Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Na  kanwie  ostatnich  doświadczeń  proponuję  użycie  wierszy klasyków jako  materiału  do własnych  prób twórczego  wyżycia  się  w formie wiersza przetworzonego - czy to  podobnego w formie, stylu , czy w treści.  

Poniżej  przykład .

Pewnie warto w tym  miejscu wspomnieć  o ograniczeniach  wynikających  z praw autorskich  literatów    zbliżonych do współczesności. 

Opublikowano

Polały się łzy me czyste, rzęsiste
Na me dzieciństwo sielskie, anielskie,
Na moją młodość górną i durną,
Na mój wiek męski, wiek klęski:
Polały się łzy me czyste, rzęsiste…

 

Adam  Mickiewicz, 

 

Co, gdy spytasz o nas splączę, złowię ?  

Wieczornej  ciszy szepnę, przyrzeknę,  

Nocy ciemnościom  błysnę, roziskrzę,  

Chłodu poranek  rozpalę, ocalę.

Co, gdy spytasz o nas splączę, złowię, ?   

 

Opublikowano

Widzę, że nie bardzo masz chętnych do współpracy - a szkoda - bo według mnie bardzo fajnie piszesz. Przedstawię Ci tu zatem moją "przeróbkę" Ody do młodości, pisaną kilka lat temu i gdzieś tutaj też na pewno jest. Tylko mi się nie chce szukać, bo wtedy podałbym link do niej. Nagryzmoliłem tyle samo strof, co w oryginale, więc trochę miejsca tu zajmę:

...

ODA DO WIECZNOŚCI

(wg Jarosława "Zbawcy" K.)


Bez serc, bez ducha - same szkieletory;
Wy tłumni! Dodajcie skrzydeł!
Moherowym wzlecę światłem
W księżycowy cień bladej zmory
Kędy moich snów upiory
Z rzeczywistością dzisiaj tu splotłem
Nie przestrzegając żadnych, człowieczych prawideł...
.
Niechaj kogo duch zamroczy
Schyli dziś ku mnie całą swoją postać
Zechcąc zapewne tak na wieki zostać
Lecz nie potrafi. Z bólu się zatoczy...
Wieczności! Ty nad moim wzlatuj duchem
Busolą myśli mej steruj
Lecz też z każdym moim ruchem
Kieruj ku władzy mnie, kieruj..!!!
.
Patrzę w przyszłość - kędy władza ku mnie kroczy
Poprzez wątpiących niezmierzone tłumy
Strach moją wolę jednak wnet zamroczył..!
Cóż to..?!.. Władza znów się w cień oddala
Jakaś siła, jakaś fala
Gna ją precz. Ja chcę gonić
Nie potrafię... Pomóżcie jej bronić!
Z moich zaś wnętrzy ciągle zło się toczy...
.
Wieczności..! Dla mnie nektar władzy
Wtedy słodki, gdy smak jej samotnie kosztuję
Więc serce dla rozumu natenczas dziękuje
zaspokojoną chucią sławy, smaku sadzy...
Które to ciągle z piekieł Pan mój mi serwuje
Tu na ziemskie padoły w moje ręce kładzie
Swoją władzę. By kotły wciąż piekieł rozpalać
Moje i Jego smaki w pełni zadowalać.
.
Dzieckiem - wraz z bratem - księżyc żem zwojował
Młodzieńcem studiując prawo
Wielem Dzieł wszelkich Lenina wertował;
One wciąż były moich nauk nawą...
Dążyłem, gdzie to czerwień kolorem nadziei
Łamiąc po drodze nieprzychylność ludu
Genami patrząc w naddniestrzańskie knieje
By tu i tam wielkich dokonywać cudów
.
Hej..!!! wraz z towarzyszy radzieckich zamiarem
Opaszmy ziemię koliskiem..!
Rozpalmy piekła nowym ogniskiem
Lenin nam Bogiem i Carem..!
Dalej, myśli z posad rozumu
Nowym chcę pchnąć cię torem
Aby Stalina, Putina wzorem
Panować nad ciemnią tłumów...
.
A, tutaj w kraju, gdzie zamęt panuje;
Skłócę wnet jednych z drugimi
Więc tego świata już nikt nie zratuje
Świat ich niech piekłem się staje
Ja zaprowadzę tu nowe zwyczaje
Przestaną być ludźmi wolnymi...
.
W ich to umysłach zapadnie noc głucha
Dobra żywioły gasnąć będą stale
Wolność nieznaną dlań pozostanie
Dla niej nie wskrzeszą dziś ducha
Słyszę wciąż nowe wołanie;
Ze mną rozpocząć chcą bale...
.
Pryska już dawne zwątpienie
W moją to zbawczą moc woli
Jam Lucyfera na Ziemi wcielenie;
Dla was ku wiecznej niedoli...

