Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Zimowe buty nie nadawały się już do noszenia, mama skombinowała mi kalosze, w których mi jednak marzły stopy, musiałam owijać je papierem, no i jak zeszłej zimy nosiłam męski płaszcz kupiony okazyjnie. Gdy go kupiłam od znajomych wyglądał jeszcze całkiem nieźle, jednak po roku już nie tak, bo dojeżdżałam pekaesem. Wynajmowałyśmy nieduży pokój na wsi w myśliwskim domku dawnych ziemian, którym zabrano dwór i park lokując tam dom starców.. .
A jednak studiowałam. Z trudem, z niechęcią i nie wierząc w siebie. Całe to malowanie zdawało mi się drugorzędne i byłam pewna; beznadziejne. Wreszcie postanowiłam przerwać studia, wziąć urlop niby to z powodów osobistych, a tak naprawdę chciałam pisać powieść. O czym? Nie, tego nie wiedziałam. Dotąd nie wiem. Potrzebna była mi samotność. Nasz pokój na wsi to nie miejsce, w którym się można było skupić. Wpadłam na pomysł więc, żeby wyjechać gdzieś, gdzie będę sama. I pracować. Może dom dziecka na prowincji? Tam o posadę chyba łatwo, w starym pałacu własny pokój. Pół dnia dla siebie na pisanie. Znalazłam takie miejsce gdzieś pod Płockiem i pojechałam autobusem, ale nie chcieli mnie zatrudnić, bo brakowało mi kwalifikacji.
Trzeba więc było ciągnąć studia dalej chociaż nie czułam się z tym dobrze. W domu ledwo się wiąże koniec z końcem. Obiad w stołówce za stypendium, ale i tak bywałam głodna. Na zdjęciu ( już wyblakłym, niewyraźnym ) jestem nijaka, źle ubrana. Nie tylko ja, w tym czasie większość z nas była ubrana źle, szczególnie ci z prowincji.
Jeśli ktoś myśli, że studenci są zabawni, pełni pomysłów i szaleni to się myli. Szczególnie ci studenci. Akademii. Na korytarzach w przerwach panowała cisza. Ja zwykle rozmawiałam z Alkiem, ot tak sobie, głównie o książkach, ale cicho bez jakiejkolwiek ostentacji. Ktoś inny paląc papierosa, zamyślony patrzył przez okno na dziedziniec. Obok na ławce piękna Magda i ten jej głupi przystojniaczek, szepczą ze sobą tak skupieni jakby to były sprawy ostateczne; być nie być związku (a jednak po skończeniu studiów pobrali się i wyjechali do Paryża). Studenci najzdolniejsi zachowywali się dyskretnie. Oni już byli jedną nogą w ZPAP i nie musieli nam niczego demonstrować, bo było oczywiste, że nie obchodzi ich ktoś taki bez znaczenia jak Alek albo ja… Pośród mniej zdolnych byli ci, co snuli się po korytarzu nie wiedząc co ze sobą zrobić. Reszta spędzała przerwy przy sztalugach pełna determinacji, lub namysłu nad tym co już udało im się namalować, podczas gdy pani która pozowała, zwykle niemłoda, paliła w kącie papierosa gotowa znowu się obnażyć. Urszula była moją przyjaciółką. Razem chodziłyśmy do stołówki. Tak to się jakoś układało, że zwykle miałam tylko jedną przyjaciółkę dla której byłam powiernicą, to była zawsze któraś z tych onieśmielonych, nieszczęśliwych, zwierzała się, a ja jej udzielałam rad.
Profesor? Cóż. Pojawiał się co jakiś czas w pracowni. Niczego po nim nie oczekiwałam. Zwracał się do mnie po nazwisku. Stawał za mną, patrzył przez chwilę na mój obraz i mówił; to nie to.
Więc co? Jeśli nie powieść to scenariusz. W stylu włoskiego neorealizmu. Z życia wzięty. Miałam już nawet pomysł na początek, jedna sekwencja, może dwie, a potem? Bo potem wątek nagle się urywał. I w głowie pustka. Gdybym się tylko mogła skupić, być choć przez chwilę sama. Ale nie… Nie było takiej możliwości. Przerwę w zajęciach musiałam przetrwać w bibliotece, albo łaziłam po ulicach. A wieczorami powrót na wieś.
