Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

słów kilka o haiku - wg. bronmus45


Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Wszystkim zainteresowanym tworzeniem haiku polecam adres: 

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

 

Ważne dla wielu - dla mnie też... 
. 
Moje tutaj objaśnienia są z rodzaju prostych porad, wierzę jednak, że mogą się przydać wielu początkującym. I mnie też - dla przypomnienia zasad tej wielowiekowej tradycji, aby jej nie postponować. Jestem bowiem zaledwie uczniem w tejże szlachetnej sztuce tworzenia literatury haiku... 

Haiku to prostota. Jego obrazy to natura uchwycona tu i teraz migawką aparatu fotograficznego i zarejestrowana w naszym mózgu. Ilość sylab użytych w wierszu (5+7+5... 7+7), to tylko ustalona wiekową tradycją forma, lecz szanując ową klasyczną odmianę, należałoby się jej trzymać. W samej Japoni tylko 5% twórców nie hołduje tej zasadzie. 

W haiku należy unikać takich środków poetyckich jak porównanie, personifikacja i rym. Powinno też zawierać odniesienia do poszczególnych pór roku. Musi jednak przekazać obraz w sposób zrozumiały dla wielu. Nie tylko samego autora. Jednak treść haiku nie może narzucać ewentualnych konsekwencji toczącej się na obrazku akcji. Do tego powinien dojść sam odbiorca/czytelnik. Jak w Zen czy samym satori, nie istnieje przecież wykładnia zjawiska. Tu musi zaistnieć przebudzenie, oświecenie samoistne. A haiku winno być właśnie takim przekazem. 

Nie może to być również opowieść o "byle czym". Bo te wszystkie inne to po prostu miniaturki, wiersze wolne lub białe. 
. 
Proszę sobie wyobrazić scenkę, w której przyprowadzacie ociemniałego niedawno przyjaciela pod krzak jaśminu. On go nie widzi, lecz zapewne poczuje ten urzekający zapach. Więc rysujecie mu obrazki swoimi słowami, otwierające jego zmysłową wyobraźnię: 

przydrożny jaśmin 
osadzone wśród krzewów 
kolory bieli 
& 
kwitnący jaśmin 
nieskazitelnie biały 
wśród kwiatów motyl
 
. 
przykład "antyhaiku" 
. 
chłopiec w gumowcach 
przebiega po kałużach 
sprawdza głębokość 
. 
W żaden sposób autor - rejestrator obrazu - nie może określać "po jaką cholerę ten chłopiec wlazł do kałuży". Zamiast bowiem 
. 
- sprawdza głębokość mogłoby zaistnieć 
- myje gumowce 
- sprawdza ich szczelność 
(czy coś podobnego...) 
. 
Ostatni wers może więc brzmieć dla uzupełnienia haiku: 
- deszcz nadal pada 
(lub coś podobnego) 
. 
haiku%2Bprzetrwania%2B100.jpg 
. 
Haiku z reguły nie ma tytułu, lecz tutejsze wymogi serwera obligują do nazywania każdej publikacji, więc musimy tego przestrzegać. 

Opisy skopiowane z sieci 

W haiku zdecydowanie nie powinno się używać pojęć abstrakcyjnych typu: los, życie, strach, smutek, miłość, przeznaczenie i tak dalej 

Dobre haiku jest niczym kamyk wrzucony do sadzawki umysłu słuchacza. (…) Zaprasza on raczej słuchacza do współpracy, zamiast wprawić go w stan bezbrzeżnego podziwu dla poetyckich wyczynów autora. 

- trudno zrozumieć w pełni haiku – poezję mówiącą raczej o duchu natury niż o jej szacie zewnętrznej; o nastroju obiektu poetyckiego wyraźniej niż o nastroju poety. Żadna ze strof tej poezji nie opisuje w sposób bezpośredni uczuć podmiotu. Domyślić się ich można tylko poprzez atmosferę, w jakiej poeta znajduje otaczający go świat. 

Przykład procesu tworzenia haiku 
źródło:  

Impresja: deszcz właśnie ustał i na igłach sosny wiszą drobne kropelki, a załamane w nich światło sprawia, że wyglądają jak szkło albo polerowane srebro. 

Można zacząć od „deszcz już się skończył” (5), ale jak na haiku to zbyt dużo słów, żeby przekazać jeden obraz. „Deszcz ustał” – już lepiej. Następne, co się nasuwa, to „sosna po deszczu” (5): o wiele lepsze, bo w jednym wersie mamy zarówno deszcz jak i sosnę. 

