Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

synu, ja, ojciec marnotrawny
nie zbudowałem domu
nie zabiłem nikogo
nie okradłem i nie poniżyłem

jestem nikim
mam kilka wierszyków
na kartce
nie dogadałem się z wydawcą
byłym komunistą

synu, ja, ojciec marnotrawny
zostawię wielu wrogów
żadnych banknotów
troszeczkę piosenek
zespołów których mało kto słucha
trudno

ci wszyscy oni są ważniejsi
zauważ jak nadymają pyski
wiedzą więcej
ale to ja
synu, ja poznałem Boga
i właśnie odchodzę
a ty
przyjdziesz kiedyś do mnie

i zrozumiesz to wszystko

Opublikowano

....Krzywaku Drogi , zastanawiam się , czy aby nie jesteś wyznawcą spisowej teorii dziejów...
i wszystko przez to , że nie dogadałeś się z wydawcą , komunistą..a co by było , gdybyś się jednak dogadał...
a sam fakt , że próbowałeś...nie jest czasami wart napiętnowania...?

z całego wiersza biorę ostatnią strofę...choć nie bardzo rozumiem
dlaczego fakt , że poznałeś Boga...każe Ci odchodzić...

takie moje rozumienie , szczerze powiem , spodziewam się dostać od Pana trochu więcej poezji.... ;-)))))


Opublikowano

Pretensjonalny, agresywny ton wypowiedzi peela przywołuje mi na myśl starszych ludzi, którzy stale zrzędzą: "bo za moich czasów..." i nie zrozumieli, że czasy, o których mówią, przeminęły... Peel chciałby - jeśli dobrze interpretuję - by syn wybrał inną drogę, tak jakby wśród tych wszystkich uwag była zawarta prośba o przebaczenie. To człowiek, który nie ma już żadnych złudzeń, ale też żadnych nadziei, jest po prostu zgorzkniały i wypalony, nie uważa się też za dobrego ojca.

Mocne, przejmujące świadectwo.
R. / T.

Opublikowano

dobry wiersz. Zadziwiające że niezrozumiały dla młodszych pokoleń.
Kojarzy mi się z filmem z De Niro który w pewnym momencie stwierdza (uwikłany lecz nie umoczony), że najtrudniej jest być uczciwym kierowcą autobusu(zresztą na filmie to jego zawód). Tytułu nie pamiętam.

Opublikowano

agnieszka wawrzyniak - pani chyba za bardzo wierzy w teorie spiskowe, to może na dłuższą metę przerodzić się w obsesje...

Roklin - ciężko pisać samemu o swoim tekście, aczkolwiek ów ojciec nie wydaje się aż tak bardzo negatywny! Ale i tak dzięki za próbę wgryzienia się

Jan Wodnik - pokolenie teraz działa szybko, chce szybkiego i zrozumiałego przekazu. Kiedyś grało się z cenzurą, co zmuszało do tworzenia kalamburów i umiejętności odszukiwania drugiego dna. Aczkolwiek i tak, nasi młodsi koledzy i koleżanki tworzą i to bardzo prężnie. Dobre i to.

Opublikowano

"""agnieszka wawrzyniak - pani chyba za bardzo wierzy w teorie spiskowe, to może na dłuższą metę przerodzić się w obsesje..."""

...nie bardzo wiem do czego to przykleić , ale niech będzie..poza tym...nie bardzo wiem o jakiem drugim dnie tutaj piszesz..o tym oszukiwaniu cenzury i owszem legendy krążą , tyle tylko , że to są bardzo odległe czasy i jakoś Pana w nich nie widzę...ale może się mylę .
A ten przekaz jest właśnie tzw, zrozumiałym przekazem i nie ma tutaj nic odkrywczego , nie widzę , nie słyszę w nim mocy ani prawdy.
Jak pisałam , ostatnia strofa ...świetna ( choć ""to wszystko""...też wydaje się zbędne ) , reszta nie brzmi..

ale ja się nie znam i zapewne będę tą jedyną oponentką...
nie miałam zamiaru Pana urazić , pozdrawiam .
agnieszka




Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Acha, czyli każdy żyjący człowiek skupia się na tych latach, w których żyje - ciekawe, ale niesłuszne. A co do cenzury - gdzie ja i do kogo o niej pisze? I co to ma tutaj do rzeczy? To już objaw histerii spiskowej - a nie mówiłem?

a że "niezrozumiały", to mam wrażenie, rzecz jasna w niczym nie broniąc tekstu, że figę pani zrozumiała.
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Acha, czyli każdy żyjący człowiek skupia się na tych latach, w których żyje - ciekawe, ale niesłuszne. A co do cenzury - gdzie ja i do kogo o niej pisze? I co to ma tutaj do rzeczy? To już objaw histerii spiskowej - a nie mówiłem?

a że "niezrozumiały", to mam wrażenie, rzecz jasna w niczym nie broniąc tekstu, że figę pani zrozumiała.

przecież wyraźnie puszcza Pan oko do ...

""Jan Wodnik - pokolenie teraz działa szybko, chce szybkiego i zrozumiałego przekazu. Kiedyś grało się z cenzurą, co zmuszało do tworzenia kalamburów i umiejętności odszukiwania drugiego dna"".....znaczy , Pan z ta cenzura pogrywal...bo jesli nie , to czego ta odpowiedź dotyczy?

chyba rozmawiamy o wierszu a nie o jakiejś wyimaginownej sytuacji...stąd taka moja odpowiedź...i jak wcześniej pisałam , nie rozumiem jak się ma ta ""teoria spiskowa"" do mnie...ja nie znajduję komunistów za zakrętem...bo jeszcze są cykliści .

Pisać można , można się skupiać na latach o, których nie ma się zielonego pojęcia , tylko , że to nie przekonuje i brzmi fałszywie..poza tym ciemna baba ze mnie , więc idę skąd wyszłam..., czyli do śmietnika .. ;-))) bez urazy proszę . pozdrawiam..;-)) agn.
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Acha, czyli każdy żyjący człowiek skupia się na tych latach, w których żyje - ciekawe, ale niesłuszne. A co do cenzury - gdzie ja i do kogo o niej pisze? I co to ma tutaj do rzeczy? To już objaw histerii spiskowej - a nie mówiłem?

a że "niezrozumiały", to mam wrażenie, rzecz jasna w niczym nie broniąc tekstu, że figę pani zrozumiała.

przecież wyraźnie puszcza Pan oko do ...

""Jan Wodnik - pokolenie teraz działa szybko, chce szybkiego i zrozumiałego przekazu. Kiedyś grało się z cenzurą, co zmuszało do tworzenia kalamburów i umiejętności odszukiwania drugiego dna"".....znaczy , Pan z ta cenzura pogrywal...bo jesli nie , to czego ta odpowiedź dotyczy?

chyba rozmawiamy o wierszu a nie o jakiejś wyimaginownej sytuacji...stąd taka moja odpowiedź...i jak wcześniej pisałam , nie rozumiem jak się ma ta ""teoria spiskowa"" do mnie...ja nie znajduję komunistów za zakrętem...bo jeszcze są cykliści .

Pisać można , można się skupiać na latach o, których nie ma się zielonego pojęcia , tylko , że to nie przekonuje i brzmi fałszywie..poza tym ciemna baba ze mnie , więc idę skąd wyszłam..., czyli do śmietnika .. ;-))) bez urazy proszę . pozdrawiam..;-)) agn.


No tak, ale kolega pisał o niebie, pani o chlebie. To mi przypomina sytuacje, jak występowałem w pewną podrzędną aktorką, która mówiła publicznie, że marchewki są żółte (pokazując przy tym zwykłą, pomarańczową marchew). Jak się jej zwracało uwagę, to dalej, z oślim uporem mając tą marchew w ręce - mówiła, że jest żółta. Zatem, jak pani widzi, postrzeganie jest różne. I ten brak logiki występuje niestety w tych mękolących komentarzach (skupiających się na wszystkim oprócz tekstu), ponieważ podmiot liryczny jest jak najbardziej współczesny - więc niech pani nie cuduję i wypisuje bzdur typu:
"Pisać można , można się skupiać na latach o, których nie ma się zielonego pojęcia"
bo ręce powoli opadają.
Opublikowano