A chęć pisania nosiłam w sobie jak dobytek, z którym się trudno mimo wszystko rozstać, choć nie wiadomo jak go spożytkować. Bo składał się z zachwytów, wzruszeń, myśli… być może z odrobiny wrażliwości? Z tego niewiele jest pożytku. Jest się artystą i to wszystko, przy tym nikt nawet o tym nie wie.
Żeby choć życie towarzyskie… ale tu nic takiego nie istniało. Tu każdy raczej się przemykał chyłkiem zajęty tylko sobą. Myśl kim się jest, czy jest się kimś bywa, być może paraliżująca. Bo tu są faworyci i pariasi, których profesor zaledwie toleruje. To Alek był pariasem (kiedyś zostanie jednak asystentem), Ula miała opinię utalentowanej ( po studiach wyjdzie za mąż za kapistę starszego od niej o 40 lat) . Byli też pracowici. Taki Andrzej. Z pracowni prawie nie wychodził. Myślę, że malowanie sprawiało mu przyjemność niemal zmysłową, niczym sex, wiedział, że będzie znanym twórcą (ziściło się, być może niezupełnie tak jak chciał; został działaczem związku) .
Bywało, że profesor zapraszał wszystkich nas do siebie, więc przychodziliśmy gromadką. Nie należało się spodziewać poczęstunku, ani wykładu, to była tylko pogawędka protekcjonalna i życzliwa. Pamiętam jedno takie popołudnie. Najpierw niewielkie zamieszanie, bo trzeba gdzieś powiesić płaszcze. Mieszkanko eleganckie lecz niewielkie, ciasno. Profesor mieszka sam. Ale niektóre koleżanki, te ładniejsze wydają się zadomowione, bo zachowują się swobodnie (po latach znowu je zobaczę, akty, na starych płótnach profesora). A ja tymczasem siedzę gdzieś pod ścianą, nie mam zamiaru się odzywać. Nic nie mam im do powiedzenia, a gdyby nawet … nie usłyszą.
Na korytarzu przed pracownią ożywienie. A jednak coś się kroi, będzie prywatka w karnawale. U kogo, jeszcze nie wiem, wiem tylko że na Żoliborzu. Pójdę, a czemu nie? Kalosze zdejmę w korytarzu, nałożę szpilki. Sukienkę jaką taką skombinuję. Trzeba coś przynieść? Szarpnę się. Egri Bikaver? Wiem gdzie kupić, w winiarni na Starówce. A to że przyjdę sama, cóż? Bo inni też. Alek też przyjdzie sam (skąd mogłam wiedzieć wtedy, że jest gejem?)
Więc mamie powiedziałam , że nie wrócę na noc, bo nie ma takiej możliwości. To nic wielkiego, to prywatka. Wszyscy się bardzo dobrze znamy i pojedziemy prosto z Akademii. Wzięłam więc z sobą rano szpilki. Suknię nałożę w toalecie, a to co mam na sobie tam zostawię. Nie ma obawy, nikt nie weźmie. I pojedziemy wszyscy razem. . Gromadką iść do kogoś raźniej, bo sama chyba bym nie poszła. Czułabym się jak ktoś niepożądany. Inni byli jak gdyby w lepszej sytuacji i nawet ci z akademika czuli się dość swobodnie. Mieszkanie było takich po dyplomie, właściwie nie mieszkanie, a pracownia. Na poddaszu. To było coś w rodzaju inauguracji. Jestem w porządku, niosę wino. Nie witam się, przecież widzieliśmy się przed południem. Niestety siedzieć nie ma gdzie, musimy siadać na podłodze, czego nie lubię, bo niezręcznie jakoś, człowiek nie wstaje z miejsca tylko się gramoli. Na szczęście jest gramofon, płyty , wino wódka i towarzystwo się rozkręca.
Myślałam że nie będę tańczyć, że nikt mnie nie zaprosi, ale nie. Wstaję, bo podszedł do mnie jeden taki z pracowni po sąsiedzku. Niby go znam, bo przecież widujemy się codziennie, ale nie rozmawiamy, nie ma o czym. Teraz też nie jest zbyt rozmowny. Jednak to dobre na początek. Lubię tańczyć, ale wydaje mi się, że nie umiem, nie mam wprawy, boję się być niezręczna. Czasami tylko po kielichu pozbywam się nieśmiałości i mogę tańczyć nawet rock’n’roll . Tu jest za ciasno, więc tańczymy tango, ale na dystans. Dotyk mężczyzny byłby jak zawsze dla mnie czymś szczególnym, ale nie dotyk tego z którym tańczę, ten mi się nie podoba, to jeden z tych z akademika, w nieświeżej marynarce.