Teraz mamy w planie igły i błyszczące kropelki. W kwestii igieł wiele się nie wymyśli – nawet nazwanie ich szpilkami nie zmieni liczby sylab, „igliwie” zaś nie pasuje, bo są to igły opadłe na ziemię. 
Natomiast krople stwarzają pole do popisu: srebrna koronka, srebrne kropelki, koronka kropli, w aureoli kropli… Jednak „koronka” zbyt się kojarzy z szydełkowaniem, więc co innego można napisać, zachowując obrazowość? Koraliki – naszyjnik – kolia – girlandy – aureola – kryształki – srebro… czyli mamy słowa od 2 do 4 sylab, można pokombinować. 
– kropli kryształki 
– kolia z kropelek 
– naszyjnik kropel 

A zamiast „wiszą”? Błyszczą – świecą – lśnią – połyskują – migoczą – drżą (tu mamy od 1 do od 4 sylab, jeszcze lepsze możliwości). No i zawsze trzeba pamiętać, że możemy zmieniać wyrazy o tym samym rdzeniu: „srebro” – „srebrzą się”, „migoczą” – „migot” albo „rozmigotany”, i tak dalej. 

sosna po deszczu – 
igły zdobne koronką 
srebrnych kropelek 
. 
gałęzie sosny / sosnowe szpilki 
po deszczu obrzeżone 
kropel migotem / mokrym migotem / srebrnym migotem 
. 
igły na sośnie 
po deszczu feerią kropli 
rozmigotane 
. 
sosny po deszczu - 
w kroplach na końcu igieł 
rozprysłe słońce 

... 
Wg. Agnieszki ‘Achika’ Szady 

Bardzo ważnymi cechami haiku są kigo i kireji; to drugie przez niektórych uważane jest za podstawowy element, pozwalający odróżnić prawdziwe haiku od trzywersowego okruchu poetyckiego. 

KIREJI, czyli – w wolnym przekładzie – „sylaba ucinająca”, to podział wypowiedzi na dwie w pewnym stopniu niezależne części (w językach innych niż japoński często zaznaczane myślnikiem), jednocześnie podkreślający ich związek. 
Kireji może też zaznaczać zakończenie pewnej myśli, pozostawienie miejsca na interpretację odbiorcy i jeszcze wiele innych rzeczy niemożliwych do zwięzłego przetłumaczenia na języki europejskie. 

stanę na chwilę 
wtulony za wodospad 
początek lata 
(Bashō) 

# 
zachodnie niebo 
czerwienią zabarwione 
głogi na miedzy 
(D’Aria Galicka) 

KIGO to określenie sugerujące porę roku lub dnia. Typowe kigo to wzmianki o kwiatach kwitnących w danej porze roku, zbożu, żółknących lub opadających liściach, zjawiskach pogodowych (takich jak na przykład burze, przymrozki, upał) oraz zachowaniu zwierząt (klucz dzikich gęsi kojarzy się z jesienią, świetliki i ważki występują latem, i tak dalej) 
Niektóre skojarzenia Japończyków są mniej dla nas oczywiste: na przykład pełnia księżyca, o ile nie towarzyszą jej dodatkowe szczegóły, oznacza wczesną jesień, żaba kojarzy się z wiosną, natomiast mżawka może oznaczać późną jesień lub wczesną zimę. 
Chociaż kigo najczęściej odnosi się do zjawisk przyrody, nie ma przeszkód, aby opisywało ludzkie działania lub przedmioty kojarzące się z daną porą roku czy konkretnym dniem. Orka, wiązanie snopów czy zapalanie światełek na choince są jak najbardziej prawidłowymi kigo. 
. 
Pozwól się dziać wszystkiemu. Po prostu bądź. I nie usiłuj rozumieć, ponieważ wysiłek podjęty w tym celu, wysiłek podjęty z zamiarem zrozumienia, stwarza problemy. Stajesz się podzielony. Nie twórz problemów, bądź. 
(Osho, a trawa sama rośnie) 

Opublikowano

- nadal mylisz pojęcia - haiku to obraz zarejestrowany w ułamku sekundy. Nie możesz zatem zapisać w jego treści oceny "coraz mniej wody" - bo skąd niby taka wiedza uzyskana w owym momencie istnienia przedmiotowej kałuży?!!!

Opublikowano

...a i owszem - czytałeś oryginalne zapisy tychże autorów?... Czy tylko "bleblania" kolejnych edycji przekładów z języka oryginału, nie oddający w żaden sposób chociażby atmosfery wschodnich kultur. Dla mnie na przykład chociażby sam Miłosz - posiadający wielkie zasługi w propagowaniu literatury haiku - przyczynił się również (in minus) do ugruntowania w polskich autorach przekonania, że jeżeli to już laureat Nobla coś powiedział, to już jest świętością. Gdy tymczasem wiele przekładów tegoż p. Czesława to kolejne edycje z języka angielskiego. 

