Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Rok 2040- teraz
Alexia spojrzała na czerwone cyferki budzika, było po północy. Była głodna, lecz miała skrupuły by się posilić. Alex jest wampirem, i będzie do końca, choć kiedyś była człowiekiem. Po przemianie jadła już, i nie wiedziała dlaczego akurat teraz odezwało się jej sumienie, choć podobno wampiry nie mają sumienia.
-I tak już jestem potępiona- pomyślała i poszła coś zjeść. Ostatnio często miała napady czarnego humoru.
Po drodze rozglądała się dookoła, zastanawiając się nad całym swoim życiem tym nieśmiertelnym jak i tym śmiertelnym. Kiedyś była tylko człowiekiem, śmiertelną, słabą istotą- praktycznie bezbronną, i lubiła to życie, chciała zostać na zawsze, aż do śmierci słabą, bezbronną istotą, nie przeszkadzała jej śmiertelność. Choć może lepiej byłoby zacząć od początku.........
1997- śmiertelnik
Dobrze tato- krzyknęła Mila. I zgodnie z prośbą taty pobiegła do sklepu po mleko, zastanawiając się po drodze czy może lepiej było umówić się do kina z Michaelem, zamiast do parku z Thomasem? Wchodząc do sklepu w jej rodzinnym mieście Chicago w jednej z mniejszych dzielnic, wpadła na dziwnego faceta
-Pewnie złodziej, morderca lub po prostu miłośnik wampirów- pomyślała, wtedy nie wiedziała jak blisko była prawdy. Facet wyglądał na coś około 30 lat, był ubrany na czarno, czarne włosy opadały mu w strąkach na ramiona, czarne oczy i ten wzrok przeszywający nawet najmniejszą część jej ciała, oddaliła się wtedy jak najszybciej, prawie uciekła, dotarła do sklepu i kupiła mleko, wracając zastanawiała się kim może być ten facet, na pewno nowy na osiedlu, no ale w końcu przestała o tym myśleć, i wróciła do pierwotnego tematu Michael czy Thomas.........?
2040-wampir
Mila- tak wtedy miała na imię, teraz nazywa się Alexia, i tak już zostanie, wtedy jedynym jej problemem, był wybór Michael czy Thomas? Jak bardzo chciała teraz mieć tylko takie problemy...

1997-śmiertelnik
Zdecydowała się na kino z Michaelem, nie miała skrupułów przed spławieniem Thomasa, koniec końców należała do najładniejszych dziewczyn w szkole, była wysoka, szczupła i po prostu ładna. Szła przed siebie, z Thomasem umówili się pod kinem, postanowili iść do kina na jakiś horror które Mila uwielbiała, Thomasowi pozostawiła wybór, w końcu to on stawia. Szła właśnie przez najgorszy z momentów trasy, ciemny las, pocieszała się właśnie myślą że ten element trasy jest krótki gdy usłyszała przeraźliwy krzyk, mimo że lubiła oglądać horrory do tych najodważniejszych nie należała, chciała uciekać, lecz coś skłoniło ją do pójścia na miejsce z którego słychać było krzyk, osłaniała ją noc, była pewna że to niegroźny krzyk pewnie ktoś się bawi, i krzyczy dla jaj, lecz na wszelki wypadek postanowiła to sprawdzić, podeszła powoli chowając się za drzewami, i wtedy zobaczyła to: młoda dziewczyna mniej więcej w jej wieku upadającą bezwładnie na ziemie, nad nią stał ten sam facet na którego wpadła po drodze do sklepu. Zauważył ją, chciała już uciekać gdy to on skoczył i... zniknął. Mila zdumiona i zaskoczona zaczęła biec, bała się...
