobie będące nieznośnym ograniczeniem, jest ponadto najbardziej niewdzięcznym kredytem zaufania bez pokrycia, z którego można zawsze wycofać się, gdy coś zacznie się walić. Koszta zaś są nad wyraz niewielkie, bo to zaledwie wyrzuty sumienia, o ile takowe w ogóle się odczuwa. No, jestem dziś na nie, wiesz, nie czuję się za dobrze. Pozwolisz, że skończę. Zastanów się, czy mógłbym nazwać przyjaciółką osobę, którą widuję raz na dwa, trzy lata, obecną więcej przez papierowych tudzież szklanych pośredników, niż zapachem i głosem. Prawda, nazwałem Cię kiedyś Niesamowitą, ale i tak w końcu zbrzydł Ci ten tytuł, czego więc się obawiasz, próbując napiętnować mnie owym przyjacielskim stemplem? Po co w ogóle to miano? Naprawdę potrzebujesz wiedzieć, na czym stoisz? To co ja mam powiedzieć? Ja przynajmniej już dowiedziałem się, ale o tym za chwilę. Nie wiem? Ciekawe. Jak więc mówiłem, spotkanie przebiegało według wzorca wypracowanego wcześniej, to jest pocałunki, kolacja, szampan, seks, poezja i rozmowy o wszystkim (kolejność dowolna). Zdziwiłaś się, pamiętam, dlaczego przywiozłem szampana. Pierwszy upadek. Dziesięć lat znajomości, okrągła rocznica? No właśnie. Wydawało mi się, że dla mnie to cała wieczność, pokazało się jednak, że nie tylko mi przecieka czas przez palce. Uraz był jeszcze niewielki. Po którymś z kolei zbliżeniu leżeliśmy w mroku i zebrało Ci się na zwierzenia. Natężyłem ciekawie Mickiewiczowskie ucho, bo to zaiste biały kruk, móc słuchać, jak dokonujesz autokrytyki, gruntownej i druzgocącej. W jej toku wreszcie przeszłaś do zagadnienia, które nazwałaś „nieudanymi wyborami partnerów życiowych.” Trochę ich było i przekonałem się, że dotknąłem tylko wierzchołka góry lodowej. Naturalną rzeczy koleją przeszłaś następnie do mojej osoby: że mnie nie wybrałaś, zgadza się, że nie jestem nieudany, dziękuję oraz że nie jestem Twoim partnerem życiowym, też prawda. Drugi upadek. Spytałem wtedy z bezlitosną logiką, kim zatem właściwie dla Ciebie jestem. Jak za dotknięciem magicznej różdżki opadła z Ciebie cała niedawna szczerość i bezpośredniość. Sporo nabrałaś w usta tej wody na młyn, jaką są porównania, hiperbole, interteksty, słowem całokształt potencji poetycznej człowieka, miły dla oka, gdy go czytasz, niekoniecznie zaś prosto w oczy. Zmęczyłaś się przy tym nieziemsko i kto wie, gdybym Cię wówczas nie przycisnął, domagając się prawdy, być może dalej byśmy tak sobie trwali w najlepsze przez następne dziesięć, dwadzieścia czy nawet pięćdziesiąt lat, zawieszeni w pół słowa, niedopowiedzeni. Mam Cię nie męczyć, rzeczywiście, doznałaś dotąd z mojej ręki tak wielu wymyślnych katuszy, że jesteś w prawie odmówić mi odpowiedzi. Robię się nachalny, naturalnie, przez ostatnie dziesięć lat nie robię niczego innego poza prześladowaniem Cię, wchodzeniem Ci z butami w życie i obśmiewaniem Twoich nieudanych związków. Takiego mnie nie znałaś, niedosłyszałem, jakiego? No kim jestem dla Ciebie, do cholery, czy to aż tak trudne pytanie? Nie wiesz, ale nigdy nie będziesz moją żoną, nie urodzisz mi dziecka, nie stworzymy rodziny i nie zamieszkamy razem. Trzeci upadek.