Wyobraź sobie jakiś wiersz napisany przez Ślązaka, następnie tłumaczony przez Górala, by ostatecznie ujrzał światło dzienne jako przekład dokonany przez Kaszuba. Kompletna "insza inszość". Dlatego też Japończycy miłujący haiku, po przeczytaniu tychże w języku polskim... łapią się za głowę

Opublikowano

...a ja nie - wczytaj się w pierwotne zasady dotyczące tworzenia haiku. Porównaj je z dzisiaj wyznawaną religią, a zapisami z Objawienia. Weź również za przykład statut PZPR przy jego "błędach i wypaczeniach" interpretacyjnych. Dzisiaj uprawiane przez szereg polskich autorów "pseudohaiku" jest często tym samym zaprzeczeniem jego podstaw. jak w przypadku podanych przykładów.

Ja kategorycznie opowiadam się za dochowaniem pradawnych, klasycznych zasad w tworzeniu literatury haiku, bo te wszystkie podróby są nim jedynie z nazwy. Po prostu zwyczajne miniaturki wierszy białych/wolnych. Wystarczy jedynie umieścić takie "cóś" w dziale haiku, by znaleźli się "klaskacze i cmokacze", podlizujący się swoim zachwytem autorowi tegoż dziwadła.

Opublikowano

Nie powtarzam niczyich argumentów, bo ich po prostu nie znam - wszystko co piszę, jest odzwierciedleniem moich, wewnętrznych przekonań.

Natomiast szkoła właściwa jest zapewne jedną - jak Objawienie dla religii, czy statut dla jakiejkolwiek partii. Cała reszta jest jedynie zaprzaństwem, herezja, schizmą...

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

Bardzo dobre. Tylko zamienić w kałużach na

w kałuży. 

Mamy teraz nietuzinkową i przede wszystkim nienachalną obserwację - rozbrykany chłopiec sam dopiero po chwili to zauważa i można powiedzieć - cały obrazek. 

 

Pozdrawiam,

PW

Opublikowano

Pomoc Wiosenna - powtarzam po raz wtóry - treść haiku jest obrazem malowanym słowem. Obrazem uchwyconym w ułamku sekundy przez oko człowieka, a nie rozwleczonym na godziny obserwacji. Skąd więc obserwator - autor haiku - może wiedzieć, że jest coraz mniej wody w kałuży?... A może do tej kałuży dopływają kolejne porcje cieczy z nieszczelnej kanalizacji i ona zamiast się zmniejszać, to się powiększa?

Dziwi mnie postawa wielu spośród piszących tutaj teksty określane jako haiku, dla niezrozumienia tak podstawowych zasad, obowiązujących od wieków. 

Powyższy tekst jest jedynie miniaturką wiersza wolnego, ale nie haiku. Można więc go śmiało nazwać "antyhaiku"

Opublikowano (edytowane)

Jacku, dodałbym do tego jeszcze pompę ssąco toczącą :)

 

 

chłopiec w gumowcach

a psik! coraz mniej wody

w kałuży...

 

Teraz kropki na końcu zabawnie tłumaczą, czemu jest coraz mniej wody.

I dlaczego wers się urywa na trzeciej słabiej. Reszta wróciła do powietrza.

 

Pozdrawiam,

PW

Edytowane przez Pomoc Wiosenna (wyświetl historię edycji)
Opublikowano

Żarty sobie stroicie, lub nadal "nie kumacie bazy"... Owe "mnóstwo" haiku to przekłady wielokrotne z języka na język, nie oddające ani w części właściwego klimatu. Japończykom czytającym owe przekłady włosy stają dęba. To tak, jakby u nas Ślązaka przetłumaczył Góral, a następnie Kaszub. Z właściwej treści i jej fabuły pozostaną jedynie popłuczyny. Wczytajcie się w pierwotne zasady tworzenia literatury haiku, a wtedy zrozumiecie (albo i nie) jego sens...

Opublikowano

Ułożyłem niedawno taką sentencję:

 

Basho pisał haiku, bo był poetą. 

Większość pisze je dlatego, że pisał je Basho. 

 

Po lekturze kilku Twoich myślę, że jesteś w tej drugiej grupie

i żadne reguły jak 5-7-5 tego nie zmieniają. 

 

Pozdrawiam, 

PW

Opublikowano

To teraz wytłumacz mi - ale tak zrozumiale - jak rozróżnisz miniaturkę wiersza białego od haiku?... Tym, że umieścisz ją na stronie HAIKU?!!!

Od dawna proponowałem Mateuszowi utworzenie strony "Miniaturki poezji", w której zmieściłoby się i haiku. Po cóż bowiem toczyć te niekończące się spory o ich miano, jeśli i jedne i drugie mogłyby być odebrane przez czytelnika tak, jak ich czuje.

Lecz cóż - Mateusz jakoś nie reaguje na tak proste i pożyteczne rozwiązanie.

