Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Tekst pochodzi z "Rewii Rozrywki" ; nr 28 ; wówczas kwartalnika; a w 1974r - nr 4.
Za życia Profesora. Autorem poniższego jest Krzysztof Oleszczyk.

PROFESOR I JEGO PASJE

Przed laty w paryskich kawiarniach i winiarniach, miejscach odwiedzanych przez
międzynarodową bohemę - co wieczór spotkać można było grupy młodych ludzi
pozdrawiających się tajemniczym zawołaniem: "atakanapa tokata panakata!"
Ludzie ci, mimo brzmiącego iście z japońska powitania nie pochodzili bynajmniej
z kraju Wschodzącego Słońca. Do Paryża przybyli z leżącej znacznie bliżej Polski.
Byli głównie architektami i malarzami odbywającymi właśnie zagraniczne praktyki
i staże. Byli wszyscy bez wyjątku uczniami Profesora.
Właśnie Profesor - pasjonat i mistrz palindromów w czasie praktyk i przerw między wykładami starał się zarazić uczniów swoją wielką pasją. Podane tajemnicze zdanie
jest właśnie palindromem. Podzielone na wyrazy tworzy zdanie = " - a ta kanapa,
to kota pana kata" - czytane jednakowo od strony lewej do prawej i od prawej do lewej.
Profesor liczy sobie lat setkę - jak sam mawia - bez, ledwo piętnastu.
Jeszcze przed pierwszą wojną światową rozpoczął studia artystyczne we Lwowie,
które kontynuował później w warszawskiej Szkole Sztuk Pięknych. O rozwoju
jego zainteresowań artystycznych zadecydował nie kto inny, a sam król Zygmunt.
Przed pierwszą wojną stał on na kolumnie nie jak obecnie na osi Krakowskiego
Przedmieścia, lecz nieco cofnięty - w odległości kilku metrów i niemal dokładnie na wysokości okna Profesora( wówczas jeszcze ucznia jednejz warszawskich szkół).
Do rodziny Profesora należał bowiem dom stojący na rogu Krakowskiego i placu
Zamkowego, znany dziś jako siedziba Związku Literatów. Budynek ten z charakterysty-
cznymi ruchomymi schodami prowadzącymi na trasę W-Z , we wszystkich przewodnikach zwany jest imieniem rodziny Profesora.
Studia artystyczne były początkiem aktywnego i niezwykle ciekawego życia. Był
Profesor znanym plakacistą , projektantem znaczków pocztowych, okładek książek, odznaczeń i medali, laureatem wielu nagród i konkursów. W 1916 roku otrzymał za projekty znaczków dwie pierwsze nagrody. W latach dwudziestych wspólnie z prof. Zygmuntem Kamińskim stworzył wielki plafon w Teatrze Narodowym. W roku 1939
zdobył pierwszą nagrodę w konkursie na wzór monety dwudziestozłotowej. Był jed-
nym z pierwszych twórców i konstruktorów-amatorów odbiorników radiowych, w la-
tach późniejszych - jak wspomina - pionierem stereofotografii. Był wreszcie pionierem
szybownictwa. Co prawda konstruowane modele nie bardzo chciały latać , ale liczą
się przecież pomysły, doświadczenia i próby.
Po wojnie przez wiele lat pracował w katedrze rysunku na Wydziale Architektury Politechniki Warszawskiej. Był twórcą ogromnych dekoracji z okazji świąt państwowych,
przed kilku laty zdobył drugą nagrodę w konkursie na projekt będących obecnie w obiegu banknotów.
cdn.

Szereg informacji o Profesorze: Wikipedia - Edmund John.

Opublikowano

cd.

