Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

[indent][indent]



=======================================
Abecadlik - wiersz, w którym następujące po sobie wyrazy
zaczynają się od kolejnej litery alfabetu.


+ abecadło satanistów +

Apollyon Belzebub - cmentarniany ćwieczek,
dręczył ewentualny farmazon główeczek.
Hamował ideały jedności kościelnej
lepszymi łakociami małpiatki naczelnej -
odłowiwszy ówcześnie pluskające Ryby,
słał świat tępo u wrót złych źródełek Życzliwych.




=======================================
Abecadlik wersowy - łatwiejszy do napisania,
bo od kolejnej litery alfabetu zaczynają się następne wersy.


+ Legion +

Huncwot i ladaco jest miłość dla Ciebie
Ibi patria ubi bene a mnie w Piekle
Judaszem nie jestem nie zdradzę sam siebie
Kolor czarny wielbię od bieli się strzegę

Lubię jak Ty dusze choć inaczej łowię
Łachudrów nawracać ani mi to w głowie
Mnichów świętych kocham zapiekłe dziewice
Nocą ślę im ciemną niech pożrą ich pice

Otchłań sam stworzyłeś nie mnie lecz niewieście
Órwę Ci więc oddam od Ciebie nic nie chcę
Pychę mam nie po to cierpię od lat biedę

Ręki Ci nie podam bo brzydzę się Niebem
Skruchy nie okażę nie jestem Twym synem
Świętym nie chcę zostać - już jestem Niewinien


`````````````````````````````````````````
"Na imię mi "Legion", bo nas jest wielu"
(Ewangelia wg św. Marka)




=======================================
Akrostych. Wiersz w którym pierwsze litery wersów
tworzą dodatkowe wyrazy i zdania.


+ Kabała +

Wichrem w oczy popędzam dzikiego rumaka -
Sam naprzeciw wszystkiemu! Sam przeciwko sobie!
Przeskoczyć własne ciało, zostawić je w grobie,
A potem w mrok Hadesu sfrunąć śmiercią ptaka.

Na bagnach zapomnienia rośnie nowe życie,
Innego świata brama otwiera podwoje;
Alma Arcykapłanka ściele w niepokoje
Łoże swe księżycowe zawisłe w niebycie.

Eneasz? Odyseusz! Gilgamesz? Baranek!
Jeszcze się pośród mroku cienie ich zrzucone
Eremom Nyx bogini bladością słaniają.

Legnę swoim przy nich, a sam, niczym poranek
Liżąc ściany piekielne, aż pękną wzburzone,
Uwolnię w stronę świata... Biada, ludzkim zgrajom!


http://www.sofijon.pl/module/authors/1

=======================================
Tautogramy - popularne ostatnio utwory literackie,
w których każdy wyraz zaczyna się od tej samej litery.


S(krzynka)

Sadze sczerniły sad smutnym sagumem.
Szykuje Strzelec strzały samotności
(sahajdak szepcze srebrnoświatłym szumem:
salve, Salomon! - spokojnej starości) -

Szeleszczą szyby, Salomon sterały
szalem sunącej sadzi spowijany,
sam "sprawiedliwie" szykuje suchary:
sobie sześćdziesiąt, szesnaście sułtani.

Stęknęła sigma stęknięciem straszliwym,
(sad się słonecznym szaleństwem serwował)
sahajdak Strzelca srebrem strzał swych szydzi:

signor Salomon sławę swoją schował!
Strzępił się salwą socjalizm sadowy -
salem(alejkum) snom salomonowym.




=======================================
Pangram - wiersz / zdanie, w którym użyto
tylko jeden raz każdej lietry alfabetu.


+ chłoń +

jem liść kóz
bądź prężny
staw fug




=======================================
Zameczek. Wiersz, który rymuje się w charakterystyczny sposób:

a b
c d
b a
d c



+ Baśń o Zamku +

Zamek wielki, niezdobyty,
oczy śmiałków złotem kole.