.

P.S - tekst ten zapewne był dopracowywany, ale skopiowałem z dawnego notatnika i jest jaki jest, czyli w wersji pierwotnej

Pozdrawiam. Mam nadzieję że się nie obrazisz, jeśli akurat byłbyś fanem "dobrej zmiany".

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

gorączka ciała

- to już dreszcz podniecenia

- to od serca żar

Opublikowano

 

Świat umieliśmy kiedyś na wyrywki:
- był tak mały, że się mieścił w uścisku dwu rąk,
tak łatwy, że się dawał opisać uśmiechem,
tak zwykły, jak w modlitwie echo starych prawd

Nie witała historia zwycięską fanfarą:
- sypnęła w oczy brudny piach.
Przed nami były drogi dalekie i ślepe,
zatrute studnie, gorzki chleb.

Nasz łup wojenny to wiedza o świecie:
- jest tak wielki, że się mieści w uścisku dwu rąk,
tak trudny, że się daje opisać uśmiechem,
tak dziwny, jak w modlitwie echo starych prawd.
 
Wisława Szymborska,     [***] Świat umieliśmy kiedyś...   

 

Żniwo zbieraliśmy kiedyś dosłownie:
- było tak proste, że liczył się każdy kłos,
tak małe, że  potrzebowało dłoni,
tak bliskie,  jak błękit odbity w oczach.
 
Nie czekały mielące tryby postępu:

- zamknęły usta sztucznym  nawozem.

Trafiliśmy na półki pustych kalorii, tanich barwników,

przeterminowanych konserwantów.

 

Nasze języki odkryły smak początku :

- jest tak skomplikowany, że liczy się każdy kłos,

tak wielki, że potrzebuje dłoni,

tak daleki,  jak błękit odbity w oczach.

 

Jemall

 

 

Opublikowano
W autobusie
pomiędzy pracownikami
myślę o podjęciu pracy.
...Bo cóż to za praca - umierać...
A co to za praca - rodzić...
Rodzonym być
i umieranym
być.
...A choćby zwykły kaszel -
jakiż to znój.
...A odjechać ?
...A przybyć ?
Myślę o podjęciu pracy.
Przecięto już bilety.
Jadę.
Kołysze mnie -
kto wie -
ostatni dach nad głową -
autobus linii \\"C\\".
 
Cetka  Autor: Agnieszka Osiecka
 
 
 

Na dysku

między  folderami

rozwijam  aplikację.

...Cóż to takiego - tworzyć...

A cóż to takiego - skasować...

Być tworzonym

i kasowanym

być.

...A nawet zwyczajne okna-

jaki to odmęt.

...A rozruch ?

...A aktualizacja ?

Rozwijam  aplikację.

Rośnie wydajność.

Ściągam.

Pracuję  w tle-

kto wie-

ostatni dostęp do Ciebie-

dysk C:\

 

Jemall

 

 

 

Opublikowano

Gdybym miał lat dwadzieścia pięć 
I nieprzytomną moją głowę, 
A w głowie nieba jedną piędź 
I jedno oko lazurowe, 

Może pod okno twoje znów 
Przyniósłbym wierną mą niewolę, 
Może bym szukał innych słów, 
Tak jak się szuka wiatru w polu, 

Lecz że już nie mam dawnych lat, 
A lazur białym śniegiem opadł, 
Opuszczam ciebie, idę w świat, 
W nieunikniony mój listopad. 

W zamarłym lesie brodzę sam, 
Do ust przyciskam srebrny grzebień 
I niewymyślną polkę gram, 
I nie oglądam się za siebie.

 

Autor: Jan Brzechwa;    Polka

 

 

Gdybym tak  zgodnie z przepisami 

Jechał pod górę na zakręcie,

Ciągłej linii nie mając za nic

Licząc,  że  głupim sprzyja  szczęście,

 

Może spokojnej drogi bieg 

Dałby mi chwilę  ukojenia,

Może by znikł uparty lęk

z mych snów  napitych od cierpienia?

 

Lecz nie dbam o jutrzejszy dzień, 

gra w mojej polce kolorowo:

wyścig na drodze, śmierci cień,

oczy zamknięte odruchowo.

 

Słowacki las przeszyty bólem,

Piasek  przysypie z czasem wszystko;

By ze mnie znikł bezduszny dureń

Szukać daleko mam czy blisko?

