Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

W dzieciństwie najlepszym moim przyjacielem był Lucek (pospolicie zwany lucyferem, belzebubem, diabłem etc.) Na przekór wszystkim, nie zauważałem drwin, że niby bawię się z wyimaginowaną postacią - Lucek jest i basta! Nic wam do tego! - powtarzałem uparcie - I choć nikt go nie widział, ja potrafiłem go sobie pięknie wytworzyć w wyobraźni. To on nauczył mnie zapisywać myśli, aby nie uciekły w zakamarki zapomnienia. To dzięki niemu wyostrzył mi się zmysł obserwatora. Pasję dziennikarską kultywuję do dziś.
Rola dziennikarza polega na jak najbarwniejszym przedstawieniu faktów. Czasem się koloryzuje, ale tylko w celu podniesienia wartości artykułu. Niejednokrotnie opowiadane zdarzenie nie ma nic wspólnego z realiami. Publikowane artykuły w gazetach naciągane są wielokrotnie jak kostium otyłej pływaczki. W moim przypadku było podobnie. Sprzedawałem artykuły jak świeże bułki, a jako wieloletni przyjaciel Lucka miałem nieziemsko rozwiniętą wyobrażanie.

Ludzie od pra-czasów tworzą mity, religie, legendy. Opowiadane przy ognisku historie, owiane są często mgłą tajemnicy. W głosie wyczuwalny jest ton sentymentalny, wspomnienia krystalizują się w nowe kształty, treść nabiera innych barw, a czasem jest tylko magią budowania zdań.

Mit królowej balu jest historią o młodości, o dojrzewaniu, o smakowaniu życia. Niejednokrotnie zatracaniu się w nim, ale również odkrywaniu nowego siebie.
Pisałem wtedy felieton o uzależnieniach i trafił mi się przypadek interesujący, aczkolwiek beznadziejny. Na pierwszy rzut oka, nikt by nie przypuszczał, że ten młody człowiek, ma już ustaloną datę śmierci. Podczas spotkań krzywił się nieznośnie, choroba pożerała nawet najmniejszy uśmiech na jego twarzy. Zapalał papierosa, w jego spojrzeniu była pustka. Próbowałem go rozgryźć, dotrzeć do jakiś skrawków przeżyć, ale na zadawane pytania, otrzymywałem najczęściej pojedyncze słowa lub dźwięk ciszy milczący.
Miał na oko ćwierćwiecze a bagaż doświadczeń osoby sędziwej. Był niczym kostka Rubika, której nie mogłem poukładać, był puzzlami w których ciągle pojawiały się nowe fragmenty. Był tajemnicą, stawał się legendą, tworzył o sobie mit.
Czasem aby kogoś naprawdę poznać, trzeba wejść w jego skórę, oddychać tym samym powietrzem, poznać logikę myślenia, strukturę zachowań, relacje z otaczającym światem. Takie było moje zadanie. Z jednej strony, chciałem jak najlepiej napisać felieton, a z drugiej Lucjan (nie mylić z Luckiem moim wyimaginowanym przyjacielem z dzieciństwa) pokazał mi inne spojrzenie na świat, stał się moją fascynacją, stworzył nowy rozdział w moim życiu.

Poznałem go w Krakowie w klubie Jazz rock Cafe. Był piątkowy wieczór, rynek tętnił życiem, lawina turystów w połączeniu z imprezującymi studentami tworzyła straszliwą wybuchową mieszankę. Knajpy pękały w szwach i jednym z niewielu miejsc, gdzie można się było wkomponować, był właśnie wspomniany wyżej lokal. Miejsce specyficzne, dobrane do specyficznego odbiorcy. Ostra muzyka odstraszała wymizdżone blondyny, a co lepsze odstraszała łysych mięśniaków. Gęsta zawiesina dymu tytoniowego wykruszała mięczaków. Tak więc w knajpie zostawały największe pojeby, ekscentrycy i takie osobniki jak Lucjan. Ale zanim odsłonię rąbek tajemnicy o młodym malarzu, muszę nakreślić czytelnikowi fakty ,bez których opowiadana historia była by tylko manekinem. Muszę wpierw naszkicować kręgosłup, naciągnąć skórę, stworzyć ręce, nogi, nakreślić rysy, kształty, przyprawić o barwy, zapachy. Aby czytelnik miał to podane jak na tacy własnej wyobraźni. Mit królowej balu powstał spontanicznie, tak jak Newtonowska teoria względności po uderzeniu jabłkiem w głowę, tak i w tym przypadku, był to strzał w czaszkę, może nie tak dosłowny ale równie skuteczny.

