Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

W zakochaniu
naga jest dusza
jak niemowlę
co szuka pokarmu
spojrzeń dotyku słów w swoją stronę
bezbronne ciało ma woli mało prócz
chcę ciebie!
Potrzeba nabrzmiewa
jak pokarm matki
żeby wypłynąć wypełnić ukoić
w warg oczekiwaniu.

A potem się człowiek ubiera
łatka po łatce chwila po chwili
w zbroję pełną oczek.

Niektórzy to nazywają
nieudaną miłością
ale to zwykle
ssanie

oseska.

Opublikowano

@beta_bez_alfy

w zakochaniu
od wiosny do lata
moja droga wróżko
umysł nagi lata

w jesienną przeprawę
jak wspomniałaś sama
wstydem się okrywa
i w tym cały dramat

zima brzęczy groźnie
ciężką pracą płatnerza
to nagość zazbrojona
świat nieudanie przemierza

a dusza no cóż
być może jest
braterstwo dusz

jednak zakochanie
i dusza, nie sądzę
jej to nie rusza

Opublikowano

W zakochaniu
syci głód dusza
marzeniami
o sile, oddaniu czy trosce.
Przykryta kołderką tęsknoty
szlocha z nadziei
że w końcu, nareszcie, na zawsze.

Niektórzy to nazywają
kompensacją.
Ale czy brzmi to poetycko a przynajmmiej romantycznie?

Opublikowano

@beta_bez_alfy

pomyślmy...
duszy kompensacja
toż nie romantyczne
lecz pojęcie fizyczne

Ona w przykrótkawych
skarpetkach sumienia
wydaje się być jednak
ponad sercem zdumienia

stworzył ją ponoć Bóg młody
więc ludzkie serca drżenie
to miast herbaty
podanie samej wody

wyobrażasz Ty sobie
chusty zaszlochane
pomiętę i leżące
mokre z nadziei
by dusza na ramieniu drżała?
toż to wszystko wymysł

nie musi się więc sycić
gdyż nie bywa głodna
jej rola nadejdzie
kiedy zrobisz się chłodna
i miłość odejdzie

a siła, tęsknota i troska
toż to smakuje podniebnie
Twojemu sercu Bezalfo
gdyż jest pazerne haniebnie

Opublikowano

@Sabre_Wolfik
W zdumieniu serca...

tak nieoczekiwanie
w święto zakochanych
prezenty dostaję:
słowa co prowadzą.

Kłaniam się więc z dygiem
bo mi kłebek nici
jak klejnot na szyję
dziś podarowałeś.

Tę zamarzniętą duszę
najpierw ogrzać muszę
otulić ochronić
z pancerza wydobyć.

Co czynię.

Opublikowano

@beta_bez_alfy

nie podejrzewałem
iż uwaga moja sznurem korali
czy też srebra jakiego być może warta
u Ciebie w oddali

dzień dziś jak inny
lecz umownie przezwany
pewnie szydzi z ludzkości
czyniąc inne plany
czarodziej stary brodaty
co ochłonąć daje
czyniąc straty
gdy się przy nim staje

chmurę tocząc z ust oddechu
ukłon odwzajemniam nisko
miło czytać słowa takie
skoro zimno gdyś jest blisko

czy wrażliwie Cię powitać
skoro mrozy skute walą
i zachować siłę swoją
gdy policzki Twoje palą?

czy da się rozetlić serce
tak by odsłonić duszę
z pancerzy ją wydobyć?
bo z DUSZĄ rozmawiać muszę


