Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

@Jakub_Bujak
...jeszcze nie tak - w haiku nie możesz decydować, kto z jakimś zamiarem coś robi. Ostatni wers mógłby brzmieć poprawnie - "idący chłopiec"
- dokąd i dlaczego, to już jego sprawa. Ty jedynie rejestrujesz swoim okiem (migawką aparatu foto) sytuację, nie przesądzając o jej fabule.
P.S - i jeszcze jedno - jak zobaczyłeś kolor drzewa (kasztan) w nocy (gwiazdy na niebie)?

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @Czarek Płatak

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

      Tak to o Kochaniu
    • Jego świat  rozsypywał się właśnie w posadach. Był funkcją,  dla której idealnie nakreślono współrzędne. W jego idealnym, utopijnym świecie, ten dzień miał nigdy nie nastąpić. Choć przecież od początku  miał wręcz pewność ku temu, że niektórym zjawiskom nie sposób zapobiec, są one następstwem odwiecznej bytności  spraw które wymykają się  ludzkiemu pojmowaniu  i zdają się niczym ponad  dojmujące uczucie klątwy  jako klęski życia. Ten dzień miał nigdy nie nastąpić, bo klątwa jawiła się przecież jako farsa. Bajeczka dla czarnomagicznych kultystów, którzy bawili się  w rytuały czy bluźniercze zakony. Była pół martwym mitem, dla ograniczonych umysłów  dzikich ludów wysp południowych. Oni naprawdę uwierzyli. W moc tiary. W to, że z jej pomocą wskrzeszą demona. Dlatego nigdy się nie poddali. A muzeum przestało dbać  o bezpieczeństwo świata i swoje.     Co prawda po tym jak przeczytał  te wszystkie manuskrypty i pergaminy. Poznał ze starych  wycinków gazet i pamiętników  zeznania policjantów i kultystów z Innsmouth. Historię Diabelskiej Rafy. Historię rodu Quarrych. Dzieci Normana i ich potomków. Wszyscy zeszli pod wodę. A Norman? Przecież kilkanaście lat temu  sprowadził strażnika do tiary. Oczywiście był to  głównie chwyt marketingowy, lecz gdzieś z tyłu głowy  pamiętał o zapisach testamentu. Później po kilku latach  zatrudnił tego strażnika i dał mu wytyczne  by szczególnie mocno pilnował  bezpieczeństwa w sali morskiej. Widział jak zmienia się  najpierw jego psychika  a potem fizjonomia. Strażnik bał się tej sali i tiary. Wody i przeznaczenia rodu,  którego był potomkiem. Jego oczy, włosy a szczególnie dłoń. W ostatnich tygodniach, moc tiary przemieniała go na dobre. Ale on jako jego szef nadal udawał, bo ten dzień miał nigdy nie nastąpić.   Po telefonie, ubrał na siebie cokolwiek, w postaci wymiętej i przepoconej koszuli, oraz spodni. Pominął nawet marynarkę i wybiegł z domu nie zamykając za sobą drzwi. Ruszył biegiem opustoszałymi uliczkami, skwerami i pobocznymi zielonymi skrótami. Po kilkunastu minutach gmach muzeum  miał dokładnie przed sobą. Był ciemny, cichy i niewzruszony żadnymi  postaciami wokół jak i wewnątrz budynku. Szybko odnalazł okna sali morskiej  na pierwszym piętrze. Zaklął. Zapomniał o wiecznie zasłoniętych kotarach.     