Marzyciel, zaklinacz rzeczywistości, idiota. W tej kolejności. Co gorsza, długodystansowiec. Nieodrodni synowie Adama i córy Ewy i na to znaleźli właściwe w ich ogólnoludzkim mniemaniu słowo: złamane serce. Chyba umrę ze śmiechu. Wypadałoby na tym zakończyć, bo to stan nie do opisania. Idealna cisza. Spróbuj dotrzeć do własnej świadomości i powiedzieć jej, że już nie będzie pogadanek na czacie, nie będzie listów, prezentów na urodziny i święta, spotkań z wszelkim dobrodziejstwem inwentarza, bogatej frazeologii, artystycznej kompozycji i zarywania nocy, żeby upchać te wszystkie myśli, których przyrost daleko przekroczył prędkość wodzenia piórem po papierze. Z drugiej strony, jakże wdzięczny to temat dla jakiegoś psychologa: dwoje ludzi, którzy przeżyli we względnej komitywie tak długi czasokres, nie znając się przy tym nieomal w ogóle. Zadziwiający przyczynek do badań. Ech. Dla Twojej wiadomości, nie ma we mnie nienawiści ani nawet niechęci. Nie miałem ich dla tamtych, nie mam dla Ciebie. Tylko rozczarowanie. Zarówno Tobą, jak i samym sobą. Wystarczy.

Zakończenie

Od kilku dni leży u mnie list od Ciebie. Zastanawiam się, czy coś Cię olśniło, czy może tym razem to Ty nie wyraziłaś się dość precyzyjnie. Tak czy inaczej, nie mam najmniejszej ochoty go otwierać, za to ogromną wrzucić do Wisły. Niech sobie śmiało płynie, bo to wszystko woda, która przynosi i zabiera. Natomiast mam dla Ciebie starą piosenkę, która doskonale odzwierciedla meandry naszej znajomości. Jedyne zaś, co mógłbym w niej uznać za nieadekwatne, to refren. Nie żyję zemstą. Niczym już nie żyję.

 

          

Edytowane przez Gość (wyświetl historię edycji)
Opublikowano

Czyta się świetnie, choć tematyka lekką nie jest. Przez pewien moment nie mogłem odgonić się od myśli, że jest w tej prozie coś z klimatu filmów Koterskiego. Nawet wizualizowało mi się czytanie w obraz filmowy. Osobiście to dla mnie jedna z wykładni dobrej powieści obyczajowej.

Życzyłbym jednak peelowi, by to nie był koniec jego perypetii. Z tą drobną różnicą, by ciąg dalszy mógł opisać je w szczęśliwszej dla bohatera formie. 

Ze szczerym pozdrowieniem 

Opublikowano

Drogi Ithielu

Nie takiej kontynuacji szczerze Ci życzyłem i życzę nadal. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że powyższa narracja dotyczy Twoich osobistych perturbacji. Dlatego też, życzyłem dalszego ciągu perypetii, ale w możliwie szczęśliwszym wymiarze. Kto wie, może gdzieś na horyzoncie majaczy już jakaś Małgorzata?

Posłużyłem się też określeniem peel jako, że podchodzę do Twojego tekstu jak do kawałka literatury zamieszczonego na portalu dla miłośników i twórców tejże.

Z serdecznym i szczerym pozdrowieniem faceta o sercu pękniętym i sklejonym kilkukrotnie! (aż dziw, że się do tej pory trzyma)

 

 

Opublikowano

Oczekuję jej zatem ze zniecierpliwieniem. 

Co do ewentualnej Małgorzaty to sam chyba jestem dobrym przykładem na to, że czasem trzeba po prostu odpuścić i iść dalej, a może będzie dane na swojej drodze spotkać takową, która będzie umiała odnaleźć mistrza w człowieku, który sam się pod żadnym względem za takiego nie uważa. Jak to powiadała moja rodzicielka - kto ma serce miękkie ten ma twardy tyłek. Może właśnie to pozwoliło mi pomimo wszystkich sercowych tragedii nie poddać się, zostawić za sobą to co było i iść dalej, by dać losowi jeszcze jedną szansę. 

 