Opublikowano

@Sabre_Wolfik
słonce wstaje i ogrzewa
i rozjaśnia mokre czoło
w mroku nocy lodowcowej
już rozglądam się wokoło

bo prócz zimy i rozkoszy
którą zorza mi daruje
nie znam innej letniej nocy
pod gwiazdami myśl buszuje

dmucham coraz do ogniska
iskrę chronię przed wichrami
i już budzi się me serce
porzucone za górami

gdzie ta podróż mnie prowadzi?
hen przed siebie choć w nieznane
przywitaj mnie delikatnie
i poprowadź dziś za ramię

bo jak znany tarzan z buszu
nie mam reguł i ogłady
różne rzeczy czasem plotę
łamiąc schemat bez zasady

nawet płeć mi się tarmosi
co kto kiedy czy wypada
męski umysł kule nosi
niezwyczajnie myśl upada

ale jak kobieta czuję
że najbliższa w kniei droga
moja dzika dusza woła:
na jej końcu jest nagroda.


------


czy da się rozetlić serce
tak by ci odsłonić duszę
czy z pancerzy ją wydobyć?
bo ja z DUSZĄ mówić muszę.

Opublikowano

@beta_bez_alfy

zastanawiam się
czy masz smutne oczy
czy słońce w nich ciemnieje
i wiatr się zrywa z gniewu

zastanawiam się
co widziały prócz śniegu
i zamieci jak wieje
ciemnego deszczu co moczy

nachodzą mnie myśli
jak dłonie Twe twarz myją
i woda co spływa palcami
po policzkach kapiących

nachodzą mnie myśli
o pocałunkach wątpiących
co daleko za nami
własne drogi wiją

wymyślam sobie
szczere dni jesienne
takież kolorowe
że oczy blaskują ze strachu

wymyślam sobie
jak czas spada z dachu
w krzaki cyprysowe
między twarze bezimienne

tak sobie myślę
aż po wiosny spacerze
rozdziczałą naturą
roztarmoszoną i za górami

tak sobie myślę
jakby to było już za nami
słowa architekturą
pałacu któremu zawierzę

podaję Ci dłoń
swoją możesz zbliżyć
przejdźmy się,
tak pięknie jest
w świecie Twojej duszy



Opublikowano

@Sabre_Wolfik
Cieszy mnie i blask księżyca
jeśli światła trochę da mi
może miewam smutne lico
lecz rozstaję się z obawą
że zachłnnie los garściami
trzeba wyrwać.
Gdy pragnienie ci doskwiera
to nie jęczysz o herbacie
bo i woda jest marzeniem
w swojej chacie.

Chętnie Panu rękę podam
niech nam ptaki ton nadadzą
i do tańca poprowadzą.

I już widzę jak na świecie
każdy pączek się uśmiecha
na przytupy w tym duecie.
Bo ja śmiać się, proszę Pana,
chcę od rana, bo gdy ktoś się
wyrwał z mroku to już nie chce
smutku wokół - chce radości.

:-D

Opublikowano

@beta_bez_alfy

w blasku księżyca
wiele się dziać może
światło odbite
bywa rozmyte

los jest jak jagody
i maliny przy ustach
krwawe ujęcie zmysłów
zalane atramentem słodyczy

oddech Twój Bezalfo przyspiesza
gna jak kare rumaki
chcesz tańców, chcesz draki

słońce się budzi w piasku
zgrzyta mu w zębach
sypiąc iskry
płomyki sercochłonne

i Twoje stopy na piasku
lekko je dech zabiera
w wydmy obraca
i strząsasz je, wodząc
TYM wzrokiem kuszącym

Opublikowano

@Sabre_Wolfik
Wiem,
bywa że z sił opadam
z nadziei na zmianę
do krwi paznokcie obdzieram
trzymając się studni
z modlitwą na ustach
daj mi jeszcze Panie
chwilę.

A czas płynie
nie nadrobię nie wymyślę nie złamię
tajemnic
drugiej strony tęczy.

Czy można się napić
na zapas?

I z zazdrości dla rozkoszy
bunt się rodzi
co jest złego w tym że
kochać chcę!

...choć nie umiem?