***

Wczesne lata dwutysięczne były początkiem moich studiów i końcem studiów Jacka. Jako rodowity bielszczanin poznawałem nocne życie Krakowa. Jacek krakus rodowity skutecznie mnie w to życie wprowadzał. Życie nocne w Krakowie pojmowane rodowitym bielszczanizmem, łączyło się z zachwytem wiecznego odkrywcy, z coraz to nowymi magicznymi miejscami. Rodowity krakowianizm już tej magii nie odczuwał, był sentymentem jak z kartek pamiętnika, był fragmentarycznością miłosnych epizodów. W rodowitym krakowianizmie, istota kobiety, łączyła się nieodzownie z tym miastem. Z jego fundamentami i tłem, które niczym malarską dłonią nakreślało piękno ulic, skwerków, kościołów. Spotykało się ze skrzypaczką uliczną i z białą łąką w przejściu podziemnym przy dworcu . W bielszczaniźmie miłość usytuowana była na szczycie góry, była srebrzystością rosy, wschodem słońca, była szczytem u podnóża ud młodej dziewczyny.
Życie nocne studenta w Krakowie gnieździło się w piwnicach kamienic, na ławkach plant, przy wałach wiślanych. W tajemniczych ogrodach na Brackiej. Starszych panów siedzących w „zwisie- pewnie coś nie coś napiliby Się” a i czasem w Jazz Rock Cafe.
Jacek i ja byliśmy permanentnymi bywalcami tej knajpy. Przez kilka lat, miejsce to stało się dla nas oazą, tu odbywały się dyskursy zajadłe, tu powstawały nowe teorie względności, tu poznawałem smak kobiety i tu powstał mit królowej balu.



Królowa Balu : osobnik płci żeńskiej
Uroda : nietuzinkowa
Cechy szczególne : płomienie w oczach, pasja, delikatność i frywolność. Osoba wzbudzająca zachwyt jak i pożądanie. Typ samotnika, nietykalna, ucieleśnienie anioła z nutką diablicy.

Na każdej imprezie wybieraliśmy wraz z Jackiem nową królową balu, kobietę, która długimi godzinami potrafiła zatracać się w tańcu, a jednocześnie nie dała się wyzwolić ze szponów muzyki. Odosobniona nie zamieniała z nikim nawet najkrótszego zdania, oczy często miała zamknięte, płynęła po nutach melodii, można powiedzieć rozpływała się na językach gapiów. Aż pewnego dnia...


Minął dłuższy czas zanim, udało mi się wykrzesać materiał na zaledwie kilka stron. Felieton nie zapowiadał się rewelacyjnie, kilka suchych faktów, jakieś nazwiska, coś na kształt wspomnień. Powoli zaczynałem rozkładać bezradnie ręce, a wieść o jego nagłej śmierci, niczym grom z jasnego nieba przekreśliła moją ambicjonalną wenę. Byłem rozgoryczony.
Człowiek stworzył religie aby w jak najbardziej wysublimowany sposób wytłumaczyć sobie śmierć. Żyjemy i umieramy, przez wieki żyliśmy i umieraliśmy i umierać będziemy, powtarzał ksiądz Malinowski. Żyj dobrze, a życie wieczne cię czeka. Żyj według prawideł, inaczej czeluście, inaczej cierpienie. Tyle lat katechezy, tyle razy ksiądz Malinowski, a ja dalej nie znałem odpowiedzi. I pewnie nigdy bym się nie dowiedział, gdyby nie paczka, którą niespodziewanie dostałem. Było już tydzień po pogrzebie młodego malarza, materiał na felieton wylądował w koszu. Lecz nagle wszystko się zmieniło. W moje ręce dostał się jego pamiętnik.




Jestem autystycznym gadułą, mówię to co chcecie usłyszeć, nic nie mówię, nigdy jeszcze nic nie powiedziałem...





