Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

1

Mam nową manię.
Namiętnie gram w tenisa. Nawet w tej chwili pakuję gościowi piłkę w lewy narożnik stołu. Jest czterech przeciwników, każdy kolejny lepiej gra, ten, z którym teraz walczę jest drugi. Raz dałem mu radę, ale przyszło mi to z wielkim trudem. Każdy grający ma swoją publiczność, po trzech z kwadratowymi głowami, jak zdobędziesz punkt oni klaszczą wznosząc kanciaste ręce do góry. W każdym kolejnym meczu jestem kimś innym, raz bywam Tybetańczykiem grającym z żółtym małym komunistycznym Chińczykiem, innym razem Czeczeńcem rozgrywającym szybkie piłki z ruskim ubekiem. Jak mi się już skończą pomysły przeistaczam się w katolickiego Polaka, co rozgrywa decydujący bój z niemieckim satanistą. Technika jest prosta, czwórką i siódemką poruszasz się w lewo lub prawo, gwiazdką odbijasz piłeczkę, a jak chcesz podkręcić to po odbiciu naciskasz 4 lub 7. Raz próbowałem zagrać z najlepszym, ale już po minucie było 21 do 0 dla najlepszego. Dlatego muszę dużo trenować, bo on to całe zło na świecie, a ja chcę z nim walczyć i wygrać. Obiecuję wam jak wygram z czwartym, będzie zajebiście fajnie, będą wysokie renty, nie będziemy już umierać i wszyscy będą się kochać. Dlatego musicie trzymać za mnie kciuki, a ja zamierzam trenować z determinacją i wiarą. O Szamanie znów przegrałem! Szlag by to jasny i gwieździsty! Pi pi ri pi - grają muzyczkę mojej klęski. Z opuszczoną głową kończę rozgrywki.
Czas na kawę, papierosa i kontemplację, nazywam to trzy w jednym. Regeneracja plus metafizyka plus zdystansowanie. W tym celu trzeba przejść długim świetlistym korytarzem w stronę mrocznego pokoju sióstr. Po drodze spotkać można wielu ciekawych ludzi, a każdy z nich ma własną wersję tego świata. No, bo to, że ten świat nie istnieje chyba już wiecie? Wpadliście na to?
Z lewej z prędkością światła mija mnie Zbych, twarz pomarszczona, oczy rozbiegane w szaleńczej pogoni za papierosem. Koordynacja ruchowa szwankuje koledze, ponoć od dziecka, ale przywykł, pogodził się i teraz najczęściej mawia: spoko.
- Maks masz jakiegoś spoko papierosa dla mnie, mentolka jakiegoś znajdziesz, dasz kumplowi w potrzebie, ludzie powinni być bardziej spoko, pomagać sobie, wspierać się, częstować fajkami jak potrzeba. Maksiu nie bądź małym brzydkim chłopcem, daj fajeczkę?
Patrzy na mnie tym swoim wzrokiem, nie do przejścia. Dosłownie widzę samego siebie w wybałuszonych szkliwach jego aparatu do patrzenia. On już prawie płacze. Decyzja...
- Spoko Z. Masz, walnij sobie w płucko - wyciągam smukłego mentolowego Cristala z białym jak śnieg ustnikiem i daję Z. Niech ma coś spoko z życia.
Na mnie już czas, pędzę dalej.
Cel jest jasny. Strzelisty czajnik elektryczny, ciemno brązowy preparat, szklanka i cukier. W pokoju siostra Weronika z domu Nowicka ogląda M jak miłość, kobieta, dom, słońce, wesoła gromadka dzieci. Jej łzy rozpryskują się o biały kitel. Czerwone paznokcie wbijają się w podniszczone oparcie fotela. Cała jest w obrazie, dialogu, dźwięku, dokumentnie wpompowana w filmidło. Seriale o życiu, sadystyczna ironia losu. Chrzanić to. Wciskam ON, czekam, bulgocze, zalewam i jest. Ten aromat, wzniesiona para układa wzory faliste, bo Sebę piję wciąż...
Co u Ciebie Rysiu? Dobrze? To fajnie.
Najgorsza część ceremonii, trzeba to zanieść do świetlicy. Z mroku w światło, z światła w skondensowany czyściec pokoju uciech minimalnych.
Udało się pełen sukces nie wylałem żadnej kropli, jest mój stolik, moje krzesło, mój widok z okna. Nadciągnęła jesień, obsypała kawałek kulki papierowymi kartkami z pozdrowieniami od Pana B. Deszcz, wiatr i inne żywioły rozgościły się na pustych ulicach. I szybciej gaszą światło. Och! Jak wspaniale usiąść, wygasić te palące problemy wyimaginowanej reality i spocząć spokojnie w wygodnym krześle, popijając czarną parzoną po krajowemu przypalając dobrą fajeczkę. Relaksik, tutaj naprawdę nie ma ciśnień. Za oknem bez zmian, żadnych sensacji, wojen, Sodomy, klęski, niekontrolowanej apokalipsy. Czasem przykleją się jakieś nędzne problemiska, dociekiwania, przypomnienia, złowieszcze zapowiedzi upadku. To tylko slajdy, przeglądam je spokojnie, bez emocji, z małym uśmiechem pobłażliwości. Wracam do chwili, do jej potęgi, ogromu i nieskończoności. Gorący moment rozpuszcza śniegowe Było, czy Będzie. Teatralne rekwizyty i spektakularne oszustwa, zapadają się w siebie cicho i beznamiętnie. Stepowe wilki na małej smyczy. Łyk, sztach, myśl, trzy elementy. Oddech, uderzenie serca...jestem. Sedno sprawy, jestem? Jestem? Czy nie? Ktoś mnie widzi, ja widzę kogoś, rozmawiamy, ale mam wrażenie, że udajemy, wszystko udajemy, od początku do końca. Puść to! Puszczam, a i tak wraca. Tylko udaje, że odchodzi. Dajmy spokój dywagacjom.
Spójrzmy na Marka.