Gramofon milknie. Ten który tańczył ze mną dziękuje i odchodzi. Na ławie stoją przyniesione trunki, kubki, kieliszki i szklaneczki. Już wiem jak trzeba się zachować, po prostu podejść, nalać sobie. Są tam już ci, z którymi się przyjaźnię (to słowo chyba nie jest odpowiednie, bo kiedy minie trochę lat i każdy pójdzie w swoją stronę, nikt mnie nie pozna na ulicy, no.. może tylko Alek). Wszyscy rozkojarzeni chyba nieco, a jednocześnie jakby czujni. Pomiędzy nudą (chyba nerwy) a oczekiwaniem .. Jest ktoś, z kim chciałabym zatańczyć, to ten mój dawny facet, dawna miłość, z którym rozstaliśmy się nie wiadomo czemu. Właściwie wiem. Uczepił mnie się taki jeden, to było coś w rodzaju zdrady i tamten się obraził. Od tego czasu jesteśmy wobec siebie obojętni, ale widocznie niezupełnie, teraz jego uwaga (czuję to) jakby skupiona na mnie, a ja udaję, że nie widzę tego, rozglądam się w poszukiwaniu kogoś, z kim można porozmawiać. Jest tutaj kilku niedostosowanych, ale to akurat nie ci, którzy się liczą towarzysko w pracowniach i na korytarzu. Obyci obstawiają gospodarzy, beneficjentów ZPAP. Bo nie każdemu przecież dana jest pracownia, o to się trzeba starać. Jak? Nie mam pojęcia jak to jest i nigdy się nie dowiem. ( lecz Alek – tak, dostanie po dyplomie lokal. Być może jednak trochę niewygodny, ciemny , obok kotłowni, w suterynie). Kilka par siedzi na uboczu. Reszta się kręci wokół stołu. Coś mówią , ale o czym mówią, do mnie w tej chwili nie dociera. Bo prawie wszyscy już podpici, a z pijanymi trudno się rozmawia serio, a ja inaczej nie potrafię nawet w takich jak ta okolicznościach. Tamten, z którym byliśmy kiedyś razem, nie zdecydował się zatańczyć ze mną, chociaż to do niczego nie zobowiązuje. Widzę go. Po drugiej stronie tej pracowni, w kącie. Urszula też tam jest i on ją obejmuje. Coś jej szepcze. Prawie wiem co, bo przecież znam go. I co się teraz ze mną dzieje? Musze mieć dziwny wyraz twarzy. Co na nim jest? Zawód być może? Rozpacz? I ktoś to dostrzegł? Chyba tak. Pijany Andrzej (mały brunecik w okularach) zaczyna mnie pocieszać i próbujemy nawet tańczyć, lecz to nam dobrze nie wychodzi, bo Andrzej tańczyć nie potrafi . Czuje się tym upokorzona. Czy ktoś się zaśmiał ? Ależ nie. To raczej kłótnia. Słychać krzyki.. Nie ma się czym przejmować. To dyskusja. Dyskusja o pryncypiach, zdaje się. Już dawno po socrealizmie, więc może chodzi o abstrakcję? Andrzej jest tym zainteresowany, a jednocześnie nie chce mnie zostawić samej. Dlaczego? Może nie zdając sobie z tego sprawy nie zachowuję się jak trzeba. Płaczę? Bo im się pewno zdaje, że powinnam. To by nadało sens spotkaniu i należytą dramaturgię. A ja chcę tylko wyjść. Powinnam zdążyć na autobus, ten ostatni. Andrzej mnie trzyma, nie pozwala, chociaż mu na mnie nie zależy, to tylko odruch uprzejmości. Pijany odruch, bo ledwo trzyma się na nogach. Jest trochę szarpaniny. Ktoś się śmieje. Wreszcie znajduje torbę z kaloszami, płaszcz, udaje mi się dopaść drzwi, otworzyć. Jestem na schodach. Schodzę
Andrzej jak gdyby sobie coś przypomniał, jak gdyby czegoś nie dopełnił wytacza się na schody, krzyczy za mną
- Bądź sobą!
Doprawdy sama nie wiem czemu z całego tego zamieszania właśnie to niedorzeczne bycie sobą utkwiło mi w pamięci