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Wędrował sobie pewnego razu po świecie pewien człowiek. Kim był? Nie wiadomo. Sam o sobie mówił, że jest po prostu włóczęgą, poszukującym nieodkrytej jeszcze przez nikogo ziemi. Ludzie, gdy to słyszeli, patrzyli na niego z politowaniem i pukali się palcami w głowę, no bo jakże to? Przecież każdy skrawek naszego globu został już dawno zbadany, opisany i umieszczony na tysiącu map oraz atlasów. Skąd więc pomysł, aby odnaleźć jakąś ziemię, nieznaną i niczyją? Ten człowiek był również poetą. Pisał wiersze i twierdził, że to właśnie za ich pomocą on tę ziemię w końcu odszuka, zobaczy i przemierzy. Któregoś dnia wędrowiec, zmęczony długą marszrutą, zatrzymał się w niewielkim miasteczku, na rynku. Rozmawiał tam z jego mieszkańcami o poezji, czytał im swoje wiersze i opowiadał, że gdzieś daleko, za ogromnym górskim masywem, za niezgłębionym oceanem, za tysiącem burz i za tysiącem wschodów słońca, istnieje ziemia, której piękno nie może się z niczym równać, ale nikt nie wie dokładnie, jak do niej trafić. Ludzie z miasteczka, jak zwykle, nie chcieli mu wierzyć. Nawet go nie słuchali, zajęci swoją codzienną krzątaniną. Przekupki zachwalały dorodne owoce i warzywa, kuglarze dawali pokazy żonglowania pochodniami, dzieci tłoczyły się wokół stoisk z cukrową watą i balonikami. Tylko jeden mały chłopiec podszedł do poety i zaczepił go: - Proszę pana... Proszę pana, czy może mi pan opowiedzieć coś o tej ziemi, której pan szuka? Jak tam jest? - Tam jest jak w raju - odparł człowiek, a w jego oczach rozbłysł skrywany głęboko zachwyt. - Drzewa nigdy nie są nagie. Ptaki wiecznie śpiewają o wiośnie i lecie. Wszędzie kwitną kwiaty w rozlicznych barwach, roztaczając zapachy, których nawet sobie nie potrafimy wyobrazić. Na niebie pojawiają się codziennie zorze i tęcze, a przez doliny, rozgrzane łagodnością słonecznego blasku, płyną niebieskie roziskrzone rzeki niby jedwabne wstążki. Zwierzęta nie polują na siebie, tylko pod koniec dnia spotykają się u wodopojów i rozmawiają ze sobą pogodnie w nieznanych, tajemnych językach. Żyją tam jedynie sami szczęśliwi ludzie, którzy się gorąco kochają... - Eeee... - stwierdził chłopiec, marszcząc czoło. - Nie ma takiego miejsca. Kłamiesz albo zmyślasz! - dorzucił i pobiegł ku zakurzonym miejskim uliczkom, pogrążonym w popołudniowej sjeście. Włóczęga postanowił również odpocząć przy niewielkim klombie, na gorącym od słońca skwerze. Żar lał się z nieba, mącił myśli, zasnuwał źrenice ciężką, kleistą powłoką. Człowiek pogrążył się w końcu w mętnym półśnie i nagle poczuł, że coś delikatnie trąciło jego dłoń. Uniósł powieki i zobaczył, jak na jego ręce usadowił się mały ptaszek. Był to rudzik, szary z pomarańczowym brzuszkiem, który przechylał łebek raz w lewą, raz w prawą stronę, i obserwował człowieka bystrymi, ciekawskimi koralikami oczu, Raz po raz podfruwał do góry, a potem znowu przysiadał na jego dłoni. - Co ty mi chcesz powiedzieć, ptaszku? - zagadał wędrowiec. Ostrożnym ruchem sięgnął do kieszeni, gdzie znalazł trochę okruchów bułki. Wysypał je na dłoń i poczekał, aż rudzik odważy się skorzystać z tego skromnego poczęstunku. Ptak skubnął kilka okruszków, a następnie znów zaczął na przemian wzbijać się w powietrze i powracać ku rękom człowieka, cały czas słodko poćwierkując. - Mam za tobą iść? - spytał wędrowny poeta. Rudzik oddalił się nieco, lecz przysiadł na gałęzi pobliskiego drzewka, jakby czekał na zaskoczonego tym zdarzeniem włóczęgę. Ów wreszcie wstał i ruszył za ptaszkiem. Opuścił senne miasteczko, po czym skręcił w polną drogę, która prowadziła na zachód. Minął parę opuszczonych domostw oraz wielką łąkę, hojnie usianą miriadami polnych kwiatów - rumianków w białych spódniczkach, wrotyczy jak błędne