Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Proza inspirowana wierzeniami naszych przodków zamieszkujących tereny obecnej Polski
(której jestem współautorką). Z pozdrowieniami : )

[u]Część I – Dzieciństwo[/u]

Obraz 1

Poranek wśród mgieł i rosy. Bose dziecko w białej, długiej koszulce stojące wśród rosochatych wierzb. Czekające na czyjś znak, by za chwilę udać się w drogę. To dziecko nie narodziło się jeszcze.
..............
To ja? Gdzie jestem? Kim jestem? Niedawno byłam gdzieś indziej... Byłam kimś innym... Nie pamiętam... Na co czekam? Cała jestem oczekiwaniem. Wokół mgła nieprzenikniona, ale... Widzę coś... Czy to pamięć wraca? Tak! Wiem już! Za chwilę przyjdą One! Jakże dobrze jest pamiętać! Och! Napięta jestem oczekiwaniem jak struna pradawnych gęśli, na których za chwilę ktoś zagra pieśń życia. Zaś ja jestem niezaistniałym jeszcze akordem tej przyszłej pieśni. Jestem dzieckiem wśród wierzb rosochatych. Jestem małą, marznącą istotą. Bosymi stopami depczę mokrą trawę. Czekam, by pójść dalej – tylko swoją drogą lecz nie samotna. Dokąd mam pójść? Któż mnie przyjmie? Nienarodzoną jeszcze istotę... Ale przecież to tylko chwila i... cii... słyszę dźwięk struny, na której już grają One - Rodzanice!...

Obraz 2

Chłodny poranek. Dziecko stojące przed progiem starej chaty. Za chwilę go przestąpi. Wystarczy jeden krok.
..............
A więc to tutaj wiódł mnie Rod przy dźwiękach odwiecznej pieśni Rodzanic? Nieznana strzecha, nieznany próg... Kim okażą się ci, którzy mnie oczekują? I czy na pewno mnie oczekują? Czy właśnie mnie? Słyszę bicie własnego serca, coraz mocniejsze i szybsze. Z oczu płyną łzy. Niepewność, która opuści mnie, jeśli tylko przekroczę ten próg. Wystarczy krok, by przejść i zrozumieć... Rodzie!...

Obraz 3

Wnętrze izby rozjaśnianej bielą porannych promieni słońca. Stół, przy którym zasiedli ludzie oczekujący czegoś lub kogoś. Na stole - kołacz, miód, ser i kasza. Próg domostwa przestępuje dziecko.
..................
Spełniło się. Jestem tutaj. W izbie rozjaśnianej pierwszymi promieniami słońca i językami ognia pełgającymi w palenisku i w oczach tych ludzi. Uśmiechają się do kogoś, lecz... Oczy ich są skierowane w moją stronę. Dla mnie więc te uśmiechy? Dla wędrowca nieznanego? Chcę zapytać: "Czy ten dom mnie przyjmie?", lecz nim zdążę spytać, już czytam odpowiedź w ich oczach: "Przyjęliśmy cię. Zostań z nami na dolę i niedolę, na życie, które jest i na śmierć...". Jak ciepło tak siedzieć wśród promieni słońca i ognia domostwa. Przy jednym stole z ludźmi otaczającymi mnie dłońmi oraz z tymi, którzy przy dźwiękach strun prowadzili mnie tutaj.

Obraz 4

Wnętrze chaty rozjaśniane pełgającymi po ścianach płomieniami ognia. Stara kobieta nakłada drew do pieca. W oczach dziecka odbijają się czerwone języki ognia.
..............
W chacie jest mi tak ciepło i przyjemnie. Ta kobieta, która nakłada drew do pieca... Spogląda na mnie uśmiechając się. I ja patrzę na nią pełna spokoju i pewności, że to jest moje miejsce.

I nie wiem czy to mój uśmiech sprawia, że malutkie płomyczki zaczynają ruszać się żwawiej? Ze zdumieniem obserwuję zabawę tych duszków - tak mi się wydaje że te czerwone płomyki to małe stworzonka - wiecznie żywe, uganiające się za sobą. Kobieta staje za mną i zaczyna śpiewać. Cóż to za pieśń? Wydaje mi się, że słyszałam ją gdzieś. Słowa o Bogach... Kim oni są? O duchach... Nie pamiętam... Słowa o świętym ogniu?... Nie wszystko rozumiem, ale melodia podoba mi się niezmiernie. Ukołysana śpiewem i ciepłem - zasypiam spokojnie i śnię sen znany...

Obraz 5

Ścieżkę wśród złotych pól przemierza stara kobieta. Krok w krok za nią idzie małe dziecko w białej koszulce. Idą w stronę wschodzącego słońca.
..............
Pytam babki jak to jest, że słońce złote ciągle przemierza niebo. Dokąd ono wędruje? Babka uśmiecha się i cierpliwie tłumaczy. Zauroczona słucham jej historii o Swarożycu i jego ojcu - kowalu. Jakie to dziwne. Powoli, powoli układam sobie to wszystko w jedną całość. Babka śmieje się gdy pytam czy Swaróg wykuje dla mnie coś ładnego. O, chciałabym mieć coś od niego! Ale po chwili już wiem, że nie może mi dać nic piękniejszego niż to złote pole, te kłosy w których tonę... Mówię jej o tym. Nie wiem czemu, ale babka jest strasznie zdziwiona moimi słowami. I nagle unosi mnie wysoko śmiejąc się radośnie, a ja trwam zawieszona między złotem kłosów a złotem promieni słońca.