2040-wampir
Bała się, naprawdę bardzo się bała...Alex na chwilę przerwała rozmyślania, zobaczyła swego największego wroga Ann Coral polującą na jej terytorium! Podbiegła z prędkością wiatru do Ann i odrzuciła ją od ofiary z siłą buldożera, zaskoczony chłopak będący ofiarą Ann zbierał się do ucieczki lecz Alex chwyciła go za nadgarstek i przyciągnęła jego szyję do swoich ust, była głodna, a chłopak był ofiarą Ann, alexia musiała naznaczyć chłopaka, dla wampira jednym z najlepszych sposobów by obrazić wroga było odrzucenie go od ofiary, i upicie jej krwi. A Alex była wyjątkowo wściekła: To był jej teren! Wszyscy o tym wiedzieli, może i była młoda ale należała do najsilniejszych wampirów, Ann jest od niej słabsza a mimo to się stawia, głupia dziwka. Alex postanowiła się z nią rozprawić. Ann jest słabsza, niewiele ale zawsze, Alexia podeszła do niej
- Głupia dziwko co ty robisz na moim terenie!?- zapytała swoją rywalkę gniewnie
- Poluję, nie widać?- padła sarkastyczna odpowiedź intruzki
- No ostro pogrywasz, wiesz że to mój teren, nieprawdaż?- po tych słowach obie wampirzyce zaczęły krążyć wokół siebie niczym na bokserskim ringu.
- Wiem, ale byłam głodna a na moim brak zwierzyny.- Co za kłamliwa suka! Ma teren w najruchliwszym miejscu Nowego Jorku, tam nigdy nie brak zwierzyny- pomyślała Alex
- Kłamiesz! U ciebie na terenie zawsze pełno zwierzyny!!
- Skąd ty niby to wiesz?
- Bo już tam polowałam, zgodnie z prawem silniejszego- Alex zaczynała powoli nudzić się tą rozmową więc powiedziała Ann o tym co kiedyś zrobiła.
Na te słowa oczy Ann ściemniały z wściekłości, nie cierpiała gdy ktoś polował na jej terenie, nawet w zgodzie z prawem silniejszego. Wśród wampirów istnieje tzw. Prawo silniejszego. Silniejszy wampir ma prawo polować na terenie słabszego. Ale Ann nie miała zamiaru go stosować. Alex co prawda nie miała zamiaru wspominać o swoim małym polowanku, ale była w wojowniczym nastroju, miała ochotę na walkę, chciała zniszczyć Ann, więc dodała jeszcze
- A ty jesteś nikim, nie powinnam w ogóle zwracać uwagi na takiego robaka jak ty...
Po tych słowach Ann rzuciła się na Alex, walka rozgorzała.
2040-teraz
Alexia nie zastanawiała się długo co zrobić, uderzyła w rywalkę całą mocą tą fizyczną jak i tą psychiczną. Wampiry posiadają olbrzymią moc myśli, często za pomocą niej pokonują rywala, dzięki niej też przejmują kontrolę nad ludźmi. Ann ugięła się pod siła uderzenia, Alex nie dała jej szansy na odwet uderzyła jeszcze raz ale teraz tylko mocą myśli, rywalka uderzyła w ścianę jednego ze starych budynków wśród których toczyła się walka. Alex dała jej chwilę spokoju, coś zaszemrało z lewej strony odwróciła się by sprawdzić co to i zobaczyła mysz, zwróciła głowę z powrotem w stronę rywalki, lecz tej już nie było, Alex usłyszała cichy szept w swej głowie, „Wygrałaś zaledwie bitwę lecz jeszcze nie wojnę...”, Alex nie bardzo przejęła się słowami rywalki, zastanawiało ją jedno: w jaki sposób myśli Ann przeszły przez ogromną barierę otaczającą jej mózg?...

2040- wampir
Wracając do ciemnego domu Alex zastanawiała się nad tym problemem, czyżby Ann stała się silniejsza od niej? Przecież to nie możliwe, mogła stać się silniejsza tylko przez upicie jej krwi, a tego nigdy nie zrobiła. Alex skończyła rozmyślać nad tym tematem gdy zobaczyła przy drzwiach swojego domu mężczyznę.
-Pamiętasz mnie jeszcze?- zapytał intruz uśmiechając się ironicznie
„Oczywiście że pamiętam”- pomyślała- „Jak mogłabym zapomnieć?
1997- śmiertelniczka
Uciekała tak szybko jak tylko mogła, bolały ją nogi, i gardło od krzyku. Na początku krzyczała, potem zrozumiała że i tak nikt jej nie usłyszy, więc biegła w ciszy, ta cisza była chyba najgorsza....