Opublikowano

@beta_bez_alfy

nie bój się czasu
że płynie, że pędzi,
że leci, nie bój

szepcząc słowa
do swego Boga
przez pryzmat tęczy

nie bój się
martwej tęsknoty
samotności ze złości

przez pryzmat tęczy
do swego Boga

podaj swe wargi na dłoni
podam Ci wodę
na zapas, zaświeci

szepcząc słowa
przez pryzmat tęczy

wargi się zetkną
z lustrem jeziora
zabijesz sercem
domykając oczy
galopem tęsknoty
za bliskością znaków
głębokiego zrozumienia
tęsknego zdziwienia
te same rzeczy
czynione inaczej
odwrócą uwagę
na wieczność wspomnień
i ten przepływ krwi
trzepot źrenic
popijanie
odbijanie

przez pryzmat tęczy
kochanie

Opublikowano

@Sabre_Wolfik
Dojrzeć
mi trzeba
tę drugą stronę.
Przełknąć tęsknotę jak dar od Boga
że jestem że czuję że to moja droga
że światło rozszczepia ułatwia nauka
że nie ja jedna wiedzy tej szukam
że są ludzie obok że łkają że płaczą
że nie samotni się w sile bogacą.
Ale że dusza gdy duszę spotyka
zamilka.
W zdziwieniu
oszołomieniu
nad cudem istnienia
tej duszy obok.

Czymże by była Ewa
bez Adama?

Opublikowano

@beta_bez_alfy

a gdy przekroczysz granicę
w oczach odbije się ten świat
druga strona
cielesna i wzniecona
gdzie rozkoszy koszy pełne wniosą
będziesz dreszczem szarpana
i krzykiem pieszczona

ale gdy dusza duszę spotyka
ciszę przerywa ryk grzmotu
podnosi się i opada
tarcza bez łoskotu
i miecz ostry na krew
wszystko co znane ucina

a Ewa
bez Adama była kuszona
i jej wina, że go uwiodła
podła...

Opublikowano

@Sabre Wolfik
Święcona ta woda. Błogosławiona słowem kochanie.
Ciepło wypełnia i z szeptu się rodzi. Amen.


------


Pryzmat tęczy dźwięk unosi
echo prosi podaj dalej.
...Podam
...Oddam
...Dam

naczynie pełne wilgoci.


choć tu nie wiem co czynię bo nie wiem a w mroźnej krainie oddechem grzaliśmy dłonie w blasku księżyca.


------


I tak Tarzan z buszu znalazł przedwodnika. ;-)

Podoba mi się ten świat
pełen ryku rozkoszy, dźwięków dzikich pełnych mocy. Aż nie wiem czy usnę bo świat mój nie sięga. Rządzi dziś we mnie słów Twoich potęga.
I znowu się plączę bo brzmi tak wspaniale
a życie, cóż życie, z hamulcem jest stale bo chcę a nie umiem bo gdzie ta granica co tory wytycza...

Dziękuję za podróż. Dziękuję za taniec.

Opublikowano

@beta_bez_alfy

życie tkwi w Twoich słowach
oddechem napędzane
źródło prawdziwości
czy wyszeptane
oczy wypisane
usta całe w szczęśliwości

a poetkę należy całować po dłoniach
ich wewnętrznej stronie
wargami przesuwać
kolejne zwroty
by się o nie potykała
jak długa

a tu...
jeden taniec i uciekła
do popielnika
czyżby nie wiedziała
że noc się właśnie rozpoczęła
i mknie jak szalona
bo to Nasz świat
a każda sekunda to
taka garść słów
rzucona przed wszystkich

Opublikowano

@Sabre Wolfik
Nie było
a jest
potęga wyobraźni
dłonie całowane
od wewnątrz.

To dlatego ludzie
tworzą rzeczy z niczego
I wiedzą jak mają wyglądać.

Konfrontacja przez integrację.