Skryty w fosie czeka wianek,
trolle spojrzeń tatuś toczy.

Z braci - pierwszy miał go prawie,
ale zaciął się w połowie:
w trawie leży w resztkach gaci,
w głowie puchną smutkiem żale.

Drugi brat utonął w fosie,
bo go dostrzegł nagle tata -
w nosie, co był bardzo długi,
bata świst ślad wyrył trwogą.

Wreszcie, czas! - najmłodszy brat,
stoi honor zmyć rodziny,
blat wysoko, a on jeszcze
miny przy tym głupie stroi.

Panna wielce rozbawiona,
sama rozsunęła zamek -
kona w zorzy mgła poranna,
wianek pęka od tarana!

Później to już w tej krainie
huragany i przeciągi:
słynie z tego, że najróżniej
drągi łamie i tarany.

Piła ojca troska z tego,
w szale wrogów przepadł cicho:
złego na jednego siła!
- Licho go poniosło w dale.




=======================================
Miniaturki anagramowe. Wszystkie litery (włącznie z tytułem)
jednej miniaturki są anagramem drugiej.


+ erotyk +

knocą
sioło
Japonistek



+ osioł +

spotkanie J
okryte
nocką




=======================================
Wiersz homonimiczny. Opiera się na rymach będących homonimami -
wyrazami mającymi różne znaczenia.


+ Homomim +

Rzekł błazen raz: Nie marz
o, choćby największej, z wież,
gdy piękną żonę masz -
wierz mi... (sam zresztą to wiesz!)
Poema o Niej maż,
zaś w tamtą - najwyżej wierz.

Król skulił się jak jeż,
i tak zawrzasnął: Nie strasz,
gdy jem i ze mną jesz,
lub zaraz zawołam straż!

Błazen: Cóż... choć ty jesz -
wygląd masz po tym trupa:
z przesady tak tyjesz,
jak ta aktorska trupa,
co prawie rok nie ma
jadła, grosz jej nie ciąży:
solistka ich niema,
odkąd jest... z tobą w ciąży!

Królowa wtem jak zwierz,
chwyciła błazna za ryj:
- To jeszcze mi wnet zwierz
jej imię i... ziemię ryj!
Albo się w lochu łudź,
że czas gdzieś płynie jak łódź.




+ p. Nowobogacka +

ona jest już taka stara
ona jest już taka stara
choć co rok się bardziej stara
częściej pichci albo pierze
niż otula nagość w pierze
nie udaje wielkiej damy
bierze tyle ile damy

ona jest już taka sama
ona jest już taka sama
nie Adama Jana Sama
rankiem siwe czerni włoski
nie francuski ćwiczy włoski
bo Rzymowi swoje uda
chce pokazać świętą uda

ona jest już taka sama
ona wciąż jest taka sama
zawsze była


==================================================


Jeśli chodzi o zabawy słowem, oddzielnym tematem są limeryki - wydawałoby się,
forma wytarta do znudzenia. Warto więc podać kilka, które są zabawą w zabawie,
ponieważ wyróżniają się w pewien sposób spośród wielu innych:


=============================================
Limeryki palindromowe


+ Epitafium +

Gej Alberto z hrabstwa Essex
kochał rap i oralny seks.
MENARD - ANAl (A NAD RANEM
łokciem lub nawet kolanem).
Obaj zmarli nie na grypę.


* Duże litery zaznaczają palindrom
* Menard - spotykany także w Polsce http://tinyurl.com/a2m2t8z



+ O bokserze +

Ma kłopot trener bokserski w Kutnie:
choć Igor walnąć umie okrutnie,
ledwo przestąpi ADA
PROGI I IGOR... PADA
- co autorytet okropnie mu tnie!



+ Występy +

Raz pojechał do Canoncito
skromny zwykle mąż incognito,
wyprawiać niezłe hece.
Pisali aż w gazecie
(cyt.) "ot, i psikus - suki spito".


W cudzysłowie palindrom autorstwa Tadeusza Morawskiego.