[u]Część II – Młodość[/u]

Obraz 6

Ciepła noc. Piaszczystą drogą idzie dziewczyna wpatrując się w gwiazdy.
..............
Noc taka ciepła. Majowa. Mrok dookoła lecz dziś nie boję się mroku. Księżyc większy niż zwykle... Czy może znowu coś mi się wydaje? I droga znajoma ta sama, którą wielu przede mną kroczyło. A może i noc jest ta sama? Bo księżyc przecież od lat niezmienny w swej zmienności. I migoczące gwiazdy jakby nicią bogini jakiejś na zawsze przytwierdzone do czerni atłasowej - wskazujące drogę wędrowcom. Ale dziś? Dlaczego tańczą po ciemnym niebie? Dlaczego kreślą znaki, których nigdy wcześniej nie widziałam? Nie widziałam?... Cóż one znaczą i gdzież nauczyciel, który odkryje przede mną tajemnicę nieba rozpiętego nade mną jak księga niezrozumiana?

Nagle zdaję sobie sprawę że stoję na początku jakiejś drogi. Że do tej pory uczyniłam dopiero jakiś niewielki krok na niej. Co za uczucie! Połączenie niepokoju, niepewności, podekscytowania. Oddaję się mu bezgranicznie.

Obraz 7

Księżycowa noc. Dziewczyna kąpiąca się w jeziorze wśród białych lilii wodnych.
..............
Dlaczego bać się nocy? Jest taka cicha, tchnąca spokojem, którego za dnia próżno szukać. Czasem smutna, kiedy traci z oczu księżyc, lecz przecież On wraca. Odchodzi i wraca wciąż tak samo od zawsze, przemierzając czasy i światy. Wędrowiec niestrudzony, znający wszystkie imiona... Imiona moich bliskich - dziadków, rodziców, braci i sióstr – im wszystkim towarzyszył swą zmiennokształtną wędrówką.

Nie boję się nocy. Bo znam ją od lat, jak ona mnie. Tak samo jak zna mnie to jezioro - najcudowniejsze zwierciadło o jakim pomarzyć mogę. Jakże żałuję, że zabrać go nie mogę i nosić przy sobie... I te wiły, które zawsze tańcowały tu gdy byłam mała. Znają mnie przecież. Żyjemy tutaj razem z tą wodą, niebem, księżycem. On ciągle zmienia się, ale w jakimś sensie pozostaje ten sam. Zupełnie jak ja. Inna. Nowa. Starsza. Ale jednak gdzieś w głębi ta sama, związana z tą ziemią i tą krwią, której nikt mi nie odbierze.

Dziwna myśl przychodzi mi do głowy. Przechodząc za swojego nowiu w pełnię, z pełni znowu w nów – zatoczę jakieś koło. To jakiś cykl. A one mają to do siebie że powtarzają się. W nieskończoność.

Obraz 8

Słoneczny dzień. Wzgórze wśród dębów i brzóz. Na głazie siedzi wsparta o drzewo, czytająca księgę dziewczyna.
..............
Mogłabym stąd nigdy nie wyjeżdżać, ale z żalem mówię sobie, że to ostatni dzień. Nieprędko tu znowu wrócę. Pewnie niejeden tydzień minie... I miesiąc niejeden raz zmieni swe oblicze.

Z sobą wezmę tę książkę znalezioną wśród mchów. Będąc tutaj nie muszę czytać z niej ni słowa, bo każde słowo w niej zapisane, każde słowo szepcze mi ta ziemia. Wystarczy tylko wsłuchać się przez chwilę w opowieść starego dębu. Wystarczy dotknąć głazu i wzrokiem podążyć w stronę, skąd na skrzydłach wiatru przybywają ptaki każdego dnia niosąc pozdrowienia Bogów ludowi tej ziemi.

Ptaki śpiewają tak pięknie. Chmury tak cicho płyną po niebie. Woda w strumieniu śmieje się srebrzyście. Rozumiem dziś wszystko. Wszystko.

Wiatr w chmury, chmury w deszcz, deszcz w ziemię, ja na ziemi. Całość.

Obraz 9

Las pogrążający się w wieczornym mroku. Dziewczyna galopująca na czarnym koniu w zachodzącym krwawo słońcu.

Wieczór się zbliża, las wokół mnie ciemnieje... Jak zawsze kiedy zmienia się czas. Gdy odchodzi dzień, a wielkimi krokami zbliża się noc. Ten czas "pomiędzy" jest zawsze taki dziwny. A ten las... I ja tak daleko od domu... Czuję obecność jakichś istot. Nie z tego świata? Ależ świat jest jeden! I ten, który znam na pamięć, i ten w którym po omacku błądzę. Dlaczego dziś znowu mój kary zbłądził w te knieje? Czy na czyjeś wezwanie niemal co wieczór mnie tu prowadzi?

Dreszcz jakiś przebiega po plecach.

Kary rży i nagle staje dęba. Bez mojej woli, choć chyba bardziej niczego w tej chwili nie pragnę, zawraca. Dotąd spokojny, dziś oszalał! Czerwone oczy jak słońce, które przenika między drzewami i galop opętańczy... Przywieram do niego całym ciałem. Zdaję się cała na niego. Przecież zna drogę...

Przez ułamki sekund wśród drzew dostrzegam obraz, który gdzieś już widziałam - dziecko wśród wierzb rosochatych, małą, marznącą istotę, bosymi stopami depczącą mokrą trawę. Chwilę później - mgły, mój kary w ostatniej chwili uskakuje w bok - omal kogoś nie tratuje kopytami. Kątem oka dostrzegam starszą kobietę, samotnie przemierzającą leśną ścieżkę.

