Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

im dłużej mam otwarte oczy
szybciej pot się złuszcza
smaruje każdy ruch
gotuje się przestrzeń przedmiotów i zdarzeń
tłuste tło jak ruchome piaski

omdlewa słońce w zenicie
prosto na nas co jak muchy
w ślinie Boga pełzamy coraz wolniej
przechodząc przez ulice
mój strach czuć z kilometrów
kiedy padliny zebr zabieram ze sobą

każą im leżeć przymykać na tragedie oczy
zielone i czerwone naprzemiennie
między każdym krokiem
na każdym wzroku
w sercu i mózgu
w zwolnionym tempie
i w każdym pośpiechu

podświadomie zakładamy skórę zebry
zdartą z ulic

Opublikowano

Jak dla mnie bardzo dobry tekst. Jest jak o zaciskaniu pętli, czy skutecznym - nie znajduję odpowiedzi i dobrze. Ostatnie dwa wersy - super.
Pozdrawiam.

Opublikowano

omdlewa słońce w zenicie
prosto na nas co jak muchy
w ślinie Boga pełzamy coraz wolniej
przechodząc przez ulice
mój strach czuć z kilometrów
kiedy padliny zebr zabieram ze sobą



Może bez "padlin zebr", ale ta strofa jest tak mocno dotkliwa, że wywołała moje tragiczne wspomnienia. Następna strofa to interpretacja następstw. Mocno używasz słowa. Bardzo dobre. Pozdrawiam. Elka.

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.




dzięki za wizytę i upodobanie / a za wspomnienia wywoływane nie odpowiadam raz są to złe duchy raz dobre ;) dobrze że akurat Twoje wspomnienie jest już tylko wspomnieniem jeśli już los chciał żeby w ogóle było wspomnieniem.

t
Opublikowano

eeee, pomysł wiersz był tak świetny
że aż za świetny
trzy gęste strofy przygotowywania
gruntu pod pointę, która niestety po tym wszystkim
przynosi jedynie ulgę, że to już koniec, a szkoda, bo mogło być nieźle

i, naprawdę, inwersje wykańczają ten tekst

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    •   Klaustrofobia podziemi rosła, im bardziej puste okazywały się kolejne pomieszczenia, nagie i ascetyczne w swoich małych pokutach. Brakowało jednego przejścia, aby cały poziom tworzył jeden spójny cykl, krąg piekieł, albo aureolę na głowie kościoła przemysłu. 

        Zderzony z ostatnią ścianą, Karol odwrócił się, żeby spojrzeć na ślady butów wybite w zalegającym prochu. Nie martwiąc się o pobrudzone spodnie, usiadł na ziemi i, aby nie musieć zamykać oczu, wyłączył latarkę. Rozczarowanie. Nienasycenie. Karol był zawiedziony - nawet nie fabryką, lecz samym sobą. Ciemność trzymała go w serdecznym uścisku, ale nadal dało się wyczuć drżenia przestrzeni z każdym przejeżdżającym samochodem, a spomiędzy zawieszonej pleśni przebijał się zapach płynu do prania. Może właśnie o to chodziło? Centrum zniewolenia jesteśmy my sami, próbujemy uciekać w egzotyczne kraje lub kariery, a mimo tego i tak nie możemy nigdzie znaleźć miejsca brutalnie prawdziwego, brudnego absolutu istnienia. Człowieka chowa się czystego, a dopiero jego zadaniem jest samogwałt - wyrwanie ze swoich trzewi czegoś, czym faktycznie można by powiedzieć, że się jest (bo przecież chyba nie ,,piątoklasistą”?). Mały chłopczyk zastanowił się nad zdjęciem z siebie wszystkich ubrań (o zgrozo - ubrań ,,do szkoły”), nad pozbyciem się fetoru higieny. Nie, to nie to, to byłoby głupie - myśli chłopaka wróciły z powrotem pod ziemię.

        Strużki wody zostawiały rude ścieżki spływając powoli po ścianach. Kiedy Karol z rodzicami mieszkali jeszcze w biedzie, w nędznym domku pod miastem, całe dnie upływały mu w jego ,,bazie” - wciśniętej pomiędzy rosnące na działce drzewa a siatkę ogrodzenia. Ze wstydem wspominał do dzisiaj dzień, kiedy grupka dzieci w jego wieku, w czystych ubraniach, na kolorowych rowerach, zapuściła się w jego ulicę (co było na tyle niezwykłą rzadkością, że jest to jedyna taka sytuacja, jaką Karol pamiętał), aż spotkali go, skulonego w swojej kryjówce. Z dziecinną ochotą próbowali z nim zacząć rozmowę, lecz on, jak nieoswojony dzikus, nie był nawet w stanie spojrzeć im w oczy. Speszeni, ruszyli dalej błotnistą drogą, która prowadziła chyba tylko do jakiejś żwirowni (sam Karol nigdy nie zagłębił się w tę uliczkę dalej niż koniec jego działki), najpewniej zapominając o dziwaku już w następnej minucie. Lecz Karol pamiętał to do dzisiaj. Pamiętał, jak po długiej minucie wreszcie dotarł do niego sens sytuacji, rzucił się on wtedy biegiem przez działkę, wyskakując spomiędzy krzaków na otwarte pole, biegł przez wysoką trawę z nadzieją zobaczenia jeszcze błysku ich plecaków, lecz przywarł wreszcie policzkiem do ogrodzenia, a na uliczce panowała absolutna cisza. Karol-dzikus wyrywał się z jakiegoś rezerwatu, wracając teraz na powierzchnię świadomości chłopca, jakby między rurami piwnicznej kotłowni odnalazł komfort zapomnianej bazy. 

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...