 

Jemall

 

https://www.rmf24.pl/fakty/swiat/news-wypadek-na-slowacji-bedzie-areszt-dla-kierowcow-porsche-ferr,nId,2639267

 

 

Opublikowano

Witaj. Tak sobie myślę, że lepiej byłoby gdybyś proponował nieco krótsze teksty "do obróbki". Chętniej się w Twoją propozycję wtedy "pobawię". Nad dłuższymi nie chce już mi się głowić . Pozdrawiam.

gify kubuś puchatek

 

Opublikowano

~
Obok p.Tuwima i jego "całujcie mnie ..."
.
Bajkopisarzom wszystkich opcji
opisujący swymi słowy
co tylko im się we łbach kopci;
ubliżające rozumowi.
Tak dziś wieczorem ja im piszę
- niech się wczytają tu przez lupę -
matołki, ćwoki, nuworysze
- całujcie wy mnie wszyscy w... jupę

~

Opublikowano (edytowane)

Jemall

 

Jechał górnik pod ziemię z kaskiem i latarenką,    
Nie ułomek, to prawda,  jednak ze sztuczną ręką.

 

Która  pamiątką  była z dawnej epoki, kiedy 
zwyczaj miał by ją wsadzać tam,  gdzie nie ma potrzeby.

 

Gdy dojechał do przodka zabłyszczały mu oczy,
Czuł że dzisiaj urobek pewnie normę  przekroczy!

 

Nie chciał wiedzieć że  Skarbek szeptać zaczął do ucha 
Że w niedzielę wypada odpoczywać - nie słuchał. 

 

Ujął kilof za trzonek z wielką mocą i kpiną
Jednak  mu sztuczną  rękę  duch kopalni  zawinął.

 

Wkurzył się nie na żarty przodownik wydobycia
Bez tej części żyć nie chciał - pewnie wróci do  picia!

 

Świat  mu wnet zawirował,  w oczach czerwone płatki!
Z czego  będzie żyć żona? Z czego maleńkie dziatki?

 

A duszydło rechocze, grozi nowym zaklęciem:
Będziesz miał więcej dutków, kiedy będziesz na rencie!

 

Gwarka twarzy się skurczyła,  w swojej naturze czarnej
Zdetonował dynamit , skutki były koszmarne!

 

Kiedy pierwszy ratownik po tygodniu tam  dotarł 
Nic nie  znalazł prócz ręki, sztucznej ręki bez chłopa.

 

Jest na półce w muzeum,  mały napis pod spodem:
Pamiętaj by odpocząć,  możesz skończysz ze smrodem!

 

 

 

 

 

Bolesław Leśmian, Ballada dziadowska

 

Postukiwał dziadyga o ziem kulą drewnianą,                                              
Miał ci nogę obciętą aż po samo kolano.     


Szedł skądkolwiek gdziekolwiek - byle zażyć wywczasu,                     
Nad brzegami strumienia stanął tyłem do lasu. 

 

Stał i patrzał tym białkiem, co w nim pełno czerwieni, 
Oj da-dana, da-dana! - jak się strumień strumieni! 

 

Wychynęła z głębiny rusałczana dziewczyca, 
Obryzgała mu ślepie, aż przymarszczył pół lica. 

 

Nie wiedziała, jak pieścić - nie wiedziała, jak nęcić? 
Jakim śmiechem pośmieszyć, jakim smutkiem posmęcić? 

 

Wytrzeszczyła nań oczy - szmaragdowe płoszydła - 
I objęła za nogi - pokuśnica obrzydła. 

 

Całowała uczenie, i łechtliwie i czule, 
Oj da-dana, da-dana! - tę drewnianą, tę kulę! 

 

Parskał śmiechem dziadyga w kark poklękłej ułudy, 
Aż przysiadał na trawie, jakby tańczył przysiudy. 

 

Aż mu trzęsła się broda i dwie wargi u gęby, 
Aż się kulą obijał o perłowe jej zęby! 

 

"Czemuż jeno całujesz moją kłodę stroskaną? 
Czemuż dziada pomijasz aż po samo kolano? 

 

Za wysokie snadź progi dla czarciego nasienia, 
Ty, wymoczku rusalny - ty, chorobo strumienia ! 

 

Pieszczotami to drewno chcesz pokusić do grzechu? 
Oj da-dana, da-dana ! - umrę chyba ze śmiechu !" - 

 

Spowiła go ramieniem, okręciła, jak frygą! 
"Pójdźże ze mną, dziadoku - dziaduleńku -dziadygo ! 

 

Będę ciebie niańczyła na zapiecku z korali, 
Będę ciebie tuczyła kromką żwiru spod fali. 

 

Będziesz w moim pałacu miał wywczasy niedzielne, 
Będziesz pijał z mej wargi pocałunki śmiertelne!" 

 

Pociągnęła za brodę i za torbę żebraczą 
Do tych nurtów pochłonnych, co się w słońcu inaczą. 

 

Nim się zdążył obejrzeć - już miał falę na grzbiecie - 
Nim się zdołał przeżegnać - już nie było go w świecie! 