=============================================
Limeryk sylabotoniczny


+ Bar +

Był bar "Dzyń Dzyń" we wsi Gaj,
gdzie szło co dzień ze sto jaj.
Nie, nie tych od kwok -
był tam ruch i tłok
od jaj, lecz tych, co spod faj.



=================================================
Limeryki tautogramowe


+ Łapu capu +

Łachudro! - łajała Łodzianka
łysego łamagę Łucjanka:
Łaknąłeś whisky,
łona Łotyszki -
łatwiutka, łajdacka łapanka!



+ Straszny sen +

Staśka - starostę Sadłowa
sekta straszyła skarbowa.
Sprzedał sanie,
szafy, spanie...
SIÓDMA! - skończyła salowa.



+ Witki +

Wdowa Wiesia we wsi Witki
wycinała wiosną witki.
Wyprzedawał Witek
wesół wiele witek,
wołając wdowie: wy-pitki!


=============================================

Limeryki kołowe. Czytane w kółko nabierają nowego znaczenia


+ Pranie +

... bo w leśniczówce "Pranie"
miał Konstanty mieszkanie -
obserwują rogi,
jak głaszczesz mi nogi
(tu w pysk! i od nowa) - Nie



+ Mer +

dolę klął w kółko z Paryża mer,
kiedy zobaczył strzaskany ster.
- Wystarczą mi burze
w administraturze,
na wczasach: nie! Źle skończę, ja Pierre...



=============================================
Limeryki obrazowe. Zapis dopowiada treść


+ Piwowar +

Jest piwowar w regionie Alzacji,
żyjący w stanie ciągłej frustracji
z powodu zarostu.
- Broda mu po prostu
[indent]co
rusz
wpada
do
kadzi
z piwem
psując
subtelny
proces
jego[/indent]
f e r m e n t a c j i .



+ Ciotki plotki +

Zmarła ciotka. Inna ciotka (czytając następny wers, robimy kółka na czole)
mówi o niej: Miała kotka,
a jej kotek
miał dość plotek -
powiesiła się istotka.



+ Na grzybach +

Grzybiarz w lesie nad jez. Wdzydze
znalazł coś... Coś jakby r(y)dze?
Krzyczeli mu: Julek,
nie rusz! To są kule...
...................................



+ O tetryku +

Jest taki tetryk w Nowej Hucie,
co zrzędząc, słów traci wyczucie.
Objawia się to tak,
że nagle stęka wspak:
oc az enmejyzrpein eicuzcu!




=============================================
Limeryk z najtrudniejszym słowem w naszym języku,
które podobno potrafi wymówić tylko niecałe 2% Polaków


+ Diablica +

Sześć... razy na heksakosjoihekse-
kontaheksafobię chorego beksę
pytała, czy się nie boi
łez łączyć heksakosjoi-
heksekontaheksafobicznych z seksem?

http://bit.ly/MZuBoe





[/indent][/indent]

Opublikowano

Są to oczywiście tylko niektóre z zabaw naszym ojczystym językiem.
Zbieram kolejne formy, często nowatorskie, jak zaprezentowane powyżej
"układy bliźniacze", czyli, jak je nazwałem: miniaturki anagramowe.
Przynajmniej nie spotkałem się nigdy z podobną formą,
więc gdyby coś było komuś wiadome na ten temat, proszę o cytaty.
Przeczytam z zainteresowaniem.

Opublikowano

ale o co chodzi??? czyżby znów jakieś przepychanki w dziale Zet? :)
Sokratexie :))), ilością opublikowanego materiału pobiłeś mój 'Zamek' :). całości nie przeczytałem, ale podobają mi się te fragmenty, na których zatrzymałem się przewijając tekst, wiec zabieram go w całości do ulubionych, żeby nie zginął. traktuję go jako swoisty wykład na temat różnorodności form poetyckich i w tym widzę jego największą wartość. myślę, że omawianie poszczególnych utworów zajęłoby mi zbyt wiele czasu, tym bardziej, że jeszcze wszystkich nie przeczytałem, więc na tym poprzestanę :).
na pewno całość przeczytam, tylko proszę, niczego nie usuwaj ;).
pozdrawiam i do poczytania :)

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Nie chodzi o omawianie poszczególnych utworów :)
tylko pokazanie, jak można "rozepchać", wydawałoby się utarte formy.
