Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

wydawało ci się
że umiesz czekać
im coś większe
tym bardziej cierpliwie
jak leniwe słowo
w błotnistej brei wiecznego przedwiośnia
gdy się syci zamiarem rzeczy
a gubi przyczynę

przystanek busów
ledwie wyczuwalna wioskowa tętnica
smród spalin
szkło pod nogami
ręka opadająca w pożegnaniu
i zapach psiej sierści
dzielony na pół

Opublikowano

Już sam tytuł uruchamia moją wyobraźnię.
Czym może być przydrożność?
Czekaniem? Tak, bo czekanie jest statyczne, albo, jak Pan woli, leniwe.
Lecz przydrożność to nie tylko bezruch; to równowaga, czyli stan, w którym zmiany są tak powolne,
że nie można ich zauważyć, zwłaszcza z drogi.
Trzeba przystanąć, by poczuć zapach psiej sierści,
dzielony na pół.


Brawo!

Opublikowano

Zazdroszczę zręcznego komentarza Markowi;-)! Podpisałabym sie, gdyby wypadało;-)


Wiersz bardzo dobry. Tak patrzy się na beznadzieję utaplaną w szarzyźnie. Gdzie nie wiadomo już, czy to "coś" dopiero się zaczyna, czy już zaraz koniec. Czekanie staje się absurdem.
W wierszu jest więcej...popsuję gadaniem.

Pozdrowienia. E.

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Przydrożność, to przystanięcie, które zmienia się w wrastanie. Nie mam pojęcia, czy peel ją kocha, czy nienawidzi, zapewne to stan emocjonalnej, rozkrocznej równowagi :)

Dla przydrożności nie ma chyba znaczenia, czy peel ją kocha, czy nienawidzi, skoro uczucia nieprzyjazne oznaczają tak samo przywiązanie uczuciowe, jak i uczucia tkliwe.

Masz rację, one są jak emocjonalne nogi, na których stoi nasza, no wiesz...
:)
  • 3 miesiące temu...
  • 1 miesiąc temu...

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    •   Klaustrofobia podziemi rosła, im bardziej puste okazywały się kolejne pomieszczenia, nagie i ascetyczne w swoich małych pokutach. Brakowało jednego przejścia, aby cały poziom tworzył jeden spójny cykl, krąg piekieł, albo aureolę na głowie kościoła przemysłu. 

        Zderzony z ostatnią ścianą, Karol odwrócił się, żeby spojrzeć na ślady butów wybite w zalegającym prochu. Nie martwiąc się o pobrudzone spodnie, usiadł na ziemi i, aby nie musieć zamykać oczu, wyłączył latarkę. Rozczarowanie. Nienasycenie. Karol był zawiedziony - nawet nie fabryką, lecz samym sobą. Ciemność trzymała go w serdecznym uścisku, ale nadal dało się wyczuć drżenia przestrzeni z każdym przejeżdżającym samochodem, a spomiędzy zawieszonej pleśni przebijał się zapach płynu do prania. Może właśnie o to chodziło? Centrum zniewolenia jesteśmy my sami, próbujemy uciekać w egzotyczne kraje lub kariery, a mimo tego i tak nie możemy nigdzie znaleźć miejsca brutalnie prawdziwego, brudnego absolutu istnienia. Człowieka chowa się czystego, a dopiero jego zadaniem jest samogwałt - wyrwanie ze swoich trzewi czegoś, czym faktycznie można by powiedzieć, że się jest (bo przecież chyba nie ,,piątoklasistą”?). Mały chłopczyk zastanowił się nad zdjęciem z siebie wszystkich ubrań (o zgrozo - ubrań ,,do szkoły”), nad pozbyciem się fetoru higieny. Nie, to nie to, to byłoby głupie - myśli chłopaka wróciły z powrotem pod ziemię.

        Strużki wody zostawiały rude ścieżki spływając powoli po ścianach. Kiedy Karol z rodzicami mieszkali jeszcze w biedzie, w nędznym domku pod miastem, całe dnie upływały mu w jego ,,bazie” - wciśniętej pomiędzy rosnące na działce drzewa a siatkę ogrodzenia. Ze wstydem wspominał do dzisiaj dzień, kiedy grupka dzieci w jego wieku, w czystych ubraniach, na kolorowych rowerach, zapuściła się w jego ulicę (co było na tyle niezwykłą rzadkością, że jest to jedyna taka sytuacja, jaką Karol pamiętał), aż spotkali go, skulonego w swojej kryjówce. Z dziecinną ochotą próbowali z nim zacząć rozmowę, lecz on, jak nieoswojony dzikus, nie był nawet w stanie spojrzeć im w oczy. Speszeni, ruszyli dalej błotnistą drogą, która prowadziła chyba tylko do jakiejś żwirowni (sam Karol nigdy nie zagłębił się w tę uliczkę dalej niż koniec jego działki), najpewniej zapominając o dziwaku już w następnej minucie. Lecz Karol pamiętał to do dzisiaj. Pamiętał, jak po długiej minucie wreszcie dotarł do niego sens sytuacji, rzucił się on wtedy biegiem przez działkę, wyskakując spomiędzy krzaków na otwarte pole, biegł przez wysoką trawę z nadzieją zobaczenia jeszcze błysku ich plecaków, lecz przywarł wreszcie policzkiem do ogrodzenia, a na uliczce panowała absolutna cisza. Karol-dzikus wyrywał się z jakiegoś rezerwatu, wracając teraz na powierzchnię świadomości chłopca, jakby między rurami piwnicznej kotłowni odnalazł komfort zapomnianej bazy. 

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...