 

Zakłębiły się nurty - wyrównała się woda, 
Znikła torba dziadowska i łysina i broda ! 

 

Jeno kloc ten chodziwy - owa kula drewniana 
Wypłynęła zwycięsko - oj da-dana, da-dana! 

 

Wypłynęła - niczyja, nie należna nikomu, 
Wyzwolona z kalectwa, wypłukana ze sromu! 

 

Brnęła tędy - owędy szukająca swej drogi, 
Niby szczątek okrętu, co się wyzbył załogi! 

 

Grzała gnaty na słońcu ku swobodzie, ku życiu, 
Zapląsała radośnie na swym własnym odbiciu! 

 

I we żwawych poskokach podyrdała przez fale. 
Oj da-dana. da-dana! - w te zaświaty - oddale! 

 

Edytowane przez Jemall
edycja (wyświetl historię edycji)
Opublikowano

przebudzenie
czy śniłem o  motylu?
czy motyl śni o mnie?
J

 

 

Śniłem kiedyś, że jestem motylem, i teraz nie wiem już, czy jestem Czuang-tsy, który śnił, że jest motylem, czy też jestem motylem, który śni, że jest Czuang-tsy. 

 

Czuang-tsy

  • 4 tygodnie później...
Opublikowano


Kimźeś się wyłonił?
Polonusem maciupełkiem.
Czyżeś posiadł jakieś znamion czary?
Orlej mleczności nabrzmiałe rezerwuary.
Wszak pomieszkujesz gdzie to czasami?
Między  niskoskumuplowanymi swojakami.
Z jakiego niekraju, nieplanety?
W Polanów niepospolitej rzeczy.
Czymże ta rzecz,  rzekniesz narzeczem?
Mą kądzielą i moim jest mieczem.
Jakże zdobytą została, jak się uchronić zdołała?
Życiem zapłacona, stracona, od zagłady uchroniona.
Czyś ją rozcałował po kryjomu, nocą?
Niestraciłem co chciałem, miłości mocą.
Jaką to ufność  żywisz?
Do  Polski, tu się nie zdziwisz. 
Jakie są twe imienne dla niej imiona?
Pociągliwie arcycudne małe on i ona.
Co pożyczkobiorczo od niej dostałeś, ugrałeś?
Żywot oddawszy i całą resztę niemałą, niemałą.

 

J

 

 

 


Na płot, co własnym swoim płoctwem przerażony, 
Wyziorne szczerzy dziury w sen o niedopłocie, 
Kot, kocurzak miauczurny, wlazł w psocie-łakocie 
I podwójnym niekotem ściga cień zielony. 

A ty płotem, kociugo, chwiej, 
A ty kotem, płociugo, hej! 

Bezślepia, których nie ma, mrużąc w nieistowia 
Wikłające się w plątwie śpiewnego mruczywa, 
Dziewczynę-rozbiodrzynę pod pierzynę wzywa 
Na bezdosyt całunków i mękę ustowia. 

A ty płotem, kociugo, chwiej, 
A ty kotem, płociugo, hej
!

 

Julian Tuwim

 

Jak Bolesław Leśmian napisałby wierszyk „Wlazł kotek na płotek” (wiersz klasyka

Opublikowano

Oczywiście na kanwie: 

 

- Kto ty jesteś? 
- Polak mały. 
- Jaki znak twój? 
- Orzeł biały. 
- Gdzie ty mieszkasz? 
- Między swemi. 
- W jakim kraju? 
- W polskiej ziemi. 
- Czem ta ziemia? 
- Mą ojczyzną. 
- Czem zdobyta? 
- Krwią i blizną. 
- Czy ją kochasz? 
- Kocham szczerze. 
- A w co wierzysz? 
- W Polskę wierzę. 
- Coś ty dla niej? 
- Wdzięczne dziécię. 
- Coś jej winien? 
- Oddać życie. 

 

Katechizm polskiego dziecka
 Władysław Bełza.

Opublikowano (edytowane)

Kim ty jesteś?

- pierwszym sortem

Jaki gest twój?

- butem w mordę

Gdzie przebywasz?

- wśród kiboli

Co cię cieszy?

- gdy go boli

Co masz w ręku?

- kawał kija

Jak użyjesz?

- dam mu w ryja

Komu służysz?

- politykom

Dzięki czemu?

- narkotykom

Kto je daje?

- oni sami

Jak ich nazwiesz?

- są chamami ...

.

Edytowane przez bronmus45 (wyświetl historię edycji)
  • 2 tygodnie później...
Opublikowano

I słowa zalotne,

i po co przewrotne,

i nie ma we mnie żalu.

