Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Jan stoi na skwerku pomiędzy Alejami, a ulicą Smolną. Czeka. Mają się spotkać niedaleko stąd, w kawiarni. On wie, że ona właśnie tu wysiądzie z autobusu. Jest przejęty, nie ma pewności, czy ją pozna. A jeśli to starucha, rozlazła, brzydka, nieporadna? Nie widział jej od tylu lat, pamięta aż za dobrze, ale inną, młodą. Może i stara, może brzydka, ale na pewno nie jest głupia. Już samo to, że kiedy usłyszała w radio, że jest, przyjechał, książkę wydał, od razu zadzwoniła. Nie do niego. Do wydawnictwa. I poprosiła, żeby przekazać mu wiadomość. Że jeśli zechce, niech się skontaktuje. Podała numer telefonu. Kiedy mu o tym powiedzieli zrobiło mu się słabo. Tak. Zasłabł. Pewno zbladł. Dobrze, że nikt nie zauważył.
Wyszedł wciąż trochę roztrzęsiony i zadzwonił. Nie była tym zdziwiona. Nie poznał jej po głosie, chociaż to nie był starczy głos. Onieśmielona, powiedziała, że chciała mu pogratulować. Ach tak, dziękuję. I wtedy przyszło mu do głowy, że musi się z nią spotkać. Powiedział, że nie mieszka w Polsce. Była ciekawa gdzie. W Australii. Udała zaskoczoną, chociaż musiała słyszeć o tym w radio.

Nie wiedział jak jej to zaproponować, w końcu zapytał wprost, czy chciałaby się z nim zobaczyć, a ona, jak gdyby od niechcenia powiedziała, że nie widzieli się od lat czterdziestu. No proszę. Pamiętała. Czy pamiętała też jak się rozstali? Nie, tego nie powiedział. Nie chce wiedzieć. On o tym wciąż pamiętał. Tak się złożyło, że jego żona ma takie samo imię – Zofia. Może przypadek, może nie.

Wciąż nie rozumiał dlaczego się rozstali, o co jej chodziło. Zaproponował jej małżeństwo, chociaż nie chciał się żenić z nią, czy z inną, miał dziewiętnaście lat, a ona była o rok młodsza. Uznał że to jedyny sposób, żeby ją zabrać na wycieczkę rowerową, potem zaciągnąć gdzieś w zarośla na trasie z Mokotowa do Piaseczna i wreszcie zrobić to, na czym tak zależało mu od dawna.. Może zboczyliby do Ursynowa. Wtedy tam jeszcze była wieś. Nie chciała. Do tej pory, kiedy ją odprowadzał i przysiadali gdzieś na ławce, mógł wsadzić rękę pod jej bluzkę, dotykać piersi i nic więcej. Przyszedł więc do niej kiedy była sama, żeby postawić sprawę jasno. Mógłby się z nią ożenić. Mógłby .. tak się wyraził, a w nią w tej chwili jakby diabeł wstąpił, kazała się wynosić, pokazała drzwi. Wyszedł. Nie bardzo wiedział co się dzieje, skąd ten ból. Wkrótce zrozumiał, że to miłość.

Więcej się nie widzieli tego lata. Potem czatował na nią przed uczelnią. Starała się jak gdyby go unikać, ale któregoś dnia, to był już koniec października, zgodziła się pogadać. Poszli na piwo. Niedaleko. W pobliżu jej uczelni był taki mały ni to barek ni to sklep na rogu przed Teatrem Polskim. Pili z butelek na stojąco. Była poważna, obojętna. Pytał ją .. Czemu? Czemu nie chce? .. wzruszyła ramionami. Tak, to prawda. Nie chce się z nim spotykać, czemu? Nie wie. Właściwie wie. Jest kłamcą. Nigdy nie był szczery.. A więc to jego wina. Poczuł ulgę. Może nic straconego? Ale nie: była zbyt chłodna, obojętna.