Oczywiście...
Z jednej strony poeta -gołodupiec, obnoszący się ze swoją pobożnością i cierpiętniczą dumą, z drugiej "wszyscy oni" - wzdęci od banknotów bezbożnicy, o zakrwawionych rękach ;)
Biało-czarny plakat, żadnych szarości, stanów pośrednich, zwykłych "ojców". Kto by sobie zawracał głowę duperelami, kiedy liczy się tylko "jedynie słuszna prawda", doprawiona żółcią fanatyka i wyłożona z łopatologicznym wdziękiem...

Opublikowano

Muszę tylko potwierdzić swoją diagnozę: brak zrozumienia przekazu płynącego z wiersza - zaskakujący!!! Nie ma poezji beż przestrzeni duchowej bez odwolań do niej , również bez odwolań do sacrum, nawet rozumianego swoiście czy potocznie. Ten wiersz , napisany właśnie tak a nie inaczej to dowód na to że autor j e s t poetą, a to już naprawdę wiele jak na ten portal i nie tylko.

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



"ci wszyscy oni są ważniejsi
zauważ jak nadymają pyski
wiedzą więcej
ale to ja
synu, ja poznałem Boga"

Niech pan zwróci uwagę, że peel również "nadyma pysk" (ale to ja synu, ja), jedynie na "inny temat". To sacrum zaprawione pychą i nienawiścią.

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



A gdzież pan ma tutaj fanatyzm? A któż to są owi "oni"? I gdzież oni są? I jaka to "słuszna prawda"?
Ot, opinia doprawiona żółcią fanatyka i wyłożona z łopatologicznym wdziękiem
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



A gdzież pan ma tutaj fanatyzm? A któż to są owi "oni"? I gdzież oni są? I jaka to "słuszna prawda"?
Ot, opinia doprawiona żółcią fanatyka i wyłożona z łopatologicznym wdziękiem


"A któż to są owi "oni"? I gdzież oni są?"

W wierszu, panie szanowny, w wierszu... autor nie wie co pisze - słodziutkie ;)
Za "żółć fanatyka" przepraszam. To jedynie zwykła upierdliwość, podszyta "czerwoną fobią" i kompleksami wobec banknotoposiadaczy.

P.S.

"a ty
przyjdziesz kiedyś do mnie

i zrozumiesz to wszystko"

Niestety, nie mam zadatków na syna marnotrawnego :)


Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



A gdzież pan ma tutaj fanatyzm? A któż to są owi "oni"? I gdzież oni są? I jaka to "słuszna prawda"?
Ot, opinia doprawiona żółcią fanatyka i wyłożona z łopatologicznym wdziękiem


"A któż to są owi "oni"? I gdzież oni są?"

W wierszu, panie szanowny, w wierszu... autor nie wie co pisze - słodziutkie ;)
Za "żółć fanatyka" przepraszam. To jedynie zwykła upierdliwość, podszyta "czerwoną fobią" i kompleksami wobec banknotoposiadaczy.

P.S.

"a ty
przyjdziesz kiedyś do mnie

i zrozumiesz to wszystko"

Niestety, nie mam zadatków na syna marnotrawnego :)




Eeee. w sumie to nic pan poważnego nie odpowiedział. Kompleksy? To ja ganiam za panem po całym forum, czy pan za mną?
Opublikowano

Ja jestem młody i zgodnie z opinią entuzjastów tego wiersza no za cholerę nic nie zrozumiem, ale próbuję no i proszę o poprawienie mnie, co w moim odbiorze nie jest fajne.

synu, ja, ojciec marnotrawny
nie zbudowałem domu
nie zabiłem nikogo
nie okradłem i nie poniżyłem

jestem nikim
mam kilka wierszyków
na kartce
nie dogadałem się z wydawcą
byłym komunistą

synu, ja, ojciec marnotrawny
zostawię wielu wrogów
żadnych banknotów
troszeczkę piosenek
zespołów których mało kto słucha
trudno