Potem dookoła mnie już tylko czerń... Wiem, że trafiłam w jakieś dziwne miejsce pomiędzy
światami. Dziwne dźwięki, dziwne obrazy... Sam Leszy chyba zwrócił na mnie swoje wilczy wzrok. Zamykam więc oczy, aby przypadkiem nawet nie skrzyżować spojrzenia z nim i przywieram do mego zwierzęcia jeszcze bardziej. Obiecuję sobie i jemu nigdy, przenigdy już nie wyruszać w bory, kiedy tak łatwo pomylić światy...

Obraz 10

Letni chmurny wieczór. Dziewczyna płacząc szarpie płatki kwiatów.
..............
Tyle pięknych chwil, po których zostały mi tylko te kwiaty... Dał mi je zaledwie kilka dni temu... Chcę bluźnić światu i Bogom. Czy naprawdę tak okrutny musiał być Weles? Żeby odebrać mi tak bliską osobę? By odebrać mi jego?...

Gdzieś w głębi duszy czuję, że przecież ani Welesa, ani nikogo innego winić nie powinnam. Może taki właśnie los utkały mu Rodzanice, gdy - tak jak kiedyś opowiadała mi babka - był tylko oczekiwaniem, gdy był niczym struna pradawnych gęśli, na których później zagrano pieśń życia? Gdy był jeszcze niezaistniałym akordem tej przyszłej pieśni. Pieśni którą - nie mogę wyzbyć się tego uczucia - mieliśmy wyśpiewać razem...

To już ostatni płatek z kwiatów, które odeszły wraz z nim. Już pada na ziemię, tak samotny jak ja. A po nim tylko pustka. Szara ściana... Bogowie! Rodzanice! Okrutny los... Czy może niepotrzebnie nadzieję straciłam?...

Płaczę, klnę… W końcu zasypiam. Szarym snem bez żadnych wizji ani obrazów.

[u]Część III – Dojrzałość[/u]

Obraz 11

Kobieta siejąca ziarnko.
..............
Ziarno, które w niezwykły sposób rośnie w głębi ziemi, wilgotnej i ciepłej. Mokoszy! Twoim cudem i we mnie to ziarno dziś rozkwita. Każdego dnia czuję jak kwitnie i wzrasta. To takie niesamowite uczucie. Być sobą i jednocześnie tym, który nadejdzie. Dlaczego cały czas dręczy mnie ta wizja? Wizja bosego dziecko w białej, długiej koszulce, stojącego wśród rosochatych wierzb... Czekającego na czyjś znak, by za chwilę udać się w drogę. Wizja poranka wśród mgieł i rosy. Skąd przyszła? Czemu mnie nawiedziła? Odkąd pamiętam, jestem pełna snów i obrazów. Rzadko kiedy znajduję odpowiedź.

Ale w końcu – co jest ważniejsze? I co bardziej potrzebne - gotowe odpowiedzi czy pytania, które stawiam sobie przez całe życie?

Obraz 12

Parny poranek. Kobieta niosąca wodę z jeziora, by podlać usychające drzewo.
..............
Słońce niemiłosiernie pali. Mój oddech sam w sobie jest żarem. Moja skóra chyba zaraz popęka, tak jak popękała już ziemia po której stąpam. Z każdym krokiem na ziemię wylewa się z koromysła woda, którą z takim trudem niosę dla mojego drzewa. Za chwilę sama chyba napiję się jej... Pragnienie jest zbyt wielkie. Każdy kolejny krok jest tak ciężki do przebycia niczym siedem mil.

Gorący dzień. Powietrze faluje. To przed tym zawsze ostrzegała babka. Czas Południc. Zza pleców dochodzi mnie dziki śmiech, jakaś siła popycha mnie, przewracam się na ziemię. Prosto w kurz i pył. Czarne płaty wirują przed oczyma, odpływam w ciemność.

Zbudź się. Pole. Słońce jeszcze wyżej. Ja żyję? Chyba jestem przedmiotem czyjejś okrutnej zabawy. Z oddali dochodzi mnie ten sam dziki śmiech. Podnoszę puste koromysła. Nie wiem skąd nabieram sił, by jeszcze raz wrócić nad jezioro.

Napełniam wiadra do pełna. Wtem – dosłownie znikąd, w jednej chwili – zrywa się deszcz. Dziękuję Bogom że są ze mną w takiej chwili. Zafascynowana, patrzę na te zaślubiny nieba z ziemią. Chwytam pełne koromysła i tanecznym krokiem zmierzam ku mojemu drzewu.

Obraz 13

Dzień chyli się ku końcowi. Kobieta na wzgórzu pośród szalejących żywiołów.
..............
Wyjcie! Świszczcie! Grzmijcie! Zabijcie mnie nawet. Spróbujcie! Złych słów, złych myśli, złych ludzi mogłabym się obawiać. Ale z wami, żywiołami za pan brat od dziecka jestem. Perunie! Władco! Jeśli zechcesz, w piorunową strzałkę zamień mnie tu teraz, twoim kamieniem będę. Nie lękam się tego.

Któż zbliża się w moją stronę? Cóż za szaleniec śmie się sprzeciwiać żywiołom? Olbrzym jakiś, ciemna postać, co chwila rozjaśniana wybuchami błyskawic... Zamieram zupełnie, gdy przechodzi obok mnie. Serce przestaje mi bić. I takie już będzie na zawsze – kamienne, piorunowe...

A może Bogowie każde serce odmienić potrafią? Skądże ludziom o tym wiedzieć?

Nie, nie będzie takie zawsze, ale ja sama jeszcze o tym nie wiem. Jeszcze.

Obraz 14

Sad o zmierzchu. Kobieta podająca owoc komuś, kto go pragnie.
..............
Spójrz, to właśnie dla ciebie zerwałam ten owoc. On może być wszystkim, czego pragniesz ode mnie. Może być wszystkim co mogę ci dać. Może być też wszystkim, co ja chciałabym kiedykolwiek mieć. Czy zechcesz go ze mną dzielić? Błagałam Roda by tak było. Błagałam bezlitosne i ślepe Rodzanice.

