Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

- Cholerny mróz – zaklął Filo – zmagając się z samochodowym zamkiem. Zima, jak co roku zaskoczyła wszystkich przychodząc niczym miłość od pierwszego wejrzenia. Czujesz ją jak dreszcze, nie wiedząc kompletnie co z sobą zrobić. Szamoczesz się nie dowierzając w realność tego zjawiska, a jednocześnie nie możesz odmówić mu istnienia.
- Przecież to się musi jakoś otworzyć! – Filo czarował sam siebie zaciskając mocniej szczęki. Chuchał na kluczyk i szarpał nim nerwowo na wszystkie strony, aż ten zaczął wyginać się jak ciało w popularnym przeboju. Grzybek blokujący zapadkę w drzwiach tkwił nieruchomo jak żona Lota.
- Rusz się, baranie! – Filo z zapalczywością szamana szukał w pamięci nowych zaklęć – Niech to jasne piwo z galaretką, bita śmietana, śledź i schabowy na jednym półmisku zmiecie! Nie idzie. Spokój. Tylko spokój nas może uratować nie po to dwadzieścia lat medytowałem, żeby teraz wpadać w panikę. – Filo wyprostował się. Czuł napięcia w karku, wokół szyi i świadomie z oddechem, powoli zaczął wyzwalać się z ich objęć. Fala przepływających obok przechodniów, nawet nie dostrzegała jego dramatu. Równie dobrze mógłby teraz leżeć na chodniku. Ta refleksja uprzytomniła mu znikomość ludzkich zmagań. Poczuł się jak mrówka, jak mały żuczek toczący swoją syzyfową kulkę.
- Spróbuję przez bagażnik! – Olśniło go nagle. Przypomniał sobie, że gdy pakował walizkę drzwi tylnej klapy otworzyły się bez zastrzeżeń. Plan był sprytny i realizował się jak u Hitchcocka. Filo wszedł przez bagażnik do swojego dziesięcioletniego Atosa i rozkładając tylne siedzenia przedostał się na miejsce kierowcy. Spróbował odblokować drzwi, ale mróz trzymał w swych objęciach zapadkę, niczym panna młoda swojego wybranka. Filo dał za wygraną i doszedł do wniosku, że gdy samochód się rozgrzeje, blokada ustąpi.
- Chyba nie jest ze mną aż tak źle – powiedział zadowolony przekręcając kluczyk w stacyjce. Silnik ruszył z kopyta i dał się słyszeć jego przyjemny warkot. Filo zrobił znak krzyża w powietrzu i uśmiechnął się do lusterka – Zycie to ciągła walka i zmaganie się z przeciwnościami. W drogę! – Wcisnął zadowolony pedał gazu, aż samochód zrobił susła do przodu i zgasł jak na pierwszej lekcji nauki jazdy. Jakiś przechodzień zaśmiał się pod nosem.
- Szlag! Nie wrzuciłem wstecznego. I tak mam szczęście, że nikogo nie przejechałem.
Za drugim razem się udało i Filo ruszył w samotną podróż.

W głowie rozpamiętywał minione dni. Kłótnie z siostrą o przedawnione sprawy. Jej trudny charakter i swoją nadmierną chęć pomagania wszystkim. Niby wie, że najważniejsze to pomóc samemu sobie a jednak trudno jest mu wcielić tę maksymę w życie.

Dzień był słoneczny. Samochód prowadził się jak grzeczna panienka. I gdyby nie zepsute wycieraczki wszystko byłoby jak w amerykańskim filmie. Pierwszoplanowa rola i niebiańskie plenery. Gwiżdżący wiatr wzmagający atmosferę napięcia i grozy. Słońce kłaniało się przed zejściem ze sceny, a w garderobie czekał już na swoje wejście mrok. Kino prawdziwej akcji dopiero nadchodziło Warszawa przywitała dojeżdżających kilkukilometrowym korkiem. Skrót przez Magdalenkę pozwolił mu się zdrzemnąć i Filo jakoś przyłapał się na myśli, że nigdzie już mu się nie śpieszy. Do charytatywnego koncertu na rzecz Kasi, która zapadła w śpiączkę po tym jak chciała sobie zrobić dwie piersi więcej, by czuć się prawdziwą matką polką, pozostały jeszcze dwie godziny.
„Właściwie, po jaką cholerą ja to robię” – zastanawiał się nasz samarytanin – nic kompletnie z tego nie mam, świata nie zmienię, zagadki i tajemnicy bytu nie rozwiążę, więc, po co mi to? – Filo zajrzał nagle w szpary pesymizmu.
- Dla doświadczenia – odezwał się z walizki Czocher – będziesz miał, o czym pisać w pamiętnikach!
- A kto to będzie czytał? – Zagaił do swego adwersarza
- Już Ty się o to nie martw. Pióro masz, teraz tylko pracuj nad nadgarstkiem – zachęcał małpim falsetem.