ogniki, dzikich ślazów zalotnie uśmiechniętych do przysiadających na ich płatkach modraszków. Wtem ptaszek zatrzymał się przy jednej z rozsypujących się ruder. Człowiek minął, zaciekawiony, drewnianą szopę, stare, skrzypiące pomieszczenia gospodarcze, aż dotarł do drewnianego płotu, pokrytego ciemnym, zielonym nalotem. W płocie znajdowała się furtka, zamknięta na haczyk. Rudzik usiadł nieopodal i radośnie zaświergotał. Wędrowiec otworzył furtkę i znalazł się, ku swemu zaskoczeniu, w starym ogrodzie. Był to bardzo dziwny ogród. Mogło się wydawać, że ktoś go opuścił w pośpiechu, nagle i bez jednego słowa pożegnania. Kiedyś ogrodowe alejki, kwietniki i krzewy musiały być pielęgnowane z zapałem i wielkim wyczuciem smaku. Gdzieniegdzie stały stylowe, ozdobne ławki, które czas obdarł nie wiadomo kiedy z eleganckiej bieli. Na środku ogrodu wznosiła się nieczynna fontanna, która zapewne niegdyś cieszyła oczy widokiem srebrzystych strug wody tańczących nad marmurowym basenikiem. Niedaleko fontanny znajdowała się huśtawka, przygnieciona i złamana przez gruby konar drzewa, na którym została zawieszona. W ogrodzie pełno było różanych krzewów. Poeta nigdy nie widział takiej obfitości i tylu odmian róż. Pnące, dzikie, miniaturki - wszystkie zdawały się pamiętać czas, gdy jakaś troskliwa ręka opiekowała się nimi dbając, aby rozwijały się, rozrastały i kwitły. Teraz jednak krzewy zdziczały, zmarniały, jakby zmęczone samotnością i ciszą. To właśnie ta cisza uderzyła najbardziej człowieka; w ogrodzie nie śpiewał ani jeden ptak, ani jeden liść nie szumiał pod muśnięciami wiatru. Obecna tu przyroda sprawiała wrażenie zastygłej w niewyobrażalnie bolesnym milczeniu. Nawet rudzik, który przycupnął lękliwie na chudziutkim, różanym pędzie, przestał ćwierkać, tylko wpatrywał się w człowieka uważnie i pytająco. - Co to za ogród...? I co ja mam z tym wspólnego? - pokiwał głową wędrowny poeta. - Tu nikogo nie było od lat, najwyżej duchy jakichś wspomnień zlatują się nocą do tej fontanny i do porozbijanych latarni, jak stare nietoperze. Te ścieżki dawniej żyły, z pewnością... Odpowiadały zapachem kwiatów niebu na jego zaczepki, tętniły beztroską młodością, a teraz...? Może kiedyś w owym miejscu ktoś kogoś kochał, ktoś się śmiał, ktoś tańczył wśród milionów róż, podczas gdy dziś jest tu tak cicho, że moje własne myśli lękają się głośniej odetchnąć... Zachodzące słońce zostawiało na zastygłych bez ani jednego drgnienia liściach czerwonawą poświatę. Znużony człowiek usiadł na jednej z niszczejących ławek i westchnął. - Żeby to wszystko przywrócić znów do życia, potrzeba wiele wysiłku. Ale może warto? Co, ptaszku? Czy o to ci właśnie chodziło?- zapytał, szukając wzrokiem swojego skrzydlatego towarzysza. Rudzik podfrunął do niego i poeta przysiągłby, że ptak skinął twierdząco swoją szarą główką.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następne dni i tygodnie upłynęły poecie na ciężkiej pracy. Od brzasku do późnej nocy sprzątał alejki, wyrywał chwasty, kosił trawniki, naprawiał połamane ławki, reperował latarnie. W starej szopie, która stała przy ogrodzie i w której teraz zamieszkał, znalazł wszystkie potrzebne narzędzia, zupełnie jakby ktoś je zostawił specjalnie dla niego. Ponieważ dotychczas tylko pisał wiersze, zupełnie nie znał się na ogrodnictwie, ale czuł, że intuicja podpowiada mu, co należy robić. Po prostu, gdy czegoś nie wiedział, siadał sobie przy fontannie, pogrążony w zadumie, aż wcześniej czy później znajdował odpowiedź na swoje pytanie. A może ktoś mu coś szeptał do ucha? Ogród z wolna otrząsał się z przygnębiającego nastroju i prezentował się całkiem przyjemnie. Zaczęły do niego przylatywać ptaki, z początku nieśmiało, lecz później zadomowiły się na dobre. Nocami słowiki uwijały