... " Znał osobiście niemal wszystkich uznanych pisarzy, malarzy, rzeźbiarzy, architektów pierwszej połowy XX wieku. W księgarni Gebethnera i Wolffa przy Krakowskim Przedmieściu szperając po półkach z książkami regularnie spotykał się z Tuwimem i Słonimskim.
Jest Profesor zawołanym gawędziarzem. Jego aktywne, twórcze życie i doskonała pamięć sprawiają iż jest niezrównanym partnerem i rozmówcą.
Obecnie pasjonują go głównie t r z y tematy. Amerykański music-hall(posiada świetne nagrania najsłynniejszych wykonawców i dobrą aparature odtwarzajacą). Będąc jego
gościem "musiałem" - siedząc otoczony kilkoma kolumnami i głośnikami, z których dwa
trzymałemprzy uszach wysłuchać kilku wspaniałych nagrań.
Druga pasja to Kazimierz. Profesor twierdzi, iż każdy kto kocha architekturę, his-
torię, piękno przyrody przyjechawszy raz będzie zawsze tu wracał. Sam Profesor spędza wakacje w Kazimierzu już po raz czterdziesty piąty.
Trzecia, największa pasja są p a l i n d r o m y. Zachętą do ich tworzenia był
" Pegaz dęba" Juliana Tuwima. Kolejne powstawały w czasie długich, okupacyjnych wieczorów. Dziś zbiór liczy ponad 1600 palindromowych zdań.
Właśnie zdań.
Większość bowiem drukowanych palindromów "wyjęta" z wiersza nie tworzy sensow-
nej myśli. Palindromy w formie istniejących samodzielnie zdań są znacznie trudniejsze
do skonstruowania. A takie tylko układa Profesor.
Dba on o poprawną składnię, zwartość, o tak czasem trudną do utrzymania sensowność.
Ale przyjrzyjmy się kilku wybranym palindromom:
* a złoto te, o poeto - to łza;
* Ada raportuje że jutro parada;
* salwa nad domem oddana w las;
* o tę juz ujęto;
* Ada, panna pocałowana woła: " co pan napada";
* oto łza z nizin za złoto;
* a kto to tka?
* ład nogom asana samogon dał.
Palindromy te wybrane przypadkowo z zeszytu zawierającego trzysta najlepszych zdań świadczą w pełni o umiejętnościach mistrza."
cdn.

Opublikowano

..." Obok palindromów układa Profesor także sylabówki i dwuznaczniki. Sylabówki pole-
gają na powtórzeniu w zdaniu obok siebie kilka razy tej samej sylaby. Na przykład:
" aby dobra była herbata ta tata tataraku dodał".
Dwuznaczniki zaś polegają na zbudowaniu takiego zdania , które w następstwie innego
podzielenia ciągu liter na wyrazy (bez zmiany ich kolejności) utworzy inne zdanie:
- pole ceni Ada jaśminowe - polecenia da Jaś mi nowe;
- myśliwi karego konia kusili - myśli wikarego koniak usili;
- to czytam tobie "lisie" - to czy tamto bieli się;
- popasa ma luba tu - pop asa ma lub atu.

Zaskakujące jest podobieństwo (wyłącznie charakteru) dwuznaczników Profesora do
kalamburów aktora, satyryka i dziennikarza sprzed 160 lat - Alojzego Gonzagi Żółkow-
skiego.
Przytoczone przykłady są zaledwie drobną cząstką zbiorów Profesora. Zbiorów ciągle
rosnących. Układanie palindromów jest bowiem jednym z codziennych zajęć.
Podobnie jak rozwiązywanie krzyżówek - zdaniem Profesora - znakomicie ćwiczących pamięć.
Byłoby dobrze, gdyby palindromy nie poszły w zapomnienie. Są częścią historii rozrywek umysłowych. Są częścia życia Profesora.
Będąc w Kazimierzu zwróćcie uwagę na starszego poważnego pana w baskijskim
berecie, z laseczka w ręku, cygarem lub fajką w ustach. Szedł będzie powoli przez rynek, lub stał przed budynkiem SARP-u dyskutując z młodymi malarzami i plastykami.
Rozmowa z nim przekona każdego, że rozrywki umysłowe mogą być nie tylko wypełnieniem czasu i pasją, lecz także wielką przygodą. Tak jak są przygoda życia dla
profesora Edmunda Johna."

" KREOL" *

* Krzysztof Oleszczyk: autor m.in. takich pozycji jak: Encyklopedia Rozrywek
Umysłowych(dwa wydania); Krzyżówka; Rebus(cz.1,cz.2); Szarada; Na tropach świnksa.