Podmiot liryczny jest dumny w tych strofach ze swojego życia, że nie jest konformistą i słowo "nikt" to takie pogodzenie się z brakiem posłuchu wśród ludzi, jo?

ci wszyscy oni są ważniejsi
zauważ jak nadymają pyski
wiedzą więcej
ale to ja
synu, ja poznałem Boga
i właśnie odchodzę
a ty
przyjdziesz kiedyś do mnie

i zrozumiesz to wszystko

Tutaj za to osoba mówiąca wyraża swoją pogardę nad "nadymającymi pyski", nad nagradzanymi pieniędzmi i laurami, jednocześnie tłumacząc się synowi, który tego nie rozumie, próbuje usprawiedliwić swoją "marnotrawność" i brak materialnej spuścizny, jo?

Jeżeli jest inaczej, wyprowadźcie mnie proszę z błędu :)

--
Pozdrawiam
Michał Małysa
http://www.mojwierszownik.pl

Opublikowano

Michał Małysa - no, przynajmniej wchodzi Pan w tekst, a nie wpolitykierstwo, a to już dobrze. Ja nie bardzo chcę tłumaczyć swojego bohatera, ale jak widać, dla jednych wzorem jest bogaty złodziej, dla innych zwykła ludzka uczciwość.

Pozdrawiam.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • Zegarek na piekarniku wybił szesnastą. Słońce jeszcze nie zdążyło wstać, a cztery cyferki wisiały zawieszone pośrodku niczego, głosząc w eter jedyne w co mogły wierzyć, w istotę swojego istnienia - w to, że jest właśnie godzina szesnasta. Przeszedłem po cichu korytarz, stawiając ostrożnie ciężkie, zimowe buty, przekręciłem ostrożnie zamek i wydostałem się na klatkę schodową.

      Czerwone diody tym razem pokierowały mnie ku włącznikowi światła z małą ikonką Schrödingera - z żarówką albo może z dzwoneczkiem, co mogło mi się okazać dopiero po naciśnięciu przycisku. Oczywiście zaryzykowałem, a włącznik zamiast budzić nad ranem sąsiadów rutynowo włączył światło. Okropne to wszystko. Czuję, że wracam na tarczy, i ranię w tym samym momencie, że wyżywam się na swojej własnej naiwności. Nie chciałbym jej teraz budzić, nie chcę, żeby o tym wiedziała, ale mogę o niej myśleć jedynie jak o substytucie namiętności prawdziwej, takiej namiętności po której nie boli mnie głowa, takiej po której nie muszę brać prysznica, a najlepiej takiej, po której mógłbym już umierać. Jeżeli sen to półśmierć, a samotność to ćwierćśmierć, to miłość musi być jej trzema czwartymi. 

      Odwróciłem się do drzwi, starłem rękawem wypisane w kredzie "M + B" i w lepszym nastroju zbiegłem po schodach. To była moja pamiątka na pożegnanie - "K" jak Kalipso, na przestrogę dla wszystkich chłopców szukających w tym życiu pociechy, choć to jedynie kropla w morzu, jedne z miliona drzwi Ogygii, gotowych do połknięcia każdego żeglarza błądzącego między Kazimierzem a Grzegórzkami, Krowodrzą a Łobzowem, między swoją ostatnią miłością z liceum a snem wiekuistym. Czy ja byłem w jakikolwiek sposób lepszy od tej niezaspokojonej męskiej masy? I tak, i nie.

      Zawahałem się jeszcze przez chwilę, po czym otworzyłem drzwi na ulicę. Poranek był paskudny (chociaż zazwyczaj takie poprzedzają najpiękniejsze dni), wiatr podrywał brudną, szarą mgłę ciskając mi ją, niezależnie od tego w którą stronę bym nie poszedł, prosto w twarz. Czułem jak powoli woda przesiąka moje włosy, które coraz to cięższe zaczęły przylegać mi do głowy. We wrześniu mógłbym uznać taki Kraków za czarowny, lecz teraz, w październiku, już absolutnie mi to zbrzydło. Jesień potrafi być urocza, niby najlepsza kochanka, a najlepsza kochanka to taka, po której aż miło jest wracać do żony, i ja także zachciałem już wracać do lata.