Ale ciebie błagać nie będę, mój miły. Sam wyciągniesz po to dłoń .

Wizja przenosi mnie gdzie indziej. Znowu jestem w moim miejscu nad jeziorem. Setki razy tu bywałam, ale dziś pierwszy raz w życiu nie jestem tu sama. Jest ze mną On. Powoli rozbieram się i próbuję zapamiętać na zawsze to jak na mnie patrzy. A patrzy jak na jakąś boginię chyba. Cudne uczucie. Już teraz wiem że będę chciała je powtarzać w nieskończoność. Nie śpiesząc się wchodzę do wody, każdy mój ruch jest tak leniwy jak to tylko możliwe. Niech to trwa wieki całe, błagam. Odwracam się. Z największym trudem z zaciśniętego gardła wydobywa się ciche: „Chodź…”

Obraz 15

Deszczowa noc. Kobieta w szalonym tańcu.
..............
Tańczę dla niego, wiruję, obracam się, w tej chwili jestem swarzycą, ognistą, płomienną, spragnioną wody, którą mój płomień ugasi na zawsze. Swarzycą uśmiechniętą, rozbieganą, roztańczoną, żywą, dającą radość, dającą życie. O, spalić się, spłonąć wraz z tobą... Chcę być Swarzycą rozpaloną i ugaszoną. Goń mnie! Złap mnie a będziemy tańczyć jak słońce z chmurami tańczy na niebie, tańcem odwiecznym i tańcem koniecznym by dalej Swarzyca kręciła się ruchem odwiecznym, jak wiatr, jak słońce, jak chmury.

Złap mnie a będziemy trwać w nieskończonym tańcu życia, przemierzając czasy, pędem nieziemskim porwani w przestrzenie dalekie...

Okręgi w okręgach, po horyzont nieskończone, kobieta i mężczyzna stojący w każdym okręgu. A dokoła ich inne okręgi - swarzyce.

Tańczą dla siebie, wirują, obracają się, w tej chwili są swarzycą, ognistą, płomienną, spragnioną wody, którą płomień ugasi na zawsze. Swarzycą uśmiechniętą, rozbieganą, roztańczoną, żywą, dającą radość, dającą życie.

[u]Część IV - Starość[/u]

Obraz 16

Staruszka siedząca przy piecu, wpatrzona w ogień. Dziecko, w oczach którego odbijają się czerwone języki ognia.
..............
Nakładam drew do pieca. Uśmiechając się, spoglądam na wnuka. I on patrzy na mnie pełen spokoju i pewności. Wie, że to jest jego miejsce. Zaczynam śpiewać. Słowa o Bogach. O duchach. O Przodkach. Słowa o świętym ogniu. Dziecko kocha te melodie. Ukołysane śpiewem i ciepłem - zasypia spokojnie i śni sen znany...

I ja zastygam na ławie. Melodia, którą nuciłam unosi się leniwie w powietrzu. Prowadzi krótką rozmowę z trzaskającym wesoło ogniem, potem znika zupełnie. A do mnie przychodzi dziwna myśl, dziwny obraz. Widzę wędrowca przemierzającego ciągle tę samą drogę. Ukołysana ciepłem i wizją, również zasypiam.

Obraz 17
Ścieżkę wśród złotych pól przemierza stara kobieta. Krok w krok za nią idzie małe dziecko w białej koszulce. Idą w stronę zachodzącego słońca.

..............
Spaceruję dziś za rękę z małym chłopcem, krwią z mojej krwi. Pyta mnie jak to jest, że słońce złote ciągle przemierza niebo. Dokąd ono wędruje? Uśmiecham się i cierpliwie tłumaczę. Chłopiec z ognikami w oczach słucha mojej historii o Swarożycu i jego ojcu - kowalu. W głowie mu się to nie mieści, ale powoli układa sobie to wszystko w jedną całość. Śmieję się, gdy słyszę jego pytanie "czy Swaróg wykuje dla niego coś ładnego". Po chwili stwierdza, że nie wie czy mógłby od tego Boga otrzymać coś ładniejszego niż to złote pole, te złote kłosy, w których toniemy. Dziwią mnie takie słowa w ustach małego chłopca.

Po chwili uświadamiam sobie coś tak wielkiego, przytłaczającego mnie, że przerażona przerywam opowieść, zatrzymuję się i otwieram usta ze zdumienia. To wszystko kiedyś już było. Pamiętam dokładnie. Tylko że to ja byłam tu zamiast tego małego chłopca. Czy to prawda, że powtarzamy czas od początku? Może to być?

Unoszę chłopca wysoko śmiejąc się radośnie. Trwamy tak, zawieszeni między złotem kłosów a złotem promieni słońca.

Obraz 18

Staruszka stojąca pod rozdartym piorunem dębem.
..............
Zatrzymuję się i z namysłem spoglądam na poczerniały pień wspaniałego niegdyś dębu. Święte drzewo i święty jego koniec, zginęło boskim piorunem porażone. I cóż, że koniec nadszedł? Mimochodem rozglądam się czy jakiś mały dąb nie pojawił się w okolicy. Ziarno z ziarna, kwiat z kwiatu, krew z krwi – w głowie przetaczają się dziesiątki myśli. Czy i mój koniec taki będzie? Święty, dostojny, boski wręcz?

W chwilę później omal nie ginę stratowana kopytami czarnego konia, na którym mknie jakaś szalona dziewczyna. Gna na rumaku jakby ją sam Leszy gonił. W ostatniej chwili cofam się z drogi, stając tuż pod rozdartym dębem. Dotykam go i uśmiecham się. Tak. I ja i on odejdziemy z naszej ziemi w podobny sposób. Święcie. Dostojnie.