2

Siedzi rozkołysany, ni to płacze ni to uśmiecha się. Coś tam mamrocze do siebie pod nosem. Tak już ma. Nie wiem dokładnie, od kiedy. Jak go przywieźli był maksymalnie wkurwiony. Kolosalnie. Klął, na czym świat stoi. Leży, dogorywa. Miał swój plan, a oni go obrócili w niwecz, sprowadzili do jakieś wyssanej z palca teorii braku zdrowia psychicznego. Marek uważa, że to był najbardziej jawny ze spisków i tym samym potwierdzili to, co od dawna wiedział. A mianowicie Marko odkrył prawdę. Często mi powtarzał, że jak przypadkiem odkryję, o co chodzi, to żebym pod żadnym pozorem nikomu o tym nie mówił. Bo przeprowadzą interwencję i skończy się źle. Niczego nie odkryłem, a i tak jestem tu gdzie Marek, zatem jego teoria trochę zawodzi. Ale on mówi, że już mnie wyprali i nawet nie pamiętam, dlaczego tu jestem, podawali mi radioaktywne tabletki powlekane amnestyczną wydzieliną z gruczołów iluzorycznych i przeprawili w słodki świat niewiedzy. No może, sam nie wiem. Trzeba go zapytać.
- Co tam Maruś tak siedzisz i patrzysz sobie na ten za okienny prowincjonalny światek? - widzę jak mu drga gruba fioletowa warga i pulsuje cała lewa strona twarzy. Jest jakiś taki zapadnięty w sobie, wyobcowany, nieufny. Rozgoryczony porażką.
- To gówno Maks, cholerna pantomima, oszustwo gorsze od wszystkiego, zobacz te ptaki, co one mają zrobić? Mają jakiś kurewski wybór tego, co ich spotyka? Z nami jest tak samo, kto to kurwa wymyślił i po co? Po co Maks? - mówi do mnie, chaotycznie podpalając papierosa marki Level, podsinionymi gałami wbijając się w moją od dawna nie goloną twarz, zakrzepniętą umowną maskę.
- No wiesz, muszę pomyśleć, noo...niby Bóg, tak powiadają, że w sześć dni to wygenerował i już tak zostało, zamontował Adasia i Ewkę, diabeł się pojawił, jabłko, drzewo rozpoznania i bęc - cierpienie, śmierć, ten szpital. I tak się bujamy i czekamy na powrót króla, sąd i wtedy albo tu albo tam, góra dół, dół góra. To w sumie nie moja sprawa, co oni wymyślili, nie wiem czy to prawda, musiałbym zapytać wielkiego Generatora.
Marko się zamyślił, odpłynął i po chwili mówi:
- Chuj, dupa, bzdura, zasrane pączki w maśle, kabaret nakręcili i wyeksponowali dla mas, rozumiesz? Nie? Pismo, słowo na początku, ludzie księgi, nie? Jaki chuj ich podkusił, żeby sprzedać taką ściemę, żeby wmówić nam, że to słowo Boga, a skąd oni to wzięli, że Bóg gada słowami i to do nas gada? A nie na przykład do kosmitów, albo krasnoludów. A piekło stary to już najlepsze, gwóźdź programu, strzał w dziesiątkę. Oni tylko chcieli kontroli, porządku, uczynili z siebie uprzywilejowaną kastę kapłanów, zasmarkali