      Pierwsze kroki wbiły mnie w marynarkę. Z głową schowaną w kołnierzu zaplanowałem przeciąć na wskroś stare miasto, o tej godzinie nienaturalnie puste, kiedy już ci bawiący się najgorzej wrócili dawno do domów, a najszczęśliwsi skończyli na afterparty z Morfeuszem. Na ulicach, gdzieś pomiędzy nocą a dniem, pozostali tylko ludzie tak samo jak ja ambiwalentni, z tym samym dziwnym poczuciem solidarności nakładamy dla siebie prawdziwe śniadanie mistrzów - wyrzuty sumienia. Z jednej strony mogłem pozostać wczoraj w Itace, spędzić wieczór na rozwiązywaniu starych kolokwiów lub przy lepszej czy gorszej książce, zrobić sobie ładną kolację albo posprzątać pokój. Z drugiej, jeżeli już się w to wpakowałem, mogłem pozostać u niej do rana, dać się jej złapać za gębę kochanka, a może poopowiadać jej o "wolnych duchach" i "potrzebie rozłąki", powołując się przy tym na jakiegoś romantycznego poetę, po czym wyjść na pierwszy tramwaj do domu. Może i unikam aktualnie odpowiedzialności, ale zbrodnia już została dokonana, pytanie tylko, czy ona będzie jeszcze chciała do mnie wydzwaniać. Mógłbym ją zablokować, oczywiście, ale ona w żadnym stopniu na to nie zasłużyła, wolę nie uciekać od gilotyny, bowiem nie wierzę w istnienie zbrodni bez kary. Jeżeli nie zostanę ukarany, nie będę zbrodniarzem, zostanę po prostu “dupkiem”, albo “chujem”, co byłoby zdecydowanie gorsze. Zbrodniarzy się resocjalizuje, ale chujem pozostaje się do końca życia. 

       

      Spacer zawsze uważałem za rodzaj modlitwy, za sposób wprowadzania siebie w ten sam trans, który inni osiągają powtarzaniem zdrowasiek albo buczeniem w pozycjach jogi, w trans wybijany po kolei na betonie, prawa, lewa, prawa, lewa, prawa, lewa. Cały świat zamyka się w tych dwóch słowach, wszystko i wszyscy są ode mnie oddzieleni tylko pewną ilością lewych i prawych, ja jestem wszechświatem doświadczającym samego siebie, więc kroczę, i muszę kroczyć, lewa, prawa, lewa, prawa. 

      Pamiętam czasy lepsze, czasy zauroczeń, nowych doznań, czasy, kiedy ludzie sami wyciągali do mnie dłonie, ale to nie ma znaczenia, pomiędzy miłością a rozstaniem jest tylko x lewych i prawych.

      Uciekłem, skończyły się czasy Feaków, gościnności, zabawy, igrzysk, odpłynąłem na ostatnim statku, na tramwaju zwanym dorastaniem, z nosem spłaszczonym na szybie i jednorazowym biletem. Im dalej patrzyłem, tym bardziej mi się wydawało, że stoję, ale teraz, patrząc pod nogi, muszę uważać, aby nie stracić gruntu pod nogami, i cały czas próbuję za nim nadążyć - lewa, prawa, lewa, prawa, lewa, prawa.

      Kompletnie przemoczone włosy odgarnąłem z twarzy, wracając przez sekundę do klnięcia na krakowską pogodę, na brak kaptura, a przede wszystkim, na tę całą sytuację, na młode dziewczyny, na pożądanie, na bary na Kazimierzu, na szybki seks, oraz oczywiście - na samego siebie. Na mojej drodze krzyżowej mijałem kolejne stacje, pamiątki minionych wieczorów - bary, pasaże, uliczki, teraz wszystkie martwe, na tyle wiernie oddające obecny stan mojego ducha (ach! czy to nie pretensjonalne?), że potrzebowałem chwili aby uświadomić sobie, że już za jakiś czas one z powrotem będą tętnić życiem, wypełnią się paczkami studentów, lanym piwem, dymem papierosów, głosami mniej i bardziej zrozumiałymi, rozmowami o wszystkim i o niczym, flirtami i odrzuceniem, słowem - życiem. 