Ja marzę na jawie

Spełniło się... prawie -

i po balu

J

 

 

I oczy wil­got­ne, 
i ser­ce sa­mot­ne, 
i nie wiem, co ro­bić da­lej. 
Ja chciał­bym gdzieś w le­sie 
(a niech mnie roz­nie­sie!) - 
umrzeć z żalu. 

Władysław Broniewski

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Wędrował sobie pewnego razu po świecie pewien człowiek. Kim był? Nie wiadomo. Sam o sobie mówił, że jest po prostu włóczęgą, poszukującym nieodkrytej jeszcze przez nikogo ziemi. Ludzie, gdy to słyszeli, patrzyli na niego z politowaniem i pukali się palcami w głowę, no bo jakże to? Przecież każdy skrawek naszego globu został już dawno zbadany, opisany i umieszczony na tysiącu map oraz atlasów. Skąd więc pomysł, aby odnaleźć jakąś ziemię, nieznaną i niczyją? Ten człowiek był również poetą. Pisał wiersze i twierdził, że to właśnie za ich pomocą on tę ziemię w końcu odszuka, zobaczy i przemierzy. Któregoś dnia wędrowiec, zmęczony długą marszrutą, zatrzymał się w niewielkim miasteczku, na rynku. Rozmawiał tam z jego mieszkańcami o poezji, czytał im swoje wiersze i opowiadał, że gdzieś daleko, za ogromnym górskim masywem, za niezgłębionym oceanem, za tysiącem burz i za tysiącem wschodów słońca, istnieje ziemia, której piękno nie może się z niczym równać, ale nikt nie wie dokładnie, jak do niej trafić. Ludzie z miasteczka, jak zwykle, nie chcieli mu wierzyć. Nawet go nie słuchali, zajęci swoją codzienną krzątaniną. Przekupki zachwalały dorodne owoce i warzywa, kuglarze dawali pokazy żonglowania pochodniami, dzieci tłoczyły się wokół stoisk z cukrową watą i balonikami. Tylko jeden mały chłopiec podszedł do poety i zaczepił go: - Proszę pana... Proszę pana, czy może mi pan opowiedzieć coś o tej ziemi, której pan szuka? Jak tam jest? - Tam jest jak w raju - odparł człowiek, a w jego oczach rozbłysł skrywany głęboko zachwyt. - Drzewa nigdy nie są nagie. Ptaki wiecznie śpiewają o wiośnie i lecie. Wszędzie kwitną kwiaty w rozlicznych barwach, roztaczając zapachy, których nawet sobie nie potrafimy wyobrazić. Na niebie pojawiają się codziennie zorze i tęcze, a przez doliny, rozgrzane łagodnością słonecznego blasku, płyną niebieskie roziskrzone rzeki niby jedwabne wstążki. Zwierzęta nie polują na siebie, tylko pod koniec dnia spotykają się u wodopojów i rozmawiają ze sobą pogodnie w nieznanych, tajemnych językach. Żyją tam jedynie sami szczęśliwi ludzie, którzy się gorąco kochają... - Eeee... - stwierdził chłopiec, marszcząc czoło. - Nie ma takiego miejsca. Kłamiesz albo zmyślasz! - dorzucił i pobiegł ku zakurzonym miejskim uliczkom, pogrążonym w popołudniowej sjeście. Włóczęga postanowił również odpocząć przy niewielkim klombie, na gorącym od słońca skwerze. Żar lał się z nieba, mącił myśli, zasnuwał źrenice ciężką, kleistą powłoką. Człowiek pogrążył się w końcu w mętnym półśnie i nagle poczuł, że coś delikatnie trąciło jego dłoń. Uniósł powieki i zobaczył, jak na jego ręce usadowił się mały ptaszek. Był to rudzik, szary z pomarańczowym brzuszkiem, który przechylał łebek raz w lewą, raz w prawą stronę, i obserwował człowieka bystrymi, ciekawskimi koralikami oczu, Raz po raz podfruwał do góry, a potem znowu przysiadał na jego dłoni. - Co ty mi chcesz powiedzieć, ptaszku? - zagadał wędrowiec. Ostrożnym ruchem sięgnął do kieszeni, gdzie znalazł trochę okruchów bułki. Wysypał je na dłoń i poczekał, aż rudzik odważy się skorzystać z tego skromnego poczęstunku. Ptak skubnął kilka okruszków, a następnie znów zaczął na przemian wzbijać się w powietrze i powracać ku rękom człowieka, cały czas słodko poćwierkując. - Mam za tobą iść? - spytał wędrowny poeta. Rudzik oddalił się nieco, lecz przysiadł na gałęzi pobliskiego drzewka, jakby czekał na zaskoczonego tym zdarzeniem włóczęgę. Ów wreszcie wstał i ruszył za ptaszkiem. Opuścił senne miasteczko, po czym skręcił w polną