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • Abi wyciągnęła list ze skrzynki pocztowej, a delikatna faktura koperty w dłoniach przywołała uczucie czegoś niemal sakralnego – przesyłka była starannie przygotowana, a pismo tak piękne i precyzyjne, że od razu można było wyczuć w nim emocje nadawcy. List zaadresowano do Noela.

      – Ciekawe, od kogo…? – mruknęła do siebie, obracając kopertę w dłoniach z lekką nutą zazdrości. „Może od koleżanki? A może od kogoś, kogo kocha?” – zastanawiała się.

      Przez głowę przemknęła jej nieoczekiwana myśl: „Do tej pory nawet nie zdawałam sobie sprawy, jak bardzo polubiłam Noela…”

      Łączyła ich niewidzialna więź. Czasem wystarczyło jedno spojrzenie, by wszystko zrozumieć. Takie milczące porozumienie, które nie potrzebowało słów.

      Po powrocie do domu położyła list na stoliku w holu, ale ciekawość nie dawała jej spokoju. Postanowiła jak najszybciej przekazać go adresatowi.

      – Pójdziemy na spacer, co? – zwróciła się do Lisy, a ona natychmiast podniosła głowę, merdając ogonem w odpowiedzi.

      Już od dawna planowała założyć tę piękną błękitną sukienkę kupioną razem z Zoe, ale jakoś nigdy nie nadarzyła się odpowiednia okazja. Spotkanie z Noelem wywoływało lekkie drżenie jej serca i zdawało się doskonałym powodem do założenia kreacji.

      Przyjaciółki niedawno były na zakupach i kiedy Zoe dostrzegła w oknie wystawowym to cudo, wykrzyknęła z zachwytem:

      – Koniecznie musisz ją mieć! Gdy Noel cię w niej zobaczy, oszaleje z zachwytu!

      Abi uśmiechnęła się lekko, przeglądając się w lustrze. Już sama świadomość, że Noel zobaczy ją w zwiewnej sukience, a nie w szpitalnym uniformie, sprawiała, że jej serce podskakiwało z radości. Czuła w sobie coś więcej niż zwykłą radość – subtelny dreszcz sugerujący, że zaczyna jej zależeć na tym, by spodobać się właśnie jemu.