Opublikowano

To jest antyhaiku z całą pewnością - skąd Ty (autor) może wiedzieć, po jaką cholerę ów chłopiec wlazł do tej kałuży?... A haiku (echo ZEN) opiera się jedynie na naturalnej prawdzie, zapisanej bez jakichkolwiek przypuszczeń typu "a może..." Haiku to obraz oddający tu i teraz, a nie domniemania jego autora.

Opublikowano

Myślę, że rozbijanie działów przynosi ostatecznie taki sam marny skutek, jak rozbijanie silnego państwa na coraz mniejsze.
Ale nie zabieram zdania, jeśli Użytkownicy uważają, że taki powinien powstać, jak najbardziej powinien.

Pozdrawiam,

PW 

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

Czy Ty potrafisz przeczytać chociażby jeden tekst "ze zrozumieniem"...?!!! O jakim rozbijaniu działów ja wspominam?!!! Wręcz odwrotnie!!! Piszę o scaleniu pod jednym szyldem wszelkich miniatur trzywersowych, aby nie trzeba było toczyć sporów, czy to jest haiku, czy też nie... Czytelnik sam oceniłby, do jakiej kategorii je zaliczyć. Po prostu dział z szyldem MINIATURY zamiast HAIKU.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • jak różne kraje i obyczaje odmienne jak brak porównania istnieją zamki, istnieją grody i nikt nie chce całej Ziemii ... Ziemia jest wielką jabłonią wystarczy owocu wystarczy cienia
    • @andrew   To "w codzienności ciebie nie ma" - bo właśnie ta nieobecność obok obecności jest najtrudniejsza do opisania i najtrudniejsza do zniesienia. Wiersz bardzo prawdziwy.
    • Utwór inspirowany "Modelem Pickmana" H.P.Lovecrafta, "Portretem Owalnym" E.A.Poe oraz prozą poetycką w duchu gotyckiego romantyzmu i dekadencji. Po ostatnich moich naprawdę słabych tekstach, staram się nim powrócić do równowagi i poziomu artystycznego do jakiego siebie i Was przyzwyczaiłem. Najdłuższy mój tekst od bardzo dawna. Od razu przed tym przestrzegam.   "Portret Owalny" cz.1   Kariera miejskiego urzędnika  nie pociągała mnie ani trochę, więc szybko z niej zrezygnowałem, uwalniając się tym samym  od dyktatorskiej postawy i protekcji  mojego kochanego ojca  w którego wydziale miejskim  miałem okazję zdobywać doświadczenie, lecz częściej stawałem się  niesłusznie obarczaną winą  za wszelkie niepowodzenia marionetką  niż pełnoprawnym rajcą. Zrezygnowałem w grudniu, pobierając jeszcze ostatnią należną pensję i przeznaczając ją na bilet kolejowy  do pobliskiego miasteczka i pierwszy czynsz na nowym dość dobrze usytuowanym i wyposażonym mieszkaniu. Nie chciałem spędzać świąt  w rodzinnym domu. Zresztą i ojciec  nie dał poznać po sobie  by miał jeszcze ochotę  mnie kiedykolwiek oglądać. Nie zapytał o nic. Z czego będę żył? Gdzie będę mieszkał? Z kim będę spędzał czas? Szczerze to sam nie znałem odpowiedzi. Utrzymanie mieszkania kosztowało sporo. Nie miałem w miasteczku  innych krewnych ani znajomych. Nie miałem żadnego  przydatnego fachu w ręku. Zresztą osobista duma  nie pozwoliłaby mi zniżyć się do poziomu  brudnego robotnika czy górnika. Pech a może jednak szczęśliwy traf chciał, że trafiłem pod dach,  który krył ludzi  w większości mojego pokroju i pochodzenia jak również opierających  swoje przemijające rwąco życie  na przyjemnościach związanych  z zasobnością rodzinnych kont. Kamienicę naszą nazywano dżunglą. Pełna była kolorowych ptaków  tutejszego życia elit kulturalnych. Byli i odszczepieni siłą  od konserwatywnego salonu  banici poetyccy. Byli malarze tak genialnie operujący okiem wyobraźni i przestrzeni, że ich płótna zdawały się żywymi oknami, portalami pokazującymi świat  nie dostatni i widzialny dla większości, lecz ten mroczny i splugawiony wyziewami trujących plag nocnego życia. Prostytucją, porachunkami gangów, pijaństwem, opiumową gorączką, studenckim, hedonistycznym rozpasaniem, oraz eskalacją i gloryfikacją  przemocy i zepsucia. Byli też sensualni  do granic sennych marzeń rzeźbiarze. Zakochujący się romantycznie  w ideale wykutych mięśni