Opublikowano

@beta_bez_alfy

a po dłoniach, nadgarstki
płonąć powinny
one to zwinnie tańcują
wśród strof, metafor
alegorii i tych zapałów
ambicji deszczowych

liryczne zesłać ust płomyki
bez odwagi by iść dalej
jakaś bluza bowiem
kotara teatralna, sceniczna
a za nią już tylko dramat
i ten blask oczu
spijać z każdego westchnienia

Opublikowano

@Sabre_Wolfik
Zgarnął włosy
wiatr kochanek
i na szyi liczy dreszcze
Palcom znaki
plączą słowa
warkocz rymu
krzyczy jeszcze.

Za kotarą szara strefa
bez obietnic na zaklęcie.
Gdy kołderka jest za krótka
to buduje się napięcie.

Głowa płonie
Zimno w ręce.




Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Wędrował sobie pewnego razu po świecie pewien człowiek. Kim był? Nie wiadomo. Sam o sobie mówił, że jest po prostu włóczęgą, poszukującym nieodkrytej jeszcze przez nikogo ziemi. Ludzie, gdy to słyszeli, patrzyli na niego z politowaniem i pukali się palcami w głowę, no bo jakże to? Przecież każdy skrawek naszego globu został już dawno zbadany, opisany i umieszczony na tysiącu map oraz atlasów. Skąd więc pomysł, aby odnaleźć jakąś ziemię, nieznaną i niczyją? Ten człowiek był również poetą. Pisał wiersze i twierdził, że to właśnie za ich pomocą on tę ziemię w końcu odszuka, zobaczy i przemierzy. Któregoś dnia wędrowiec, zmęczony długą marszrutą, zatrzymał się w niewielkim miasteczku, na rynku. Rozmawiał tam z jego mieszkańcami o poezji, czytał im swoje wiersze i opowiadał, że gdzieś daleko, za ogromnym górskim masywem, za niezgłębionym oceanem, za tysiącem burz i za tysiącem wschodów słońca, istnieje ziemia, której piękno nie może się z niczym równać, ale nikt nie wie dokładnie, jak do niej trafić. Ludzie z miasteczka, jak zwykle, nie chcieli mu wierzyć. Nawet go nie słuchali, zajęci swoją codzienną krzątaniną. Przekupki zachwalały dorodne owoce i warzywa, kuglarze dawali pokazy żonglowania pochodniami, dzieci tłoczyły się wokół stoisk z cukrową watą i balonikami. Tylko jeden mały chłopiec podszedł do poety i zaczepił go: - Proszę pana... Proszę pana, czy może mi pan opowiedzieć coś o tej ziemi, której pan szuka? Jak tam jest? - Tam jest jak w raju - odparł człowiek, a w jego oczach rozbłysł skrywany głęboko zachwyt. - Drzewa nigdy nie są nagie. Ptaki wiecznie śpiewają o wiośnie i lecie. Wszędzie kwitną kwiaty w rozlicznych barwach, roztaczając zapachy, których nawet sobie nie potrafimy wyobrazić. Na niebie pojawiają się codziennie zorze i tęcze, a przez doliny, rozgrzane łagodnością słonecznego blasku, płyną niebieskie roziskrzone rzeki niby jedwabne wstążki. Zwierzęta nie polują na siebie, tylko pod koniec dnia spotykają się u wodopojów i rozmawiają ze sobą pogodnie w nieznanych, tajemnych językach. Żyją tam jedynie sami szczęśliwi ludzie, którzy się gorąco kochają... - Eeee... - stwierdził chłopiec, marszcząc czoło. - Nie ma takiego miejsca. Kłamiesz albo zmyślasz! - dorzucił i pobiegł ku zakurzonym miejskim uliczkom, pogrążonym w popołudniowej sjeście. Włóczęga postanowił również odpocząć przy niewielkim klombie, na gorącym od słońca skwerze. Żar lał się z nieba, mącił myśli, zasnuwał źrenice ciężką, kleistą