      Postrzegała Noela jako sympatycznego, ciepłego i wesołego chłopaka. Nie mogła dokładnie określić, co najbardziej przyciągało ją do niego – czy była to jego aura, dostrzegała podczas procesu zdrowienia i nabierająca powoli pięknych, delikatnych odcieni, czy może po prostu rodząca się między nimi więź. Każde spojrzenie, każdy drobny gest Noela sprawiały, że serce Abi zaczynało bić szybciej, a w jej głowie rodziły się ciche pragnienia.

      Zoe żartowała z typową dla siebie lekkością: „Właśnie tak jest, kiedy się kogoś kocha”. Abi uśmiechnęła się pod nosem, wiedząc, że jeszcze nie jest gotowa przyznać się do swoich uczuć, nawet przed sobą. Przecież nigdy wcześniej nie kochała w ten sposób – oprócz rodziców, ale to zupełnie coś innego. Klark był dla niej bardziej jak przyjaciel i opiekun, dawał poczucie bezpieczeństwa. Z Noelem czuła delikatną iskrę sympatii, może nawet pierwszy płomyczek miłości, której jeszcze nie odważyła się w sobie odkryć.

      Szła teraz dumnie ulicą, trzymając Lisę na smyczy, a w jej wnętrzu tliło się ciche podekscytowanie. Czy naprawdę zauważał jej drobne gesty? Czy dostrzegał radość, którą emanowała, czy to tylko jej wyobraźnia, podsycana ciepłem emocji? Wszystko wydawało się możliwe, a ona pozwalała sobie na tę subtelną euforię.

      Promieniowała szczęściem i spokojem, każdy krok niósł poczucie harmonii i nadziei. 

      „Tak mogłoby być wiecznie” – pomyślała, pozwalając sobie na krótkie, słodkie marzenie o tym, że świat wokół niej zawsze będzie tak pełen ciepła i drobnych radości.

      Kiedy dotarły do kliniki, Abi poczuła lekkie mrowienie w brzuchu. 

      Pewnym krokiem weszła do pokoju Noela, a jej serce przyspieszyło rytm. Lisa podskoczyła radośnie, witając się z chłopakiem, a potem spokojnie usiadła, obserwując panią z uważnością typową dla swojego wrażliwego charakteru.

      – Cześć, Noel – powiedziała cicho, uśmiechając się, choć nie mogła powstrzymać lekkiego drżenia w głosie. – Mam coś dla ciebie…

      Noel nie mógł powstrzymać zachwytu, kiedy ją zobaczył:

      – Dzień dobry, księżniczko! Co zrobiłaś z moją przyjaciółką?

      – Wariat! Halo, to ja, ta sama Abi – odparła radośnie, siadając przy łóżku.

      – Niby ta sama, a jednak inna… – Uśmiechnął się rozbrajająco.

      Uśmiech Noela był pełen zachwytu, niemal nieziemski. W jego oczach pojawiła się czułość i podziw, jakby zobaczył coś najpiękniejszego na świecie.

      Abi podała mu przesyłkę

      – Zobacz, to może być coś ważnego.

      Patrzyła, jak powoli chwyta kopertę, jak wpatruje się w jej oczy, szukając wyjaśnienia, zanim jeszcze przeczyta słowa adresowane do niego.

      Noel zaczął powoli czytać list, jego wzrok ślizgał się po starannym, pełnym emocji piśmie. Abi stała tuż obok, widziała, jak na jego twarzy pojawia się kalejdoskop uczuć: zaskoczenie, wzruszenie, a gdzieś w tle – delikatna nuta radości i ulgi. Dawno tłumione emocje zaczęły przebijać się na zewnątrz, a każda z nich potwierdzała wagę tego, co trzymał w dłoniach.

      Kiedy przeczytał ostatnie słowa, jego ręka opadła bezwładnie na łóżko, a oczy zaszkliły się. Spod powiek powoli spływały łzy, które łagodnie sunąc po policzkach. Nie był przygotowany na taką wiadomość – wyznanie łączące w sobie skruchę, miłość i nadzieję.