nas tymi kaszalotami, że to niby Bóg albo bóg księgę im objawił. To, co do kurwy nędzy? Zabawę sobie wymyślił? Sadysta jakiś? Ja pierdolę - łapczywie rzecze Marko, wciągając dużego sztacha dymu w rozdygotane wnętrzności, jednocześnie wychylając sporego hausta zielonej herbaty. Poprawia przerzedzone kępki włosów i z uporem maniaka zakleszcza pole widzenia do mocnego spojrzenia na rozkołysane za oknem drzewo. Niemalże widać szaleńczy chaos jego myśli, jak uderzają z całą mocą o ścianki podrapanej czaszki. Wznosi palec do góry i rzecze:
- Bóg nie istnieje Maks, nie ma, to wymysł, jesteśmy tylko tymi marnymi ciałami, które nie mogą uwierzyć w to, że są skazane na unicestwienie i nikt i nic im nie pomoże, żaden zasraniutki święty z Lotaryngii. Dlatego postanowiłem im opowiedzieć o tym fakcie, podczas ich śmiesznej pseudo duchowej ceremonii, zdzieliłem w pysk tego czarnego wiarołomcę i tłumaczę im jak krowie na granicy, żeby się obudzili, przestali już bawić się w ten zabobonny teatrzyk, żeby zaczęli patrzeć na fakty a nie na upośledzone dogmatyczne wygibasy. Kurwa Maks, ale się zrobił cyrk, najpierw stali jak wryci, a później lawina poszła, przez chwilę czułem ból a później ekstazę prawdy, Maksiu ja jestem pewny, że prawda sama w sobie wyzwala. Doświadczyłem tego z całą jebaną mocą, wzniosło mnie do gwiazd. Wysoko Maksiu, bardzo wysoko. Wtedy ten zakłamany szarlatan powiedział do wiernych, by mi odpuścili gniew swój, że Jezus też wybaczył grzesznikowi, gdyż nie wiedział, co czyni. A ja Maksiu wiedziałem, dobrze wiedziałem, co robię i dlaczego, bo ja już nie wytrzymywałem tego kłamstwa. Kłamstwo ma króciutkie nogi i wypierdoli się o pierwszy lepszy dowód swej głupoty. Kapłani spłoną jak cienkie zapałki. Zobaczyli we mnie szaleńca i zamknęli, bo się boją. Boją się prawdy Maksiu.

Skończył.
3

Opadł jak kukła po stosunku seksualnym ze swym intelektem. Oddycha nierównomiernie, oszalałe spazmy wyjawienia tajemnicy tarmoszą go z boku na bok. Jest małą żaglówką na oceanie rozpaczy, nieopisanym triumfem światła nad ciemnością. To on Marek stoczył walkę z hordami zakłamanych armii, które jednak wbiły go na pal, wywróciły na lewą stronę, uczyniły niewiarygodnym. Jednak znalazł wrażliwe na prawdę ucho, w które wtoczył swe niezmordowane dowody prawdy, jedynej, ostatecznej i nieodwołalnej. W moje ucho. Tylko, co ja mam z tym fantem zrobić, ordynować dalej, schować, poddać w wątpliwość. Mam wrażenie, że Marko z rozpędu wyważył otwarte drzwi, wymyślił dobrze znany poemat, objawił jedną z miliona gówno wartych prawd. Pytanie...

No dobra, ale co dalej?