Jeśli czytałeś, powiedzmy "Pegaz dęba" Tuwima, czy "Pegaz zdębiał" Barańczaka,
to o coś w tym rodzaju.

Pozdrawiam,
Marek

Opublikowano

Marku wiersze jak zwykle masz świetne i Ty o tym dobrze wiesz;)Myślę,że wiele osób Cię tu czyta i będzie czytało.Nie pochwalam decyzji andrzeja barycza i nie rozumiem jej.Natomiast nie rozumiem też Twoich ,,przepychanek słownych ''z Michałem.Szkoda na nie czasu, naprawdę;)Michał się do tej decyzji nie przyczynił,jest zbyt dobrym Poetą,żeby żeby miał coś co Twoich wierszy;)I jedynym moderatorem tutaj, do którego mam całkowite zaufanie!
Sama też od wczoraj nie publikuję w dziale Z-ze względu na chamski sposób komentowania niektórych osób.
Także wrzuć proszę na luz;))To naprawdę nie jest istotne gdzie się publikuje...
pozdrawiam Beata

Opublikowano

Twoje zabawy słowem bardzo mi się podobają, gratuluję.
Najbardziej "diablica" i "abecadło satanistów." Na początku zamiast życzliwych przeczytałem Życzliwy, zabrzmiało trochę jak donos ;-)
Co do przedmówcy to dziwi mnie jedno, jak ktoś kto twierdzi że tak bardzo dba o własny wizerunek "jeszcze ktoś pomyśli..." może publikować taki komentarz, bo co sobie o Nim pomyśli ten kto go przeczyta...

Pozdrawiam

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Wędrował sobie pewnego razu po świecie pewien człowiek. Kim był? Nie wiadomo. Sam o sobie mówił, że jest po prostu włóczęgą, poszukującym nieodkrytej jeszcze przez nikogo ziemi. Ludzie, gdy to słyszeli, patrzyli na niego z politowaniem i pukali się palcami w głowę, no bo jakże to? Przecież każdy skrawek naszego globu został już dawno zbadany, opisany i umieszczony na tysiącu map oraz atlasów. Skąd więc pomysł, aby odnaleźć jakąś ziemię, nieznaną i niczyją? Ten człowiek był również poetą. Pisał wiersze i twierdził, że to właśnie za ich pomocą on tę ziemię w końcu odszuka, zobaczy i przemierzy. Któregoś dnia wędrowiec, zmęczony długą marszrutą, zatrzymał się w niewielkim miasteczku, na rynku. Rozmawiał tam z jego mieszkańcami o poezji, czytał im swoje wiersze i opowiadał, że gdzieś daleko, za ogromnym górskim masywem, za niezgłębionym oceanem, za tysiącem burz i za tysiącem wschodów słońca, istnieje ziemia, której piękno nie może się z niczym równać, ale nikt nie wie dokładnie, jak do niej trafić. Ludzie z miasteczka, jak zwykle, nie chcieli mu wierzyć. Nawet go nie słuchali, zajęci swoją codzienną krzątaniną. Przekupki zachwalały dorodne owoce i warzywa, kuglarze dawali pokazy żonglowania pochodniami, dzieci tłoczyły się wokół stoisk z cukrową watą i balonikami. Tylko jeden mały chłopiec podszedł do poety i zaczepił go: - Proszę pana... Proszę pana, czy może mi pan opowiedzieć coś o tej ziemi, której pan szuka? Jak tam jest? - Tam jest jak w raju - odparł człowiek, a w jego oczach rozbłysł skrywany głęboko zachwyt. - Drzewa nigdy nie są nagie. Ptaki wiecznie śpiewają o wiośnie i lecie. Wszędzie kwitną kwiaty w rozlicznych barwach, roztaczając zapachy, których nawet sobie nie potrafimy wyobrazić. Na niebie pojawiają się codziennie zorze i tęcze, a przez doliny, rozgrzane łagodnością słonecznego blasku, płyną niebieskie roziskrzone rzeki niby jedwabne wstążki. Zwierzęta nie polują na siebie, tylko pod koniec dnia spotykają się u wodopojów i rozmawiają