Obraz 19

Staruszka odchodząca w mgły.
..............
Lata minęły i gdy dziś patrzę w lustro nie zawsze umiem w nim rozpoznać tą, którą znam z własnych wspomnień. Może dlatego, że staram się często wracać do tych najlepszych, te gorsze zostawiając gdzieś daleko? Wiem, że to nie koniec, wiem że po prostu czas pójść dalej, do tego świata, o którym nie do końca umiem rozmawiać używając naszego języka.
Ale czy to czego nazwać nie potrafimy, nie istnieje? Istnieje tak samo jak ta mgła, która skryć potrafi wszystko i w której wszystko ma ten sam kształt...

A kraina, do której każdy dzień przybliża mnie bardziej, istnieje i przyzywa każdego dnia głośniej i głośniej. A może to głosy moich bliskich - dziadów, braci i sióstr i... jego?... Przecież nigdy nie straciłam nadziei, nawet wtedy gdy niszcząc kwiaty złorzeczyłam Bogom...

Wyglądam za okno. Mgła. Tak gęsta, że wiem iż w niej zgubię się i zniknę, by odnaleźć... życie.

Obraz 20

W chacie staruszka stojąca nad kołyską. Na dworze poranek wśród mgieł i rosy. Bose dziecko w białej, długiej koszulce stojące wśród rosochatych wierzb. Czekające na czyjś znak, by za chwilę udać się w drogę. To dziecko nie narodziło się jeszcze.
..............
Nim wyjdę, na chwilę zatrzymuję się jeszcze nad kołyską. Jeszcze pustą, lecz wiem że już lada dzień, lada godzina pojawi się w niej krew z mojej krwi. Ale na mnie już czas. Otwieram drzwi, robię pierwszy krok na mojej nowej ścieżce. Droga pochłania mnie w zupełności, stajemy się jednością.

Mijam dziecko stojące wśród rosochatych wierzb. Małą marznącą istotę w długiej, białej koszulce. Bosymi stopami depcze mokrą trawę. Czeka, by dokądś pójść, by zostać przyjętą. Nie narodziła się jeszcze. Uśmiecham się. Już twój czas – myślę. Za chwilę ty zjawisz się w chacie, którą ja właśnie opuściłam. Wtem słyszę dźwięk struny, na której już grają One - Rodzanice!...

Mgła pochłania mnie.

Życie to krąg. Nie ma śmierci.
Nie ma śmierci. Życie to krąg.
Życie to krąg. Nie ma śmierci.
Nie ma śmierci. Życie to krąg.
Życie…

Opublikowano

Przeczytałem... Koło Życia I Śmierci to jedyne przytomne wytłumaczenie obecnego stanu cywilizacyjnej świadomości, która wciąż szuka odpowiedzi...
Rosochate wierzby, miód, ser i kasza są nazbyt oczywiste i umniejszają walory utworu:) Jakby to spróbować zawrzeć w innej, nieszablonowej formie?...
'' Życie to krąg. Nie ma śmierci.
Nie ma śmierci. Życie to krąg.
Życie to krąg. Nie ma śmierci.
Nie ma śmierci. Życie to krąg.
Życie… '' - dla mnie lekki bełkot. Jeżeli nie ma śmierci, nie ma też narodzin, de facto:) Nie naradza się nic nowego - to, co się rodzi, to stare jest, tylko w innej formie materialnej, wytuningowanej i odmłodzonej - widzę to nie inaczej:)


Pozdrówka:)
M.

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Spróbować można. Pewnie :) Tylko, że geneza tych obrazków jest trochę dziwna i chyba nie do końca "moja". Dlatego wraz z kompanem po piórze postanowiliśmy, że to, co wyszczególnione zostało tłustym drukiem, będzie wyglądać właśnie w ten sposób :)


No, zmienność i względność rzeczy to też prawda :)


Ufff... :D
Nawet nie wiesz jakie wątpliwości i palpitacje miałam w związku z pokazaniem tego na tym forum :D
Dziękuję za czas spędzony na lekturze naszej opowieści i również pozdrawiam serdecznie :)

