O jajach z głowy
-
Ostatnio w Warsztacie
-
Simon Tracy 1 152
"Bluźnierstwo jest tuszem,
którym spisuję legendę wyklętych"
Na słodki szpik z dziecięcych kostek,
przysięgam, że jej tutaj nie było.
Choć to zaiste dziwne
bo jest środek, parnego lata
i ona sama
wie o tym doskonale,
że w trakcie nocnych,
potężnych burz
musi nam oddawać
swe młode i dorodne wdzięki
by zachować kunszt swoich prac.
Ale nie widzieliśmy jej już kilka dni.
A nie możemy opuszczać
tej piwnicznej kryjówki.
Nie żebyśmy bali się
spotkania z ludzkimi sąsiadami,
ale w niektórych mieszkaniach,
czatują u progu psy.
Ghule są sprytne, pomysłowe,
chytre na złoto i wdzięki niewieście,
ale słabo u nas z fizycznością.
Garby, artretyzm
i wystające z głodu żebra,
nie dają nam szans w walce.
Nawet niewielka psina
to dla nas wielki problem.
Chciałbym pomóc przyjacielu
ale nie jestem w stanie.
Ukłonił się grzecznie
i zniknął
w kratce odpływowej do kanału.
Człapanie mokrych łap,
poniosło się echem
w głąb labiryntu ścieków.
Nawet ghule
wystrychują mnie na dudka.
Wiedzą co się stało.
Ale bez złota niczego nie wskóram.
A nie mam już
zbyt wiele czasu na pytania.
Bo nie mam na nie odpowiedzi.
Wyszedłem z ciemni, zatęchłej piwnicy
i skierowałem swe kroki
na ostatnie piętro,
do jej niewielkiego mieszkania.
Wychodząc ledwie przymknąłem
słabo zamykający się zamek,
teraz pchnąłem drzwi
i wreszcie mogłem
odetchnąć pełna piersią,
wolną od smrodu, wilgoci i brudu
królestwa ghuli.
Mieszkanie było jasne,
zadbane i wysprzątane.
Pachniało jej gorącym ciałem
i lawendowym ogonem perfum.
W sypialni
łóżko było starannie zaścielone.
Żółta pościel w czerwone tulipany,
wprowadzała kontrast
dla reszty wystroju.
Prace wisiały jak zawsze
prawie wszędzie.
Nie zaspokajało ich miejsce
na ścianach czy suficie.
Zostawiła otwarte okna.
Wiatr strącił ołówki i kartki.
Przewertował bezwstydnie
strony jej pamiętników.
Widział ją w pozach i czynnościach
nie przystających do młodej damy
a gorszącej, lubieżnej wiedźmy.
Jej akty i sceny nocnych orgii,
gorszyły wyobrażenie
o stateczności kobiet.
Te kartki żyły dzięki erotycznej magii,
przyciągania męskich oczu.
Obrzydzenie było na tyle wulgarne,
że rodziło niezdrowe podniecenie
tej szczególnej dewiacji zmysłów.
Bronił się teraz z całych sił
by odwrócić wzrok
od nabrzmiałych piersi,
ciała wygiętego w łuk spełnienia.
Wręcz słyszał jej przeciągły jęk
a potem krótki krzyk.
Łapy demonów oplotły ją szczelnie.
Języki spijały wilgoć
a szczęki szukały
najdelikatniejszych obszarów szyi
oraz wewnętrznej strony,
kształtnych ud.
Kochał ten widok
a zarazem nienawidził.
Oddawała się im
a potem rzucała się w jego ramiona.
Wiedział od początku,
że maluje te obrazy nie ze snu
a z jawy.
Przyznała mu się od razu.
O dziwo zrozumiał
a nawet budziło to w nim coś więcej.
Widział nieraz jej kochanków.
Te wszystkie demony.
Wpuszczał do sypialni,
rozradowane i spragnione ghule.
A potem siadał przy kominku w salonie
i spokojnie słuchał.
Jak jej śmiech,
przeradza się w serię jęków
a one w krzyki spełnienia.
Ostatnio pozwalała mu patrzeć.
Być częścią jej tajemnego świata.