powłoką. Człowiek pogrążył się w końcu w mętnym półśnie i nagle poczuł, że coś delikatnie trąciło jego dłoń. Uniósł powieki i zobaczył, jak na jego ręce usadowił się mały ptaszek. Był to rudzik, szary z pomarańczowym brzuszkiem, który przechylał łebek raz w lewą, raz w prawą stronę, i obserwował człowieka bystrymi, ciekawskimi koralikami oczu, Raz po raz podfruwał do góry, a potem znowu przysiadał na jego dłoni. - Co ty mi chcesz powiedzieć, ptaszku? - zagadał wędrowiec. Ostrożnym ruchem sięgnął do kieszeni, gdzie znalazł trochę okruchów bułki. Wysypał je na dłoń i poczekał, aż rudzik odważy się skorzystać z tego skromnego poczęstunku. Ptak skubnął kilka okruszków, a następnie znów zaczął na przemian wzbijać się w powietrze i powracać ku rękom człowieka, cały czas słodko poćwierkując. - Mam za tobą iść? - spytał wędrowny poeta. Rudzik oddalił się nieco, lecz przysiadł na gałęzi pobliskiego drzewka, jakby czekał na zaskoczonego tym zdarzeniem włóczęgę. Ów wreszcie wstał i ruszył za ptaszkiem. Opuścił senne miasteczko, po czym skręcił w polną drogę, która prowadziła na zachód. Minął parę opuszczonych domostw oraz wielką łąkę, hojnie usianą miriadami polnych kwiatów - rumianków w białych spódniczkach, wrotyczy jak błędne ogniki, dzikich ślazów zalotnie uśmiechniętych do przysiadających na ich płatkach modraszków. Wtem ptaszek zatrzymał się przy jednej z rozsypujących się ruder. Człowiek minął, zaciekawiony, drewnianą szopę, stare, skrzypiące pomieszczenia gospodarcze, aż dotarł do drewnianego płotu, pokrytego ciemnym, zielonym nalotem. W płocie znajdowała się furtka, zamknięta na haczyk. Rudzik usiadł nieopodal i radośnie zaświergotał. Wędrowiec otworzył furtkę i znalazł się, ku swemu zaskoczeniu, w starym ogrodzie. Był to bardzo dziwny ogród. Mogło się wydawać, że ktoś go opuścił w pośpiechu, nagle i bez jednego słowa pożegnania. Kiedyś ogrodowe alejki, kwietniki i krzewy musiały być pielęgnowane z zapałem i wielkim wyczuciem smaku. Gdzieniegdzie stały stylowe, ozdobne ławki, które czas obdarł nie wiadomo kiedy z eleganckiej bieli. Na środku ogrodu wznosiła się nieczynna fontanna, która zapewne niegdyś cieszyła oczy widokiem srebrzystych strug wody tańczących nad marmurowym basenikiem. Niedaleko fontanny znajdowała się huśtawka, przygnieciona i złamana przez gruby konar drzewa, na którym została zawieszona. W ogrodzie pełno było różanych krzewów. Poeta nigdy nie widział takiej obfitości i tylu odmian róż. Pnące, dzikie, miniaturki - wszystkie zdawały się pamiętać czas, gdy jakaś troskliwa ręka opiekowała się nimi dbając, aby rozwijały się, rozrastały i kwitły. Teraz jednak krzewy zdziczały, zmarniały, jakby zmęczone samotnością i ciszą. To właśnie ta cisza uderzyła najbardziej człowieka; w ogrodzie nie śpiewał ani jeden ptak, ani jeden liść nie szumiał pod muśnięciami wiatru. Obecna tu przyroda sprawiała wrażenie zastygłej w niewyobrażalnie bolesnym milczeniu. Nawet rudzik, który przycupnął lękliwie na chudziutkim, różanym pędzie, przestał ćwierkać, tylko wpatrywał się w człowieka uważnie i pytająco. - Co to za ogród...? I co ja mam z tym wspólnego? - pokiwał głową