ze sobą pogodnie w nieznanych, tajemnych językach. Żyją tam jedynie sami szczęśliwi ludzie, którzy się gorąco kochają... - Eeee... - stwierdził chłopiec, marszcząc czoło. - Nie ma takiego miejsca. Kłamiesz albo zmyślasz! - dorzucił i pobiegł ku zakurzonym miejskim uliczkom, pogrążonym w popołudniowej sjeście. Włóczęga postanowił również odpocząć przy niewielkim klombie, na gorącym od słońca skwerze. Żar lał się z nieba, mącił myśli, zasnuwał źrenice ciężką, kleistą powłoką. Człowiek pogrążył się w końcu w mętnym półśnie i nagle poczuł, że coś delikatnie trąciło jego dłoń. Uniósł powieki i zobaczył, jak na jego ręce usadowił się mały ptaszek. Był to rudzik, szary z pomarańczowym brzuszkiem, który przechylał łebek raz w lewą, raz w prawą stronę, i obserwował człowieka bystrymi, ciekawskimi koralikami oczu, Raz po raz podfruwał do góry, a potem znowu przysiadał na jego dłoni. - Co ty mi chcesz powiedzieć, ptaszku? - zagadał wędrowiec. Ostrożnym ruchem sięgnął do kieszeni, gdzie znalazł trochę okruchów bułki. Wysypał je na dłoń i poczekał, aż rudzik odważy się skorzystać z tego skromnego poczęstunku. Ptak skubnął kilka okruszków, a następnie znów zaczął na przemian wzbijać się w powietrze i powracać ku rękom człowieka, cały czas słodko poćwierkując. - Mam za tobą iść? - spytał wędrowny poeta. Rudzik oddalił się nieco, lecz przysiadł na gałęzi pobliskiego drzewka, jakby czekał na zaskoczonego tym zdarzeniem włóczęgę. Ów wreszcie wstał i ruszył za ptaszkiem. Opuścił senne miasteczko, po czym skręcił w polną drogę, która prowadziła na zachód. Minął parę opuszczonych domostw oraz wielką łąkę, hojnie usianą miriadami polnych kwiatów - rumianków w białych spódniczkach, wrotyczy jak błędne ogniki, dzikich ślazów zalotnie uśmiechniętych do przysiadających na ich płatkach modraszków. Wtem ptaszek zatrzymał się przy jednej z rozsypujących się ruder. Człowiek minął, zaciekawiony, drewnianą szopę, stare, skrzypiące pomieszczenia gospodarcze, aż dotarł do drewnianego płotu, pokrytego ciemnym, zielonym nalotem. W płocie znajdowała się furtka, zamknięta na haczyk. Rudzik usiadł nieopodal i radośnie zaświergotał. Wędrowiec otworzył furtkę i znalazł się, ku swemu zaskoczeniu, w starym ogrodzie. Był to bardzo dziwny ogród. Mogło się wydawać, że ktoś go opuścił w pośpiechu, nagle i bez jednego słowa pożegnania. Kiedyś ogrodowe alejki, kwietniki i krzewy musiały być pielęgnowane z zapałem i wielkim wyczuciem smaku. Gdzieniegdzie stały stylowe, ozdobne ławki, które czas obdarł nie wiadomo kiedy z eleganckiej bieli. Na środku ogrodu wznosiła się nieczynna fontanna, która zapewne niegdyś cieszyła oczy widokiem srebrzystych strug wody tańczących nad marmurowym basenikiem. Niedaleko fontanny znajdowała się huśtawka, przygnieciona i złamana przez gruby konar drzewa, na którym została zawieszona. W ogrodzie pełno było różanych krzewów. Poeta nigdy nie widział takiej obfitości i tylu odmian róż. Pnące, dzikie, miniaturki - wszystkie zdawały się pamiętać czas, gdy jakaś troskliwa ręka opiekowała się nimi dbając, aby rozwijały się, rozrastały i kwitły. Teraz jednak krzewy zdziczały, zmarniały, jakby zmęczone samotnością i ciszą. To właśnie ta cisza uderzyła najbardziej człowieka; w ogrodzie nie śpiewał ani