W pewnym momencie zatrzymała się , nikogo nie było, nikt jej nie gonił, odetchnęła z ulgą, nie wiedziała że trochę za wcześnie, obróciła się, nikogo nie było, powoli ruszyła przed siebie i wtedy usłyszała to :cichy szept, tuż za sobą, odwróciła się szybko lecz tam nikogo nie było. Ruszyła przed siebie uszła kilka kroków, i znów to usłyszała, szept dochodzący gdzieś z prawej strony, obróciła się lecz znów nikogo nie ujrzała, obróciła głowę i ujrzała go przed sobą.
- Cześć, kotku
- Kim jesteś?- była przerażona, jak on się znalazł przede mną?
- Jestem wampirem, i wiesz co jestem bardzo głodny.....
Słyszała wcześniej o wampirach, ale zawsze uznawała to za głupie gadki zainteresowanych lub wręcz opętanych tematyką wampirów, teraz wiedziała, że nikt z nich nie kłamał mówiąc że wampiry istnieją. Próbowała grać na zwłokę
- Przepraszam nie rozumiem pana- z tymi słowami spróbowała go wyminąć.
- To zaraz zrozumiesz- uśmiechnął się ukazując dziwnie długie kły, odchylił jej głowę do tyłu obnażając szyję, i powoli zatapiając w niej swe nienaturalnej wielkości kły....
2040- wampir
I tak stała się wampirem, a teraz jej stwórca stoi sobie spokojnie na progu jej domu i czeka aż ona wróci, zabawne
-Czego chcesz?- warknęła spoglądając na niego wrogo. Nigdy go nie lubiła, bo nie prosiła się żeby zostać wampirem, po prostu tego nie chciała, zmienił ją bo chciał. Nie podobało jej się to, i od czasów jej przemiany, nienawidziła go.
- Jesteś mi potrzebna
- Do czego?
- Zbieram wszystkie moje dzieci, walka z wrogim klanem, wyjątkowo silnym. A ty z tego co wiem przerosłaś w siłę nawet mnie. Jesteś potrzebna....mi.
- Wiesz gdzie to mam? Jakoś przez 43 lata o mnie nie pamiętałeś i teraz tak nagle sobie przypomniałeś?
- Pamiętałem- zawsze. Jednak wcześniej nie byłaś mi potrzebna do pomocy, teraz jesteś
- Sam przed chwilą wspomniałeś że jestem od ciebie silniejsza, a więc wiesz co? Spływaj zanim cię skasuje, bo nie mam zamiaru ci pomagać, a cały nasz klan mam totalnie w dupie.
- Zobaczymy się jeszcze- z tymi słowami zniknął
Alexia spojrzała za siebie, wyjęła z kieszeni spodni klucze i weszła do domu. Normalnie nie bawiła by się z kluczami ale chciała udawać normalną przynajmniej dla sąsiadów, nie lubiła robić za pożywkę dla plotkar w całym mieście, to że nigdy nie wychodzi w dzień wytłumaczyła fotofobią i ma święty spokój. Przynajmniej na razie. Wchodząc do sypialni odruchowo spojrzała w lustro, jej odbicie powoli znikało, jeszcze było dość wyraźne aczkolwiek zamazane, przyjrzała się sobie, gdy była śmiertelniczką nie była tak ładna jak teraz. Wampiry mają to do siebie że pięknieją z czasem, jej zmienił się kolor oczu i włosów, z blond przeszły w głęboką czerń, a oczy z niebieskich stały się czarne jak noc, sylwetka jej wyszczuplała, ruchy stały się kocie. Podobała się sobie i nie tylko sobie. Wielu śmiertelników za nią szalało ale ona zwracała na nich uwagę tylko jako na zwierzynę, czasami uwodziła ich a potem zjadała. Wampiry nie mają duszy więc nie za bardzo się przejmowała tym że ich zabijała. Nie miała stałego chłopaka, wśród śmiertelników nie szukała, a w gronie wampirów nie spotkała jak dotąd nikogo interesującego. Jej rozmyślania przerwał dzwonek do drzwi.