Opublikowano

Poniżej perełki Profesora Edmunda Johna:

> a i włóż jej żółwia Ado, gapo, to pagoda > my tu lwy mamy w lutym Ada busolę losu bada > cukier żaba żre i kuc Antek, obok Etna ! > a w Emila wali mewa o, tu nadymimy, Danuto > markiza razi kram Igor ma tam rogi > nabili Liban Izo, Wiktor wrotki wozi > za palmami mam La Paz Izo, wysoki mimik osy wozi > Regino, to Niger Jadzi w gębę gwizdaj > i Lipsk spili a Roma ma tam Amora > Tolo ma samolot ima go naga Jaga nogami > Mani z sadu bobu dasz, i nam bul Kaziu i za klub > ej, Nowak co noc kawon je okpi Natan i PKO > je jak lalka jej nogi Lopka jak poligon > ej, mała, złe pełza - łam je i załoga nago łazi > ej, u kata, z sadu Judasz atakuje a to rodak - a to taka Dorota > ej, Yma Sumac Camusa myje upał u pułapu > o, tak, oper epoka to no, wisusy - sus, i won > Ada byt sułtana tłusty bada aj, mamo, te cyce to mam ja > aj i pop sos popija dusi popa popis ud > Izo, wikary raki wozi ino gazdę nędza goni > a narodowi piwo do rana a niwa da wina > reżim, Ado, da mi żer i partanina trapi > tak nam robi Borman kat wódy żal dla Żydów > a ino kłapał i łapał konia a i wam domu kum odmawia > ma tarapaty ta para tam a ta kanapa to kota pana kata > o tę już ujęto a złoto te, o poeto - to łza > Ada raportuje, że jutro parada salwa nad domem oddana w las > a kto to tka? Ada, panna pocałowana, woła: - co pan napada?! > ład nogom asana samogon dał oto łza z nizin za złoto

Opublikowano

Dopiszę jeszcze kilka pomysłów Profesora:

Sylabówkę: gąskom ma mama mamałygę - gęgała
Dwuznacznik: imał Paryża wonie jesienią - i małpa ryża wonieje sienią
Palindromy "przyzwoite":

* ajaj! macam jaja!
* darmo ta dama da - tom rad!
* macam ja co noc! aj, macam!
* ogół dyma damy długo
* ale uda szałowe me! - woła z sadu Ela
* a pupila pali pupa
* i wabi co noc i bawi

Być może te nie-przyzwoite zamieścił " KREOL" w publikacji " Na tropie świnksa"?

Opublikowano

I jeszcze garść palindromów Mistrza:


* że tam rabin i bar ma też
* Kurd ma tam druk
* o, mam nagan mamo
* no, gardła dał dragon
* i bawi on nas Anno, i wabi
* a na motor otomana
* e, ino ta nam otomana tonie
* e, ino trener tonie
* a na motor erotomana
* daj jej jad
* no, wuju, won!
* z Sewilli wesz
* ej, i bogata kokota go bije
* soli Sabina pani Basi los
* co naklei w Wielkanoc?
* a nam kusa sukmana
* ej, i buli on w Ady domy mody dawno, i lubi je
* łatał kajak, kajak łatał

  • 2 miesiące temu...
Opublikowano

Historia mówiona ...

Stanisława Fornal, szykował audycję w Lubelskim Radiu na drugi dzień świąt Bożego Narodzenia pt. " Upał u pułapu, czyli oko w oko z palindromami".
" Było to spotkanie z prof. Edmundem Johnem ...
Jego bardzo ciekawe opwieści nagrałem w roku '81, chyba w przeddzień 1 listopada ..."

patrz: TNN.PL > Pamięć Miejsca > Historia mówiona

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • Mamuty 

       

      Miasto w śnie pogrążone, ciszą przykład daje, 

      Bryza morska co chwila puka w stare okna, 

      Ciepła zaś, nie tak mroźna, gwizdem tylko podła, 

      Rano tam takie słońce, człowiek z chęcią wstaje, 

       

      Tej nocy, na werandzie, siedział stary Klimient, 

      W gwiazdy wpatrzony, tęsknie, przeżywał dawne chwile, 

      I w ciszy by przeżywał, nasz ten Klim, ten dzielny, 

      Bo wtem, ktoś bliski, pewien, usiadł przy marszałku. 