I patrzył na każdy szczegół.
I wiedział tylko tyle,
że ją kocha.
Bo tylko ona pozwoliła mu być sobą.
Też był martwy jak jej kochankowie.
Tyle że w środku.
Nie miał serca,
które cierpiało by na taki widok.
Nie miał duszy,
która uznałaby to za grzech.
Był takim samym potworem.
Dlatego korzystał z jej ciała
na takich samych warunkach.
A to dawało mu siłę by być
coraz doskonalszym poetą mroku.
Cel uświęca wszelkie środki.
Ostatnio wspominała,
że skoro ja
zaakceptowałem i poznałem
jej świat mroku
to ona musi zrobić to samo dla mnie.
Może i ghule nie wiedzą gdzie jest
ale ja już chyba wiem
i tylko oni mogą mi pomóc.
Kolejne wejście do najniższych piwnic.
Cegły były tu lodowate i mokre,
pokryte mchem i grzybem.
Posadzka była ubitym klepiskiem,
autostradą dla szczurów i myszy
uciekających przed szponami ghuli.
Z absolutu mroku, dochodziły ciche zwodnicze szepty.
Krople wody z uszkodzonych rur,
uderzały o tafle błotnistych kałuż
jak wystrzały.
Poszczególne pomieszczenia
zdawały się lochami na zamku.
Pełno w nich było
zapomnianych po wieki
skrzyń, beczek czy worów.
Gdzieniegdzie chrupnęła pod butem
kość lub mała czaszka.
Rozwleczone jelita, gniły spokojnie,
znacząc drogę do mojego celu.
Kilka razy zza zaułków
posłyszałem warkot
z zaciśniętej gardzieli.
Ghule patrzyły
z mrocznym zapadlisk i szczelin.
Znali mnie, tylko dlatego nadal żyłem.
Przeczuwali, że idę ku studni.
Przepuszczali kogoś,
kogo uważali za swojego.
W pomieszczeniu ze studnią
nie było nikogo
a właz był dokładnie założony.
Odkręciłem pokrywę
i zajrzałem w głąb tunelu.
Powietrze było ciężkie od gazów,
fosforyzowało od nich delikatnie
a jego woń nie miała
dość ohydnego odpowiednika
w świecie ludzkiej powierzchni.
Już miałem zejść po
niewielkiej linowej drabince
osadzonej w
osypującej się lekko ściance,
gdy przestraszył mnie
warkotliwy głos zza pleców.
Pan widać chcę
udać się do naszego świata,
czyżby na jedną w nekropolii?
Ghul miał lekko podejrzaną minę
i ręce założone na piersi,
jak nauczyciel,
który przyłapuję uczniów na paleniu
w szkolnej toalecie.
Ubrany był jak to
przedstawiciel tego gatunku.
Fantazyjnie i groteskowo.
Czarna marynarka pełna była dziur
i zabrudzeń z krwi i ziemi.
Była też o trzy numery za duża na jego skarlałą postać i chude barki.
Do niej wybrał
krótkie białe szorty pływackie,
obnażające jego krzywe nogi
Ghule nie nosiły butów.
Miały nieproporcjonalnie wielkie stopy
do reszty ciała i ludzkie buty
były na nie zbyt małe i wąskie.
Uwieńczeniem zatem był
tweedowy melonik
o fioletowym rondzie
Równie wygnieciony i brudny
co marynarka.
Który z korytarzy
zaprowadzi mnie przyjacielu
na stary anglikański cmentarz
na obrzeżach miasta?
Mogę wskazać drogę.
Idź za mną.
Wskoczył szybko do tunelu i zaczekał na dole aż niepewnie postawię
te kilka kroków po drabinie.
Gdy byłem na dole,
uśmiechnął się i ruszył w
najdalej na lewo
położoną odnogę korytarza.
Powędrowałem za nim.
Po niespełna godzinie
spędzonej w tunelu.
I wielu jego zakrętach oraz odnogach.
Mogłem uczuć na twarzy uderzenie
chłodnego acz świeżego powietrza
z powierzchni.
Ghul idący na przedzie
na chwilę przystanął,
podskoczył po czym zniknął mi z oczu.