jeden ptak, ani jeden liść nie szumiał pod muśnięciami wiatru. Obecna tu przyroda sprawiała wrażenie zastygłej w niewyobrażalnie bolesnym milczeniu. Nawet rudzik, który przycupnął lękliwie na chudziutkim, różanym pędzie, przestał ćwierkać, tylko wpatrywał się w człowieka uważnie i pytająco. - Co to za ogród...? I co ja mam z tym wspólnego? - pokiwał głową wędrowny poeta. - Tu nikogo nie było od lat, najwyżej duchy jakichś wspomnień zlatują się nocą do tej fontanny i do porozbijanych latarni, jak stare nietoperze. Te ścieżki dawniej żyły, z pewnością... Odpowiadały zapachem kwiatów niebu na jego zaczepki, tętniły beztroską młodością, a teraz...? Może kiedyś w owym miejscu ktoś kogoś kochał, ktoś się śmiał, ktoś tańczył wśród milionów róż, podczas gdy dziś jest tu tak cicho, że moje własne myśli lękają się głośniej odetchnąć... Zachodzące słońce zostawiało na zastygłych bez ani jednego drgnienia liściach czerwonawą poświatę. Znużony człowiek usiadł na jednej z niszczejących ławek i westchnął. - Żeby to wszystko przywrócić znów do życia, potrzeba wiele wysiłku. Ale może warto? Co, ptaszku? Czy o to ci właśnie chodziło?- zapytał, szukając wzrokiem swojego skrzydlatego towarzysza. Rudzik podfrunął do niego i poeta przysiągłby, że ptak skinął twierdząco swoją szarą główką.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następne dni i tygodnie upłynęły poecie na ciężkiej pracy. Od brzasku do późnej nocy sprzątał alejki, wyrywał chwasty, kosił trawniki, naprawiał połamane ławki, reperował latarnie. W starej szopie, która stała przy ogrodzie i w której teraz zamieszkał, znalazł wszystkie potrzebne narzędzia, zupełnie jakby ktoś je zostawił specjalnie dla niego. Ponieważ dotychczas tylko pisał wiersze, zupełnie nie znał się na ogrodnictwie, ale czuł, że intuicja podpowiada mu, co należy robić. Po prostu, gdy czegoś nie wiedział, siadał sobie przy fontannie, pogrążony w zadumie, aż wcześniej czy później znajdował odpowiedź na swoje pytanie. A może ktoś mu coś szeptał do ucha? Ogród z wolna otrząsał się z przygnębiającego nastroju i prezentował się całkiem przyjemnie. Zaczęły do niego przylatywać ptaki, z początku nieśmiało, lecz później zadomowiły się na dobre. Nocami słowiki uwijały się wśród gęstych krzewów róż, a z rana nowy dzień witały zięby swoimi przeciągłymi, melodyjnymi trelami. Latarnie oświetlały zadbane trawniki i oplatały ławki miękkimi cieniami. Zieleń rozrosła się bujna, soczysta, już nie dzika i trwożliwa. Człowiek cieszył się, widząc, jak jego starania przynosiły owoce, lecz martwiło go, że choć zdecydowanie ogród powracał do życia, nie zrodził się w nim dotychczas ani jeden kwiat. - No przecież po to jest ogród,żeby w nim coś kwitło! - martwił się wędrowiec. Podlewał troskliwie różane krzaczki, przycinał martwe pędy, raniąc sobie palce cierniami, pojechał też do miasteczka po specjalny nawóz - i nic! Ani jeden pąk nie chciał pojawić się wśród błyszczących liści. - A jednak te róże kogoś cieszyły kolorami i słodyczą - westchnął poeta. - Co ja mam teraz zrobić? Nic z tego nie rozumiem. Przecież już za parę dni zaczyna się lato... - Co ja mogę uczynić dla tego ogrodu, co więcej? Starał się jeszcze bardziej. Wstawał przed słońcem i pracował niemal do samej północy. Znał