Tak sobie wesoło gawędząc zajechali pod klub Siarka, gdzie miała się odbyć ta Andrzejkowa impreza. W programie miały być tradycyjne zabawy z nowatorskim podejściem. Wosk miał być zastąpiony smołą. A przy wejściu zamiast Aniołków stały diabełki rozdające ulotki, o makabrycznych treściach „I ty możesz w przyszłości stać się ofiarą Lekarskiej Pomyłki”
„Pomóż obudzić Kasię” Filo na poczekaniu wymyślił własną „Panie nie jestem godzien abyś przyszedł do mnie, ale wyślij esemesa a dusza Kasi będzie uzdrowiona”

- Jesteś większym cynikiem od Wojewódzkiego – skwitował jego podejście Czocher.
- Ale nie tak nadzianym.
- Materialista.

Weszli do środka. Filo kręcił się między drewnianymi ławami w nadziei, że ktoś zaraz do niego podejdzie i grzecznie go przywita. Chyba się przeliczył i w związku z tym jego kręcenie się nabrało neurotycznego charakteru. „Kurwa, co ja tu robię?” – Zapytał sam siebie „Wyluzuj koleś, po prostu bądź” – przywołał go do porządku Czocher z Walizki.

- O cześć już jesteś? – Zaczepiła go pięknooka blondyna, organizatorka całego zamieszania – Fajnie. Jak widzisz na razie nikogo jeszcze nie ma. Mam nadzieje, że ktoś przyjdzie.

- No cóż, jak mawiał pewien klasyk, w życiu są takie momenty, kiedy okazuje się, że jesteśmy zdani tylko na siebie samych – odezwał się z głupia frant Filo.

„Ty idioto!” – Strofował go Czocher – „Dziewczyna potrzebuje wsparcia a ty ją pogrążasz. Stuknij się w łeb i odkręć całą sytuację”

- Dlatego ja wymyśliłem sobie Czochera – powiedział Filo, a blondyna rozciągnęła usta w uśmiechu – może nas nie zbawi, ale zawsze rozbawi.

- Przynajmniej będę się starał – dodał Czocher ze swojego worka.

- Okej, to ja się zorientuje czy są już muzycy – powiedziała blondyna i zniknęła na zapleczu.

Filo usiadł zrelaksowany i zaczął rozglądać się po sali. Na scenie jakiś koleś rozstawiał swoje sprzęty. Co jakiś czas rzucał okiem w jego kierunku. Filo czuł się nieswojo pod jego spojrzeniem.

- Ja pana chyba skądś znam – odezwał się nagle.
- Pewnie już się widzieliśmy na jakiejś imprezie.
- Chyba z Telewizji
- Nie przypominam sobie – odciął się Filo nie dbając o to jak będzie odebrany.

Zszedł ze sceny po schodkach uważnie odmierzając odległość. Przyjrzał się jak są rozstawiane odsłuchy i mikrofony. Podszedł do klawisza ustawionego na samym środku sceny, poczym głośno i pretensjonalnie zapytał:
- Czy to musi tak stać?
- Jak będzie trzeba to przesuniemy.
- To bardzo bym prosił.

Blondyna miała na imię Zosia i była założycielką Fundacji „Marzenia
są do kitu”. Przedtem działała w innej, której hasło reklamowe przyciągało zabawnym dwuwierszem „Nie jesteśmy Chamy, wszystkim Pomagamy”. Filo też brał udział w tych imprezach, a pani prezes wykorzystywała jego osobowość. Czasem sprzedawali tandetne zabawki na kiermaszach i festynach, organizowali fantowe loterie. Filo występował na scenie opowiadając bajki o chorych dzieciach, którym fundacja sfinansowała wakacje. Tymczasem to pani prezes jeździła w Alpy na narty. Oboje nie chcąc brać udziału w tym haniebnym procederze, na którym od lat stoi świat, postanowili założyć własny i udowodnić, że można uczciwie. Znaleźli jeszcze kilku zapaleńców i zarazili ich swoją pasją. Blondyna miała ambicję stać się drugim Owsiakiem. Filo jednak stracił swój zapał. Naczytał się mądrych książek, z których wyniósł przekonanie, że w przyrodzie prawdziwy altruizm nie istnieje. Nękał, więc ją od czasu do czasu swoim ostrzem sarkazmu.