       

      Katia: 

      Czemuś jeszcze nie zasnął, mój Klimie kochany, 

      Gwiazdy co są dalekie, nie znają przyszłości 

      Patrzysz w nie tak uparcie, jakbyś szukał drogi, 

      Może świt, co nadejdzie, troski twe rozproszy, 

      Wierzę, że słońce rano lęk w sercu uciszy, 

      Pójdź już spocząć mój miły, nic już nie wymyślisz. 

       

      Klim:  

      Pozwól mi tutaj zostać, żono, moja miła 

      Tu, na starym fotelu, czas jakby się wstrzymał, 

      Wstać on mi nie pozwala, a sam nie chcę odejść, 

      Czy pamiętasz ten wieczór, gdyśmy się poznali? 

      A może zaś dzień to był, ja już nie pamiętam, 

      Suknię, jakże przepiękną, miałaś tam niebieską. 

       

      Katia: 

      Pamiętam suknię moją, błękit nieba skradła, 

      Lecz czy to był dzień, nie mam już pojęcia 

      Zbyt wiele zim przebrzmiało, zbyt wiele jesieni, 

      By czas jakkolwiek jasny oraz nam zostawił 

      Wszystko, co było wtedy, dziś to mgłą się staje 

      Co oczy nam przesłania, a serce wciąż mami. 

       

      Klim: 

      Leczy czyż to nie jest lepsze niż pusta nadzieja? 

      Choć te dni tak odległe, wciąż w nich przebywam 

      Wiem dobrze, że ta pamięć, duszę mą zatruwa, 

      Zaś tylko tej truciźnie życie swe przedłużam. 

      Dziś słońce mnie nie grzeje, tylko w oczy razi, 

      A jutro jest jak obraz, co barw nie posiada. 

       

      Katia: 

      Ta trucizna, co mówisz, powoli cię niszczy, 

      Co kradnie siły twe, co w tobie pozostały, 

      Dla duchów tylko żyjesz, sam duchem się stajesz, 

      I tracisz rządy nad tym, co nadal prawdziwe, 

      Dzień następny ominiesz, jak przeszkodę wielką, 

      Chcąc chyba? Przecież życia nigdy nie ominiesz. 

       

      Klim: 

      Nie omijam ja życia, lecz patrzę nań z góry, 

      Gdy świat ten uśpił swe małe, jak ważne pragnienia, 

      W tych domach, co jak groby, śnią teraz o jutrze, 

      Zaś każde jutro w niebyt poprzedni dzień spycha 

      Po co tak żyć, gdy wiesz, że wszystko zapomnisz 

      Co wczoraj kochałaś, dziś obcym jest to dla nich. 

       

      Każdy swe własne ciało jak relikwię niesie 

      Umysłem, wyobraźnią, gonią dzień następny. 

      Bo gdyby myśl swą chcieli trzymać tuż za sobą, 

      Ujrzeliby tych wszystkich, co im drogę kładli 

      Których już porzucili w tej mrocznej otchłani, 

      Może właśnie dlatego zmarłych ludzi wolę? 

       

      Katia: 

      Więc cóż obserwatorze! Choć o nas wspominasz 

      Patrzysz z góry na innych, co dziś żyją jutrem. 

      Za długo w tym fotelu w gwiazdy wzrok swój wbijasz 

      I myślisz, żeś jest jedną, co na świat tak patrzy 

      Daj spokój tymże ludziom - przecież pamiętają 

      A jak nie – to są młodzi. Cóż o nich wiesz, Klimie? 

       

      Gdy tęsknota cię brała, tak mi się zdawało, 

      Że chcesz tylko wspominać, że ulżę ci żalem, 

      Lecz tyś wpadł w jakąś pętlę, na nic to nie baczysz  

      Zamiast o nas – o ludziach i czasie coś mówisz. 

      Powiedz, Klimie mój drogi czy czas ludzi zmienia? 