W przeddzień mojej pierwszej zdrady

Kobieta mojego życia, była oceanem spokojnym. Spokój wewnętrzny wypracowała dzięki ćwiczeniom oddechowym na kursie jogi ( nawiasem mówiąc miała czym oddychać).
- zamknij oczy, policz do dziesięciu , wdech wydech, wdech wydech.
Studiowałem wtedy na akademii sztuk pięknych i wcale nie było tak pięknie, choć miałem fach w ręku, miałem opinie najszybszego pędzla na roku, niestety problem był z nauką. Jak się człowiekowi nie chce, to nawet wół go do książki nie zaciągnie.
Kobietę mojego życia poznałem na drugim roku studiów na zajęciach z rysunku.. W każdy poniedziałek o ósmej rano malowaliśmy akty, normalnie kto by pomyślał, żeby machać ołówkiem o tak wczesnej porze, kto by pomyślał żeby wstawać o tak wczesnej porze, kto by w ogóle pomyślał. Malarz potrzebuje natchnienia, a o ósmej nad ranem natchnienie z reguły jest lipą ( i nie mówię tu o drzewie) malarz potrzebuje alkoholu, nie mówię oczywiście, że każdy malarz potrzebuje , ale „ja” byłem typem artysty pijącego. Po drugim kielichu natchnienie wzbierało do granic, po trzecim było jak balon, a po flaszce miałem dwa obrazy skończone. Tak więc sięganie po kielich o ósmej nad ranem nie wchodziło w grę(choć zdarzały się wyjątki). Nieszczęsne poniedziałkowe zajęcia z rysunku były katorgą, katorgą nie do przeżycia, katorgą nad katorgami.
Z reguły malowaliśmy spoconych grubasów, albo pomarszczone panie, była co prawda jedna chuda, ale ta zaś miała tak wystające żebra, że aż strach było patrzeć. Aż tu w pewien zimowy nieszczęsny poniedziałek, pojawiła się kobieta mojego życia. Dziewczyna rozpłaszczyła się i usadowiła wygodnie na stole. Masakra! Jak tu machać ołówkiem, jak tu w ogóle machać ołówkiem, gdy leży przed tobą cud i patrzy ślicznymi czarnymi oczętami. Każdy ślad zostawiony na kartce chciałem skonsumować . Jak to w ogóle możliwe, jest środek zimy, jest szaro buro i ponuro, a tu leży przed tobą kobieta z opalenizną mulatki. Wszyscy bladzi, panowie co prawda dostali rumieńców, ale i tak nie odróżniali się od kartki papieru. Masakra! Zajęcia minęły jak z bicza strzelił, dziewczyna znikła w mgnieniu oka, a ja pozostałem jeszcze długo z opadnięto szczeną. Można by rzec, miłość od pierwszego wejrzenia, tak to na pewno było to. Każdy kolejny nieszczęsny poniedziałek stał się wymarzonym poniedziałkiem, a każda kolejna niedziela wydłużała się w nieskończoność.


W przed dzień mojej pierwszej zdrady, z kobietą mojego życia obchodziliśmy trzecią rocznicę, miało być romantycznie...





piątek wrzątek początek


Spotkałem nową kobietę, można by rzec , kolejna miłość od pierwszego wejrzenia. Hardcorowa Wiola, blondyna odpalająca szluga za szlugiem. BYła istnym przeciwieństwem. Po pierwsze - Studentka. A moja nie studiowała, Nowa miała za sobą rozbieraną sesję dla brukowca w dziedzinie gazet egzotycznych, oraz koronę królowej mokrego podkoszulka. Moja nie miała sesji i nie wygrała żadnej korony.
W przeddzień mojej pierwszej zdrady, jubileusz rocznicy się nie odbył. Odbyła się niestety, bądź -stety, całonocna eskapada szlakiem krakowskich barów. Wróciłem nad ranem. Ze światopoglądem odwróconym do góry nogami.

Hardcorowa Wiola ściągała mi sen z powiek, a ja tylko myślałem aby zdjąć podkoszulek Wioli. I nawet w sytuacjach gdy aktualna kobieta mojego życia, miała zdjęte to i owo. Myśl o zdjęciu bluzeczki Wioli była silniejsza. Tak silna, iż cel bluzeczkowy został zrealizowany.
Świat legł w gruzach, kobieta mojego życia zniszczyła wszystkie akty, które dla niej namalowałem, trzasnęła drzwiami. Było co prawda jeszcze kilka listów. Na które rzetelnie nie odpisałem.