- Jak to kurwa, co dalej? - jego drobna twarz szaleńca wypełniła się gniewem po kanciaste brzegi. Zdawał się być rozpiętym w przestrzeni hologramem, odbiciem wykreowanym dla potrzeby chwili. Aktorem stworzonym tylko po to, aby wypowiedzieć tą właśnie kwestię.
- No załóżmy, że masz rację, nie ma Boga, wszystko to spisek, ty dodarłeś do prawdy i co? Co to za prawda, która uczyniła z ciebie roztrzęsioną galaretę, wygina ci umęczony umysł, stawia na przegranej pozycji? Po co to, komu? Gdyby nie było kłamstwa nie odkryłbyś prawdy, zatem czym jest kłamstwo? Idąc dalej, bez oszustwa nie było by docierania do prawdy i jej samej. Co tu stanowi istotę sprawy?
Marko, gwałtownie porusza głową, dyndającą niedbale na cienkiej szyi, fizjonomia nabiera rumieńców skupienia, kreują się kontrargumenty. Uwaga! Start...
- Pierdolisz coś Maksiu, za dużo myślisz, albo kombinujesz chcąc obronić stary porządek, ty też boisz się potęgi nagiego aksjomatu, jego oczyszczającej właściwości, co dalej...dalej...gówno dalej, nie ma dalej, nigdy nie było, twoje dalej, to tylko nie mów więcej Marku, bo się boję tego chaosu. Proste. Odwracasz bieg rzeki, musisz walczyć samemu, nadać temu własny sens, bez pomocy, tajemnych sztuczek, odgrzewanych definicji. Pierwotny punkt i pytanie, czym ty właściwie jesteś i po co? A doszedłem do miejsca, gdzie takie pytania nie mają już sensu, prawa bytu, uzasadnienia. To tylko nasza gra wymyślona by się czymś zająć, oszukać. Nie szukaj kapłanów, wejdź w siebie w swoją prawdziwą kondycję i rozejrzyj się wokoło. Ja też tu jestem. I jak się czujesz?
- Skoro tak, to jest w dechę, fajnie tu u ciebie Marko, przytulnie, tylko z lekka niedorzecznie.

W jednym momencie wszystko jakby się zatrzymało, zgęstniało, wzmocniło kontrast i moc. To musi wybuchnąć. Czekam...10,9,8,7,6,5,4,3,2...1 i...

- Ale ty jesteś kurwa głupi Maks, normalnie chuj mnie strzela gołą ręką, tłumaczę, wyjaśniam, perswaduję z anielską cierpliwością a ty kurwa nic, zero. Po japońsku napierdalam do ciebie czy co? Ty znać polski język? Ty wiedzieć, że ja ci tłumaczyć ważne sprawy, najważniejsze w dupę, kurwa jego mać. A ty mi tu z lipą wyskakujesz, jesteś ignorantem, zgubioną owieczką szukającą pasterza, małym dzieckiem na kolanach wuja pedofila. Wake up Maks!

Wake up!

- Panowie czas na leki! - jak echo powtarzał nieznajomy głos, dochodzący z czeluści kłamstwa.