wędrowny poeta. - Tu nikogo nie było od lat, najwyżej duchy jakichś wspomnień zlatują się nocą do tej fontanny i do porozbijanych latarni, jak stare nietoperze. Te ścieżki dawniej żyły, z pewnością... Odpowiadały zapachem kwiatów niebu na jego zaczepki, tętniły beztroską młodością, a teraz...? Może kiedyś w owym miejscu ktoś kogoś kochał, ktoś się śmiał, ktoś tańczył wśród milionów róż, podczas gdy dziś jest tu tak cicho, że moje własne myśli lękają się głośniej odetchnąć... Zachodzące słońce zostawiało na zastygłych bez ani jednego drgnienia liściach czerwonawą poświatę. Znużony człowiek usiadł na jednej z niszczejących ławek i westchnął. - Żeby to wszystko przywrócić znów do życia, potrzeba wiele wysiłku. Ale może warto? Co, ptaszku? Czy o to ci właśnie chodziło?- zapytał, szukając wzrokiem swojego skrzydlatego towarzysza. Rudzik podfrunął do niego i poeta przysiągłby, że ptak skinął twierdząco swoją szarą główką.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następne dni i tygodnie upłynęły poecie na ciężkiej pracy. Od brzasku do późnej nocy sprzątał alejki, wyrywał chwasty, kosił trawniki, naprawiał połamane ławki, reperował latarnie. W starej szopie, która stała przy ogrodzie i w której teraz zamieszkał, znalazł wszystkie potrzebne narzędzia, zupełnie jakby ktoś je zostawił specjalnie dla niego. Ponieważ dotychczas tylko pisał wiersze, zupełnie nie znał się na ogrodnictwie, ale czuł, że intuicja podpowiada mu, co należy robić. Po prostu, gdy czegoś nie wiedział, siadał sobie przy fontannie, pogrążony w zadumie, aż wcześniej czy później znajdował odpowiedź na swoje pytanie. A może ktoś mu coś szeptał do ucha? Ogród z wolna otrząsał się z przygnębiającego nastroju i prezentował się całkiem przyjemnie. Zaczęły do niego przylatywać ptaki, z początku nieśmiało, lecz później zadomowiły się na dobre. Nocami słowiki uwijały się wśród gęstych krzewów róż, a z rana nowy dzień witały zięby swoimi przeciągłymi, melodyjnymi trelami. Latarnie oświetlały zadbane trawniki i oplatały ławki miękkimi cieniami. Zieleń rozrosła się bujna, soczysta, już nie dzika i trwożliwa. Człowiek cieszył się, widząc, jak jego starania przynosiły owoce, lecz martwiło go, że choć zdecydowanie ogród powracał do życia, nie zrodził się w nim dotychczas ani jeden kwiat. - No przecież po to jest ogród,żeby w nim coś kwitło! - martwił się wędrowiec. Podlewał troskliwie różane krzaczki, przycinał martwe pędy, raniąc sobie palce cierniami, pojechał też do miasteczka po specjalny nawóz - i nic! Ani jeden pąk nie chciał pojawić się wśród błyszczących liści. - A jednak te róże kogoś cieszyły kolorami i słodyczą - westchnął poeta. - Co ja mam teraz zrobić? Nic z tego nie rozumiem. Przecież już za parę dni zaczyna się lato... - Co ja mogę uczynić dla tego ogrodu, co więcej? Starał się jeszcze bardziej. Wstawał przed słońcem i pracował niemal do samej północy. Znał już w tym miejscu każdy zakątek i tak bardzo wyczekiwał chwili, w której choć jedna róża zaczerwieni się się w kolczastym gąszczu. Któregoś upalnego popołudnia, smutny i zmęczony, usiadł na jednej z ławeczek, wbiwszy zniechęcony wzrok w