Przy pierwszej zdradzie człowiek traci fragment siebie, nagle wszystkie słowa, czyny, gesty są brudne:
- mam brudne ręce kochanie, wyrzuty sumienia, wyrzuciłem w niepamięć, choć wspominam z uśmiechem. Mam brudne oczy a ty, tak czyste spojrzenie na świat. W perspektywie białości, pomięte ślady nocy. Mam brudny język i krótsze nogi, choć coraz dalej do bliskości - powtarzałem przed lustrem.
Hardcorowa Wiola wprowadziła mnie w meandry sztuki miłosnej, jej mokry podkoszulek był stale zdejmowany, Kamasutra jest ubogą lekturą. A Czego człowiek nie wymyślił?


znikła w piątek papieros kawa wrzątek
na końca początek
brak kilku drobnych w portfelu
drobnych wielu (słów)

pewnie na fajki



Gdy ktoś cię zostawia, człowiekowi się zawsze wydaje , iż został oszukany. Odtwarza poprzednie noce, analizuje co robił, co powiedział, szuka rozwiązania, choć czasem lepiej nie zadawać pytań, zwłaszcza przed lustrem..
Machnąłem kilka obrazów o Hardcorowej Wioli. Na ostatnim była w paskudnym swetrze, było by to dla niej nie do niej nie do przeżycia, niczym policzek w twarz. Hardcorowa Wiola miała fioła na punkcie swoich piersi, tak więc nie było mowy o jakimkolwiek swetrze, musiał być dekolt, musiało być zwiewnie, prześwitując.
Pełna premedytacja namalowania swetra była mentalnym zwycięstwem. Półroczna szkoła seksualna, jednym słowem- Ego rośnie,
a opory, jak opary rozwiewają wątpliwości.




Artysta musi umieć przekonać ludzi do szczerości swoich kłamstw
Pablo Picasso





Statystyczny mężczyzna jest artystą, jest estetą. Silny nacisk na zmysł wzrokowy, nie pozwala mu obojętnie przejść ulicą. Młodzi esteci, zapaleńcy, często cierpią na postrzały w odcinku szyjnym. Jadąc nawet na rowerze, ryzykują utratę kontroli nad kierownicą, utratę koncentracji, nawet możliwość nabicia guza, na rzecz wspomnianego wyżej poczucia estetycznego. Młodzi kręcą głowami na lewo i prawo, bo nie wiedzą, że kobiety tylko na to czekają. Nie bez przypadku, guzik rozpięty w koszuli powiększył dekolt, nie bez przypadku spódniczka jest krótsza od pauzy kompensacyjnej, nie bez przypadku depilator był o poranku w akcji. Młodzi zapaleńcy myślą, że to w ich gwoli niesnaska damsko męska się zaczyna, ale są w wielkim błędzie. To kobieta steruje ich zmysłem wzrokowym, to kobieta wysyła znaki i tylko czeka na inicjatywę, która niejako jest już i tak drugim krokiem. Kobiety polują, to one decydują z kim, czy z tym, a może tamtym. Jednak zawsze pozostawiają wrażenie, że to mężczyzna był zdobywcą, bez skrupułów oddalają się w cień. Każda niesnaska damsko-męska jest inna, zmienna, niepowtarzalna. Każda rządzi się swoimi prawami, ale jednak jedno jest w pojęciu constans. Socjologia, filozofia, bądź kolokwialnie to nazywając, schemat zachowań, Każdy ma własną wypracowaną metodę, opartą o subiektywizm doświadczeń o jakiś skrawek autopsji.
Różnica w pojmowaniu estetyzmu pomiędzy mężczyzną a kobietą, związana jest punktem odniesienia, punkt widzenia zawsze zależy od punktu siedzenia. U faceta artyzm estetyczny polega na silnym powiązaniu z układem nerwowym i naciskiem na wspomniany już wyżej zmysł wzrokowy. Mężczyzna działa na zewnątrz. U kobiet jest diametralnie inaczej. Kobieta skupia estetyzm na sobie. Kobieta nie maluje się dla mężczyzny, tylko na pokaz przed inna kobietą. Mężczyzna, owszem, zwróci uwagę na to czy owo, ale zawiłe nowinki kosmetyczne są dla niego nie do przeskoczenia. Ale w stosunku do innych kobiet, jest to jak rycerskie wyzwanie na pojedynek, jest to ciągła walka, mierzenie subiektywnie wypracowanej wizji estetycznej. Zajęcia w klubach fitnes, salony fryzjersko- kosmetyczne, solaria, meniciur, pedikiur. To dla mężczyzny nie do przeskoczenia, nie do ogarnięcia,
Dbałość o wygląd u kobiet kierowana do wewnątrz jest dla męskiego estetyzmu kwintesencją, jest traktowana jako smaczek. Kobiety jak i mężczyźni wypracowują własną estetykę, dostosowując do gustów, do własnych zachcianek .
Moją zachcianką po rozstaniu z Hardkorowa Wiolą, była szczupła brunetka o niebieskich oczach, musiałem ją tylko czym prędzej spotkać.