i talii. Kamiennych lecz spragnionych czułości ust, jak i mlecznych, pełnych piersi, błagających o zbliżenie mokrego  od rozkosznej tęsknoty języka swych twórców. Wszyscy żyliśmy tam nie tu. Trwaliśmy w narkotycznej mgle umysłu. Pijackim śnie o pochwale sztuki. Jawa była koszmarem z którego budził nas dźwięk delikatnych dzwoneczków weny. Muzy pieściły nas tak długo, aż zatapialiśmy się  na długie godziny lub całe dni, w szorstkiej fakturze papieru lub nieskazitelnie dziewiczej bieli płótna. Lecz trwało to tylko chwilę. Zbyt krótko byśmy mogli zapomnieć  o zgrzytach struktury codzienności. O nauce, pracy czy rachunkach, tych uregulowanych bądź nie. Stos tych drugich  z czasem zaczął piętrzyć się  na sekretarzyku w moim gabinecie. Widmo nędzy,  stanęło przed oczyma  trzymając w kościstych dłoniach  weksle i wezwania do zapłaty. Dług gonił dług a pożyczka poganiała kolejną, Mówią, że tonący w bezdni morskiego wiru nawet brzytwy podanej się schwyci. I podał mi takową przypadek zupełny. Ogłoszenie w dzienniku porannym o treści jakże dla mnie ciekawej. Pewien malarz o jak stało w ogłoszeniu, nienagannej kulturze i ugruntowanej pozycji, szukał modeli do swoich prac a w szczególności portretów. Wypłaty gwarantował  po każdej ukończonej sesji   a ich wysokość przedstawił jako  wysoce satysfakcjonującą. Zaznaczył przeto  że nie interesuje go płeć piękna  a młodzi mężczyźni w sile witalnej, najlepiej studenci lub uczniowie liceów. Podane były dane do kontaktu listowego. Mile połechtany w czarnej godzinie próby, postanowiłem napisać do niego, składając swe gorące zainteresowanie ofertą jak i możliwością pracy z prawdziwym artystą. Pokrótce opisałem siebie  i swój wygląd zewnętrzny. Na końcu łącząc wyrazy szacunku i uznania  z prośbą o jak najrychlejszą odpowiedź. I ta przyszła już tydzień później  o dziwo dostarczona przez  chłopca na posyłki  w samym środku nocy. W krótkim liściku  zapisanym pięknym, równym pismem, malarz zapraszał mnie  wieczorem dnia najbliższego  na spotkanie i zarazem pierwszą sesję, na pobliski cmentarz  u zbiegu ulic Traverse i Elm. Miejsce wydało mi się nie tyle podejrzane  co bezmiar dziwne i abstrakcyjne, lecz proszono mnie w liściku o natychmiastowe potwierdzenie przybycia. Napisałem więc kilka słów zapewnienia  o moim pojawieniu się  o godzinie ósmej wieczorem  pod bramą nekropolii. Włożyłem liścik wraz z pięciopensówką  na powrót w dłoń chłopca  a ten pobiegł jak wicher  w opustoszałe i ciche ulice miasteczka. Przez cały dzień padał rzęsisty deszcz, który po zachodzie słońca przemienił się  w duże i mokre płatki, lepkiego śniegu. Leżał wszędzie. Na parkowych alejach,  wybrukowanych ulicach, w nieczynnej, miejskiej fontannie  u stóp ratusza a także pokrył zimnym płaszczem  grobowce nekropolii. Zjawiłem się punktualnie  jak na dżentelmena przystało. Na spotkanie pierwej nie wychynął mi nikt. Brama cmentarna była zamknięta  na dwie solidne, mosiężne kłódki. Ciężko byłoby ją ruszyć z miejsca  a przeskok przez nią  powodował ryzyko upadku  z dość wysoka lub nabicie członków ciała na ostre okucia, sterczące jak kły z paszczy bramy. Postanowiłem spokojnie zaczekać. Mrok rozjaśniony poświatą świeżego śniegu, nie zasłaniał w pełni  elementów miejscowego krajobrazu. Przede mną rozciągał się piękny  acz zapomniany lekko cmentarz. Aleje nie były brukowane. Krzywe i wyboiste  prowadziły do wiecznych domów zmarłych. Większość nagrobków opierało się jeszcze potędze bezdusznego czasu. Wyglądały spod ziemi ciekawie, niczym główki ghouli. Od większych grobowców, wionęło dojmującą ciszą, pustką  i tym specyficznym, namacalnym odruchem grozy, lepkim i zimnym przepływem  nieprzyjemnego prądu po grzbiecie. Broniły one skutecznie  spokoju swych mieszkańców. Żałobne anioły z marmuru  marzły na swych pokaźnych cokołach. Ślepym wzrokiem wiodły smutno  po zapuszczonym terenie. Czasami