drogę, która prowadziła na zachód. Minął parę opuszczonych domostw oraz wielką łąkę, hojnie usianą miriadami polnych kwiatów - rumianków w białych spódniczkach, wrotyczy jak błędne ogniki, dzikich ślazów zalotnie uśmiechniętych do przysiadających na ich płatkach modraszków. Wtem ptaszek zatrzymał się przy jednej z rozsypujących się ruder. Człowiek minął, zaciekawiony, drewnianą szopę, stare, skrzypiące pomieszczenia gospodarcze, aż dotarł do drewnianego płotu, pokrytego ciemnym, zielonym nalotem. W płocie znajdowała się furtka, zamknięta na haczyk. Rudzik usiadł nieopodal i radośnie zaświergotał. Wędrowiec otworzył furtkę i znalazł się, ku swemu zaskoczeniu, w starym ogrodzie. Był to bardzo dziwny ogród. Mogło się wydawać, że ktoś go opuścił w pośpiechu, nagle i bez jednego słowa pożegnania. Kiedyś ogrodowe alejki, kwietniki i krzewy musiały być pielęgnowane z zapałem i wielkim wyczuciem smaku. Gdzieniegdzie stały stylowe, ozdobne ławki, które czas obdarł nie wiadomo kiedy z eleganckiej bieli. Na środku ogrodu wznosiła się nieczynna fontanna, która zapewne niegdyś cieszyła oczy widokiem srebrzystych strug wody tańczących nad marmurowym basenikiem. Niedaleko fontanny znajdowała się huśtawka, przygnieciona i złamana przez gruby konar drzewa, na którym została zawieszona. W ogrodzie pełno było różanych krzewów. Poeta nigdy nie widział takiej obfitości i tylu odmian róż. Pnące, dzikie, miniaturki - wszystkie zdawały się pamiętać czas, gdy jakaś troskliwa ręka opiekowała się nimi dbając, aby rozwijały się, rozrastały i kwitły. Teraz jednak krzewy zdziczały, zmarniały, jakby zmęczone samotnością i ciszą. To właśnie ta cisza uderzyła najbardziej człowieka; w ogrodzie nie śpiewał ani jeden ptak, ani jeden liść nie szumiał pod muśnięciami wiatru. Obecna tu przyroda sprawiała wrażenie zastygłej w niewyobrażalnie bolesnym milczeniu. Nawet rudzik, który przycupnął lękliwie na chudziutkim, różanym pędzie, przestał ćwierkać, tylko wpatrywał się w człowieka uważnie i pytająco. - Co to za ogród...? I co ja mam z tym wspólnego? - pokiwał głową wędrowny poeta. - Tu nikogo nie było od lat, najwyżej duchy jakichś wspomnień zlatują się nocą do tej fontanny i do porozbijanych latarni, jak stare nietoperze. Te ścieżki dawniej żyły, z pewnością... Odpowiadały zapachem kwiatów niebu na jego zaczepki, tętniły beztroską młodością, a teraz...? Może kiedyś w owym miejscu ktoś kogoś kochał, ktoś się śmiał, ktoś tańczył wśród milionów róż, podczas gdy dziś jest tu tak cicho, że moje własne myśli lękają się głośniej odetchnąć... Zachodzące słońce zostawiało na zastygłych bez ani jednego drgnienia liściach czerwonawą poświatę. Znużony człowiek usiadł na jednej z niszczejących ławek i westchnął. - Żeby to wszystko przywrócić znów do życia, potrzeba wiele wysiłku. Ale może warto? Co, ptaszku? Czy o to ci właśnie chodziło?- zapytał, szukając wzrokiem swojego skrzydlatego towarzysza. Rudzik podfrunął do niego i poeta przysiągłby, że ptak skinął twierdząco swoją szarą główką.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następne dni i tygodnie upłynęły poecie na ciężkiej pracy. Od brzasku do późnej nocy sprzątał alejki, wyrywał chwasty, kosił trawniki, naprawiał połamane ławki, reperował latarnie. W starej szopie, która stała przy ogrodzie i w której teraz zamieszkał, znalazł wszystkie potrzebne narzędzia, zupełnie jakby ktoś je zostawił specjalnie dla niego. Ponieważ dotychczas tylko pisał wiersze, zupełnie nie znał się na ogrodnictwie, ale czuł, że intuicja podpowiada mu, co należy robić. Po prostu, gdy czegoś nie wiedział, siadał sobie przy fontannie, pogrążony w zadumie, aż wcześniej czy później znajdował odpowiedź na swoje pytanie. A może ktoś mu coś szeptał do ucha? Ogród z wolna otrząsał się z przygnębiającego nastroju i prezentował się całkiem przyjemnie. Zaczęły