Któregoś dnia zobaczył ją z kimś innym w dość niedwuznacznej sytuacji i teraz już jej nie chciał. Był tego prawie pewien. Prawie. Bronił się w różny sposób. Zabawa, podryw, nauka. A potem skończył studia, ożenił się i razem z żoną wyjechał do Paryża. Czasami to się komuś udawało nawet w głębokim Peerelu. Wiedział, że już nie wróci. Lecz ona była wciąż obecna, jak zadra, jak upokorzenie. Gdzieś tam, w podświadomości tkwiło przeświadczenie, że nie podobał się. Po prostu. On, mężczyzna. Nie był w jej typie i ta myśl zjawiała się ot tak, z różnych powodów, zawsze wtedy, kiedy mu w życiu coś nie wyszło.

A jednak poznał ją od razu, kiedy wysiadła z autobusu, nie miał najmniejszej wątpliwości. Siwa, nie gruba, sprawna, nie kaleka, ubrana w spodnie w kwiatki, czarną kurtkę. Udała, że go nie poznaje. Ale poznała, wie, choć stał na skwerku dość daleko. Mieli się spotkać na ulicy Foksal, a ona weszła do Empiku, więc poszedł z wolna Nowym Światem i czekał na nią na ulicy.

Szła w jego stronę uśmiechnięta jakby na widok kogoś znajomego.
.. No jestem .. powiedziała patrząc na jego krawat, nie na twarz. I wyciągnęła obie ręce. Nie tego się spodziewał. Czego? Sam nie wiedział, jeszcze był bardzo skrępowany. A ona, chyba nie, chociaż, być może udawała kogoś, kto jest swobodny, przyjacielski. Idąc w stronę kawiarni, coś mówili, ale to było bez znaczenia. Zauważył, że jakby boi się na niego spojrzeć wprost. Nic sobie nie zarzucał, bo wiedział jak wygląda. Wiedział, że dobrze. Jest zamożny, dobrze ubrany, elegancki. Trzyma się prosto, pomimo bólu kręgosłupa. Twarz? O własnej twarzy nikt nic nie wie, zanim nie natknie się na lustro.

Usiedli naprzeciwko siebie, co było dość niezręczne. Na szczęście miał tę książkę z sobą. Położył na stoliku. To ją zainteresowało. Powiedział, że to dla niej, jeśli zechce. Chciała. Kiedy się znali pisał wiersze, ale wiedziała że to powieść, mówili o tym przecież w radio. Kartkuje, czyta tu i tam, a on przygląda jej się bez przykrości. Wciąż jest spotkaniem mile podniecony. Byliby doskonałą parą.. Ona go prosi o autograf. Oczywiście. Pisze na pierwszej stronie jedno słowo; Niezapomnianej. Są wzruszeni. Mimo to, nie ma ochoty na zwierzenia. (Kiedyś, kiedy spotkają się ponownie powie, że nienawidzi żony, jednak nie powie jej, dlaczego). Wie, że jest skryty. Taki jest... Po tylu latach emigracji przyjechał tu dopiero po raz drugi. Ten kraj jest niby wolny od dwudziestu lat, ale on jeszcze w to nie wierzy. Ktoś może mieć na niego oko. Jest dyskretny. To prawda, na emeryturze, ale wciąż robi interesy.


II

Zofia, kiedy nie czyta, słucha radia. Lubi wywiady i rozmowy. A tej soboty usłyszała imię, nazwisko i człowiek ten jak żywy stanął przed oczami. Pisarz? Ach prawda, pisał wiersze. Słucha wywiadu i już wie; to debiut prozatorski. Powieść. Tak późno? Jest już stary. Od lat nic o nim nie słyszała, lecz sprawa szybko się wyjaśnia. Nie musi mówić skąd przyjechał, wszyscy już wiedzą; z Australii. Potem, że publikował u Giedrojcia. Rozmówcy pełni aprobaty, chwalą powieść. O sobie autor mówi mało, trudno się zorientować co tam robi, a raczej robił. Kierował swoją firmą? Pływał? Bo teraz na emeryturze. Były marynarz? Z konieczności. Pisze po polsku i publikować będzie w kraju.