      Widząc jego wzruszenie, Abi pochyliła się nieco, delikatnie obejmując jego dłoń swoimi palcami. 

      Poczuła nie tylko współczucie, lecz także coś głębszego, ciepłego – sympatię, która zaczynała przekształcać się w subtelną bliskość. W tej chwili nie musiała wypowiadać słów, bo wszystko, co czuła, było wyraźnie obecne w jej spojrzeniu, w delikatnym uśmiechu, w sposobie, w jaki delikatnie trzymała jego rękę.

      Noel spojrzał na nią i odnalazł w jej oczach bezpieczeństwo, zrozumienie i ciepło, którego brakowało mu przez całe życie. I choć dopiero odkrywał własne emocje, to Abi poczuła, że ta chwila – ich wspólna, cicha bliskość – staje się początkiem czegoś niezwykłego.

      – Wszystko dobrze? – zapytała łagodnie, a w jej głosie pobrzmiewała troska i subtelna nuta ciepła.

      – Tak… – odpowiedział, ocierając łzy. – Nawet nie wiesz, jak bardzo dobrze… – Zawahał się, a potem spojrzał na nią z delikatnym uśmiechem. – Przeczytaj to, proszę.

      Kochany Syneczku.

      Bardzo długo zbierałam się na odwagę, żeby napisać ten list. 

      Nawet nie wiem, czy będziesz w ogóle chciał go przeczytać. Masz pełne prawo podrzeć go i wyrzucić już teraz. Żywię jednak cichą nadzieję, że zrobisz to dopiero po doczytaniu do końca. 

      Tak trudno mi ubrać w słowa to, co czuję. Pragnę tylko, żebyś wiedział, jak bardzo mi przykro. Nawet nie mogę sobie wyobrazić jak mocno zraniłam Cię swoim nagłym odejściem. Wtedy postrzegałam tę kwestię zupełnie inaczej i najważniejsze było dla mnie moje szczęście. 

      Dzisiaj już wiem, jak bardzo byłam samolubna i obojętna na uczucia innych. Odchodząc od Was popełniłam największy błąd mojego życia, ale czasu już nie cofnę i muszę żyć z tą świadomością do końca moich dni. 

      Nie proszę o przebaczenie, bo na nie nie zasługuję. Chcę tylko, żebyś wiedział, że cały ten czas byłeś zawsze w moim sercu, jako jedyna i prawdziwa miłość mojego życia. Brak kontaktu z mojej strony podyktowany był olbrzymim wstydem za czyn, którego się dopuściłam. Przez te wszystkie lata czułam się niegodna Twojej miłości, ale nosząc Cię w sercu żywiłam nadzieję, że wiedzie Ci się dobrze i że jesteś zdrowy. 

      Już od dawna zbierałam się na odwagę, by nawiązać z Tobą kontakt i pomógł mi w tym sen, który bardzo mnie zaniepokoił. Nie mogłam już dłużej zwlekać. 

      Nie wiem nawet, czy jeszcze mieszkasz z tatą, czy się przeprowadziłeś... 

      Ja nie jestem już z tym mężczyzną. Wynajmuję teraz mieszkanie w kamienicy mojej przyjaciółki Mai, zapewne ją pamiętasz. 

      Jest jeszcze coś bardzo ważnego, co powinnam powiedzieć Ci już dawno temu. Masz przyrodnią siostrę Karin, ona wie o Twoim istnieniu i często pyta o Ciebie. Moim jedynym marzeniem jest, żebyście mogli się kiedyś spotkać, poznać i porozmawiać. Odebrałam Wam tyle pięknych i szczęśliwych lat razem, ale może nie wszystko jeszcze stracone…

      Kocham Cię bardzo

      Mama

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...