- Właściwie to, dlaczego po prostu nie znajdziesz sobie faceta? Normalne dziewczyny myślą o rodzinie, chcą rodzić dzieci. A ty, nie masz takich pragnień?
- Chcesz powiedzieć, że ja jestem nienormalna?
- Nie, tylko to mi się wydaje dziwne, jakieś wbrew naturze.
- Trudno. Nie mogę brać odpowiedzialności za twoje odczucia.
- Widzę, że czytasz Charaktery.
- A ty w kółko oglądasz filmy Woody Allena
- Nie. Chodzę na psychoanalizę.
- Na jedno wychodzi.

Tak mniej więcej brzmiały ich dialogi i były inspiracją dla tych scenicznych, w których Filo ukazywał dwoistość ludzkiej natury. Nic, bowiem tak nie śmieszy jak przeciwieństwa. Stąd już krok do całej serii scenicznych postaci jak Flip i Flap, Pat i Pataszon. Gargantua i Pantagruel, Kubuś Fatalista i jego pan, Putin i Miedwiediew.

Czas rozpoczęcia zbliżał się małymi kroczkami i pub wypełniał się małym tłumkiem ludzi. Przyszła mama Kasi. Zosia ją serdecznie uściskała i długo stały w milczeniu patrząc sobie w oczy. Filo dołączył się do tego teatrzyku i był wdzięczny bogu za cud niewidzenia cudzych myśli. Dzięki temu nikt nie dostrzegał jego cynizmu i wszyscy brali go za dobrego człowieka.

- Masz pomysł jak to zrobimy? – Zwróciła się do niego Zosia, gdy już minęły pierwsze objawy zadumy nad marnością świata.
- Oczywiście, że mam – odpowiedział pewnym głosem Filo.
- Dzięki ci. Jesteś Wielki.

Filo ugryzł się w język i powstrzymał od komentarza. Szybko wyjawił szczegóły swojego planu i rozdzielił zadania. Potem znalazł ustronne miejsce na zapleczu i zaczął przebierać w sceniczny strój. Włożył swą efekciarską maskę na twarz, lalkę na prawe przedramię i ćwiczył misternie przygotowaną iluzję.

- No i co pajacu! Długo tak jeszcze masz zamiar wszystkich oszukiwać?
- Ja? – Udał zdziwienie - dlaczego tak uważasz? A ty to, co? Niewiniątko!
- Ja jestem po prostu sobą?
- Nie zapominaj, że to ja ciebie stworzyłem
- Nie schlebiaj sobie. Masz za mało IQ, żeby wpaść na taki pomysł.

Filo wydał usta w dziecięcym grymasie pokiwał głową na boki, dla zrobienia efektu. Potem wszedł między ludzi, z uśmiechem Kamela i kpiarskim żargonem kabaretowego dowcipu drylował między stołami. Gdy zawędrował na scenę podszedł do sprawdzającej nagłośnienie kapeli i zagadnął
- Cześć chłopaki jak mam was zapowiedzieć.
- Jak chcesz mistrzu, co powiesz, będzie dobrze.
- Ok. Powiem, że gracie Disco Polo.
- Bo gramy – gość w skórzanej kamizelce, będącej kurtyną dla teatru tatuaży na jego masywnych bicepsach wyprostował dumnie swoją klatę.
- Osz w mor…fatalna pomyłka – zapiszczał Czocher – nie przejmuj się oni też oglądali Pulp Fiction.

Śmiech rozbroił atmosferę niczym saper bombę i Filo mógł dalej wypytywać artystów o treść jego zapowiedzi. Tłumek gapiów pod sceną gęstniał. Nasz konferansjer gorączkował się coraz bardziej a Zosia chciała jeszcze czekać.

- Ok. nie ma sprawy. – Poddawał się Filo i z coraz większą zapalczywością zagryzał wargi.
- Jesteś mistrzem kamuflażu – gratulował mu Czocher.