Przez chwile się zastanawia. Trzeba coś zrobić, ale co? Sprawa wydaje się dość prosta, zna nazwę wydawnictwa, więc zadzwoni, poprosi o przekazanie wiadomości, poda im numer telefonu. Jeśli oddzwoni, złoży gratulacje. Jeśli się nie odezwie, trudno. Mógł zapomnieć. Był czas, że go nie chciała znać. Potem to się zmieniło. Spotkali się po kilku latach od rozstania (a nie był to przypadek, wie). Oboje byli już po studiach. Odnalazł ją, bo chciał się z nią pożegnać. Wyjeżdża. Do Paryża. O tym, że z żoną nie powiedział. Powiedział za to co innego; że jest kobietą jego życia. Lecz nie ponowił propozycji. Gdy się rozstali już na zawsze, była rozczarowana, nieszczęśliwa. Nawet płakała trochę. Trudno.

To przeszłość. Jednak pojawił się cień żalu, kiedy się dowiedziała co porabia, co mogło być, co się nie stało. A diabła tam! Dawno by było po rozwodzie. Pamięta jak ją oszukiwał. Mówił , że idzie tam, a szedł gdzie indziej. I jeszcze coś. Po prostu jej się nie podobał. Niezbyt wysoki, chudy, twarz pociągła. Nie był sexy. Teraz tak sobie pomyślała, wtedy nie znała jeszcze tego słowa.

Zadzwonił tego dnia wieczorem. Głos miał głęboki, męski, ciepły i wyczuwało się wzruszenie. Chciał się z nią spotkać. Gdzieś na mieście. Ona zgodziła się od razu.

I siedzą teraz przy stoliku. Spięci, przejęci i wzruszeni. On o niej wie już prawie wszystko, a ona o nim bardzo mało. Ostrożny? Skryty? Ma nadzieję, że więcej o nim dowie się z powieści. Później odkryje jednak, że i tam go nie ma. Jest pejzaż, wydarzenia, narrator, ale to nie on. Czasami tylko jakiś drobny szczegół tu i tam, którego nie mógł by wymyślić – musiał to widzieć, zapamiętać.

Nie może przyzwyczaić się do jego twarzy. Obwisłej skóry nad oczami opadającej na powieki. Nos jakby jeszcze bardziej się wydłużył. Ale na pewno nie jest starcem. Mężczyzna w sile wieku, dlatego ich rozmowa przypomina flirt, szczególnie kiedy mówią o przeszłości. Bez żalu, bez pretensji. Nie ma pytań, więc nie potrzeba nic wyjaśniać, chociaż z tego co mówią można sądzić, że każde widzi to inaczej. Lecz po godzinie, może dwóch takiej rozmowy czują bliskość. Jej się zdaje, choć tego mu nie mówi, że to przyjaźń. On wie, że już się nie zobaczą. Będzie tu jeszcze parę dni, ale jej powie, że wyjeżdża jutro. Nie mówi, że ma w planie jeszcze parę spotkań, parę spraw.

Stoją na rogu Foksal i Nowego Światu, tu muszą się pożegnać. Trochę szkoda. Żegnają się ściskając sobie ręce. Mają już telefony i adresy. Może mail? Sprzeciw; nie, maila nie. Dziwne. Światowiec i podróżnik, a nie używa internetu. Nie powie jej dlaczego. Przez ostrożność. W listach też będzie tylko parę słów. Woli rozmowy przez telefon, bo nie zostaje po tym żaden ślad. Nie było jeszcze mowy o podsłuchu.