„bólu miłości nie można zwalczać filozofią tylko inną kobietą”
Erich Maira Remarque








c.d.n

Opublikowano

Przeczytałam i z zainteresowaniem oczekuję na ciąg dalszy :) Tekst robi jednak na mnie wrażenie pospiesznie pisanego, zwracam więc uwagę na parę sformułowań, które mi najbardziej zgrzytnęły, może coś się przyda do poprawy?
1) „Lucek jest i basta wam do tego, powtarzałem uparcie” – czy nie powinno być raczej: „Lucek jest i basta! Nic wam do tego! - powtarzałem uparcie”?
2) "Na pytania musiałem czekać, długimi chwilami niezręcznego milczenia." - chyba na odpowiedzi? i chyba przez długie chwile?
3) „Czasem aby kogoś naprawdę poznać, trzeba wejść w jego skórę, oddychać tym samym powietrzem, poznać logikę myślenia, strukturę zachowań, relacje na otaczający świat” – chyba z otaczającym światem?
2) "Życie nocne w Krakowie pojmowane rodowitym bielszczaninem, łączyło się z zachwytem wiecznego odkrywcy, z coraz to nowymi magicznymi miejscami." - chyba przez rodowitego bielszczanina?
3) "Z jego fundamentami i tłem, które niczym malarską dłonią nakreślało piękno ulic, skwerków, kościołów." - tło nakreślało malarską dłonią piękno? chyba nie. To samo w następnym zdaniu - podmiotem winna być chyba istota kobiety, a nie tło?
4) "Starszych panów siedzących w „zwisie- pewnie coś nie coś napiliby Się” a i czasem w jazz rock cafe." - czegoś w tym zdaniu brakuje, nie ma (gramatycznego) związku z poprzednim i następnym.
5) „Z reguły malowaliśmy spoconych grubasów, albo pomarszczone panie, była co prawda jedna chuda, ale ta zaś miała tak wystające żebra, że aż strach było patrzeć.” – jeśli „pomarszczone” ma w tym wypadku znaczyć „otyłe” to nie jest najlepszy pomysł. „Pomarszczone” u kobiety w sposób naturalny kojarzy się z twarzą, a nie z sylwetką.
6) „Nadzwyczaj gęste czarne włosy gładko zaczesane ku dołowi, ostrym cieniem okalały zarys policzków.” – włosy nie mogą być zaczesane ku dołowi – „ku dołowi” to naturalny kierunek włosów, nie wymaga zaczesywania, zaczesane mogą być w bok lub do góry.
7) „Ale tym mniej zadziwiały patrzącego, kontrast jej słodkiego spojrzenia, dużych dziecięco pogodnych niebieskich oczu, nieśmiałego uśmiechu.”- nie rozumiem o co chodzi w tym zdaniu, ani oddzielnie ani w towarzystwie sąsiednich.
8) Poza tym liczne literówki np. "Ale zanim odsłonię robęk tajemnicy”, „wyobrażanie rozwiniętą nieziemsko”, „zapałał papierosa” „rodowity bielszczanin”, „miałem opinie najszybszego pędzla na roku”, „sięganie po kielich o ósmej nad ranem”, „W przed dzień mojej pierwszej zdrady”, „na każdy była coraz to brzydsza”, „musiało być zwiewnie, prześwitując”, „spódniczka jest krótsza od pauza kompensacyjnej”, „że to w ich gwoli niesnaska damsko męska się zaczyna”, „tylko na pokaz przed inna kobietą”, „Odbijały się w nich niezmiennie tak głęboka sympatia”,
9) jak również w wielu miejscach brakuje przecinków.