-Kurwa mać ktokolwiek by to nie był zabije go!- pomyślała
Podeszła do drzwi i otworzyła. Na widok osoby która tam stała znieruchomiała. Jak bardzo się myliła myśląc że zabije tego kto się dobijał kimkolwiek by on nie był, tej osoby zabić nie mogła i tym bardziej nie chciała................

Opublikowano

Niestety negatywnie raczej... Nie wiem, nie chce ostro cie krytykowac, chyba niepotrzebnie sie odzywalam. Ale widzialam, ze nie masz zadnego komentarza z jakas porządną krytyka. I teraz już nie da rady, muszę być szczera: to jest strasznie powierzchowne i naiwne, poza tym strasznie powtarzasz wyrazy, nie mozna dwa razy pisac w tym samym zdaniu "ładna" itp itd. Całość sprawia wrażenie napisanego na kolanie. Nie rozumiem, jak to może byc poprawiona wersja czegoś, co już tu było. Ogólnie mam wrażenie, że piszesz jakby za szybko i za łatwo, a nad tekstem trzeba się przecież trochę pomęczyć, zastanowić się nad kazdym zdaniem, czy jest tam potrzebne czy nie.
Mam nadzieję, ze się nie obrazisz, chyba masz jakiś potencjał, ale długa droga przed tobą. Chyba jesteś jescze bardzo młoda (nie żebym ja była stara:))), a do pisania trzeba troche dojrzeć. Bo ten tekst nie ma w sobie żadnej głębi, nic, nad czym mozna by się zastanowić, a co gorsza, nie ma tu żadnej aury tajemniczości, na która wampiry moim zdaniem zasługują!!(Tym właśnie jestem zdruzgotana najbardziej...)
No, byłam szczera... Może ci to pomoże, może się tylko wkurzysz. Mam nadzieję, że to pierwsze. Trzymaj się, naprawde trzymam kciuki za lepsze teksty,

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Wędrował sobie pewnego razu po świecie pewien człowiek. Kim był? Nie wiadomo. Sam o sobie mówił, że jest po prostu włóczęgą, poszukującym nieodkrytej jeszcze przez nikogo ziemi. Ludzie, gdy to słyszeli, patrzyli na niego z politowaniem i pukali się palcami w głowę, no bo jakże to? Przecież każdy skrawek naszego globu został już dawno zbadany, opisany i umieszczony na tysiącu map oraz atlasów. Skąd więc pomysł, aby odnaleźć jakąś ziemię, nieznaną i niczyją? Ten człowiek był również poetą. Pisał wiersze i twierdził, że to właśnie za ich pomocą on tę ziemię w końcu odszuka, zobaczy i przemierzy. Któregoś dnia wędrowiec, zmęczony długą marszrutą, zatrzymał się w niewielkim miasteczku, na rynku. Rozmawiał tam z jego mieszkańcami o poezji, czytał im swoje wiersze i opowiadał, że gdzieś daleko, za ogromnym górskim masywem, za niezgłębionym oceanem, za tysiącem burz i za tysiącem wschodów słońca, istnieje ziemia, której piękno nie może się z niczym równać, ale nikt nie wie dokładnie, jak do niej trafić. Ludzie z miasteczka, jak zwykle, nie chcieli mu wierzyć. Nawet go nie słuchali, zajęci swoją codzienną krzątaniną. Przekupki zachwalały dorodne owoce i warzywa, kuglarze dawali pokazy żonglowania pochodniami, dzieci tłoczyły się wokół stoisk z cukrową watą i balonikami. Tylko jeden mały chłopiec podszedł do poety i zaczepił go: - Proszę pana... Proszę pana, czy może mi pan opowiedzieć coś o tej ziemi, której pan szuka? Jak tam jest? - Tam jest jak w raju - odparł człowiek, a w jego oczach rozbłysł skrywany głęboko zachwyt. - Drzewa nigdy nie są nagie. Ptaki wiecznie śpiewają o wiośnie i lecie. Wszędzie kwitną kwiaty w rozlicznych barwach, roztaczając zapachy, których nawet sobie nie potrafimy