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @Bożena Tatara - Paszko Poglądy sumienia chowają, idiotyzmy wprowadzają, idioci im klaskają, bo koryta pełne mają .   Pozdrawiam serdecznie 5 Miłego dnia 
    • Wędrował sobie pewnego razu po świecie pewien człowiek. Kim był? Nie wiadomo. Sam o sobie mówił, że jest po prostu włóczęgą, poszukującym nieodkrytej jeszcze przez nikogo ziemi. Ludzie, gdy to słyszeli, patrzyli na niego z politowaniem i pukali się palcami w głowę, no bo jakże to? Przecież każdy skrawek naszego globu został już dawno zbadany, opisany i umieszczony na tysiącu map oraz atlasów. Skąd więc pomysł, aby odnaleźć jakąś ziemię, nieznaną i niczyją? Ten człowiek był również poetą. Pisał wiersze i twierdził, że to właśnie za ich pomocą on tę ziemię w końcu odszuka, zobaczy i przemierzy. Któregoś dnia wędrowiec, zmęczony długą marszrutą, zatrzymał się w niewielkim miasteczku, na rynku. Rozmawiał tam z jego mieszkańcami o poezji, czytał im swoje wiersze i opowiadał, że gdzieś daleko, za ogromnym górskim masywem, za niezgłębionym oceanem, za tysiącem burz i za tysiącem wschodów słońca, istnieje ziemia, której piękno nie może się z niczym równać, ale nikt nie wie dokładnie, jak do niej trafić. Ludzie z miasteczka, jak zwykle, nie chcieli mu wierzyć. Nawet go nie słuchali, zajęci swoją codzienną krzątaniną. Przekupki zachwalały dorodne owoce i warzywa, kuglarze dawali pokazy żonglowania pochodniami, dzieci tłoczyły się wokół stoisk z cukrową watą i balonikami. Tylko jeden mały chłopiec podszedł do poety i zaczepił go: - Proszę pana... Proszę pana, czy może mi pan opowiedzieć coś o tej ziemi, której pan szuka? Jak tam jest? - Tam jest jak w raju - odparł człowiek, a w jego oczach rozbłysł skrywany głęboko zachwyt. - Drzewa nigdy nie są nagie. Ptaki wiecznie śpiewają o wiośnie i lecie. Wszędzie kwitną kwiaty w rozlicznych barwach, roztaczając zapachy, których nawet sobie nie potrafimy wyobrazić. Na niebie pojawiają się codziennie zorze i tęcze, a przez doliny, rozgrzane łagodnością słonecznego blasku, płyną niebieskie roziskrzone rzeki niby jedwabne wstążki. Zwierzęta nie polują na siebie, tylko pod koniec dnia spotykają się u wodopojów i rozmawiają ze sobą pogodnie w nieznanych, tajemnych językach. Żyją tam jedynie sami szczęśliwi ludzie, którzy się gorąco kochają... - Eeee... - stwierdził chłopiec, marszcząc czoło. - Nie ma takiego miejsca. Kłamiesz albo zmyślasz! - dorzucił i pobiegł ku zakurzonym miejskim uliczkom, pogrążonym w popołudniowej sjeście. Włóczęga postanowił również odpocząć przy niewielkim klombie, na gorącym od słońca skwerze. Żar lał się z nieba, mącił myśli, zasnuwał źrenice ciężką, kleistą powłoką. Człowiek pogrążył się w końcu w mętnym półśnie i nagle poczuł, że coś delikatnie trąciło jego dłoń. Uniósł powieki i zobaczył, jak na jego ręce usadowił się mały ptaszek. Był to rudzik, szary z pomarańczowym brzuszkiem, który przechylał łebek raz w lewą, raz w prawą stronę, i obserwował człowieka bystrymi, ciekawskimi koralikami oczu, Raz po raz podfruwał do góry, a potem znowu przysiadał na jego dłoni. - Co ty mi chcesz powiedzieć, ptaszku? - zagadał wędrowiec. Ostrożnym ruchem sięgnął do kieszeni, gdzie znalazł trochę okruchów bułki. Wysypał je na dłoń i poczekał, aż rudzik odważy się skorzystać z tego skromnego poczęstunku. Ptak skubnął kilka okruszków, a następnie znów zaczął na przemian wzbijać się w powietrze i powracać ku rękom człowieka, cały czas słodko poćwierkując. - Mam za tobą iść? - spytał wędrowny poeta. Rudzik oddalił się nieco, lecz przysiadł na gałęzi pobliskiego drzewka, jakby czekał na zaskoczonego tym zdarzeniem włóczęgę. Ów wreszcie wstał i ruszył za ptaszkiem. Opuścił senne miasteczko, po czym skręcił w polną drogę, która prowadziła na zachód. Minął parę opuszczonych domostw oraz wielką łąkę, hojnie usianą miriadami polnych kwiatów - rumianków w białych spódniczkach, wrotyczy jak błędne ogniki, dzikich ślazów zalotnie uśmiechniętych do przysiadających na ich płatkach modraszków. Wtem ptaszek zatrzymał się przy jednej z rozsypujących się ruder. Człowiek minął, zaciekawiony, drewnianą szopę, stare, skrzypiące pomieszczenia gospodarcze, aż dotarł do drewnianego płotu, pokrytego ciemnym, zielonym nalotem. W płocie znajdowała się furtka, zamknięta na haczyk. Rudzik usiadł nieopodal i radośnie zaświergotał. Wędrowiec otworzył furtkę i znalazł się, ku swemu zaskoczeniu, w starym ogrodzie. Był to bardzo dziwny ogród. Mogło się wydawać, że ktoś go opuścił w pośpiechu, nagle i bez jednego słowa pożegnania. Kiedyś ogrodowe alejki, kwietniki i krzewy musiały być pielęgnowane z zapałem i wielkim wyczuciem smaku. Gdzieniegdzie stały stylowe, ozdobne ławki, które czas obdarł nie wiadomo kiedy z eleganckiej bieli. Na środku ogrodu wznosiła się nieczynna fontanna, która zapewne niegdyś cieszyła oczy widokiem srebrzystych strug wody tańczących nad marmurowym basenikiem. Niedaleko fontanny znajdowała się huśtawka, przygnieciona i złamana przez gruby konar drzewa, na którym została