      Złowieszcze to memento mori. Nic nie płynie, tylko ja przemijam, konsekwentnie kończąc i zaczynając następne ulice, a krakowskie bary będą trwać wiecznie. Nigdy nie skończy się zabawa, choć dla mnie zabawy już nie ma, nigdy nie przestanie grać muzyka, chociaż ja już nie mogę jej słuchać. Nieustanne bicia perkusji, przechodząc mi przez tors, nadały mojemu sercu tempo, którego wiem, że nie będzie ono w stanie utrzymać. Następne wspomnienia zaczęły po kolei wypływać na wierzch, przykrywając sobą teraźniejszość, którą zamalowano jak na starych obrazach, aby na jej miejsce postawić coś o wiele piękniejszego.

       

      Teatr “Bagatela”. Jakieś pięć minut temu miałem tutaj dostać w mordę. Mówi się, że słowa pijanych to myśli trzeźwych, więc to tutaj można szukać wniosków na temat społeczeństwa, nie w książkach, książki to myśli pijanych, o tym co mówią trzeźwi. Ja doszedłem do wniosku, że ludzkość w zasadzie dzieli się na trzy grupy - na tych głupich, tych którzy chcą kogoś kochać oraz tych, którzy chcą dać komuś w pysk. W każdej chwili dnia te trzy grupy muszą mieszać się ze sobą, trwać pod wspólnym sztandarem pracy, aż wreszcie tutaj - pod afiszem “Umrzeć ze śmiechu” mogą one wreszcie odsłonić swoją prawdziwą twarz (bo co to jest za przyjemność walić w gębę). Kolejny mój powrót do Itaki, moja personalna odyseja, w której zawsze docieram do celu, a jednak nigdy nie kończę tam wracać, pokazuje tylko, że najmądrzej jest pewnie być jednym z tych głupich. Ciepła, lipcowa noc zostawia mi słodko-gorzki posmak na ustach, ten rodzaj nostalgii, który zaczyna się już w drodze powrotnej do domu, nostalgii tępej i niewymierzonej w żaden konkretny cel, rozchodzącej się stłumionym jękiem po całym ciele. Utknąłem za ostatnią kropką na końcowej, wpół zapisanej stronie rozdziału, tylko ja i biel pustej kartki oczekujący na to, aż wszechmogąca ręka przerzuci nas na następną stronę.

       

      Teatr “Bagatela”. Znowu, i znowu. Czytam ulicę Krupniczą jak najsłodszą wiadomość, rozkładam zdania na słówka, każde z nich po kolei przeżuwam, aż wypuści z siebie wszystkie cukry, po czym puste, pozbawione już sensu litery wypluwam na chodnik. W ten sposób dotarłem do momentu, gdzie “Krupnicza” nie znaczy już nic. Znaczyła pierwszy semestr studiów, znaczyła dziewczyny których imion nie będę tutaj wymieniać, znaczyła porażki i sukcesy, wschody i zachody, a więc dzisiaj nie może znaczyć już niczego.

       

      Minąłem studzienkę Badylaka. Już jakiś czas temu, ale wtedy musiałem przejść koło niej obojętnie. Idealne miejsce na jakąś cyniczną refleksję, może “Jego śmierć ma w sobie całą patetyczną bezpłodność męczeństwa, całą jego zmarnowaną piękność.”? Kto to powiedział? Nie pamiętam, nie żeby to miało znaczenie. Może sam pokuszę się kiedyś o podobny koniec, ale na pewno nie dziś, nie da się pięknie cierpieć w tej obrzydłej mżawce. Każdy jeden płomyk, który miałby zapewnić mi oczyszczenie, zdusiłyby kolejne warstwy tej brudnej, zimnej wody, każda kropelka po odparowaniu zostawiałaby mi szumowiny na skórze. Okropne. Echo moich kroków wracało do mnie zdwojone ze zdobionych fasad kamienic. Miałem ochotę gwizdać, ale popękane wargi mogły jedynie ranić siebie nawzajem fragmentami suchej, stwardniałej skóry. Z zażenowaniem schowałem mój “dziubek”, aby minąć jakąś postać na ulicy. Zarys kurtki z futrem okazał się być kobietą w średnim wieku. Spojrzała na mnie tym samym wzrokiem pełnym zniecierpliwienia, którym patrzy się na ludzika oznaczającego czerwone światło na pasach. Ludzie w tym mieście nie potrafią się do siebie uśmiechać. 