zaskrzypiał stary, dębowy krzyż. To znów wyczulony przez ciszę,  głuchej przestrzeni wokół słuch, wyłapał gdzieś w głębi cmentarza, krótki jęk, stęknięcie czy wycie i skomlenie. To wiatr płacze w koronach wiązów. A może bezdomni pijacy  dogorywają gdzieś w upodlonym upojeniu, wpadając nieuważnie  do otwartych powtórnie starych mogił. Obejmują ich ciała, kości i resztki zbutwiałych trumien. Zasypuje ich rozkopana wcześniej ziemia, odmawiając im rozgrzeszenia win  lecz zapewniając wieczny odpoczynek. Wzdrygnąłem się ze strachu. Z zamyślenia wyrwało mnie nagłe połaskotanie z okolicach łydek. To tylko rudo-biały kot trzymający zamęczonego szczura w pyszczku, chciał najpewniej  pochwalić się swą zdobyczą. Serce waliło mi jak oszalałe a kot niezrażony swym zachowaniem, skoczył gdzieś  do podpiwniczenia wieży ciśnień,  która jak góra wyrastała za moimi plecami. Ledwie ochłonąłem  a posłyszałem szybkie kroki, tym razem z pewnością ludzkie. Gdzieś ze środka cmentarnego muru  nagle wychynęła ludzka, dziecięca postać. Był to chłopiec  który przyniósł mi wiadomość od malarza. Był lekko zdyszany, czerwony na buzi ale szczęśliwy  widząc mnie w umówionym miejscu. Zdjął kaszkiet, ukłonił się  i skruszonym głosem powiedział. Przepraszam pana  z całego serca za spóźnienie  to wszystko przez tą pogodę. Cmentarz jest wyjątkowo  niebezpiecznym miejscem  przy takim śnieżnym maskowaniu. Jeden nieuważny krok i można złamać nogę lub skręcić kark wpadając komuś do grobu  z zupełnie niezapowiedzianą wizytą. Ale my na szczęście się umawialiśmy. Musi pan wybaczyć również panu Wildowi. Nie pokazuje się osobiście. Nie opuszcza już cmentarza i swej pracowni. Poważnie zachorował kilka lat temu. Choroba wykluczyła go zupełnie  ze współżycia społecznego… no może jednak nie zupełnie. Sprzedaje przecież obrazy do galerii sztuki, kontaktuje się listownie z innymi wielkimi malarzami i artystami. Poszukuję też coraz to nowych modeli  do swych dzieł i dlatego pan tutaj przybył. Zapraszam za mną. Pan Wild oczekuję w centrum nekropolii. Mur jest dziurawy w tym miejscu. Wystarczy że delikatnie się pan pochyli  i przejdzie bez problemu. Znam tutaj każdą szczelinę, dziurę i ścieżkę. Będę omijał najgorsze z nich. A gdy to nie wystarczy. Będę ostrzegał zawczasu.   Cóż innego przyszło mi czynić. Pochyliłem się przy rzeczonej dziurzę  i wszedłem za chłopcem na teren cmentarza. Od razu poczułem, jakbym cofnął się w czasie o cały wiek lub nawet dwa. Wszędzie panowała dostojna cisza. Wiatr ucichł w konarach  a wszelkie chrobotania, szelesty i pomruki, zamarły zgaszone tchnieniem  nocnego mrozu. Kobierzec dawno nie podcinanych traw, przybitych teraz ciężarem śniegu do podłoża był śliski i zdradliwy. Nocne harce pobudzonej wyobraźni, nadawały pomnikom czy ławkom, kształty i przeznaczenia  zbyt fantazyjne z oddali, by nie być zdziwionym  ich codziennej, powszedniej roli, będąc bezpośrednio w ich zasięgu. Chłopiec nie prowadził mnie  utartym szlakiem alejek. Kluczył pobocznymi sektorami, najwcześniej pochowanych  tu nieszczęśników. Widziałem spękane i starte płyty nagrobne, ozłocone, zaśniedziałymi literami. Zapadłe pomniki. Stare o wyblakłych, przytępionych rysach  i anonimowych twarzach. Opierające się grawitacji. Skrzywione i zgarbione  od skruszałych dawno elementów i rogów. Były i mogiły zdać by się mogło bezdenne. O barwie niebytu. W kolorze śmierci. O odcieniu wiecznej żałoby. Wyobraźnia plotła mi figle, bo wydawało mi się nieraz, że z takowych mogił wychynęły, pokryte liszajem i zgnilizną palce dłoni. To znów błysnęło lękliwie rubinową barwą, oko lub dwoje oczu. Ledwie kilka metrów od nas, przewrócił się mosiężny krzyż. Wpadł w szczelinę pomiędzy dwa zapomniane od lat groby. Dam głowę, że zaraz potem usłyszałem  w tym miejscu krótki, szczekliwy śmiech  a po nim odgłos ciągnięcia czegoś ciężkiego w głąb mroku nekropolii. Przechodziliśmy