się wśród gęstych krzewów róż, a z rana nowy dzień witały zięby swoimi przeciągłymi, melodyjnymi trelami. Latarnie oświetlały zadbane trawniki i oplatały ławki miękkimi cieniami. Zieleń rozrosła się bujna, soczysta, już nie dzika i trwożliwa. Człowiek cieszył się, widząc, jak jego starania przynosiły owoce, lecz martwiło go, że choć zdecydowanie ogród powracał do życia, nie zrodził się w nim dotychczas ani jeden kwiat. - No przecież po to jest ogród,żeby w nim coś kwitło! - martwił się wędrowiec. Podlewał troskliwie różane krzaczki, przycinał martwe pędy, raniąc sobie palce cierniami, pojechał też do miasteczka po specjalny nawóz - i nic! Ani jeden pąk nie chciał pojawić się wśród błyszczących liści. - A jednak te róże kogoś cieszyły kolorami i słodyczą - westchnął poeta. - Co ja mam teraz zrobić? Nic z tego nie rozumiem. Przecież już za parę dni zaczyna się lato... - Co ja mogę uczynić dla tego ogrodu, co więcej? Starał się jeszcze bardziej. Wstawał przed słońcem i pracował niemal do samej północy. Znał już w tym miejscu każdy zakątek i tak bardzo wyczekiwał chwili, w której choć jedna róża zaczerwieni się się w kolczastym gąszczu. Któregoś upalnego popołudnia, smutny i zmęczony, usiadł na jednej z ławeczek, wbiwszy zniechęcony wzrok w martwą fontannę. Chciało mu się płakać. Tyle wysiłku na nic! Bezradnie wyciągnął z jednej ze swoich kieszeni ołówek i nieduży, pognieciony zeszyt, w którym kiedyś zapisywał swoje wiersze. Od dawna niczego nie stworzy, zajęty nawożeniem, okopywaniem, pieleniem, koszeniem i podlewaniem. Teraz jednak poczuł, że musi ułożyć wiersz. Wiersz o tym, jak bardzo zależy mu na tym ogrodzie. Jak bardzo się spracował bez żadnego efektu. Jak bardzo boli go, że nie potrafi wypełnić tych ścieżek radością, którą ktoś musiał zabrać ze sobą na zawsze, bezlitośnie odchodząc. Pisał, że mimo wszystko przeszłość nie musi przecież ciążyć nad tym, co przecież żyje i pragnie życia. Że chociaż ktoś porzucił przed laty ten świat i zabrał ze sobą nadzieję oraz wolę kwitnienia - teraz przecież jest on, poeta, który uczy się dbać o dotkliwie niegdyś zranione rosarium. Dotkliwie - lecz przecież nie śmiertelnie. Na końcu chciał jeszcze napisać jeszcze jedno słowo, ale jego pióro zatrzymało się, jakby jeszcze nie ufało własnej śmiałości. A potem człowiek przeczytał swój wiersz na głos. Przeczytał go dla tego dziwnego ogrodu. I wtedy pierwszy raz poczuł, jak wszystkie gałązki różanych krzewów gną się od ciepłego podmuchu wiatru, który łagodnie nadszedł nie wiadomo skąd. Poeta wstał i postanowił przejść się po alejkach. Nie uszedł nawet kilkunastu kroków, gdy nieoczekiwanie u swoich stóp dostrzegł kilkanaście drobniutkich roślinek, wychylających się niepewnie z ziemi Nigdy wcześniej nie widział tutaj podobnego gatunku. Ukląkł przy nich i poczuł, jak fala wrzących łez zalewa mu policzki. Maleńkie wschodzące krzewinki pokryte były pąkami kwiatów. Tak, niewątpliwie za kilka dni te pąki rozwiną się, a delikatne łodyżki będą dźwigać najpiękniejszy ciężar na świecie - ciężar życia. Człowiek pragnął całować i pieścić skromne listki młodziutkich siewek, ale nie chciał ich uszkodzić przedwczesną radością i swoim niezręcznym dotykiem. Od tego momentu, przed udaniem się na spoczynek, gdy już uporał się ze swoimi zwykłymi obowiązkami, siadał przy malutkich, rodzących się kwiatkach i czytał im swoje kolejne wiersze, pisane z czułością i pokorą. Pewnego wieczoru poeta dostrzegł, że od północy nadciągają nad ogród ciemne, burzowe chmury. "No tak, przecież to już lato...", westchnął. To miała być pierwsza burza w tym roku. "Trzeba koniecznie zadbać o moje kwiatki, ochronić je, przecież jeszcze nie zdążyły się rozwinąć, i teraz miałaby je zniszczyć ulewa albo wichura? Będę czuwał, nie pozwolę na