      Czy to ludzie czas psują, to w mroku się gubiąc? 

       

      Mówisz, że zmarłych wolisz? Ciekawe to, Klimie, 

      Wszak ja, Twoja żona, to z grobem nie pogadasz, 

      Gdy zaś życie ich gasło, pewnie dobrze znali 

      Ile spraw niezałatwień na świecie zostawią. 

      Więc każdy z nich by oddał, wszystkie twoje myśli, 

      Za jedną chwilę życia, którą teraz trwonisz. 

       

      Klim: 

      Młodość jest tylko maską, co skrywa niepamięć, 

      Biegną, nie wiedząc jeszcze, że droga jest kołem, 

      Czas nikogo nie zmienia, on tylko obnaża, 

      To, co w człowieku gniło, gdy był jeszcze dzieckiem. 

      Ludzie psują czas, Katio, to chcą g oszukać, 

      Kradnąc mu każdą chwilę, jakby była łupem. 

       

      Czymże jest owa chwila, o której coś mówisz, 

      Błyskiem, co ledwo błyśnie, już w mroku się topi. 

      Zmarli, których tu bronisz, niczego nie pragną, 

      To ty pragniesz ich głosem moją ciszę zburzyć. 

      Wolę trwać przy tym trupie, co był kiedyś słońcem, 

      Niż gonić za motylem, co żyje dzień jeden. 

       

      Masz rację, moja Katio, marnie ten czas trwonię, 

      Lecz spójrz na moje nogi, spójrz na moje dłonie, 

      One już nie chcą służyć jutrzejszym porankom, 

      Są jak ta stara woda w zapomnianym dzbanku. 

      Nie szukaj we mnie ognia, co świat te odmieni, 

      Jam jest tylko tym cieniem, co trzyma się ziemi. 

       

      Katia:  

      Młodość to tylko głód, co prawdy nie zna jeszcze, 

      Więc bierze, co napotka, by nasycić chwilę. 

      Ja też czuję ten ciężar, w moich starych dłoniach, 

      Lecz woda w tym dzbanku, wciąż smakuje tak samo. 

      Więc wypij ją mój kochany, póki jeszcze możesz, 

      Wszakże ten dom jest dla nas, nie dla dawnych duchów. 

       

      Pędzą w dzień to następny, śmiało gonią jutro, 

      Nie znają zaś ciężaru, więc nie jest im smutno, 

      Bo błędy omijają, więc żalu nie znają 

      I często na cud Boży, liczą i czekają, 

      Zatem czego wymagasz, by służyli idei? 

      Jak to strach - przyszłość, w celi dusznej więzi 

       

      My żyjemy, dla świata, nie dla własnej woli, 

      Choć ta okrutna prawda, tak bardzo nas boli 

      Musimy drogę wskazać, by pewniej ruszyli 

      Lecz w tej walce odwiecznej, wszyscyśmy zbłądzili, 

      Oni giną bez celu, my - w sędziów przebrani, 

      Zamiast dłoń im podać, trwamy wciąż niechciani. 

       

      Klim:  

      Nie kładź dłoni pod stopy, niech kamień porani, 

      Dom z piasku beztroski przy stałym wietrze runie. 

      Bez smaku swej porażki - jak zwycięstwo poznać? 

      Zostaną tylko cieniem, ślepi blaskiem klęski 

      Niegotowi być szańcem, innych panów przyszłych. 

      Świata krwi i zmęczenia, jaką mądrość zmieni? 

       

      Katia: 

      Już ja rady nie daje, mężu mój kochany! 

      Ależ tak pięknie mówisz, jakbyś dzieło tworzył, 

      Dużo słów wokół krąży, a mało polotu. 

      Bo przecież wilk młode, uczy na swą modłę, 

      A tygrys po tygrysie, królem tajgi będzie, 

      A więc człowiek człowieka? Wrogiem pozostanie. 

       

      Już sama jak Ty teraz, dziwną mową mówię, 

      Proste to lekcje głoszę, starzy mnie nauczali. 

      Co noga się potknie, nie łam jej zawczasu, 

      Bo wczoraj jakiś wypadek, dziś ciebie napotka. 