Filo zawsze zazdrościł ludziom takiego luzu. Swobody i spontaniczności, którą on miał tylko na scenie. Gdy wchodził w światła reflektorów, jego twarz się zmieniała. Wszystko miał pod kontrolą. Jego ciało było poddane jego woli. Głos stawał się mocny i nawet, gdy czuł przypływ fali stresu wiedział jak ustawić żagle, by utrzymać statek na wodzie. W życiu gubił to wszystko i stawał się bezradny jak małe dziecko bez rodziców. Ciągnąca się za nim przeszłość dziecka z rodziny dysfunkcyjnej nie pozwalała mu tak do końca radować się życiem.

Impreza przepływała płynnie. Filo zabawnymi dialogami zapowiadał śpiewających artystów. Mistrzowie tanecznej muzyki poderwali gości z ław i odsunęli od kufli pełnych firmowego piwa. Maestro i wodzirej Kapeli o wiele mówiącej nazwie Cycki i Wacki. Rozbujał publiczność i zagajał do dokonywania wpłat na konto fundacji radosnymi okrzykami
- Kochani, bawmy się. Dziś robimy to dla Kasi. Żeby mogła się obudzić i tańczyć tu razem z nami. Śpiewajmy jej:

Obudź się, Otwórz oczy i spójrz
Jaki piękny jest świat. Mimo wad.
Zysków i strat. Obudź się.
Na na na na na na.
Uwierz, że, marzeniami nakarmisz się.
Tra la la la la.

Skakał po scenie jak pajacyk na sznurkach wymachując wytatuowanymi ramionami i zachęcając do wspólnego klaskania.

- Boże niech oni już skończą – trzymała się za głowę Zosia.
- Daj spokój. Publika się bawi, fajnie jest.
- Ale ja chciałam jeszcze usłyszeć Anię.
- Zaraz ją zapowiem.
- O! To super!
- Dobra idę, grają już ostatni numer.

Filo pobiegł za kulisy, wciągnął lalkę na ramię i szybkim krokiem wszedł na scenę.
- Podziękujmy gorącymi brawami chłopakom.
- Dali z siebie wszystko – ciągnął wesoło wątek Czocher – a teraz pozwólmy im zejść ze sceny, bo już tłum fanek na nich czeka. Uważajcie Dziewczyny!
- Czocher przestań. Nie kuś losu. A może zagracie coś dla nas na bis?
- Umów się z nimi sam, jak ci się tak bardzo podobało, bo teraz wystąpi prawdziwa gwiazda.

Publiczność przyjęła ten żart gromkimi brawami. Wokalista zaśmiał się wprost do mikrofonu, aż nastąpiło sprzężenie w głośnikach.
- Kochani. Dzięki Wielkie. Jesteście Wspaniali – kadził publiczności lider przed zejściem.
- A teraz wcześniej zapowiadana gwiazda, na którą wszyscy zapewne czekacie – głębokim głosem rzekł był Filo, a widownia ucichła niczym radio pod dotknięciem pilota.
- To jest ta pani, którą mijałem w garderobie? – Zapytał ściszonym głosem Czocher – A kto to taki?
- Czocher, nie wiesz?
Czocher pokiwał przecząco głową
- A powinienem?
Filo schylił się do ucha małpki i powiedział coś szeptem.
- Acha, to jest była, tego, co to chce pobić rekord Henryka VIII.
Po widowni przemknął szmerek rozbawienia.
- To i tak ma szczęście, że jej nie otruł. Choć pewnie musiał nieźle truć, skoro go rzuciła. Zresztą miała rację. Ja bym też nie wytrzymał plam z czerwonej farby do włosów na poduszce.

Widownia wybuchła gromkim śmiechem a Filo wciął się w nią swoją zapowiedzią

- Przed Państwem Ania Śmigalska, powitamy ją gorącymi brawami.

Ania wskoczyła na scenę jak z procy. Sprawnym ruchem wyciągnęła mikrofon ze statywu i rzuciła krótko „Cześć” Gitarzysta wrzucił pierwszy akord a reszta zespołu odpowiedziała krótkim wejściem. Po chwili w głośnikach dał się słyszeć czysty głos zdolnej piosenkarki, która hipnotyzowała publiczność swoim barwnym sopranem.
- No to już chyba wszystko – powiedział Filo do Zosi.
- Tak możesz iść jak chcesz.
- Bardzo panu serdecznie dziękuję – mama Kasi wyciągnęła ręce w kierunku Fila i przytuliła go serdecznie. Poczuł się nieswojo i miał ochotę uciec gdzie pieprz rośnie. Opanował nieprzyjemne uczucia i pozwolił sobie na szczere wzruszenie. Spojrzał jej w oczy i zgodnie z poprawnością polityczną powiedział;
- Cieszę się, że mogłem pomóc.
Zosia pogłaskała go po plecach.
- Byłeś już u tarocisty?
- Patrz na śmierć zapomniałem.
- Idź koniecznie. Dobry jest. Naprawdę.