Pokonał szerokie stopnie schodów  prawie myląc kroki. i wreszcie opadł całym ciężarem na zimne szkło wejściowych drzwi. Za biurkiem nie było nikogo. Lecz leżały na nim. Komórka, latarka i klucze. A także dwa kubki po kawie. Witryna z grzybkiem alarmu, była nienaruszona. Szafka z kluczami od sal, była zamknięta. Czujki wyłączyły oświetlenie sufitu. To znaczy, że nie było w hallu nikogo  od co najmniej dziesięciu minut. Mógł wprowadzić kod ręcznie  i wejść bez przeszkód  ale wolał zawołać strażnika. Walił pięścią z całych sił  i wrzeszczał jego imię. Odpowiedziała mu cisza. Głęboką jak grób. Drżącymi palcami wpisał szybko kod. Magnetyczny zamek od razu zapiszczał i zwolnił zapadki. Pchnął lewe skrzydło tak mocno  aż odbiło się złoconą rączką od ściany, wyszczerbiając ją odpryskami farby. Zawołał jeszcze raz. Wszedł do hallu. Światło rozbłysło od razu  na całej długości schodów  i wejścia na piętro. Wszystko było w porządku. Żadnych śladów walki, krwi, wody … ani śladu po strażnikach. To było absolutnie chore a wręcz schizofreniczno niedorzeczne ale wiedział kto był po drugiej stronie słuchawki telefonu, który go zbudził. To był Norman Quarry. Wstał wreszcie z grobu  by zapoznać się z potomkiem  i namaścić go na następcę. Oby tylko obydwaj trzymali się z dala od tiary, wtedy jeszcze może uda się uciszyć klątwę  na kolejne kilka miesięcy albo lat. Uratować niewinnego, lecz i tak skazanego na zagładę człowieka. Wziął pęk kluczy z biurka  i ruszył na piętro ku sali morskiej.   Był w połowie schodów  gdy wreszcie usłyszał jakiś dźwięk,  bodaj pierwszy od czasu  gdy przekroczył próg. Nie była to jednak ludzka mowa, rozmowa, wentylacja ani nawet odgłos szarpaniny czy bójki. To były fale. Morskie i spokojnie bijące o brzeg. I coś na wzór gulgoczącej,  powarkiwanej pieśni. Przed salą morską posadzka była cała mokra. Słone kałuże drżały niespokojnie zupełnie jak gdyby ktoś delikatnie  dmuchał na ich powierzchnię. Dźwięki dochodziły zza drzwi. Wsunął klucz i przekręcił. Ściana uwolnionej wody, zalała go momentalnie aż po pas. Zaskoczony,  próbował bezskutecznie uskoczyć. Stał jednak twardo na nogach.     Woda miała swoje źródło w tiarze, która spoczywała nadal  w gablocie w centrum sali. Jej front był jednak wybity. Alarm milczał. Wiązki laserów odbijały się w wodzie, tworząc czerwone, rozmyte ślady. Pieśń nie ustawała. Podszedł powolnym krokiem do tiary. Kamień w niej osadzony, zabłyszczał złowrogo, porzucając swą  dotychczasową, matową strukturę. Nigdy nie miał jej w rękach  i teraz również nie zamierzał jej dotykać.     Zapomniał o strażniku. I dopiero teraz skierował wzrok  na lewy róg sali. Tutaj też nie wszystko było po staremu. Gablota z sarkofagiem była co prawda nienaruszona i zamknięta, lecz jak wyjaśnić to, że sam sarkofag był również  zasunięty na cztery spusty. Czyżby Quarry wychodząc z grobu,  zamknął go za sobą? Przecież to niedorzeczne. A może strażnik widząc co się dzieje w sali. Otworzył gablotę i uwięził mumię na dobre. Istniała jeszcze jedna możliwość. Rozbił front kilkoma solidnymi kopnięciami. Alarm milczał. Dotknął pokrywy trumny. Była mokra i lodowato zimna. Odsunęła się jednak z łatwością.     W środku był on. Ciało szare, spękane i przeraźliwie suche. Pachnące wonnymi olejkami, ubrane w różową togę. W zabandażowanych, okaleczonych rybim kalectwem dłoniach  ściskał kamienny pastorał kapłana kultu. Oczodoły skierowane wprost  na gablotę z tiarą. Zamiast ludzkich nóg. Ohydny rybi ogon,  z długą i ostro zakończoną płetwą. Mumia nadal spała. Strażnik wywiązywał się ze swego przeklętego obowiązku.     