zawieszona. W ogrodzie pełno było różanych krzewów. Poeta nigdy nie widział takiej obfitości i tylu odmian róż. Pnące, dzikie, miniaturki - wszystkie zdawały się pamiętać czas, gdy jakaś troskliwa ręka opiekowała się nimi dbając, aby rozwijały się, rozrastały i kwitły. Teraz jednak krzewy zdziczały, zmarniały, jakby zmęczone samotnością i ciszą. To właśnie ta cisza uderzyła najbardziej człowieka; w ogrodzie nie śpiewał ani jeden ptak, ani jeden liść nie szumiał pod muśnięciami wiatru. Obecna tu przyroda sprawiała wrażenie zastygłej w niewyobrażalnie bolesnym milczeniu. Nawet rudzik, który przycupnął lękliwie na chudziutkim, różanym pędzie, przestał ćwierkać, tylko wpatrywał się w człowieka uważnie i pytająco. - Co to za ogród...? I co ja mam z tym wspólnego? - pokiwał głową wędrowny poeta. - Tu nikogo nie było od lat, najwyżej duchy jakichś wspomnień zlatują się nocą do tej fontanny i do porozbijanych latarni, jak stare nietoperze. Te ścieżki dawniej żyły, z pewnością... Odpowiadały zapachem kwiatów niebu na jego zaczepki, tętniły beztroską młodością, a teraz...? Może kiedyś w owym miejscu ktoś kogoś kochał, ktoś się śmiał, ktoś tańczył wśród milionów róż, podczas gdy dziś jest tu tak cicho, że moje własne myśli lękają się głośniej odetchnąć... Zachodzące słońce zostawiało na zastygłych bez ani jednego drgnienia liściach czerwonawą poświatę. Znużony człowiek usiadł na jednej z niszczejących ławek i westchnął. - Żeby to wszystko przywrócić znów do życia, potrzeba wiele wysiłku. Ale może warto? Co, ptaszku? Czy o to ci właśnie chodziło?- zapytał, szukając wzrokiem swojego skrzydlatego towarzysza. Rudzik podfrunął do niego i poeta przysiągłby, że ptak skinął twierdząco swoją szarą główką.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następne dni i tygodnie upłynęły poecie na ciężkiej pracy. Od brzasku do późnej nocy sprzątał alejki, wyrywał chwasty, kosił trawniki, naprawiał połamane ławki, reperował latarnie. W starej szopie, która stała przy ogrodzie i w której teraz zamieszkał, znalazł wszystkie potrzebne narzędzia, zupełnie jakby ktoś je zostawił specjalnie dla niego. Ponieważ dotychczas tylko pisał wiersze, zupełnie nie znał się na ogrodnictwie, ale czuł, że intuicja podpowiada mu, co należy robić. Po prostu, gdy czegoś nie wiedział, siadał sobie przy fontannie, pogrążony w zadumie, aż wcześniej czy później znajdował odpowiedź na swoje pytanie. A może ktoś mu coś szeptał do ucha? Ogród z wolna otrząsał się z przygnębiającego nastroju i prezentował się całkiem przyjemnie. Zaczęły do niego przylatywać ptaki, z początku nieśmiało, lecz później zadomowiły się na dobre. Nocami słowiki uwijały się wśród gęstych krzewów róż, a z rana nowy dzień witały zięby swoimi przeciągłymi, melodyjnymi trelami. Latarnie oświetlały zadbane trawniki i oplatały ławki miękkimi cieniami. Zieleń rozrosła się bujna, soczysta, już nie dzika i trwożliwa. Człowiek cieszył się, widząc, jak jego starania przynosiły owoce, lecz martwiło go, że choć zdecydowanie ogród powracał do życia, nie zrodził się w nim dotychczas ani jeden kwiat. - No przecież po to jest ogród,żeby w nim coś kwitło! - martwił się wędrowiec. Podlewał troskliwie różane krzaczki, przycinał martwe pędy, raniąc sobie palce cierniami, pojechał też do miasteczka po specjalny nawóz - i nic! Ani jeden pąk nie chciał pojawić się wśród błyszczących liści. - A jednak te róże kogoś cieszyły kolorami i słodyczą - westchnął poeta. - Co ja mam teraz zrobić? Nic z tego nie rozumiem. Przecież już za parę dni zaczyna się lato... - Co ja mogę uczynić dla tego ogrodu, co więcej? Starał się jeszcze bardziej. Wstawał przed słońcem i pracował niemal do samej północy. Znał już w tym miejscu każdy zakątek i tak bardzo wyczekiwał chwili, w której choć jedna róża zaczerwieni się się w kolczastym gąszczu. Któregoś upalnego popołudnia, smutny i zmęczony, usiadł na jednej z ławeczek, wbiwszy zniechęcony wzrok w martwą fontannę. Chciało mu się płakać. Tyle wysiłku na nic! Bezradnie wyciągnął z jednej ze swoich kieszeni ołówek i nieduży, pognieciony zeszyt, w którym kiedyś zapisywał swoje wiersze. Od dawna niczego nie stworzy, zajęty nawożeniem, okopywaniem, pieleniem, koszeniem i podlewaniem. Teraz jednak poczuł, że musi ułożyć wiersz. Wiersz o tym, jak bardzo zależy mu na tym ogrodzie. Jak bardzo się spracował bez żadnego efektu. Jak bardzo boli go, że nie potrafi wypełnić tych ścieżek radością, którą ktoś musiał zabrać ze sobą na zawsze, bezlitośnie odchodząc. Pisał, że mimo wszystko przeszłość nie musi przecież ciążyć nad tym, co przecież żyje i pragnie życia. Że chociaż ktoś porzucił przed laty ten świat i zabrał ze sobą nadzieję oraz wolę kwitnienia - teraz przecież jest on, poeta, który uczy się dbać o dotkliwie niegdyś zranione rosarium. Dotkliwie - lecz przecież nie śmiertelnie. Na końcu chciał jeszcze napisać jeszcze jedno słowo, ale jego pióro zatrzymało się, jakby jeszcze nie ufało własnej śmiałości. A potem człowiek przeczytał swój wiersz na głos. Przeczytał go dla tego dziwnego