obok  dawnej cmentarnej kaplicy. Była kamienno, ceglaną wydmuszką. Spłonęła w czasach  gdy byłem malutkim dzieckiem. Próbowano ją odbudować  i gdy pracę miały się już ku końcowi, piekielny los zesłał burzę, której piorun dopełnił dzieła zniszczenia. Teraz mówi się, że jedynie diabły mieszkają na jej spalonych węgłach. Za kaplicą, osaczony przez  grożące zawaleniem grobowce, stał malutki domek  a raczej dawna szopa mieszkalna  tutejszego grabarza. Absolutnym absurdem i wstrząsem było to, że dawniej w czasach użyteczności budynku, miał on swój osobisty ogródek  i maleńki zalążek sadu. Dziś plonem ziemi cmentarnej  były jedynie wysuszone chaszcze, wyrośnięte gęsto chwasty i mlecze oraz trujące więzy bluszczu. Budynek miał jedno niewielkie okienko. Porysowane i zaklejone brudem. Lecz to w nim dostrzec można było wreszcie, jedyny niezaprzeczalny ślad życia. Ogień lampy lub świecy, tańczący wesoło w głębi pomieszczenia. Chłopiec podprowadził mnie bliżej budynku. Musi pan wiedzieć jeszcze o jednej rzeczy. Pan Wild nie mówi. Choroba zabrała mu nawet tą cząstkę  niezaprzeczalnego człowieczeństwa. Ale zapewniam, że z jego umysłem jest wszystko w jak najlepszym porządku. Komunikuję się prostymi gestami lub listami  takimi jaki otrzymał pan poprzedniej nocy. Pan Wild oczekuję. Proszę wejść bez strachu. Ja muszę się niestety pożegnać. Do widzenia panu. Zgiął narożnik kaszkietu w pożegnaniu  i odszedł szybko tą samą drogą, którą mnie prowadził.     Zostałem sam na sam z nieznanym. Pośrodku zapuszczonego cmentarza. W centrum jego trupio-gnilnej estetyki. Miałem spotkać wielkiego acz schorowanego a kto wie, może i obłąkanego artystę. Jego dom, jeśli można by podnieść  do takiej infrastrukturalnej formy  ten rozpadający się na oczach przybytek. Przerażał i nęcił jednako. Przypominał mi trochę dziecięce wizualizację, baśniowych opowieści o domach wiedźm, którymi mama straszyła mnie przed snem. A może po prostu nie ma się czego bać. Pora jest nieodpowiednia. Miejsce ekscentryczne  i introwertyczne do głębi. Ale przecież za drzwiami, może kryć się  najnormalniejszy dom artysty. Pracownia, pełna sztalug, rolek płótna, zapachu farby i naturalnych barwników. Pełna gotowych prac, wiszących na ścianach  i odstawionych na trójnogach. Gotowych do wyjścia w świat. Do prywatnych kolekcji i galerii. Przyjaciół artysty i krytyków sztuki. Wild jest portrecistą. Maluję najpewniej tylko na zamówienie. Portret jest odbiciem modelu. Nie ma tu miejsca na własny sznyt i fantazję, trzeba oddać jedynie jak najgłębszy realizm. Każdy szczegół, zmarszczkę, bliznę. Skupiony w jednym punkcie wzrok. Powagę biologicznej doskonałości  istoty ludzkiej. Nie wolno bawić się formą, barwą, stylem  czy nadinterpretacją. Dodawać od siebie i ujmować. Nie ma miejsca na lekki nawet uśmiech, ale i na sadystyczny tragizm czy makabrę. Stukając do drzwi miałem nadzieję i miałem nadzieję, że nie zostanie mi ona brutalnie odebrana. Nie spodziewając się odpowiedzi gospodarza po tym czego się dowiedziałem, wszedłem pewnie do środka.     Pierwsze co poczułem  to uderzające i dziwnie otulające  kojącym całunem ciepło. W izbie brakowało tlenu. Panował parny zaduch  o woni silnie słodkiej i mdlącej. Podświadomie wciągnąłem przez usta  haust powietrza i dłuższą chwilę  nie miałem ochoty  wypuszczać go ze swego wnętrza. W powietrzu unosił się również zapach starego, wilgotnego drewna i lakieru. Drobinki kurzu, wzbite nagłym ruchem drzwi, osiadały teraz na powrót na znajome elementy pomieszczenia. Szopa miała oczywiście  tylko jedną niewielką izbę. Świece ustawione niedaleko okna  dawały jednak wystarczającą ilość światła by nie mówić o mrocznej atmosferze domu. W centrum izby stał długi heblowany stół z dwoma zydlami u krótszych boków. Ściany były krzywe i odarte. Na nich jak się wcześniej domyślałem, wisiały prace Wilda. Te portrety