Skulony pełzłem do miejsca
w którym zniknął
i tym samym
odnalazłem małą wyrwę
w sklepieniu tunelu.
Spłynęła z niej szponiasta dłoń
i uchwyciłem się niej.
Pociągnął mocno i zdecydowanie
i już po chwili leżałem w bujnej,
niekoszonej od wieków trawie,
opodal grobu jakiegoś
starszego jegomościa
nazwiskiem Bryant.
Nekropolia była zupełnie odludna, zapuszczona i zapomniana.
Nie dziwne.
Byłem chyba jedyną żywą istotą,
która jeszcze pamiętała o tym miejscu.
Był na tym cmentarzu
grobowiec szczególny,
który był mi natchnieniem
w godzinach całkowitego wykluczenia
i dotkliwej samotni serca.
Spoczywało w jego marmurowej bryle
o strzelistych ściankach
i żeliwnych odrzwiach.
Ciało przedwcześnie zmarłej
córki pastora.
Zmarła spadając z konia.
Skręciła kark a zwierzę spłoszone
przez ukrytą w krzakach zwierzynę
jeszcze dodatkowo poturbowało
jej ciało kopytami.
Zgasła mając lat osiemnaście.
W roku tysiąc osiemset siódmym.
Czytałem jej swoje wiersze,
czasami tworzyłem dla niej
i zostawiałem rękopis
wsunięty pod drzwi.
Była mi bliska.
Była mi natchnieniem.
Jak rzekłem cmentarz był pusty,
jeśli nie liczyć ghuli,
dziwnie zebranych
w zwartym skupisku,
właśnie pod grobowcem dziewczyny.
Patrzyli na coś w milczeniu,
lecz nawet z tej odległości
dało się wyczuć,
że byli czymś mocno poruszeni.
Drzwi grobowca
były uchylone dość szeroko
a ghuli było dwunastu.
Mój kompan ruszył
do swych braci,
zerknął do środka grobowca
i zamarł jak reszta.
Omotany zwykłą ludzką ciekawością
ruszyłem w ich stronę.
Przepchnąłem ich lekko
by zrobić sobie miejsce
i spojrzałem w stronę
kamiennego katafalku z trumną.
Odnalazłem ją,
gubiąc gdzieś po drodze swój rozum.
Trumna była otwarta.
Wieko zrzucono u podnóża schodków.
Na czerwonym materiale
leżał kościotrup dziewczyny.
W objęciach nagiej zupełnie
i rozpalonej pożądaniem akademiczki.
Tuliła się do zmarłej.
Ocierała o nią subtelnie.
Jej dłoń baraszkowała między udami,
pieszcząc się mocno.
Jęczała głośno.
Spazmy rozkoszy
przechodziły przez jej
zaczerwienione
erotyczną gorączką ciało.
Piersi pokryte potem
o idealnie nabrzmiałych sutkach
błagały o silny dotyk.
Łono było mokre i śliskie.
Oczy szły w górę czaszki ilekroć
dotknęła najdelikatniejszej części swego łona.
Drżała coraz mocniej i mocniej
aż wreszcie
przeszedł przez nią prąd spełnienia
i padła z głośnym jękiem
na wypełnienie trumny.
Wtedy uniosła się
delikatnie na łokciach
i zaprosiła lubieżnie palcem
całe grono podziwiające ją z progu.
Ghule ruszyły z dzikim wyciem
ku kochance.
A ja odetchnąłem, zamknąłem drzwi
i ruszyłem do niej.
Tym razem decydując się na to
by nie być tylko obserwatorem.
Edytowane przez Simon Tracy (wyświetl historię edycji)0
-
-
Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach
-
- 72 odpowiedzi
- 1 454 wyświetleń
-
- 72 odpowiedzi
- 1 565 wyświetleń
-
- 39 odpowiedzi
- 524 wyświetleń
-
- 38 odpowiedzi
- 550 wyświetleń
-
- 36 odpowiedzi
- 677 wyświetleń
-
Rekomendowane odpowiedzi
Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto
Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.
Zarejestruj nowe konto
Załóż nowe konto. To bardzo proste!
Zarejestruj sięZaloguj się
Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.
Zaloguj się