Zosia mrugnęła doń porozumiewawczo okiem i wszystko nabrało magicznego wymiaru.
- Ok. – powiedział i udał się zgodnie z kierunkiem wyznaczającym szlak. Ręcznie, flamastrem naszkicowane strzałki przywiodły go w zaciemnione miejsce oddalone od zgiełku i tłumu. Filo zatrzymał się na widok tajemniczego kolesia o ciemnych oczach, siedzącego przy stoliku z talią kart.
- Można? – Spytał nieśmiało. Powoli schodziło z niego napięcie. Zaczął czuć się niepewnie i drżały mu nogi ze zmęczenia. Oprócz śniadania jeszcze nic nie jadł.
- A chcesz na pewno? – Spytał mistrz wróżbiarstwa karcianego i uśmiechnął się tajemniczo.
- Wiesz, właściwie to sam nie wiem.
- Usiądź – zachęcił go gestem dłoni – szczery jesteś. To widać.
- Dziękuję. Jestem dość zmęczony, więc chętnie odpocznę.
- No, nie wiem, czy prawda da ci ten relaks, którego szukasz – pół żartem, pół serio ciągnął wątek tarocista.
- A więc dotykamy klasyki. Cóż, zatem jest prawdą? – Zapytał Filo filozoficznie, mierząc adwersarza badawczym spojrzeniem. Ten opowiedział mu równie przenikliwym wzrokiem i w tak zatrzymanym kadrze wpatrywali się w siebie niczym pokerzyści, chcąc bez słów odkryć swoje tajemnice. Filo poczuł dreszcz przepływający mu po kręgosłupie i jako pierwszy odwrócił spojrzenie. Wypuścił powietrze i spuścił z tonu. Jego mięśnie twarzy rozluźniły się i zrozumiał, że już nie musi niczego grać.
- Chyba, prawdą jest to, że jestem zmęczony – powiedział spuszczając głowę miedzy ramiona.
- Nie przesadzaj – rzekł wróżbita – masz już swoje lata, ale sił jeszcze sporo.
- Naprawdę? - Zaskoczyło go to stwierdzenie.
- Podaj mi rękę.
Filo wyciągnął dłoń w jego stronę. Teraz zaczął czuć teatralność tej sytuacji i zachciało mu się śmiać. Powściągnął się jednak i jednocześnie zorientował jak bardzo mocno stara się zawsze mieć kontrolę nad wszystkim.
- I co tam widać – spytał, gdy już nie mógł znieść przydługiego milczenia.
- Dużo ciekawych rzeczy, jak chociażby to, że będziesz długo żył.
- Naprawdę? – Rzucił mechanicznie, już drugi raz przyłapując się na zdziwieniu – co jeszcze?
- Chcesz wiedzieć wszystko?
- Chyba wszystkiego wiedzieć się nie da. Życie pozbawione jest wtedy tajemnicy.
- Racja.
- Zatem co chcesz wiedzieć?
- Mam zadać pytanie, tak?
Wróżbita pokiwał głową.
Filo wertował w skupieniu pliki swojego umysłu. Myśli nakładały się jedna na drugą. Kłóciły i przekrzykiwały jak małe dzieci proszące o cukierka świętego Mikołaja. Wyciągały łapki do góry krzycząc – wybierz mnie – ja – ja jestem najważniejszy. „Zapytaj o związek” – usłyszał w tym szumie informacyjnym – „Zapytaj o pieniądze!” - Wrzeszczało natrętne ego. „Pieniądze są najważniejsze” – Nie – „Miłość jest najważniejsza” - Scenicznym szeptem próbowała się przebić świadomość.
- Nie musisz się tak męczyć – powiedział nagle tarocista i wszystkie głosy umilkły jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki – jesteś wolny. Tu i teraz. Taki, jaki jesteś. Nie musisz niczego, ani nikogo udawać. Grać. Nawet przed samym sobą. Zostaw przeszłość za sobą i spójrz przed siebie. Wszystko się ułoży.
- Co ty pieprzysz – krzyknął nagle Filo.
- Ja nic nie mówiłem – obruszył się cyganeczek.
- To może mi się wydawało? – Zapytał zdumiony po raz trzeci Filo
- Być może. W końcu to wszystko jest iluzją. A ty jesteś mistrzem budowania napięcia.