wyobrazić. Na niebie pojawiają się codziennie zorze i tęcze, a przez doliny, rozgrzane łagodnością słonecznego blasku, płyną niebieskie roziskrzone rzeki niby jedwabne wstążki. Zwierzęta nie polują na siebie, tylko pod koniec dnia spotykają się u wodopojów i rozmawiają ze sobą pogodnie w nieznanych, tajemnych językach. Żyją tam jedynie sami szczęśliwi ludzie, którzy się gorąco kochają... - Eeee... - stwierdził chłopiec, marszcząc czoło. - Nie ma takiego miejsca. Kłamiesz albo zmyślasz! - dorzucił i pobiegł ku zakurzonym miejskim uliczkom, pogrążonym w popołudniowej sjeście. Włóczęga postanowił również odpocząć przy niewielkim klombie, na gorącym od słońca skwerze. Żar lał się z nieba, mącił myśli, zasnuwał źrenice ciężką, kleistą powłoką. Człowiek pogrążył się w końcu w mętnym półśnie i nagle poczuł, że coś delikatnie trąciło jego dłoń. Uniósł powieki i zobaczył, jak na jego ręce usadowił się mały ptaszek. Był to rudzik, szary z pomarańczowym brzuszkiem, który przechylał łebek raz w lewą, raz w prawą stronę, i obserwował człowieka bystrymi, ciekawskimi koralikami oczu, Raz po raz podfruwał do góry, a potem znowu przysiadał na jego dłoni. - Co ty mi chcesz powiedzieć, ptaszku? - zagadał wędrowiec. Ostrożnym ruchem sięgnął do kieszeni, gdzie znalazł trochę okruchów bułki. Wysypał je na dłoń i poczekał, aż rudzik odważy się skorzystać z tego skromnego poczęstunku. Ptak skubnął kilka okruszków, a następnie znów zaczął na przemian wzbijać się w powietrze i powracać ku rękom człowieka, cały czas słodko poćwierkując. - Mam za tobą iść? - spytał wędrowny poeta. Rudzik oddalił się nieco, lecz przysiadł na gałęzi pobliskiego drzewka, jakby czekał na zaskoczonego tym zdarzeniem włóczęgę. Ów wreszcie wstał i ruszył za ptaszkiem. Opuścił senne miasteczko, po czym skręcił w polną drogę, która prowadziła na zachód. Minął parę opuszczonych domostw oraz wielką łąkę, hojnie usianą miriadami polnych kwiatów - rumianków w białych spódniczkach, wrotyczy jak błędne ogniki, dzikich ślazów zalotnie uśmiechniętych do przysiadających na ich płatkach modraszków. Wtem ptaszek zatrzymał się przy jednej z rozsypujących się ruder. Człowiek minął, zaciekawiony, drewnianą szopę, stare, skrzypiące pomieszczenia gospodarcze, aż dotarł do drewnianego płotu, pokrytego ciemnym, zielonym nalotem. W płocie znajdowała się furtka, zamknięta na haczyk. Rudzik usiadł nieopodal i radośnie zaświergotał. Wędrowiec otworzył furtkę i znalazł się, ku swemu zaskoczeniu, w starym ogrodzie. Był to bardzo dziwny ogród. Mogło się wydawać, że ktoś go opuścił w pośpiechu, nagle i bez jednego słowa pożegnania. Kiedyś ogrodowe alejki, kwietniki i krzewy musiały być pielęgnowane z zapałem i wielkim wyczuciem smaku. Gdzieniegdzie stały stylowe, ozdobne ławki, które czas obdarł nie wiadomo kiedy z eleganckiej bieli. Na środku ogrodu wznosiła się nieczynna fontanna, która zapewne niegdyś cieszyła oczy widokiem srebrzystych strug wody tańczących nad marmurowym basenikiem. Niedaleko fontanny znajdowała się huśtawka, przygnieciona i złamana przez gruby konar drzewa, na którym została zawieszona. W ogrodzie pełno było różanych krzewów. Poeta nigdy nie widział takiej obfitości i tylu odmian róż. Pnące, dzikie, miniaturki - wszystkie zdawały się pamiętać czas, gdy jakaś troskliwa ręka opiekowała się nimi dbając, aby