Lecz jednak nie tylko zamknięty sarkofag budził w nim niepokój. Spojrzał pod nogi. Na granicy zgromadzonej wody, dostrzegł mosiężną,  przykręconą tabliczkę eksponatu. Norman Quarry 1740-1775 Syn kapitana Valentina Quarry Darczyńca i główny twórca sali morskiej. “Strażnik kultu Dagona”. Wszystko się zgadzało, co do słowa… a jednak…     Gulgoczące warczenie  dobiegło zza jego pleców. Obrócił się nieprzytomny wręcz z przerażenia. Mumia stała obok gabloty z tiarą. I miała ją na swojej idealnie owalnej, łysej i spękanej głowie. Była również odziana w togę kapłana. Zresztą była identyczną kopią tej mumii z sarkofagu. A może ta z sarkofagu była kopią. Kustosz już wiedział jak było naprawdę. Mumia rzuciła się w wodę, zamachała żywo rybim ogonem i podpłynęła szybko jak strzała do gabloty z sarkofagiem. Wynurzyła obok jego nóg  i weszła w ciało zastygłe w trumnie.     Pieśń ustała a woda uspokoiła się  po czym znikła. Zostawiając jedynie ślady soli morskiej na ścianach i podłodze. Kustosz opadł na kolana. Nie rozumiał. Choć wszystko już było jasne. Spojrzał jeszcze raz w ciche i spokojne oblicze mumii. Ta nadal patrzyła na gablotę w centrum, podążył wzrokiem za nią… tiara znów wróciła na miejsce. Tak samo idealna i piękna. Pożądana i przeklęta. Po wieczność. Wstał i w amoku  zerwał ją z aksamitnej poduszki. Była ciężka jak głaz. Jak żywot  tych wszystkich potomków Quarrego. Już czas najwyższy. Włożył ją na głowę.  I nagle w jego wnętrzu  powstała nieodparta chęć  wskoczenia do wody. Widział oczyma wyobraźni  wyspę podwodną  z ukrytą kryptą Przedwiecznych. Tam spał Cthulhu. Widział wszystkich przemienionych kultystów. Widział Valentina, Normana a nawet ostatniego strażnika. Płynął z nimi ku R'lyeh. Ciesząc się ze wskrzeszenia Dagona. Pana głębin. Wyszedł przed gmach  i ruszył ku jedynej w okolicy rzece. Czas zejść pod wodę i oddać tiarę w ręce prawowitych właścicieli.   Opowiadanie poświęcam  Lenore Grey, żywiąc nadzieję że może kiedyś zbiorę cały ich tomik by można go wydać.     Dziękuję wszystkim za czytanie i przychylne komentarze. Teraz czas brać się za własną wersję "Coś na progu" lub "Reanimatora Herberta Westa". Chyba, że wolicie ujrzeć jakieś całkowicie autorskie pomysły a nie styl fan fiction.      
    • Taka pewnie powinna być poezja, bezkompromisowa i pewnie taka jest ta, którą się docenia. Niektórzy jednak ją zostawiają.   Ojciec.   Pzdr.
    • Nicnierobienie, To plan na dzisiaj... Już tylko mopem podłogę musnę I nagotuję zupy dwa bacze, Gary pomyję i wannę chlusnę, pranie nastawię i w końcu usnę... Nicniemyślenie, To wielka sztuka... W głowie jak w kotle myśli tysiące. Jedna się rodzi, druga przepycha. A wszystkie myśli w myślach tonące. Przestanę myśleć, gdy wyjdzie słońce...
    • @Czarek Płatak tak mnie jakoś poruszyła historia kobiety która jako dziecko przetrwała w obozie koncentracyjnym  Opowiadała o swoich dalszych losach  Widzisz jakie okropności się na świecie dzieją  Mnie to przeraża
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...