  • 2 tygodnie później...

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • Piszę te wersy dla Was
      Każdy jest najlepszy ale paradoks życia sprawia, że tyle samo zła co dobra w nas. 
      Zapamietasz Nas, pokolenie wysłuchało co podświadomości lodowa góra ukryła pod powierzchnią fal morza.
      Zimna pustynia arktyki i podróż w stronę horyzontu, banita opusza stada brać by na samobójczej misji zamienić lód na kosmicznej próżni jeszcze większy chłód i brak gwiazd wokół które życiodajne ciepło chcą nam dać i w kolory ubrać dla Nas świat.
      To dla Was wszystko, to tylko moje litery, ułożone spółgłoskami w słowa, które w szaleństwie nazwanym dnem przyszło mi bezczelnie i niestety Wam podarować, mieć anioła, który brał co diabeł opętany w wersów kilka ubrał i w nieświadomości nawet nie przemyśłał, dziw brał ale uszy zatkał na własne krzyki skrzeczącego głosu z gardła które mu służy chyba jedynie tylko by łykać flaszka i flaszka mocne twarde trunki aż do dna za ostatni hajs, nie zapracowany ze swojego tronu który dostał by złorzeczyczyć temu który na srebrnej tacy podał mu widelec którym najpierw karmił a potem ostry nóż którym zabił brać i braci jakimi ich chciał mieć jak kosz pomarańczy mu podarowanych których na stole nie zauważył w złotym czepku który mu spadł na oczy i zamknął wzrok tak że tylko własny nos tam widział z czubkiem którym się stawał z kolejną flaszką za pieniądz wyżebrany lub ukradziony bo nie ma w nim kołaczy do pracy. Niezrozumiał nic z życia, którym szedł jak w ciemny las z tą czapką którą niewiadomo czemu urodzony Bóg go wybrał na los jak banany są tacy wiecie dziecie które ma lepiej a niewdzięcznie umie tylko być dla siebie bez wdzięczności i pokory wobec chamów którymi ich nazwał a życie mu z górki obaj w miłości dla jego jestejstwa przyszło stworzyć. 
      Ludzie są chorzy niby wszyscy tylko niezdiagnozowani, chcieliby każdego dziś leczyć tabletkami psychiatrzy byśmy byli posłusznie na smyczy w kagańcach posłusznie poddani.
      Nowy porządek świata. Oni mogą samolotami latać dla nas zielony ład i ograniczenie w cenie diesla i benzyny. Bunt zabity przez ich (Ich z dużej litery bo to nazwa własna tych iluminantów winnych nam spokój i miłość raj na ziemi i wymiatanie ludzi tego świata (światu ale wyrzygana mi w mgle licencja poetica pozwala mi przekręcić słowo albo słowa zmyślać (osobowość ksobna może to nie moja osoba zadedykowana tam nie wiem już sam (dziś nic nie wiem) (czwarty nawias liczę tym razem po piątym zamknę choć nie mam pomysłu co w nim wpisać podpowiedź by się przydała ale w samotności sięgam dna jak dna flaszki i dna jak upadam (według demokratycznego osądu ludzkości ale jednak się przydało to szaleństwo czasem nawet jako bandaż (ha mam piąty nawias myślę i się dzielę tym i piszę w szóstym niestety (może koniec tych w nawiasach dygresji) (po siódmym miałem skończyć bo to blisko Boskości w matematycznej interpretacji Biblijnej narracji) (ale skońćze po ósmym który nie wiem jak się interpretuje jak cztery któtre znaczy śmierć jak u Wieszcza cztery i cztery bo dwa razy zabije) (i zabiłem) (wiem dziewięć) (i dziesieść będzie bo jeszcze myślę że interpunkcję miałem w dupie i nie zamykałęm nawiasów otwieranych a może tak się nie robi nie wiem) (grafomani we mnie wiem piszę by pisać wyżyję się na tle białego tła na forum w internetach ściana tekstu żaden ze mnie pisarz żaden dziś poeta po prostu klikam te litery jak małpa i powstają teksty jak ta ściana która przeraża która oznacza szaleństwo, miałem nie robić tego więcej ale skasowany ef be i insta nic nie dał znalazłęm fora jak socjal media gdzie się piszą wiersze z prawdziwego zdarzenia a nie moje rymowane bardziej lub mniej teksty do czego się jutro nie będe chciał sam przed sobą przyznać i wstydem się spalę żem to wysłał w świat) (ale o czym to ja, jaka była główna myśl, trzeba wrócić myśle sobie przed pierwszzy nawias i nie wiem sam czy po tym chyba dwunastym już do zamknięcia chaosu dygresji nie do