rozwijały się, rozrastały i kwitły. Teraz jednak krzewy zdziczały, zmarniały, jakby zmęczone samotnością i ciszą. To właśnie ta cisza uderzyła najbardziej człowieka; w ogrodzie nie śpiewał ani jeden ptak, ani jeden liść nie szumiał pod muśnięciami wiatru. Obecna tu przyroda sprawiała wrażenie zastygłej w niewyobrażalnie bolesnym milczeniu. Nawet rudzik, który przycupnął lękliwie na chudziutkim, różanym pędzie, przestał ćwierkać, tylko wpatrywał się w człowieka uważnie i pytająco. - Co to za ogród...? I co ja mam z tym wspólnego? - pokiwał głową wędrowny poeta. - Tu nikogo nie było od lat, najwyżej duchy jakichś wspomnień zlatują się nocą do tej fontanny i do porozbijanych latarni, jak stare nietoperze. Te ścieżki dawniej żyły, z pewnością... Odpowiadały zapachem kwiatów niebu na jego zaczepki, tętniły beztroską młodością, a teraz...? Może kiedyś w owym miejscu ktoś kogoś kochał, ktoś się śmiał, ktoś tańczył wśród milionów róż, podczas gdy dziś jest tu tak cicho, że moje własne myśli lękają się głośniej odetchnąć... Zachodzące słońce zostawiało na zastygłych bez ani jednego drgnienia liściach czerwonawą poświatę. Znużony człowiek usiadł na jednej z niszczejących ławek i westchnął. - Żeby to wszystko przywrócić znów do życia, potrzeba wiele wysiłku. Ale może warto? Co, ptaszku? Czy o to ci właśnie chodziło?- zapytał, szukając wzrokiem swojego skrzydlatego towarzysza. Rudzik podfrunął do niego i poeta przysiągłby, że ptak skinął twierdząco swoją szarą główką.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następne dni i tygodnie upłynęły poecie na ciężkiej pracy. Od brzasku do późnej nocy sprzątał alejki, wyrywał chwasty, kosił trawniki, naprawiał połamane ławki, reperował latarnie. W starej szopie, która stała przy ogrodzie i w której teraz zamieszkał, znalazł wszystkie potrzebne narzędzia, zupełnie jakby ktoś je zostawił specjalnie dla niego. Ponieważ dotychczas tylko pisał wiersze, zupełnie nie znał się na ogrodnictwie, ale czuł, że intuicja podpowiada mu, co należy robić. Po prostu, gdy czegoś nie wiedział, siadał sobie przy fontannie, pogrążony w zadumie, aż wcześniej czy później znajdował odpowiedź na swoje pytanie. A może ktoś mu coś szeptał do ucha? Ogród z wolna otrząsał się z przygnębiającego nastroju i prezentował się całkiem przyjemnie. Zaczęły do niego przylatywać ptaki, z początku nieśmiało, lecz później zadomowiły się na dobre. Nocami słowiki uwijały się wśród gęstych krzewów róż, a z rana nowy dzień witały zięby swoimi przeciągłymi, melodyjnymi trelami. Latarnie oświetlały zadbane trawniki i oplatały ławki miękkimi cieniami. Zieleń rozrosła się bujna, soczysta, już nie dzika i trwożliwa. Człowiek cieszył się, widząc, jak jego starania przynosiły owoce, lecz martwiło go, że choć zdecydowanie ogród powracał do życia, nie zrodził się w nim dotychczas ani jeden kwiat. - No przecież po to jest ogród,żeby w nim coś kwitło! - martwił się wędrowiec. Podlewał troskliwie różane krzaczki, przycinał martwe pędy, raniąc sobie palce cierniami, pojechał też do miasteczka po specjalny nawóz - i nic! Ani jeden pąk nie chciał pojawić się wśród błyszczących liści. - A jednak te róże kogoś cieszyły kolorami i słodyczą - westchnął poeta. - Co ja mam teraz zrobić? Nic z tego nie rozumiem. Przecież już za parę dni zaczyna się lato... - Co ja