Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

zawsze głodna z krostami na twarzy
ona jedna nazwana z imienia
liczy ludzi w płowej grzywie konia
nie obchodzi jej żaden sędzia

wszyscy równi a każdy przegrany
konfrontacji żąda chce wiedzieć
czy mężczyzna nie straci odwagi
i czy tchórz nie przestanie śmierdzieć

ciebie chce gdy zaciska palce
stajesz nagi bo jestem wybrańcem
już nieważne czy jesteś samotny
czy też trzymasz za ręce kochankę

Opublikowano

niejednego z kochanki ściągnęła
kiedy fruwał w największej rozkoszy
jeden wleciał przypadkiem do nieba
ponad ziemią się drugi unosi

trzeci hardy jak jakiś zakapior
się rozpłynął w zastygłej materii
z czwartym poszło szybciutko i łatwo
zniknął w piekle ów łajdak niewierny

jeszcze długo by można wymieniać
policzonych i równo przegranych
chcących wersy ułożyć w poemat
i zza światów straszących rymami

pozdrawiam Jacek

Opublikowano

Podchodzę z niewyrozumiałą wyrozumiałością do tego wiersza, bo pewnie jest to wiersz o Apokalipsie, czy innej Zwiastunce śmierci, czy innego nieuchronnego szczęścia, czy nieszczęścia (choćby i to miała być sama Miłość, czy sama Nienawiść). A przynajmniej ja bym tak chciał, żeby tak było. Dlaczego? Bo intrygujące jest to, co ma w sobie jakąś tajemnicę, to więc, czego nie da się wytłumaczyć samymi zmysłami. To, co nie jest jednoznaczne, to wiec, co na zawsze pozostanie nieodgadnione, bądź nie pozostanie odgadnione (zwłaszcza na zdrowy rozum). Pozdrawiam.

Opublikowano

Nie powiem, mogłem sobie przeczytać coś dla siebie :)
Może zamiast "ręce" - "rękę"...? ale to szczegół bo trzymanie sprowadza się do tego samego.
Pozdrawiam.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    •   Klaustrofobia podziemi rosła, im bardziej puste okazywały się kolejne pomieszczenia, nagie i ascetyczne w swoich małych pokutach. Brakowało jednego przejścia, aby cały poziom tworzył jeden spójny cykl, krąg piekieł, albo aureolę na głowie kościoła przemysłu. 

        Zderzony z ostatnią ścianą, Karol odwrócił się, żeby spojrzeć na ślady butów wybite w zalegającym prochu. Nie martwiąc się o pobrudzone spodnie, usiadł na ziemi i, aby nie musieć zamykać oczu, wyłączył latarkę. Rozczarowanie. Nienasycenie. Karol był zawiedziony - nawet nie fabryką, lecz samym sobą. Ciemność trzymała go w serdecznym uścisku, ale nadal dało się wyczuć drżenia przestrzeni z każdym przejeżdżającym samochodem, a spomiędzy zawieszonej pleśni przebijał się zapach płynu do prania. Może właśnie o to chodziło? Centrum zniewolenia jesteśmy my sami, próbujemy uciekać w egzotyczne kraje lub kariery, a mimo tego i tak nie możemy nigdzie znaleźć miejsca brutalnie prawdziwego, brudnego absolutu istnienia. Człowieka chowa się czystego, a dopiero jego zadaniem jest samogwałt - wyrwanie ze swoich trzewi czegoś, czym faktycznie można by powiedzieć, że się jest (bo przecież chyba nie ,,piątoklasistą”?). Mały chłopczyk zastanowił się nad zdjęciem z siebie wszystkich ubrań (o zgrozo - ubrań ,,do szkoły”), nad pozbyciem się fetoru higieny. Nie, to nie to, to byłoby głupie - myśli chłopaka wróciły z powrotem pod ziemię.

        Strużki wody zostawiały rude ścieżki spływając powoli po ścianach. Kiedy Karol z rodzicami mieszkali jeszcze w biedzie, w nędznym domku pod miastem, całe dnie upływały mu w jego ,,bazie” - wciśniętej pomiędzy rosnące na działce drzewa a siatkę ogrodzenia. Ze wstydem wspominał do dzisiaj dzień, kiedy grupka dzieci w jego wieku, w czystych ubraniach, na kolorowych rowerach, zapuściła się w jego ulicę (co było na tyle niezwykłą rzadkością, że jest to jedyna taka sytuacja, jaką Karol pamiętał), aż spotkali go, skulonego w swojej kryjówce. Z dziecinną ochotą próbowali z nim zacząć rozmowę, lecz on, jak nieoswojony dzikus, nie był nawet w stanie spojrzeć im w oczy. Speszeni, ruszyli dalej błotnistą drogą, która prowadziła chyba tylko do jakiejś żwirowni (sam Karol nigdy nie zagłębił się w tę uliczkę dalej niż koniec jego działki), najpewniej zapominając o dziwaku już w następnej minucie. Lecz Karol pamiętał to do dzisiaj. Pamiętał, jak po długiej minucie wreszcie dotarł do niego sens sytuacji, rzucił się on wtedy biegiem przez działkę, wyskakując spomiędzy krzaków na otwarte pole, biegł przez wysoką trawę z nadzieją zobaczenia jeszcze błysku ich plecaków, lecz przywarł wreszcie policzkiem do ogrodzenia, a na uliczce panowała absolutna cisza. Karol-dzikus wyrywał się z jakiegoś rezerwatu, wracając teraz na powierzchnię świadomości chłopca, jakby między rurami piwnicznej kotłowni odnalazł komfort zapomnianej bazy. 

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...