do niego przylatywać ptaki, z początku nieśmiało, lecz później zadomowiły się na dobre. Nocami słowiki uwijały się wśród gęstych krzewów róż, a z rana nowy dzień witały zięby swoimi przeciągłymi, melodyjnymi trelami. Latarnie oświetlały zadbane trawniki i oplatały ławki miękkimi cieniami. Zieleń rozrosła się bujna, soczysta, już nie dzika i trwożliwa. Człowiek cieszył się, widząc, jak jego starania przynosiły owoce, lecz martwiło go, że choć zdecydowanie ogród powracał do życia, nie zrodził się w nim dotychczas ani jeden kwiat. - No przecież po to jest ogród,żeby w nim coś kwitło! - martwił się wędrowiec. Podlewał troskliwie różane krzaczki, przycinał martwe pędy, raniąc sobie palce cierniami, pojechał też do miasteczka po specjalny nawóz - i nic! Ani jeden pąk nie chciał pojawić się wśród błyszczących liści. - A jednak te róże kogoś cieszyły kolorami i słodyczą - westchnął poeta. - Co ja mam teraz zrobić? Nic z tego nie rozumiem. Przecież już za parę dni zaczyna się lato... - Co ja mogę uczynić dla tego ogrodu, co więcej? Starał się jeszcze bardziej. Wstawał przed słońcem i pracował niemal do samej północy. Znał już w tym miejscu każdy zakątek i tak bardzo wyczekiwał chwili, w której choć jedna róża zaczerwieni się się w kolczastym gąszczu. Któregoś upalnego popołudnia, smutny i zmęczony, usiadł na jednej z ławeczek, wbiwszy zniechęcony wzrok w martwą fontannę. Chciało mu się płakać. Tyle wysiłku na nic! Bezradnie wyciągnął z jednej ze swoich kieszeni ołówek i nieduży, pognieciony zeszyt, w którym kiedyś zapisywał swoje wiersze. Od dawna niczego nie stworzy, zajęty nawożeniem, okopywaniem, pieleniem, koszeniem i podlewaniem. Teraz jednak poczuł, że musi ułożyć wiersz. Wiersz o tym, jak bardzo zależy mu na tym ogrodzie. Jak bardzo się spracował bez żadnego efektu. Jak bardzo boli go, że nie potrafi wypełnić tych ścieżek radością, którą ktoś musiał zabrać ze sobą na zawsze, bezlitośnie odchodząc. Pisał, że mimo wszystko przeszłość nie musi przecież ciążyć nad tym, co przecież żyje i pragnie życia. Że chociaż ktoś porzucił przed laty ten świat i zabrał ze sobą nadzieję oraz wolę kwitnienia - teraz przecież jest on, poeta, który uczy się dbać o dotkliwie niegdyś zranione rosarium. Dotkliwie - lecz przecież nie śmiertelnie. Na końcu chciał jeszcze napisać jeszcze jedno słowo, ale jego pióro zatrzymało się, jakby jeszcze nie ufało własnej śmiałości. A potem człowiek przeczytał swój wiersz na głos. Przeczytał go dla tego dziwnego ogrodu. I wtedy pierwszy raz poczuł, jak wszystkie gałązki różanych krzewów gną się od ciepłego podmuchu wiatru, który łagodnie nadszedł nie wiadomo skąd. Poeta wstał i postanowił przejść się po alejkach. Nie uszedł nawet kilkunastu kroków, gdy nieoczekiwanie u swoich stóp dostrzegł kilkanaście drobniutkich roślinek, wychylających się niepewnie z ziemi Nigdy wcześniej nie widział tutaj podobnego gatunku. Ukląkł przy nich i poczuł, jak fala wrzących łez zalewa mu policzki. Maleńkie wschodzące krzewinki pokryte były pąkami kwiatów. Tak, niewątpliwie za kilka dni te pąki rozwiną się, a delikatne łodyżki będą dźwigać najpiękniejszy ciężar na świecie - ciężar życia. Człowiek pragnął całować i pieścić skromne listki młodziutkich siewek, ale nie chciał ich uszkodzić przedwczesną radością i swoim niezręcznym dotykiem. Od tego momentu, przed udaniem się na spoczynek, gdy już uporał się ze swoimi zwykłymi obowiązkami, siadał przy malutkich, rodzących się kwiatkach i czytał im swoje kolejne wiersze, pisane z czułością i pokorą. Pewnego wieczoru poeta dostrzegł, że od północy nadciągają nad ogród ciemne, burzowe chmury. "No tak, przecież to już lato...", westchnął. To miała być pierwsza burza w tym roku. "Trzeba koniecznie zadbać o moje kwiatki, ochronić je, przecież jeszcze nie zdążyły się rozwinąć, i teraz miałaby je