martwą fontannę. Chciało mu się płakać. Tyle wysiłku na nic! Bezradnie wyciągnął z jednej ze swoich kieszeni ołówek i nieduży, pognieciony zeszyt, w którym kiedyś zapisywał swoje wiersze. Od dawna niczego nie stworzy, zajęty nawożeniem, okopywaniem, pieleniem, koszeniem i podlewaniem. Teraz jednak poczuł, że musi ułożyć wiersz. Wiersz o tym, jak bardzo zależy mu na tym ogrodzie. Jak bardzo się spracował bez żadnego efektu. Jak bardzo boli go, że nie potrafi wypełnić tych ścieżek radością, którą ktoś musiał zabrać ze sobą na zawsze, bezlitośnie odchodząc. Pisał, że mimo wszystko przeszłość nie musi przecież ciążyć nad tym, co przecież żyje i pragnie życia. Że chociaż ktoś porzucił przed laty ten świat i zabrał ze sobą nadzieję oraz wolę kwitnienia - teraz przecież jest on, poeta, który uczy się dbać o dotkliwie niegdyś zranione rosarium. Dotkliwie - lecz przecież nie śmiertelnie. Na końcu chciał jeszcze napisać jeszcze jedno słowo, ale jego pióro zatrzymało się, jakby jeszcze nie ufało własnej śmiałości. A potem człowiek przeczytał swój wiersz na głos. Przeczytał go dla tego dziwnego ogrodu. I wtedy pierwszy raz poczuł, jak wszystkie gałązki różanych krzewów gną się od ciepłego podmuchu wiatru, który łagodnie nadszedł nie wiadomo skąd. Poeta wstał i postanowił przejść się po alejkach. Nie uszedł nawet kilkunastu kroków, gdy nieoczekiwanie u swoich stóp dostrzegł kilkanaście drobniutkich roślinek, wychylających się niepewnie z ziemi Nigdy wcześniej nie widział tutaj podobnego gatunku. Ukląkł przy nich i poczuł, jak fala wrzących łez zalewa mu policzki. Maleńkie wschodzące krzewinki pokryte były pąkami kwiatów. Tak, niewątpliwie za kilka dni te pąki rozwiną się, a delikatne łodyżki będą dźwigać najpiękniejszy ciężar na świecie - ciężar życia. Człowiek pragnął całować i pieścić skromne listki młodziutkich siewek, ale nie chciał ich uszkodzić przedwczesną radością i swoim niezręcznym dotykiem. Od tego momentu, przed udaniem się na spoczynek, gdy już uporał się ze swoimi zwykłymi obowiązkami, siadał przy malutkich, rodzących się kwiatkach i czytał im swoje kolejne wiersze, pisane z czułością i pokorą. Pewnego wieczoru poeta dostrzegł, że od północy nadciągają nad ogród ciemne, burzowe chmury. "No tak, przecież to już lato...", westchnął. To miała być pierwsza burza w tym roku. "Trzeba koniecznie zadbać o moje kwiatki, ochronić je, przecież jeszcze nie zdążyły się rozwinąć, i teraz miałaby je zniszczyć ulewa albo wichura? Będę czuwał, nie pozwolę na to!" Nocą przez ogród przetoczyła się istotnie wściekła nawałnica. Strugi ulewnego deszczu gięły do ziemi gałęzie różanych krzaków, a wichura chłostała alejki, trawniki, ławki i latarnie niewidzialnymi kańczugami. Człowiek pozostał w bezruchu przy swojej gromadce kwiatków, którą osłaniał własnym ciałem, mówiąc do nich niemal jak do dzieci: - To tylko burza. Ja też się boję, ale przecież jesteśmy razem. Obolały i przemoknięty pilnował, aby huragan nie uszkodził żadnego listka ani żadnej łodyżki. Nad ranem burzowe chmury ustąpiły na niebie miejsca drżącym promieniom świtu. I w tym złoto-różowym świetle, na jednej z pokrytych