przełknięcia oczyma przez czytelnika którego wiem że tu ni ma i nie będzie bo skazany na zapomnienie jak w wizji mistycznej na substancji otwirajającej świat na ten niematerialny na codzień schowany gdzie został mi los pokazany grubasa klikającego w klawiaturę przez życie przechodzącego bez ruchu i bez rozejrzenia się by umrzeć w ogniu słońca bez sensu żył i niezauważony znikł samsara go wyrzuca ale to kara a nie nagorda na ciemnej materii zimnej drodze skończy się jego los tam a to ja bo to moja głowa i na własnych oczach to zobaczyłem a wszystko co widzę dotyczy mnie a wszystko co słyszę mnie dotyczy a świat jakim jest jakim się go widzi to tylko ty w tym to tylko ja widzę świat który goni hajs i pogrąża się w dramatach jak widzi smutek i zło, rój szerszeni zauważam w cywilizacjach jak nasza a to w senniku oznacza wroga (chyba) (i chyba był to trzynbasty nawiast a ten jest czternasty wracam do tego co mówił dwunasty a potem czas wrócić na początek gdzie otworzyłem pierwsze nawiasy (pierwszy nawias ale do ryma myśla mi się tak układać przyszła więc ryma żem ja napisał nie w myśl języka którym żem zaczął władać od rodziców nauczon gdziem urodzon jako Polak za co wdzięczni powinni być czytający wierszów wersów przekaz metafor mgłów rozwiewających umięjący poeci i interpretatorzy bo to język najlepszy do skłądania w rymy metaforów i przekazów dla pokoleń zapowiedzianych przez wieszczów bytów podróżnych wbrew linii śmiertelnych niewybranych dla 27 skrzydlatych z armii Boskiej Trójcy dających możliwości wbrew uczynkom ich i ich podłości piękność nad piękności (a za to co uczynił niech szczerznie w bezimmienym grobie no może z tabliczką tu spoczywa pojeb) (i przestałęm liczyć nawiasy i tylko pamiętam że miałęm wrócić z zapowiedzianych słow do tego co przed pierwszym a potem przed dwunastym ale chuj z tym) (niby ludzie inteligentni mają skłonność do używania przekleństw ale mi się wydaje (a tam mi się to może wydawać a to pewno nieprawda ja kłamca najgorszy zły dla Ciebie CIebie i świata byt) że jednak inteligentniejsze jest powstrzymać się od rzucania kurew i chujów pojebanych popierdolców ze słów nawet w przypadkach najgorszych napotkanych przeszkód zazwyczaj z ludzkich słów myśli i czynów wobec nas)))))))))))))) (to za mało nawiasów ale kto wie ile ich było może ktoś policzy ale nie ma tu odbiorców dla moich szaleńćzych słów wieć cóż wracam do tego co na początku)
      To dla Was
      Pamiętając o paradoksie naszego miasta wiedz że mieszka w nas anioł ale na wadze stojąc równoważy go ciężar diabła na szali 
      Wiem to szaleństwo ale tramwaje i autobusy jeżdżą tu jak chaos bez rozkładu jednocześnie przywożąc pasażerów na miejsce na czas i na miejsce (że się powtórze ale obiecuje jednej nawias i wracam do tego co dla Was)
      Spokój w oku cyklony choć w około wszystko lata jak chaos ponad definicję chaosu
      To jest w nas
      Słońce które daje życie, ciepłem promieni osiem minut drogi stąd w największej prędkości znanej w cyfrach ludzkośći na dziś i w odwrotnej drodze by zabrać życie i kolory które pryzmatem rozbitego w granicy atmosfery naszej Planet Ziemi Matki (nie jedynej wbrew przeszłości która dopiero niby ma być dla pewnych, n ie jedynej matki za co wybacz mi która była przy mnie zanim pierwszy oddech przyszedł, karmiącej i trwającej mi spokojem oceanicznej jedności zanim pierwszy krzyk i płacz i męki dla jej poświęcenia która wciąż jest przy mnie co nie jest dla mnie wbrew czynom i braku słowa Kocham którego się boje moim bez znaczenia (kończę nawias i wracam do Was)
      Gai której odległość od gwiazdy w centrum układu siedmiu czy tam ośmiu planet w tej Galaktyce na Drodze Mlekiem (i miodem oby Wam płynącej) usłanej 
      Gai której czas i miejsce we wszechświecie zauważ dało wyjątek wobec tego co wiemy o kosmosie, wyjątek cudem zauważ jest jakim jest człowiek
      Was pozdrawiam ludzie w tym momencie i zachwyciłbym się życiem gdybym nie był kim jestem kto je niszczył strachem i złem