      A te miasta największe? Jakby walczyć musieli, 

      Zamiast miast, nory małe, jak myszki ukryci. 

       

      Sama siebie pytam i ciebie zaś pytam: 

      Na cóż te filozofie, nad prostą tak prawdę? 

       

      Klim: 

      Próżno im ścieżkę mościć, gdy łakną bezdroży, 

      Bo za carów nas mają, do buntu zmuszeni. 

      Nasza opieka jest jak łańcuchy najsroższe, 

      Co zerwać je potrzeba, by poczuć, że żyjesz. 

      Często zaś kiedy pomoc, nieść każdemu chcemy, 

      Sprawdzić należy wtedy, kto chce, kto potrzebuje. 

       

      Zaś filozof – my wszyscy, co łóżka ścielają, 

      Bo spróbuj nie pościelić - cynikiem okrzykną. 

       

      Więc czy mnie kara spotka, gdy odrzucę syna 

      Marnotrawnego, zbłądził przecież na życzenie. 

      Językiem przemawiam takim, bo stać chce najwyżej, 

      Chociaż bym bardzo chciał, mowa nadal prosta. 

      Prawdę mówisz - rację - tobie ją oddaję, 

      Lecz co mi po prawdzie, duszy nie raduje. 

       

      Katia: 

      Końca pragniesz rozmowy, młodych już zostawić. 

      Bo przecież tęskno ci tam, na twe dawne czasy, 

      Na rękach miłość nosić, siłą mnie zachwycać. 

      Teraz, gdy ciągle stoję, tutaj - tuż przed tobą, 

      Silę swą wciąż posiadam, choć silna już byłam. 

      Powiedz, mój ukochany, czemu szczerze tęsknisz? 

       

      Klim: 

      Tęsknię za świtem, co budził dzień piękny 

      I wstawać musiałem, bo życie choć czekało 

      Gotowe już przynieść mi, szalone przygody. 

      Tęsknie za machorkami, zapachem młodości, 

      Choć teraz papierosy – bez wódki mi szkodzą, 

      A że wszyscy odeszli – fajki nie zapalę. 

       

      Tęsknię za przyjaciółką, ogniska wzniecała, 

      Cudowna była chwila, gdy zbierali się 

      Ludzie, moi kochani, by krzyczeć miłości 

      Wyznania, do miłości, co już - już pomarła! 

      A reszta mych przyjaciół - kochani są oni, 

      Bo starość mi przyjemną - przyjemną sprawiają. 

       

      Wczoraj moim jest zegarem,  

      Starość - mym wspomnienia darem, 

      Oni mury mi stawiają, 

      Mnie w swej ciszy układają. 

      Nie chcę jutra, nie chcę chwili, 

      Byle oni wciąż tu byli! 

       

      Gubię się w tym, to prawda – to moja kroplówka! 

      Żyć mi wciąż, wciąż pomaga, dla ciebie kochana! 

      Za tobą tęsknię przecież, najbardziej na świecie. 

      Zaś wesoło ja śpiewam, swe milutkie wtem nuty: 

       

      Co było za potem - dziś izbą nam rządzi 

      I jutro i dzisiaj - w tych kątach się błądzi, 

      To czas nas pilnuje – jak jeńców w zagrodzie, 

      W kominie mróz siedzi - w wychłodłej gospodzie 

      Te lata minęły - w gdzieś w lasy dalekie, 

      Bo co raz zginęło - zaginie na wieki! 

       

      I bardzo tęsknie za tym, by móc tak coś śpiewać 

      Coś co głosem pobudzi, duszę dziecka, moją 

      Moją duszę, co dzieckiem nie jest i nie będzie. 

       

      Katia 

      Klimie! Mój Ty kochany – tak ból wielki nosisz. 

      Cały przeszły Boży świat, cierpi teraz z nami, 

      Bo ja też ból odczuwam, to bardziej Ty żywy, 

      Wśród i pieśni, i ognia, a za mną to wcale. 

      Zmarły już Ty, Ty jesteś - Kochany, cóż mówić. 

      To powiem, bo to lek mam, gotowy dla ciebie.   