Co ona czuje? Trochę żal, a trochę zawód, chociaż rozmowa w tej kawiarni jakby przerosła jej oczekiwanie, ten błysk w oczach, serdeczność i autograf sprawił, że gdzieś tam, w głębi duszy pojawia się to słowo, rozwód i zaraz znika. Niedorzeczność. Z mężem niewiele ją już łączy, ale przecież mieszkają razem, mają dzieci, wnuki.

III

Na Boże Narodzenie przysłał jej kartkę z życzeniami, a ona napisała długi list i nie dostała odpowiedzi. Dopiero w marcu, albo w lutym przysłał wiadomość, że przyjeżdża.

Spotkali się w kawiarni Nowy Świat. Usiedli obok siebie na kanapie. Panował jakiś dziwny nastrój, jakby coś miało się wydarzyć. Musiał na chwilę wyjść do szatni. To co przyniósł, to było małe, czarne pudełeczko firmy Kruk i podał jej bez słowa. W środku był pierścionek. Kamyk lśnił. O kurcze, brylant - pomyślała. Musiała to obrócić w żart.
Och! Zaręczyny .. powiedziała .. co na to twoja żona?
Wiedziała już o żonie.
Spóźnione zażartował Włóż.
Pierścionek był za mały. Głupia sprawa.

Podczas jego pobytu poszli na spacer raz, czy dwa. To wszystko; był zajęty. Dużo znajomych, dużo spotkań, wieczory w Czytelniku. Raz jeszcze byli umówieni, lecz musiał to odwołać. Dzwonił z kawiarni że jest chory, leży, niestety dzwonił siedząc przy stoliku i nie przewidział, że jest gwar.

Kiedy to usłyszała, postanowiła oddać mu pierścionek. Diabli z nim, lecz trochę było szkoda. To cenna rzecz, może się przydać w złej godzinie. Postanowiła zanieść do wyceny. Niby żeby powiększyć, dopasować. U jubilera wzięli miarę, miała się zgłosić następnego dnia.
... Ile jest wart? .. spytała jubilera.
... Niewiele proszę pani... i wymienił sumę. Powiedział, że kamyczek prawie bez wartości, a samo złoto dosyć niskiej próby.








.

Opublikowano

@Wanda_Zofia_Szczypiorska
Płynnie się czyta i... ciekawie.

Taki los to bywa niewiast wielu
i mężczyzn przecież - vive versa
- niejedna kona przy Arielu
- niejeden zna miłości erzac.

W dniu 07.12.2014 r. o 14:50 po raz pierwszy zauważyłem, że administrator (lub jego moderatorzy) po raz kolejny bezpodstawnie ograniczyli moją wolność słowa, wyrażanego również w tym serwisie. Oto komunikat, który ukazuje się ilekroć usiłuję zamieścić w serwisie www.poezja.org mniej czy bardziej artystyczną wypowiedź:

[color=red]Zostal nalozony ban na to konto.

Ban wygasa za 36693 sekund.

Wiadomosc od moderatora: to portal poetycki, a nie teologiczny

  • 2 tygodnie później...
Opublikowano
kamyczek prawie bez wartości, a samo złoto dosyć niskiej próby.
ot, pisarz

Po każdym czytaniu Twoich opowiadań zamyślam się, tak są wciągające, i panuje w nich wyjątkowy klimat, retrospekcja i teraźniejszość, a w międzyczasie, no właśnie - w międzyczasie to, o czym nie piszesz, ale tak wodzisz czytelnikiem, że myśli o tym międzyczasie również...