już w tym miejscu każdy zakątek i tak bardzo wyczekiwał chwili, w której choć jedna róża zaczerwieni się się w kolczastym gąszczu. Któregoś upalnego popołudnia, smutny i zmęczony, usiadł na jednej z ławeczek, wbiwszy zniechęcony wzrok w martwą fontannę. Chciało mu się płakać. Tyle wysiłku na nic! Bezradnie wyciągnął z jednej ze swoich kieszeni ołówek i nieduży, pognieciony zeszyt, w którym kiedyś zapisywał swoje wiersze. Od dawna niczego nie stworzy, zajęty nawożeniem, okopywaniem, pieleniem, koszeniem i podlewaniem. Teraz jednak poczuł, że musi ułożyć wiersz. Wiersz o tym, jak bardzo zależy mu na tym ogrodzie. Jak bardzo się spracował bez żadnego efektu. Jak bardzo boli go, że nie potrafi wypełnić tych ścieżek radością, którą ktoś musiał zabrać ze sobą na zawsze, bezlitośnie odchodząc. Pisał, że mimo wszystko przeszłość nie musi przecież ciążyć nad tym, co przecież żyje i pragnie życia. Że chociaż ktoś porzucił przed laty ten świat i zabrał ze sobą nadzieję oraz wolę kwitnienia - teraz przecież jest on, poeta, który uczy się dbać o dotkliwie niegdyś zranione rosarium. Dotkliwie - lecz przecież nie śmiertelnie. Na końcu chciał jeszcze napisać jeszcze jedno słowo, ale jego pióro zatrzymało się, jakby jeszcze nie ufało własnej śmiałości. A potem człowiek przeczytał swój wiersz na głos. Przeczytał go dla tego dziwnego ogrodu. I wtedy pierwszy raz poczuł, jak wszystkie gałązki różanych krzewów gną się od ciepłego podmuchu wiatru, który łagodnie nadszedł nie wiadomo skąd. Poeta wstał i postanowił przejść się po alejkach. Nie uszedł nawet kilkunastu kroków, gdy nieoczekiwanie u swoich stóp dostrzegł kilkanaście drobniutkich roślinek, wychylających się niepewnie z ziemi Nigdy wcześniej nie widział tutaj podobnego gatunku. Ukląkł przy nich i poczuł, jak fala wrzących łez zalewa mu policzki. Maleńkie wschodzące krzewinki pokryte były pąkami kwiatów. Tak, niewątpliwie za kilka dni te pąki rozwiną się, a delikatne łodyżki będą dźwigać najpiękniejszy ciężar na świecie - ciężar życia. Człowiek pragnął całować i pieścić skromne listki młodziutkich siewek, ale nie chciał ich uszkodzić przedwczesną radością i swoim niezręcznym dotykiem. Od tego momentu, przed udaniem się na spoczynek, gdy już uporał się ze swoimi zwykłymi obowiązkami, siadał przy malutkich, rodzących się kwiatkach i czytał im swoje kolejne wiersze, pisane z czułością i pokorą. Pewnego wieczoru poeta dostrzegł, że od północy nadciągają nad ogród ciemne, burzowe chmury. "No tak, przecież to już lato...", westchnął. To miała być pierwsza burza w tym roku. "Trzeba koniecznie zadbać o moje kwiatki, ochronić je, przecież jeszcze nie zdążyły się rozwinąć, i teraz miałaby je zniszczyć ulewa albo wichura? Będę czuwał, nie pozwolę na to!" Nocą przez ogród przetoczyła się istotnie wściekła nawałnica. Strugi ulewnego deszczu gięły do ziemi gałęzie różanych krzaków, a wichura chłostała alejki, trawniki, ławki i latarnie niewidzialnymi kańczugami. Człowiek pozostał w bezruchu przy swojej gromadce kwiatków, którą osłaniał własnym ciałem, mówiąc do nich niemal jak do dzieci: - To tylko burza. Ja też się boję, ale przecież jesteśmy razem. Obolały i przemoknięty pilnował, aby huragan nie uszkodził żadnego listka ani żadnej łodyżki. Nad ranem