       

      Co takiego? 

       

      Myszki, koniki czy wilki, w stronę wody biegną, 

      Widzą wodę, widzą coś - coś co w myk wypiją! 

      Doda siły, zmysł zaś też - poprawi im również. 

      Wszakże i ja skorzystam, z daru Bożej wody 

      A w dzbanku, tu przy tobie, całkiem jest jej dużo. 

      Taka woda zdrowia... doda! 

      ---------------

      Leje wodę prosto w oczy, 

      Zimna struga po nim broczy 

      Zmyła duchy, zmyła plany, 

      Siedzi Klimient pokonany 

      Woda ścieka na gazety, 

      Finał bzdury i tandety! 

      Ona stoi, dzbanek trzyma, 

      Wzrokiem tnie jak ostra zima. 

      -------------------

      Klim: 

      Dlaczego? Czym ja? Czym ja? Sobie zasłużyłem? 

      Prawdę mówię, co czuję, a Ty mnie tak ranisz! 

      Woda, co ci to dało? Zimno, Boże, mokro! 

      Ciepło trochę, ale Boże! Trzeba ci to było? 

      Jak ja teraz spać pójdę, mokry przez – przez ciebie! 

      Ten świat, litości nie ma, człowiekowi cierpieć 

      Nie da! 

       

      Katia: 

      Mężu, mężu Ty żyjesz! Już myślałam szczerze,  

      Że te duchy złe, przeszłe ode mnie zabrały 

      Męża mojego, męża, co Boże zobacz 

      Za zmarłego już miałam, a on teraz żyje, 

      A czy ci nie mówiłam, że lek ja mam dobry? 

      Żonę taką masz miłą, że w nocy pomoże. 

       

      Więc gdy cię tak słuchałam, pomóc chciałam jakoś 

      Słowem - nie umiałam, bo dziwny bardzo jesteś. 

      W myślach dużo widziałaś, przeszły lęk, zapachy 

      I za mną tęsknisz, choć ja, nadal twoja żona 

      Taka sama byłam, bo odkąd ciebie kocham 

      Męża nie mogę poznać, takie brednie mówisz! 

       

      Klim: 

      I powiem, że rację masz, dobrze więc zrobiłaś 

      Żyw, bo żywy jestem, teraz żywo widzę 

      Ciebie! Żeś mnie oblała! Nie sposób już myśleć 

      O czymkolwiek, bo żona przerwać tą rozmowę 

      Musiała! Choć rozumiem, przynajmniej próbuje 

      Jeszcze cierpliwie siedzieć, bo mnie – mnie pouczasz 

       

      Więc racja, żono moja, nas spotkać coś musi, 

      Spójrz na mnie, jestem mokry, Ty mi to wypomnisz, 

      Uśmiech mi swój pokażesz - piękny jak to zawsze, 

      Ja – ze wstydu się spale! I śmiechem odpowiem, 

      Bo czyż nie po to jednak gorycz człowiek czuje, 

      Żeby zawsze pamiętał - żyje i żyć będzie? 

       

      I myślę - wyleczyłaś - męża wnet swojego 

      Chociaż strasznie cierpiałem, to ból był, ale płytki. 

      Płytki to on być musiał, skoro twoja woda, 

      Szybciutko już podsuwa, takie przemyślenia, 

       

      Katia: 

      Więc teraz lepiej patrzeć, na ciebie, mój miły, 

      Bo dużo już rozumiesz, takie mam wrażenie. 

      Choć o wszystkim pamiętasz, o jednym nie myślisz, 

      Wszystko miałeś - straciłeś, a co zaś posiadasz? 

      Myślę, że masz, chociaż Ty ślepy i niewdzięczny, 

      Gniewam się, Klimie drogi, o mnie zapomniałeś. 

       

      Klim: 

      Co? Żono, szczęście moje! Ty wiedzieć to musisz, 

      Że ja naprawdę, ale na -  

      --------

      Katia wyszła, drzwi zamknęła 

      Klim na fotelu sam zostaje 

      Próżne słowa, próżne żale 

      Koniec baśni, koniec bajki! 

       

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...