jeszcze kroplami wody kępek, pojawił się pierwszy kwiatek. Była to niezapominajka. Poeta oszalał wprost ze szczęścia, Zaczął biegać radośnie po ścieżkach w ogrodzie, tańczyć, śpiewać, krzyczeć, na zmianę płakać i śmiać się. Potem wrócił znów do swoich niezapominajek i z radosnym zdumieniem zobaczył kolejne błękitne kwiatki, pozdrawiające go zalotnymi mrugnięciami z objęć jasnej czystej zieleni. - Kocham was - napisał tego dnia poeta w swoim najnowszym wierszu, który przeczytał im na dobranoc. W myślach tulił je i pieścił. Kwiaty zdawały się wszystko rozumieć i jakby zalśniły w ciemności ukrytym, gorącym światłem.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następnego dnia człowiek stwierdził, że musi pójść do miasteczka, kupić nowy szpadel, bo stary już do niczego się nie nadawał. Ponieważ burza wyrządziła w ogrodzie wiele szkód, potrzebował również jeszcze paru innych rzeczy, aby wszystko ponaprawiać. Pogładził lekko dłonią krzewinki niezapominajek. - Niedługo wrócę - obiecał. Z głębi ogrodu przyleciał rudzik, i usiadł mu śmiało na ramieniu. Chwilę poćwierkał, a potem zniknął w kolczastej różanej gęstwinie. Na rynku jak zawsze było głośno i tłoczno. Straganiarze przekrzykiwali się nawzajem nad stertami towarów, w powietrzu pachniało grillowaną kiełbasą, gołębie tłoczyły się przy przepełnionych śmietnikach. Poeta, zaopatrzywszy się w niezbędne narzędzia, zatrzymał się jeszcze na chwilę przy stoisku z lemoniadą, gdyż zachciało mu się pić. - O, to pan?- usłyszał nagle chłopięcy głos, który skądś znał. - Tak - odparł. Przypomniał sobie swoją dawną rozmowę z owym dzieciakiem, który tamtego dnia nie uwierzył w jego najskrytsze marzenia. - I co, znalazł pan tę swoją wspaniałą krainę? - spytał chłopiec, obrzuciwszy go łobuzerskim spojrzeniem. - Tę, gdzie podobno wszystko jest takie cudowne i panuje wieczne szczęście? - Znalazłem - odpowiedział z uśmiechem poeta, myśląc o swoich niezapominajkach.  
    • spadł puch swym ramieniem przytulił rozżalonych rozjarzone brylanty na ziemi tliły się w oczach białe morze wzburzyło się po raz pierwszy od dawien dawna chcąc byśmy przypomnieli sobie, jak to jest płynąć po nim saniami   potajemnie zmówił się nieboskłon z chmurami urwiska stanął się przystankami drogi porwą pojazdy chwalić będziemy się i ogrzewać śmiejąc z gniewu, niekiedy i radości   przytulnie będzie aniołem zostać bo w końcu biel nas zewsząd otacza byle dłoni nie zajechać po całości, czymś musimy postawić posągi z węgli i marchewek   wieczór dziś jest specjalny inny niźli zawsze tańczymy nieświadomie pod jednym płaszczem bawimy się jak niegdyś i tylko to się liczy wszystko to, gdy palą się lampy pomimo tego, że marzniemy   uwieczniona kamera taśma przygotowana na niby nijak wszystko dlatego że dnia dzisiejszego, zwykłego jak inne, spadł puch    
    • @Radosław   a Ty jak Kogut…  

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @KOBIETA Bądź  jak Supernova. 
    • @Radosław   wiem Radosław …niestety to takie silne oddziaływanie jest …międzygalaktyczne ;)))) nie wiem jak mogę Tobie pomóc…? ;) 
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...