burzowe chmury ustąpiły na niebie miejsca drżącym promieniom świtu. I w tym złoto-różowym świetle, na jednej z pokrytych jeszcze kroplami wody kępek, pojawił się pierwszy kwiatek. Była to niezapominajka. Poeta oszalał wprost ze szczęścia, Zaczął biegać radośnie po ścieżkach w ogrodzie, tańczyć, śpiewać, krzyczeć, na zmianę płakać i śmiać się. Potem wrócił znów do swoich niezapominajek i z radosnym zdumieniem zobaczył kolejne błękitne kwiatki, pozdrawiające go zalotnymi mrugnięciami z objęć jasnej czystej zieleni. - Kocham was - napisał tego dnia poeta w swoim najnowszym wierszu, który przeczytał im na dobranoc. W myślach tulił je i pieścił. Kwiaty zdawały się wszystko rozumieć i jakby zalśniły w ciemności ukrytym, gorącym światłem.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następnego dnia człowiek stwierdził, że musi pójść do miasteczka, kupić nowy szpadel, bo stary już do niczego się nie nadawał. Ponieważ burza wyrządziła w ogrodzie wiele szkód, potrzebował również jeszcze paru innych rzeczy, aby wszystko ponaprawiać. Pogładził lekko dłonią krzewinki niezapominajek. - Niedługo wrócę - obiecał. Z głębi ogrodu przyleciał rudzik, i usiadł mu śmiało na ramieniu. Chwilę poćwierkał, a potem zniknął w kolczastej różanej gęstwinie. Na rynku jak zawsze było głośno i tłoczno. Straganiarze przekrzykiwali się nawzajem nad stertami towarów, w powietrzu pachniało grillowaną kiełbasą, gołębie tłoczyły się przy przepełnionych śmietnikach. Poeta, zaopatrzywszy się w niezbędne narzędzia, zatrzymał się jeszcze na chwilę przy stoisku z lemoniadą, gdyż zachciało mu się pić. - O, to pan?- usłyszał nagle chłopięcy głos, który skądś znał. - Tak - odparł. Przypomniał sobie swoją dawną rozmowę z owym dzieciakiem, który tamtego dnia nie uwierzył w jego najskrytsze marzenia. - I co, znalazł pan tę swoją wspaniałą krainę? - spytał chłopiec, obrzuciwszy go łobuzerskim spojrzeniem. - Tę, gdzie podobno wszystko jest takie cudowne i panuje wieczne szczęście? - Znalazłem - odpowiedział z uśmiechem poeta, myśląc o swoich niezapominajkach.  
    • spadł puch swym ramieniem przytulił rozżalonych rozjarzone brylanty na ziemi tliły się w oczach białe morze wzburzyło się po raz pierwszy od dawien dawna chcąc byśmy przypomnieli sobie, jak to jest płynąć po nim saniami   potajemnie zmówił się nieboskłon z chmurami urwiska stanął się przystankami drogi porwą pojazdy chwalić będziemy się i ogrzewać śmiejąc z gniewu, niekiedy i radości   przytulnie będzie aniołem zostać bo w końcu biel nas zewsząd otacza byle dłoni nie zajechać po całości, czymś musimy postawić posągi z węgli i marchewek   wieczór dziś jest specjalny inny niźli zawsze tańczymy nieświadomie pod jednym płaszczem bawimy się jak niegdyś i tylko to się liczy wszystko to, gdy palą się lampy pomimo tego, że marzniemy   uwieczniona kamera taśma przygotowana na niby nijak wszystko dlatego że dnia dzisiejszego, zwykłego jak inne, spadł puch    
    • @Radosław   a Ty jak Kogut…  

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @KOBIETA Bądź  jak Supernova. 
    • @Radosław   wiem Radosław …niestety to takie silne oddziaływanie jest …międzygalaktyczne ;)))) nie wiem jak mogę Tobie pomóc…? ;) 
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...