zniszczyć ulewa albo wichura? Będę czuwał, nie pozwolę na to!" Nocą przez ogród przetoczyła się istotnie wściekła nawałnica. Strugi ulewnego deszczu gięły do ziemi gałęzie różanych krzaków, a wichura chłostała alejki, trawniki, ławki i latarnie niewidzialnymi kańczugami. Człowiek pozostał w bezruchu przy swojej gromadce kwiatków, którą osłaniał własnym ciałem, mówiąc do nich niemal jak do dzieci: - To tylko burza. Ja też się boję, ale przecież jesteśmy razem. Obolały i przemoknięty pilnował, aby huragan nie uszkodził żadnego listka ani żadnej łodyżki. Nad ranem burzowe chmury ustąpiły na niebie miejsca drżącym promieniom świtu. I w tym złoto-różowym świetle, na jednej z pokrytych jeszcze kroplami wody kępek, pojawił się pierwszy kwiatek. Była to niezapominajka. Poeta oszalał wprost ze szczęścia, Zaczął biegać radośnie po ścieżkach w ogrodzie, tańczyć, śpiewać, krzyczeć, na zmianę płakać i śmiać się. Potem wrócił znów do swoich niezapominajek i z radosnym zdumieniem zobaczył kolejne błękitne kwiatki, pozdrawiające go zalotnymi mrugnięciami z objęć jasnej czystej zieleni. - Kocham was - napisał tego dnia poeta w swoim najnowszym wierszu, który przeczytał im na dobranoc. W myślach tulił je i pieścił. Kwiaty zdawały się wszystko rozumieć i jakby zalśniły w ciemności ukrytym, gorącym światłem.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następnego dnia człowiek stwierdził, że musi pójść do miasteczka, kupić nowy szpadel, bo stary już do niczego się nie nadawał. Ponieważ burza wyrządziła w ogrodzie wiele szkód, potrzebował również jeszcze paru innych rzeczy, aby wszystko ponaprawiać. Pogładził lekko dłonią krzewinki niezapominajek. - Niedługo wrócę - obiecał. Z głębi ogrodu przyleciał rudzik, i usiadł mu śmiało na ramieniu. Chwilę poćwierkał, a potem zniknął w kolczastej różanej gęstwinie. Na rynku jak zawsze było głośno i tłoczno. Straganiarze przekrzykiwali się nawzajem nad stertami towarów, w powietrzu pachniało grillowaną kiełbasą, gołębie tłoczyły się przy przepełnionych śmietnikach. Poeta, zaopatrzywszy się w niezbędne narzędzia, zatrzymał się jeszcze na chwilę przy stoisku z lemoniadą, gdyż zachciało mu się pić. - O, to pan?- usłyszał nagle chłopięcy głos, który skądś znał. - Tak - odparł. Przypomniał sobie swoją dawną rozmowę z owym dzieciakiem, który tamtego dnia nie uwierzył w jego najskrytsze marzenia. - I co, znalazł pan tę swoją wspaniałą krainę? - spytał chłopiec, obrzuciwszy go łobuzerskim spojrzeniem. - Tę, gdzie podobno wszystko jest takie cudowne i panuje wieczne szczęście? - Znalazłem - odpowiedział z uśmiechem poeta, myśląc o swoich niezapominajkach.  
    • spadł puch swym ramieniem przytulił rozżalonych rozjarzone brylanty na ziemi tliły się w oczach białe morze wzburzyło się po raz pierwszy od dawien dawna chcąc byśmy przypomnieli sobie, jak to jest płynąć po nim saniami   potajemnie zmówił się nieboskłon z chmurami urwiska stanął się przystankami drogi porwą pojazdy chwalić będziemy się i ogrzewać śmiejąc z gniewu, niekiedy i radości   przytulnie będzie aniołem zostać bo w końcu biel nas zewsząd otacza byle dłoni nie zajechać po całości, czymś musimy postawić posągi z węgli i marchewek   wieczór dziś jest specjalny inny niźli zawsze tańczymy nieświadomie pod jednym płaszczem bawimy się jak niegdyś i tylko to się liczy wszystko to, gdy palą się lampy pomimo tego, że marzniemy   uwieczniona kamera taśma przygotowana na niby nijak wszystko dlatego że dnia dzisiejszego, zwykłego jak inne, spadł puch    
    • @Radosław   a Ty jak Kogut…  

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @KOBIETA Bądź  jak Supernova. 
    • @Radosław   wiem Radosław …niestety to takie silne oddziaływanie jest …międzygalaktyczne ;)))) nie wiem jak mogę Tobie pomóc…? ;) 
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...