Tymoteusz Paradyz
04-11-12 16:56

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Kilka dni temu (11.02.2026) odeszła Dominika Żukowska. Zmarła w wieku zaledwie 41 lat. W duecie z Andrzejem Koryckim wykonywała poezję śpiewaną, piosenki turystyczne i żeglarskie. Byłam na koncercie Dominiki i Andrzeja dwa lata temu.  I ciężko mi uwierzyć w to, co się stało. Nie przyjmuję tej informacji. Ciągle słyszę w głowie Jej głos, melodie piosenek...  Za szybko, zdecydowanie za szybko łódka po Nią popłynęła.... :((((((    
    • @Migrena  Dobry wiersz. Pozdrawiam.    
    • @KOBIETA  Wieża Eiffela to matematyczna ekspresja miłości, wygrywa siłą ducha, toczy się pomiędzy kochankami, jak błyskawica. Pozdrawiam serdecznie :)
    • Tam gdzie milczące aniołów posągi, Obejmują spojrzeniem swym dumnym, Rozległe panoramy miast średniowiecznych, Spoglądając wymownie ku horyzontowi,   Tam gdzie przecudne aniołów twarze, Wykute w drewnie, piaskowcu, marmurze, Niekiedy szczerym złotem pokryte, Niekiedy miejscami nadkruszone…   Nad krajami Grupy Wyszehradzkiej, Niosą się niesłyszalne szepty anielskie, Rozbudzając nasze uśpione emocje, Czule dotykając naszych serc,   A każdy taki anielski szept, Dla wielowiekowych tradycji jest hołdem, Przez niezliczone hufce niebiańskie, Z nabożnością złożonym ufnie…   Gdy w samym sercu Europy, Ludzie z dziada pradziada pobożni, pracowici, Składając wieczorami ręce do modlitwy, Ofiarowują Bogu ufnie trudy codziennych dni   W czterech krajów zacisznych zakątkach, Gdzie z każdego kąta spogląda historia, Da się posłyszeć i szept anioła, Mówiący o tym co zatarł czas.   W sercu Europy cztery dumne narody, Wierne pozostając swych ojców tradycji, Dla świata całego przykładem są wymownym, Szacunku do ojczystych korzeni,   Polacy, Czesi, Słowacy i Węgrzy, Dumni, szlachetni, niezłomni, Przez dziesięciolecia sowietyzacji się oparli, Przykładem dziś będąc dla całej ludzkości…   Dziś gdy w mroku globalnego bezprawia, Tli się Grupy Wyszehradzkiej idea, Niczym z jednego złoconego świecznika Czterech świec płomieni jasny blask,   Niegasnącemu zacieśnianiu więzi, Pomiędzy czterema bliskimi sobie narodami, W cieniu wielowiekowej pobożności, Z niebios błogosławią dziś anioły…   I od piaszczystych plaż Pomorza, Poprzez tonące w chmurach szczyty Tatr, Przez zabytkowe rynki czeskich miast, Po urokliwe kawiarnie w budapesztańskich zaułkach,   W każdym z krajów Grupy Wyszehradzkiej, Pośród zwyczajnej codzienności szarej, Szepty anielskie da się posłyszeć, Wlewające w serca otuchę…   Gdy w starych drewnianych kościołach Podlasia, Przesuwają rozmodlone staruszki paciorki różańca, Wyszeptując cicho modlitw swych słowa, Wypraszając swym rodzinom obfitych łask,   Bacznie przysłuchujące im się anioły, Gdy mrok ziemię otuli, Zanoszą je wszystkie przed tron Boży, By wysłuchania i spełnienia doczekały…   Gdy pośród licznych mazowieckich wiosek, Gdzie od lat wciąż niezmiennie Przeszłość z przyszłością nierozerwalnie splecione, Wyznaczają kolejnych dni bieg,   Stare pobożne gospodynie, Swych prababek zwyczajem, Starannie naostrzonym nożem, Czynią znak Krzyża na chlebie,   Także identyczny Krzyża znak, W blasku jasnego poranka, Kreśli niewidzialna dłoń anioła, Błogosławiąc wierne Bogu domostwa,   By codzienny prosty posiłek, Okraszony anielskim błogosławieństwem, Smakował niczym dania najwyszukańsze, Na niejednym królewskim dworze…   Gdy o poranku krakowskie kwiaciarki, Zaplatając kolejne bukietów wiązanki, Wymieniają między sobą uprzejmości, Często przyodziane w ciepłe uśmiechy,   Pośród trzepotu gołębich skrzydeł, Gdy w skupieniu wsłuchamy się w ciszę, Da się czasem słyszeć anielski śmiech, Strun naszej wrażliwości dotykający czule.   A gdy z wieży gotyckiego Kościoła, Pośród gwaru Starego Miasta, Ku wszystkim czterem stronom świata, Hejnału Mariackiego niesie się melodia,   Czasem i podniebne anioły, Pod nieboskłonem skrzydła rozpostarłszy, W skupieniu wsłuchają się w jej dźwięki, Skrycie roniąc niewidzialne swe łzy…   Gdy w skupieniu prascy zegarmistrzowie, Z pieczołowitością reperują zegary stare, Od lat niezmiennie całe swe serce, Wkładając z czcią w codzienną pracę,   Niekiedy niewidzialne anioły, Uważnie przypatrując się ich pracy, Zamyślone oddają się refleksji, Nad dziejami całej ludzkości.   