to!" Nocą przez ogród przetoczyła się istotnie wściekła nawałnica. Strugi ulewnego deszczu gięły do ziemi gałęzie różanych krzaków, a wichura chłostała alejki, trawniki, ławki i latarnie niewidzialnymi kańczugami. Człowiek pozostał w bezruchu przy swojej gromadce kwiatków, którą osłaniał własnym ciałem, mówiąc do nich niemal jak do dzieci: - To tylko burza. Ja też się boję, ale przecież jesteśmy razem. Obolały i przemoknięty pilnował, aby huragan nie uszkodził żadnego listka ani żadnej łodyżki. Nad ranem burzowe chmury ustąpiły na niebie miejsca drżącym promieniom świtu. I w tym złoto-różowym świetle, na jednej z pokrytych jeszcze kroplami wody kępek, pojawił się pierwszy kwiatek. Była to niezapominajka. Poeta oszalał wprost ze szczęścia, Zaczął biegać radośnie po ścieżkach w ogrodzie, tańczyć, śpiewać, krzyczeć, na zmianę płakać i śmiać się. Potem wrócił znów do swoich niezapominajek i z radosnym zdumieniem zobaczył kolejne błękitne kwiatki, pozdrawiające go zalotnymi mrugnięciami z objęć jasnej czystej zieleni. - Kocham was - napisał tego dnia poeta w swoim najnowszym wierszu, który przeczytał im na dobranoc. W myślach tulił je i pieścił. Kwiaty zdawały się wszystko rozumieć i jakby zalśniły w ciemności ukrytym, gorącym światłem.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następnego dnia człowiek stwierdził, że musi pójść do miasteczka, kupić nowy szpadel, bo stary już do niczego się nie nadawał. Ponieważ burza wyrządziła w ogrodzie wiele szkód, potrzebował również jeszcze paru innych rzeczy, aby wszystko ponaprawiać. Pogładził lekko dłonią krzewinki niezapominajek. - Niedługo wrócę - obiecał. Z głębi ogrodu przyleciał rudzik, i usiadł mu śmiało na ramieniu. Chwilę poćwierkał, a potem zniknął w kolczastej różanej gęstwinie. Na rynku jak zawsze było głośno i tłoczno. Straganiarze przekrzykiwali się nawzajem nad stertami towarów, w powietrzu pachniało grillowaną kiełbasą, gołębie tłoczyły się przy przepełnionych śmietnikach. Poeta, zaopatrzywszy się w niezbędne narzędzia, zatrzymał się jeszcze na chwilę przy stoisku z lemoniadą, gdyż zachciało mu się pić. - O, to pan?- usłyszał nagle chłopięcy głos, który skądś znał. - Tak - odparł. Przypomniał sobie swoją dawną rozmowę z owym dzieciakiem, który tamtego dnia nie uwierzył w jego najskrytsze marzenia. - I co, znalazł pan tę swoją wspaniałą krainę? - spytał chłopiec, obrzuciwszy go łobuzerskim spojrzeniem. - Tę, gdzie podobno wszystko jest takie cudowne i panuje wieczne szczęście? - Znalazłem - odpowiedział z uśmiechem poeta, myśląc o swoich niezapominajkach.  
    • spadł puch swym ramieniem przytulił rozżalonych rozjarzone brylanty na ziemi tliły się w oczach białe morze wzburzyło się po raz pierwszy od dawien dawna chcąc byśmy przypomnieli sobie, jak to jest płynąć po nim saniami   potajemnie zmówił się nieboskłon z chmurami urwiska stanął się przystankami drogi porwą pojazdy chwalić będziemy się i ogrzewać śmiejąc z gniewu, niekiedy i radości   przytulnie będzie aniołem zostać bo w końcu biel nas zewsząd otacza byle dłoni nie zajechać po całości, czymś musimy postawić posągi z węgli i marchewek   wieczór dziś jest specjalny inny niźli zawsze tańczymy nieświadomie pod jednym płaszczem bawimy się jak niegdyś i tylko to się liczy wszystko to, gdy palą się lampy pomimo tego, że marzniemy   uwieczniona kamera taśma przygotowana na niby nijak wszystko dlatego że dnia dzisiejszego, zwykłego jak inne, spadł puch    
    • @Radosław   a Ty jak Kogut…  

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @KOBIETA Bądź  jak Supernova. 
    • @Radosław   wiem Radosław …niestety to takie silne oddziaływanie jest …międzygalaktyczne ;)))) nie wiem jak mogę Tobie pomóc…? ;) 
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...