były nie tyle  przerażające i wstrząsające  co idealnie zlewały się z otoczeniem  nie domu jednak a samej nekropolii. Wild portretował nie tylko żywych  ale i umarłych. I trzeba mu to przyznać na jego płótnach  wracali do sił i życia. Byli tam trędowaci i Ci co zmarli  na szkarlatynę lub ospę. Były ofiary wypadków, pożarów i utonięć. Byli wisielcy i Ci którzy postanowili  zrobić sobie w głowie otwór  od kuli rewolweru. Ofiary pobić i porachunków. Tylko mężczyźni w sile wieku. Wszyscy martwo wpatrzeni w przestrzeń. W Wilda, który dał im drugie życie. Pomyślałem, że nie jest to galeria śmierci  a bluźnierczego odrodzenia. A potem uderzyło mnie jeszcze coś. Skąd Wild brał te  trupie rekwizyty do swoich prac? Czy przypadkiem tak duża liczba pustych mogił nie jest udziałem jego fascynacji? Czy cmentarz nie zapewniał mu, nieograniczonego wręcz przypływu weny? Wykopywał ciała  i wskrzeszał je dzięki obrazom. Chciałbym nazwać go szaleńcem, lecz pewnie wolałby  żeby określać go geniuszem, którym mimo wszystko był.     Wild stał obok stołu,  zwrócony do mnie prawym profilem. Nie odwrócił się ku mnie zupełnie, nawet na myśl o tym, że mógłbym teraz ujrzeć jego twarz  przeszedł mnie dreszcz. Był delikatnie niższy ode mnie, szczupły i ograniczony ruchowo, zapewne przez postępującą chorobę. Jedynie tyle byłem w stanie stwierdzić ponieważ Wild przywdział  jakiś dziwny fason  jednoczęściowego płaszcza,  który przypominał z początku zakonny habit. Czarny kaptur zarzucony był głęboko. Na tyle by zupełnie ukryć twarz  a spotęgować uczucie panicznego lęku. Nie byłem w stanie przywitać się z nim  w sposób zupełnie naturalny. Po prostu zamarłem na linii progu. Pomyślałem, że chyba każdy kto tutaj wchodzi staje się niemy. Wild poruszył prawą ręką i wskazał palcem na pozostawioną na stole kartkę. Zrozumiałem. Sięgnąłem po nią  i przeczytałem krótką notatkę.   Cieszę się, że możemy się  spotkać Panie Scholl  i mam nadzieję że dotarł Pan do mnie  bez żadnych niepotrzebnych opóźnień  ani problemów. Ma Pan z pewnością całą masę pytań, lecz jeśli zgodzi się Pan, chciałbym jak najszybciej skorzystać  z naszej umowy i rozpocząć pracę. Najlepiej maluję mi się nocą  i nie chcę marnować nawet sekundy  z i Pana cennej doby. Jeśli się Pan zgadza,  proszę przejść na przygotowane  dla Pana krzesło  naprzeciw gotowego płótna  a ja pokieruję gestami, jak powinien się Pan ustawić i pozować. Oczywiście moja gościnność  i zasobność domu  jest do pańskiej wyłącznej dyspozycji. Jeśli tylko poczuję Pan znużenie sesją, proszę mówić a zrobimy przerwę. Mam nadzieję, że mimo pory  i dość obskurnego otoczenia  będzie się Pan czuł swobodnie.. aha tak zapomniałbym…  sesja jest płatna z góry. Pieniądze przygotowałem obok tej notatki. Jeśli ta kwota nie wystarczy, proszę powiedzieć a ureguluję  brakującą część po sesji nad ranem. Jeszcze raz serdecznie Pana witam. Oddany  Victor Wild.     I faktycznie obok notatki  spoczywała biała, zalakowana koperta. Otworzyłem ją na oczach Wilda  i zerknąłem do wewnątrz. Spoczywała tam mała fortuna. Przynajmniej jak na moje potrzeby  i spłatę wszystkich zobowiązań. Nie zastanawiając się już dłużej, przeszedłem w głąb izby  i usiadłem na trochę zbyt sztywnym krześle. Podświadomie wyczułem uśmiech Wilda  pod osłoną kaptura. Za takie pieniądze jednak, mógłbym spędzić tu z nim resztę swego życia.  
    • @Somnia   Niesamowicie gęsty, oniryczny klimat. Pięknie ujęta tęsknota za kimś, kto jest blisko, a jednocześnie pozostaje nieosiągalny. Zaintrygowało mnie to, jak oswojona jest tu ciemność. Zazwyczaj budzi lęk, a u Ciebie staje się schronieniem i przestrzenią do spotkania z samym sobą.
    • Raz pewien byk gdzieś w dolinie Baryczy zbijał bąki, a bąk w trawie się byczył. Byk na bąku siadł, do Baryczy wpadł, no i teraz już w Baryczy byk ryczy.  
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...