       

      Ulica Czysta. Faktycznie, o tej godzinie prosi się o żartobliwy komentarz. Mogę teraz poświęcić chwilę na sporządkowanie myśli zeszłego wieczoru, przede wszystkim na otworzenie się przed wami. Nie mogę ciągle kryć się za wodospadem błahych refleksji, z pozoru wszystkich “głębokich”, ale w praktyce służących jedynie do przyćmienia mojego ego, rozmycia konturów pomiędzy mną a tłem, nawet jeżeli ma to być tło tak piękne, jak stare miasto w Krakowie. Od początku - nazywam się K., urodziłem się wczoraj po dziewiętnastej, i za około 20 minut zamierzam umrzeć. Oczywiście na potrzeby tej historii. Nie oznacza to bynajmniej, że aż tak się zamierzam dla was poświęcić, po prostu jedynie w tych ramach czasowych istniałem jako “K”, myślałem i chodziłem jako “K”, z “K” powstałem i w “K” się obrócę. Wierzę, że wszechrzecz jest miarą człowieka. Przejdźmy do głównego problemu - do niej. Podoba mi się ta zagrywka, odwoływanie się do niej w ramach opowieści jako po prostu ona. W języku polskim nie postawię the przed jej rzeczownikiem, a więc muszę dla niej poświęcić wszystkie inne kobiety w moich zdaniach (nawet jeżeli ma to być nawet “ta” kostka brukowa). Nie będę strasznie przedłużać, nazwać rzecz po imieniu to jest zniszczyć trzy czwarte uroku poetyckiego, nieprawda?. Jakoś tak. Brunetka, okulary lennonki, czarny sweter, trochę piegów (generyczny opis? może. generyczny romans.). Uśmiechała się tylko dolną wargą, i chyba tym uśmiechem zabrała mnie do siebie. 

      Nigdy nie uważałem się za typ romantyka. Znaczy, nigdy nie uważałem się za typ osoby mogący romantyka udawać. Flirt wychodził mi żałośnie, a zainteresowanie, nieważne jak szczere, miało w sobie coś z teatralnej przesady. Mówiąc krótko, nie byłem nigdy psem na baby. Nie będę więc zmyślał - nie mam pojęcia jak udało mi się znaleźć w tej sytuacji. Zawsze z tego powodu unikałem alkoholu, odczuwałem, że zmieniając swoją osobowość tracę część swojego jestestwa, że to nie ja staję się bardziej wygadany i pewny siebie, ale że oddaję kontroler starszemu bratu, który musi pomagać mi przejść za trudne dla mnie poziomy, że w jakiś quasi-fetyszystyczny sposób przyglądam się zabawie innego faceta, tym bardziej bolesnej do oglądania, ponieważ zdaję sobie sprawę jak niewiele mnie od niego dzieli, jak trywialne powinno być dla mnie wyjście “do ludzi”. Co mnie skłoniło do tego, żeby dzisiaj się zwrócić do starszego brata o pomoc? Nie wiem. Znowu nie wiem, paskudna narracja. No cóż, człowiek jako jedyny szuka we wszystkim logiki, i jedyny się jej wymyka. Księżyc nie kaprysi na ciągłe zmiany, a Wisła nie upija się na Kazimierzu. Możemy się bawić w psychoanalizę (może i ona nawet ma coś z mojej matki?), ale wydaje mi się to bezsensowne, uznajmy więc, że napiłem się dlatego, bo tak musiało się stać, gdybym tego nie zrobił, to leżałbym teraz w łóżku, a więc musiałem się napić żeby móc tutaj być, tyle wystarczy. Niektóre rzeczy nie wydarzają się z przyczyny, pchają one jedynie akcję do przodu, są wypadkowymi tego co było przed nimi, i tego co spowodują. Wszechświat generalnie dąży do entropii, a nam strasznie ciężko to zaakceptować, wysyłamy sondy za pas Kuipera, desperacko krzyczymy w eter Ordnung muss sein!, a wszechświat ciągle zostawia nas na wyświetlonym.