ogrodu. I wtedy pierwszy raz poczuł, jak wszystkie gałązki różanych krzewów gną się od ciepłego podmuchu wiatru, który łagodnie nadszedł nie wiadomo skąd. Poeta wstał i postanowił przejść się po alejkach. Nie uszedł nawet kilkunastu kroków, gdy nieoczekiwanie u swoich stóp dostrzegł kilkanaście drobniutkich roślinek, wychylających się niepewnie z ziemi Nigdy wcześniej nie widział tutaj podobnego gatunku. Ukląkł przy nich i poczuł, jak fala wrzących łez zalewa mu policzki. Maleńkie wschodzące krzewinki pokryte były pąkami kwiatów. Tak, niewątpliwie za kilka dni te pąki rozwiną się, a delikatne łodyżki będą dźwigać najpiękniejszy ciężar na świecie - ciężar życia. Człowiek pragnął całować i pieścić skromne listki młodziutkich siewek, ale nie chciał ich uszkodzić przedwczesną radością i swoim niezręcznym dotykiem. Od tego momentu, przed udaniem się na spoczynek, gdy już uporał się ze swoimi zwykłymi obowiązkami, siadał przy malutkich, rodzących się kwiatkach i czytał im swoje kolejne wiersze, pisane z czułością i pokorą. Pewnego wieczoru poeta dostrzegł, że od północy nadciągają nad ogród ciemne, burzowe chmury. "No tak, przecież to już lato...", westchnął. To miała być pierwsza burza w tym roku. "Trzeba koniecznie zadbać o moje kwiatki, ochronić je, przecież jeszcze nie zdążyły się rozwinąć, i teraz miałaby je zniszczyć ulewa albo wichura? Będę czuwał, nie pozwolę na to!" Nocą przez ogród przetoczyła się istotnie wściekła nawałnica. Strugi ulewnego deszczu gięły do ziemi gałęzie różanych krzaków, a wichura chłostała alejki, trawniki, ławki i latarnie niewidzialnymi kańczugami. Człowiek pozostał w bezruchu przy swojej gromadce kwiatków, którą osłaniał własnym ciałem, mówiąc do nich niemal jak do dzieci: - To tylko burza. Ja też się boję, ale przecież jesteśmy razem. Obolały i przemoknięty pilnował, aby huragan nie uszkodził żadnego listka ani żadnej łodyżki. Nad ranem burzowe chmury ustąpiły na niebie miejsca drżącym promieniom świtu. I w tym złoto-różowym świetle, na jednej z pokrytych jeszcze kroplami wody kępek, pojawił się pierwszy kwiatek. Była to niezapominajka. Poeta oszalał wprost ze szczęścia, Zaczął biegać radośnie po ścieżkach w ogrodzie, tańczyć, śpiewać, krzyczeć, na zmianę płakać i śmiać się. Potem wrócił znów do swoich niezapominajek i z radosnym zdumieniem zobaczył kolejne błękitne kwiatki, pozdrawiające go zalotnymi mrugnięciami z objęć jasnej czystej zieleni. - Kocham was - napisał tego dnia poeta w swoim najnowszym wierszu, który przeczytał im na dobranoc. W myślach tulił je i pieścił. Kwiaty zdawały się wszystko rozumieć i jakby zalśniły w ciemności ukrytym, gorącym światłem.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następnego dnia człowiek stwierdził, że musi pójść do miasteczka, kupić nowy szpadel, bo stary już do niczego się nie nadawał. Ponieważ burza wyrządziła w ogrodzie wiele szkód, potrzebował również jeszcze paru innych rzeczy, aby wszystko ponaprawiać. Pogładził lekko dłonią krzewinki niezapominajek. - Niedługo wrócę - obiecał. Z głębi ogrodu przyleciał rudzik, i usiadł mu śmiało na ramieniu. Chwilę poćwierkał, a potem zniknął w kolczastej różanej gęstwinie. Na rynku jak zawsze było głośno i tłoczno. Straganiarze przekrzykiwali się nawzajem nad stertami towarów, w powietrzu pachniało grillowaną kiełbasą, gołębie tłoczyły się przy przepełnionych śmietnikach. Poeta, zaopatrzywszy się w niezbędne narzędzia, zatrzymał się jeszcze na chwilę przy stoisku z lemoniadą, gdyż zachciało mu się pić. - O, to pan?- usłyszał nagle chłopięcy głos, który skądś znał. - Tak - odparł. Przypomniał sobie swoją dawną rozmowę z owym dzieciakiem, który tamtego dnia nie uwierzył w jego najskrytsze marzenia. - I co, znalazł pan tę swoją wspaniałą krainę? - spytał chłopiec, obrzuciwszy go łobuzerskim spojrzeniem. - Tę, gdzie podobno wszystko jest takie cudowne i panuje wieczne szczęście? - Znalazłem - odpowiedział z uśmiechem poeta, myśląc o swoich niezapominajkach.  
    • spadł puch swym ramieniem przytulił rozżalonych rozjarzone brylanty na ziemi tliły się w oczach białe morze wzburzyło się po raz pierwszy od dawien dawna chcąc byśmy przypomnieli sobie, jak to jest płynąć po nim saniami   potajemnie zmówił się nieboskłon z chmurami urwiska stanął się przystankami drogi porwą pojazdy chwalić będziemy się i ogrzewać śmiejąc z gniewu, niekiedy i radości   przytulnie będzie aniołem zostać bo w końcu biel nas zewsząd otacza byle dłoni nie zajechać po całości, czymś musimy postawić posągi z węgli i marchewek   wieczór dziś jest specjalny inny niźli zawsze tańczymy nieświadomie pod jednym płaszczem bawimy się jak niegdyś i tylko to się liczy wszystko to, gdy palą się lampy pomimo tego, że marzniemy   uwieczniona kamera taśma przygotowana na niby nijak wszystko dlatego że dnia dzisiejszego, zwykłego jak inne, spadł puch    
    • @Radosław   a Ty jak Kogut…  

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @KOBIETA Bądź  jak Supernova. 
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...