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @Lenore Grey Zachwycasz, inspirujesz i przenosisz w świat snów. Czyste piękno.
    • Podaję mu dłoń ponad stołem. "Gdzie umierają ptaki                         przybyłe tu przed wieczorem? On ściąga rękawiczki —  białe na srebrnym tle laku. "Tam żonkile pną się pod niebo                                                 z mozołem..."         Parasole podwodne — jaskry z bibułki meduz — dymią w nocne niebo, by osiąść pyłem na śniegu.   A tam, na drugim brzegu — jeleń — pochylony nad zielem.  
    • Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

        Obiecała im dwugodzinny czas wolny  za dobre zachowanie. I dotrzymali słowa. Oczywiście na tyle, na ile można  utrzymać w ryzach temperament  i burzę hormonów licealnej wycieczki szkolnej. Muzeum, zamek i basztę  mieli już odhaczone. Teraz pozostał jedynie kościół i bazylika, potem rynek starego miasta  i powrót do rodzinnego miasta.     Przeszli w cień pobliskiego, wysokiego i nad wyraz starego, zrujnowanego budynku. Poprosiła o spokój, ciszę  i ustawienie się w pary. Dął zimny północny wiatr. Przespacerowali około kilometra, klucząc między nieznajomymi  i tajemniczo wąskimi uliczkami centrum. Byli już naprawdę zmęczeni. Głównie tym, że spali bardzo niewiele bo wyjazd zaplanowano skoro świt a jak wiadomo noc jest areną  młodzieńczego życia towarzyskiego  a nie czasem snu.     Po prawdzie ukradkiem i w tajemnicy  przed nauczycielami i opiekunami, ale wlali w swe organizmy, dość znaczne dawki alkoholu, co z początku  podniosło im poziom zadowolenia, lecz teraz upojenie, potęgowało senność i otępienie. Chcieli już tylko coś zjeść, wypalić resztę papierosów i skrętów  jaka im została, wypić jeszcze trochę  a potem paść  na zbyt miękkie fotele w autokarze i oddać się w ramiona zbawczego snu.     Gdy już ustawili się w pary, co wcale nie było zbyt prostym zadaniem, bo chodnik w tym miejscu był wąski, wciśnięty między  obitą i zamalowaną wulgarnymi graffiti  ścianę budynku, pas zadeptanej  i powyrywanej miejscami trawy i ulicę przez którą pojazdy pędziły, nie bacząc na jej fatalny, podziurawiony stan. Ludzie szturchali ich próbując przejść  przez ich zbity w grupę szpaler. Jedni grzecznie przepraszali inni pomstowali pod nosem  na stan ich wychowania.     Nauczycielka policzyła ich szybko. Wszyscy byli na miejscu i czekali tylko na zgodę rozejścia się  na obiecane dwie godziny. Zgodnie z umową macie teraz czas wolny. Za dwie godziny  spotykamy się przy wejściu do bazyliki. Nie zgubcie się, nie róbcie niczego głupiego no i uważajcie na siebie. Zjedzcie i wypijcie coś ciepłego. Odpocznijcie. Widzimy się za dwie godziny.     Zaczęli się rozchodzić  i łączyć w mniejsze grupki. Tym samym  odsłonili front budynku naprzeciw. Był w jeszcze gorszej kondycji  od tego przy którym się zebrali. W zasadzie był ruiną. Nadgryzioną od fundamentu po dach czasem. Nadpaloną ogniem dawnego pożaru. Dziurawą i wybrakowaną od burz i ulew. Zamalowaną i zaśmieconą przez młodzież i kloszardów. Lecz jakieś sto lat temu, ten budynek i cała okolica  musiały przeżywać czasy swej świetności. Kiedyś był dumną i bogatą rezydencją. Teraz stał się upiorem, straszącym wybitymi oczyma okien i bezzębną, czarną i cuchnącą gębą bramy, która prowadziła do  gardzieli zapuszczonego podwórka oraz pustych trzewi  mieszkań i klatki schodowej.     