Gdy czasem stary siwowłosy Czech, Przytykając do ust złocistego piwa kufel Z rozrzewnieniem rozmarzy się tęsknie, Wspominając lata swe młode,   Niekiedy niewidzialny anioł, Kładąc na ramieniu jego swą dłoń, Poruszony jego tęsknotą, Zanuci mu do ucha pieśń swą anielską…   Gdy w cieniu słowackich Tatr, Na wiejskich zacisznych plebaniach, Przy drewnianych kościołach i cerkwiach, Gdzie dawno temu zatrzymał się czas,   Oddani Bogu słowaccy księża, Biorąc wieczorami do ręki brewiarz, Z nabożnością czyniąc znak Krzyża, Składając wieczorami ręce do pacierza,   O pomyślność narodu słowackiego, Przodków swych powierzone im dziedzictwo, W ciszy i w skupieniu się modlą, Okraszając swe modlitwy niejedną łzą,   Zasłuchane w nie za oknami anioły, Gorące z oczu ich łzy, Nanizują na złote swe nici, Niczym kryształowych różańców paciorki,   By na szczycie Krywania, Gdy rozproszy mroki nocy świtu blask, Przed obliczem samego Boga, Ofiarować Mu je niczym najwyszukańszy dar…   Gdy wraz z złotego słońca wschodem, Starzy słowaccy górale, Wypasając bladym świtem liczne stada owiec, Snują gawędy swe barwne,   Niekiedy anioł świetlisty, Choć ludzkim okiem niewidzialny, Na porośniętym mchem głazie polnym, Przysiądzie w zadumie w nie zasłuchany…   Gdy węgierscy uliczni muzycy, Przytykając do ust złote saksofony, Delikatnymi ruchami dłoni, Najcudowniejsze wyczarowują z nich dźwięki,   Niekiedy zasłuchane w nie anioły, Przystanąwszy na rogach ulic, Pięknem ich poruszone do głębi Niebiańskie do nich nucą swe piosnki.   Gdy dostojne węgierskie damy, Gotyckich katedr przekraczają progi, By do mosiężnych skarbon kościelnych Z oddaniem wrzucić hojne swe datki,   Czasem wsłuchując się w siebie, Przed bogato zdobionym ołtarzem, Posłyszą jakby anioła szept, Chwalący dobre ich serce…   Wypraszajcie anioły niebiańskie, Łask obfitych narodom Grupy Wyszehradzkiej, By zawsze odznaczały się odwagą i męstwem, Do wielowiekowych tradycji przywiązaniem,   By wielowiekowe pradziadów dziedzictwo, Cenniejszym im było niż całego świata złoto, Zawsze więcej dla nich znaczyło, Niż złudna pogoń za nowoczesnością,   By w godzinie próby nieubłaganej, Gdy wicher historii zawieje, Zakulisowym knowaniom nie dali się zwieść, Dumni Polak, Czech, Słowak i Węgier.   By w milionów ludzi sercach, Ten sam płonął nieugaszony żar Co na dawnych bitew polach, Co w narodowowyzwoleńczych powstaniach,   By na współczesności bezdrożach Także i dziś drogowskazem im była Prastara odwieczna ta prawda, Niegdyś na kartach kronik spisana,   Iż poszanowaniem historii i ducha niezłomnością, Wierne Bogu narody wciąż trwają, Gdy inne stopniowo wymierając, Z biegiem wieków obracają się w proch,   By Polacy, Czesi, Słowacy i Węgrzy, Zawsze honorowi, lojalni i solidarni, Jak bracia pozostali sobie wierni, Co w jednym domu byli wychowani…   Wiersz opublikowany w dniu 15 lutego w międzynarodowy dzień Grupy Wyszehradzkiej.     Idea zacieśniania więzi pomiędzy narodami Grupy Wyszehradzkiej zawsze zajmowała szczególnie ważne miejsce w moim światopoglądzie… Z czasem jednak zacząłem zastanawiać się czy nie byłoby dobrym pomysłem spróbować włożyć w tę ideę pierwiastek duchowy...  I tak narodził się pomysł tego wiersza...       Wiersz ten jest próbą włożenia pierwiastka duchowego (motywu opiekuńczego anioła) w ideę zacieśniania więzi pomiędzy narodami Grupy Wyszehradzkiej.      

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

        Anioł Stróż autorstwa Romana Stańczaka w Parku Rzeźby na Bródnie w Warszawie.     Anioł na kandelabrze przed frontem audytorium muzycznego Rudolfinum w Pradze.     Rzeźba św. Michała Archanioła w niszy barokowego mostu przy Bramie Michała Archanioła w Bratysławie.     Posąg Archanioła Gabriela na Placu Bohaterów w Budapeszcie.
    • @Berenika97 Dziękuję Ci z całego serca!...  Pozdrawiam Najserdeczniej!!!
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...