mogę uczynić dla tego ogrodu, co więcej? Starał się jeszcze bardziej. Wstawał przed słońcem i pracował niemal do samej północy. Znał już w tym miejscu każdy zakątek i tak bardzo wyczekiwał chwili, w której choć jedna róża zaczerwieni się się w kolczastym gąszczu. Któregoś upalnego popołudnia, smutny i zmęczony, usiadł na jednej z ławeczek, wbiwszy zniechęcony wzrok w martwą fontannę. Chciało mu się płakać. Tyle wysiłku na nic! Bezradnie wyciągnął z jednej ze swoich kieszeni ołówek i nieduży, pognieciony zeszyt, w którym kiedyś zapisywał swoje wiersze. Od dawna niczego nie stworzy, zajęty nawożeniem, okopywaniem, pieleniem, koszeniem i podlewaniem. Teraz jednak poczuł, że musi ułożyć wiersz. Wiersz o tym, jak bardzo zależy mu na tym ogrodzie. Jak bardzo się spracował bez żadnego efektu. Jak bardzo boli go, że nie potrafi wypełnić tych ścieżek radością, którą ktoś musiał zabrać ze sobą na zawsze, bezlitośnie odchodząc. Pisał, że mimo wszystko przeszłość nie musi przecież ciążyć nad tym, co przecież żyje i pragnie życia. Że chociaż ktoś porzucił przed laty ten świat i zabrał ze sobą nadzieję oraz wolę kwitnienia - teraz przecież jest on, poeta, który uczy się dbać o dotkliwie niegdyś zranione rosarium. Dotkliwie - lecz przecież nie śmiertelnie. Na końcu chciał jeszcze napisać jeszcze jedno słowo, ale jego pióro zatrzymało się, jakby jeszcze nie ufało własnej śmiałości. A potem człowiek przeczytał swój wiersz na głos. Przeczytał go dla tego dziwnego ogrodu. I wtedy pierwszy raz poczuł, jak wszystkie gałązki różanych krzewów gną się od ciepłego podmuchu wiatru, który łagodnie nadszedł nie wiadomo skąd. Poeta wstał i postanowił przejść się po alejkach. Nie uszedł nawet kilkunastu kroków, gdy nieoczekiwanie u swoich stóp dostrzegł kilkanaście drobniutkich roślinek, wychylających się niepewnie z ziemi Nigdy wcześniej nie widział tutaj podobnego gatunku. Ukląkł przy nich i poczuł, jak fala wrzących łez zalewa mu policzki. Maleńkie wschodzące krzewinki pokryte były pąkami kwiatów. Tak, niewątpliwie za kilka dni te pąki rozwiną się, a delikatne łodyżki będą dźwigać najpiękniejszy ciężar na świecie - ciężar życia. Człowiek pragnął całować i pieścić skromne listki młodziutkich siewek, ale nie chciał ich uszkodzić przedwczesną radością i swoim niezręcznym dotykiem. Od tego momentu, przed udaniem się na spoczynek, gdy już uporał się ze swoimi zwykłymi obowiązkami, siadał przy malutkich, rodzących się kwiatkach i czytał im swoje kolejne wiersze, pisane z czułością i pokorą. Pewnego wieczoru poeta dostrzegł, że od północy nadciągają nad ogród ciemne, burzowe chmury. "No tak, przecież to już lato...", westchnął. To miała być pierwsza burza w tym roku. "Trzeba koniecznie zadbać o moje kwiatki, ochronić je, przecież jeszcze nie zdążyły się rozwinąć, i teraz miałaby je zniszczyć ulewa albo wichura? Będę czuwał, nie pozwolę na to!" Nocą przez ogród przetoczyła się istotnie wściekła nawałnica. Strugi ulewnego deszczu gięły do ziemi gałęzie różanych krzaków, a wichura chłostała alejki, trawniki, ławki i latarnie niewidzialnymi kańczugami. Człowiek pozostał w bezruchu przy swojej gromadce kwiatków, którą osłaniał własnym ciałem, mówiąc do nich niemal jak do dzieci: - To tylko burza. Ja też się boję, ale przecież jesteśmy razem. Obolały i przemoknięty pilnował, aby