      Anioł na przeciwwadze diabła może zrezygnować i zostawić miejsce dla kogoś kogo nazwiesz osobą jaka jest podła
      Jesteś miastem w którym rządzi paradoks pamiętaj
      Wszystko ma swój początek w jednym miejscu 
      Jak od jednego słowa 
      Jak od jednej liczby 
      Jak jedność która jest w Trzech Osobach która mogła zachwycić się Sobą i na tym pozostać a jednak postanowiła wykorzystać moc i tchnąć wszystko byś się znalazł, byśmy się znaleźli tu i teraz
      Jest jeden punkt wyjścia dla wszystko co na przeciwnych stronach 
      Dobro i zło wyszło z jednego miejsca więc tworzy jedność jak Yin i Yang tylko bardziej bo czerń i biel zanim powstały były jednym kolorem 
      Dla nas niezrozumiałym
      Jak miłość i strach które pozornie są sobie obce tworzyły jedną całość co może być niezrozumiałe jak jest dla mnie
      Jak czas który nie istniał a potem zaczął zmierzać ku granicom nieskończonym
      A musiałobyć coś wcześniej przecież
      I ten byt jest nie do pomyślenia dla nas jak coś może trwać bez początku i końca i jeszcze się rozszerzać
      Wpadnij w zachwyt pod kopułą nieba 
      Pod opieką słońca
      Pod okiem księżyca i odległych gwiazd ułożonych w horoskopy 
      Pod opieką się miej samego siebie
      I miej innych za tych którzy opieką obdarzeni przez Ciebie będzie Ci oddane w szczęściu niepoznanym jeszcze
      O czym ja pieprze
      Bluźnię
      Mieszam Boga z Diabłem
      Chcę by drugie przyjście Syna na świat ten skońćzyło się porozumieniem z piekłem na chwałę ludzkich dusz na chwałę życia 
      By nie było walki Jezusa z Szatanem
      Tylko (potocznie ale wybacz rym to rym rymowanie mi dziś na zgubę przyszło choć nie wyszło) żeby zbili sztamę
      By zapowiedziane ponowne przyjście na świat Syna było ku porozumieniu i zjednoczeniu ponownym piekieł z niebiosem
      szatanie zrozum proszę że i Tobie będzie lepiej że i Ciebie Bóg wysłucha w modlitwie choćby najprostszymi słowami to Ci się dotrzeć uda do Jego czekającego ucha
      Wiem że Bóg może wszystko i chce dla swoich istot i dla swojego stworzenia spokoju i szczęścia
      szatanie wróć do nieba
      Nie graj fałszywej nuty na skrzypkach
      Nie nieś sztucznego światła gdzie zimna lampa nie daje ciepła
      Zgaś czarny płomień ogniska
      I zobacz ogień Ducha który rozpala w Nas gdy na słowa hymnu odpowiada czynem nam


      KONIEC
      BARDZO PROSIŁEM BY TAK SIĘ STAŁO

      BY TEN TEKST PRZESTAŁ SIĘ PISAĆ

      I SIĘ UDAŁO

      POSTAWIŁEM SŁOWO KONIEC I OTO

      BARDZO PROSZĘ JAK KOŃCZĘ TO 

      NA ZGUBĘ ZACZĄŁEM POST TEN

      MOŻE GDY SKOŃĆZĘ TO...

       

      PS

      TO MIAŁO BYĆ DLA WAS A JEDYNIE BYŁO DLA MNIE 
      I TO JEDYNIE W TRAKCIE BO POTEM I MI TO NIE DANE BĘDZIE

      CHCIAŁEM BYĆ WSZĘDZIE

      JESTEM NIGDZIE
      NISZCZĘ I ZNIKNĘ JAK ZAPADNĘ SIĘ SAM W SOBIE

      ZABRANE ŚWIATŁO ODDANE TOBIE

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...