      Mógłbym próbować odegrać teraz parę z tych rozmów, które musiały się między nami odbyć, ale boję się, że postawię siebie w zbyt pozytywnym świetle. Nie będę układał dialogów dla ciekawszej, zabawniejszej, śmielszej wersji mnie, to byłoby po prostu fantazjowanie, jak przeżywanie idealnych form odbytych już rozmów przed pójściem spać, odgrywanie ich w idealny sposób, gdzie nie dość, że jestem subtelnie flirtowny, sugestywny i zabawny, to jeszcze dostaję zawsze dokładnie taką odpowiedź o jaką proszę. Nie mogę się zdecydować czy takie marzenie jest żałosne, czy jest to coś, czego powinienem się wstydzić, w końcu każdy tak przecież robi, w momencie gdy zaczyna się postrzegać interakcje międzyludzkie jak przestrzeń do odnoszenia “porażek” i “sukcesów”, to naturalne, że człowiekiem zaczyna kierować ambicja, że chce się tylko “wygrywać”. Jak na społeczną istotę, człowiek potrzebuje nabyć całkiem sporo umiejętności, które mogłyby się wydawać wrodzone. Ja, na przykład, ostatnio próbowałem nauczyć się cierpieć. Już brzmi okropnie, co? Cierpienie paradoksalnie nie jestem naturalnym stanem człowieka, może bywało kiedyś, przed pierwszymi eposami, w czasach gdzie nic jeszcze nie było symbolem, a cierpieć można było jedynie “na prawdę”. Lecz dzisiaj? Ból wrzuca człowieka w szufladkę “cierpiącego”, ramy w których trzeba niezręcznie wyginać i kurczyć nogi, schylać się i garbić, gdzie nie można już zrobić niczego, aby to nie było pretensjonalne. Cierpienie jest w domyśle infantylne, i choć artyści trąbią nam o tragizmie na prawo i lewo, nigdy nie malują oni cierpiących, malują cierpienie samo w sobie, a człowiek powinien być w tym systemie jedynie kukłą, wycenianą na podstawie tego, jak autentyczne potrafią być jej ruchy. I ja też się na tym łapię, rzucam frazy pensjonarskie i szalenie dziecinne, aż zaczynam się zastanawiać, czy nie taki jest sens wyrażania siebie. Oczywiście, jeżeli zależy nam na artyzmie, należałoby postawić na dojrzałość, ale autentyczność? Autentyczność jest prosta i infantylna, nie boi się chodzić utartymi ścieżkami, bo autentyczność nie jest romantyczna, jest światopoglądowo neutralna i nie należy do nikogo z nas, nie boi się cytować Balzaka, harlekinów, albo tekstów Beatlesów, jest duchem epoki w skali wszechświata, zeitgeistem łączącym całą cywilizację trwającą jedynie błysk w zwartą, jednolitą masę. Prawdziwe uczucia to cztery grunge’owe akordy, kartki z tyłu zeszytu, i co po niektórzy artyści o tym wiedzą, starają się to fałszywie odegrać, ale poza autentycznie cierpiącego nie jest niczym ponad kolejną pozą. Jeżeli ukochany napiszę ci sonet, to znaczy, że cię kocha, jeżeli napisze ci sto sonetów, to znaczy, że kocha sonety.

       

      Warkot przejeżdżającego samochodu wyrywa mnie z powrotem na aleję Mickiewicza. Stanąłem posłusznie przed przejściem, rzucając spoufalające spojrzenie czerwonemu ludzikowi po drugiej strony ulicy, takie, którym można obdarzyć publicznie skompromitowaną, powszechnie nielubianą osobę, aby pokazać, że tak naprawdę nie żywisz do niej żadnych złych uczuć, ale jesteś tylko częścią tłumu.

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...