huragan nie uszkodził żadnego listka ani żadnej łodyżki. Nad ranem burzowe chmury ustąpiły na niebie miejsca drżącym promieniom świtu. I w tym złoto-różowym świetle, na jednej z pokrytych jeszcze kroplami wody kępek, pojawił się pierwszy kwiatek. Była to niezapominajka. Poeta oszalał wprost ze szczęścia, Zaczął biegać radośnie po ścieżkach w ogrodzie, tańczyć, śpiewać, krzyczeć, na zmianę płakać i śmiać się. Potem wrócił znów do swoich niezapominajek i z radosnym zdumieniem zobaczył kolejne błękitne kwiatki, pozdrawiające go zalotnymi mrugnięciami z objęć jasnej czystej zieleni. - Kocham was - napisał tego dnia poeta w swoim najnowszym wierszu, który przeczytał im na dobranoc. W myślach tulił je i pieścił. Kwiaty zdawały się wszystko rozumieć i jakby zalśniły w ciemności ukrytym, gorącym światłem.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następnego dnia człowiek stwierdził, że musi pójść do miasteczka, kupić nowy szpadel, bo stary już do niczego się nie nadawał. Ponieważ burza wyrządziła w ogrodzie wiele szkód, potrzebował również jeszcze paru innych rzeczy, aby wszystko ponaprawiać. Pogładził lekko dłonią krzewinki niezapominajek. - Niedługo wrócę - obiecał. Z głębi ogrodu przyleciał rudzik, i usiadł mu śmiało na ramieniu. Chwilę poćwierkał, a potem zniknął w kolczastej różanej gęstwinie. Na rynku jak zawsze było głośno i tłoczno. Straganiarze przekrzykiwali się nawzajem nad stertami towarów, w powietrzu pachniało grillowaną kiełbasą, gołębie tłoczyły się przy przepełnionych śmietnikach. Poeta, zaopatrzywszy się w niezbędne narzędzia, zatrzymał się jeszcze na chwilę przy stoisku z lemoniadą, gdyż zachciało mu się pić. - O, to pan?- usłyszał nagle chłopięcy głos, który skądś znał. - Tak - odparł. Przypomniał sobie swoją dawną rozmowę z owym dzieciakiem, który tamtego dnia nie uwierzył w jego najskrytsze marzenia. - I co, znalazł pan tę swoją wspaniałą krainę? - spytał chłopiec, obrzuciwszy go łobuzerskim spojrzeniem. - Tę, gdzie podobno wszystko jest takie cudowne i panuje wieczne szczęście? - Znalazłem - odpowiedział z uśmiechem poeta, myśląc o swoich niezapominajkach.  
    • spadł puch swym ramieniem przytulił rozżalonych rozjarzone brylanty na ziemi tliły się w oczach białe morze wzburzyło się po raz pierwszy od dawien dawna chcąc byśmy przypomnieli sobie, jak to jest płynąć po nim saniami   potajemnie zmówił się nieboskłon z chmurami urwiska stanął się przystankami drogi porwą pojazdy chwalić będziemy się i ogrzewać śmiejąc z gniewu, niekiedy i radości   przytulnie będzie aniołem zostać bo w końcu biel nas zewsząd otacza byle dłoni nie zajechać po całości, czymś musimy postawić posągi z węgli i marchewek   wieczór dziś jest specjalny inny niźli zawsze tańczymy nieświadomie pod jednym płaszczem bawimy się jak niegdyś i tylko to się liczy wszystko to, gdy palą się lampy pomimo tego, że marzniemy   uwieczniona kamera taśma przygotowana na niby nijak wszystko dlatego że dnia dzisiejszego, zwykłego jak inne, spadł puch    
    • @Radosław   a Ty jak Kogut…  

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @KOBIETA Bądź  jak Supernova. 
    • @Radosław   wiem Radosław …niestety to takie silne oddziaływanie jest …międzygalaktyczne ;)))) nie wiem jak mogę Tobie pomóc…? ;) 
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...