Obok wylotu bramy na wysokości oczu, przytwierdzono jakąś tabliczkę  z lichego, przeżartego rdzą metalu. Napisy po części były zatarte,  kilku z nich  nie można było odczytać  przez plamy i wlepki  miejscowego klubu piłkarskiego. Przeczytała jednak nagłówek  pierwszego zdania i natychmiast krzyknęła  za oddalającą się młodzieżą.     Kochani, zaczekajcie jeszcze chwilkę i skupcie wzrok na tym budynku naprzeciw. Całkowicie o tym zapomniałam, jadąc tutaj a to może być spora ciekawostka, szczególnie dla tych, którzy zamierzają zdawać  rozszerzony polski na egzaminie maturalnym.     To dawny dom rodzinny,  jednego z naszych  rodzimych poetów wyklętych, dekadenta, nihilisty  i gotyckiego prozaika, Simona Tracy. Klasa humanistyczna  przerabiała kilka jego utworów. Znacie na pewno “Kondukt”,  “Grobowiec Białej Róży”,  “Letnią spowiedź trupa”, czy piękny poemat miłosny “Do Snu”. Właśnie on i jeszcze jego  oniryczny poemat “Odbicie” mogą pojawić się na egzaminie w maju. Był wielkim poetą  ale niestety gorszym człowiekiem. Lecz trzeba mu oddać,  że wiernym członkiem bohemy  i mitu o wyklętych. Był…     Wybitnym szaleńcem,  schizofrenikiem i pijakiem… Kłamcą pierwszej wody  i oderwanym od rzeczywistości  cmentarnym narkomanem…     Głos dobiegł zza otwartego okna na parterze, zakrytego gęsto zdobioną firaną. Był bezsprzecznie kobiecy i młody o przyjemnie ciepłej nucie. Nauczycielka zamilkła  z rozdziawionymi ustami. Nie spodziewała się  takiej ostrej kontry zza pleców.     Firana odsunęła się  i w oknie oparła się młoda dziewczyna mogąca być  równolatką członków klasy. Wyglądała jak wcielenie bohemy  o której pisał Tracy w swych utworach. Czarne, gęste włosy, kolczyki w brwiach, języku, ustach i nosie. W uszach miała tunele, Całe jej ciało, łącznie z szyją, pokrywały wzory tatuaży. Ubiór jej także był anty. Społecznie akceptowalny, katolicki, moralny. Była upadła. Jak najlepsza sztuka. I co najważniejsze. Była tego świadoma, dumna  i bezczelnie afiszująca się swą innością. Alienacją zupełną. Tracy nazwał by ją piękną. Prawdziwą. I cudownie, lubieżnie zepsutą.     Nauczycielka odwróciła się przez lewy bok i obrzuciła dziewczynę najbardziej pogardliwym wzrokiem na jaki było ją stać. A skąd panienka może znać historię  takiej osoby jak Tracy? Członka salonu i elit. Fakt zagubionego w życiu. Lecz jednak artysty. Nie wyglądasz mi na krytyka literatury?     Dziewczyna zaśmiała się bezwstydnie. Jak prawdziwa lolita. A ja myślę, że gdyby on żył, to byłabym jego muzą. Jestem muzą sztuki wyklętej. Jeśli chcecie  to udajcie się na miejski cmentarz, na którym spoczął jeszcze za swego życia. Kwatera trzynasta, rząd dziewiąty,  miejsce dwudzieste. Traficie bez problemu,  grobu strzegą białe, marmurowe anioły  z latarniami w dłoniach. Proszę połóżcie ją na grobie. Wręczyła nauczycielce jedną, białą różę. A ta o dziwo wzięła ją bez słowa.     Powiedzcie mu, że Absyntia go pozdrawia. Tak to moje imię. Imię jego muzy sztuki upadłej. Szaleńczej miłości do śmierci. Kochał mnie nad życie, którym gardził. A ja kochać go będę zawsze. I pamiętać jego upadek na zawsze. Zaśmiała się niczym wiedźma  a jej postać rozpłynęła się nagle  niczym pijacki zwid, narkotyczny majak.              
    • @Nata_Kruk dziękuję:)
    • @Wiechu J. K. dziękuję...
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...