Po dziesiąte witam na Prozie i serdecznie pozdrawiam :) Ania

Opublikowano

Wciągnął mnie ten tekst ale zostawiłabym tylko to:

Mit królowej balu jest historią o młodości, o dojrzewaniu, o smakowaniu życia. Niejednokrotnie zatracaniu się w nim, ale również odkrywaniu nowego siebie.
Pisałem wtedy felieton o uzależnieniach i trafił mi się przypadek interesujący, aczkolwiek beznadziejny. Na pierwszy rzut oka, nikt by nie przypuszczał, że ten młody człowiek, ma już ustaloną datę śmierci. Podczas spotkań krzywił się nieznośnie, choroba pożerała nawet najmniejszy uśmiech na jego twarzy. Często odcinał się od rzeczywistości, zapałał papierosa. Na pytania musiałem czekać, długimi chwilami niezręcznego milczenia. Dopiero gdy się poznaliśmy, zrozumiałem.
Miał na oko ćwierćwiecze a bagaż doświadczeń osoby sędziwej. Był niczym kostka Rubika, której nie mogłem poukładać, był puzzlami w których ciągle pojawiały się nowe fragmenty. Był tajemnicą, stawał się legendą, tworzył o sobie mit.
Czasem aby kogoś naprawdę poznać, trzeba wejść w jego skórę, oddychać tym samym powietrzem, poznać logikę myślenia, strukturę zachowań, relacje na otaczający świat. Takie było moje zadanie. Z jednej strony, chciałem jak najlepiej napisać felieton, a z drugiej Lucjan (nie mylić z Luckiem moim wyimaginowanym przyjacielem z dzieciństwa) pokazał mi inne spojrzenie na świat, stał się moją fascynacją, stworzył nowy rozdział w moim życiu.

Poznałem go w Krakowie w klubie Jazz rock Cafe. Był piątkowy wieczór, rynek tętnił życiem, lawina turystów w połączeniu z imprezującymi studentami tworzyła straszliwą wybuchową mieszankę. Knajpy pękały w szwach i jednym z niewielu miejsc, gdzie można się było wkomponować, był właśnie wspomniany wyżej lokal. Miejsce specyficzne, dobrane do specyficznego odbiorcy. Ostra muzyka odstraszała wymizdżone blondyny, a co lepsze odstraszała łysych mięśniaków. Gęsta zawiesina dymu tytoniowego wykruszała mięczaków. Tak więc w knajpie zostawali największe pojeby, ekscentrycy i takie osobniki jak Lucjan. Ale zanim odsłonię robęk tajemnicy o młodym malarzu. Muszę nakreślić czytelnikowi fakty bez których opowiadana historia była by tylko manekinem. Muszę wpierw naszkicować kręgosłup, naciągnąć skórę, stworzyć ręce, nogi, nakreślić rysy, kształty, przyprawić o barwy, zapachy. Aby czytelnik miał to podane jak na tacy własnej wyobraźni. Mit królowej balu powstał spontanicznie, tak jak Newtonowska teoria względności po uderzeniu jabłkiem w głowę, tak i w tym przypadku, był to strzał w czaszkę, może nie tak dosłowny ale równie skuteczny.

***
Królowa Balu : osobnik płci żeńskiej
Uroda : nietuzinkowa
Cechy szczególne : płomienie w oczach. Pasja. Delikatność, frywolność. Osoba wzbudzająca zachwyt jak i pożądanie, typ samotnika, nietykalna, ucieleśnienie anioła z nutką diablicy.

Na każdej imprezie wybieraliśmy wraz z Jackiem nową królową balu, kobietę, która długimi godzinami potrafiła zatracać się w tańcu, a jednocześnie nie dała się wyzwolić ze szponów muzyki. Odosobniona nie zamieniała z nikim nawet najkrótszego zdania, oczy często miała zamknięte, płynęła po nutach melodii, można powiedzieć rozpływała się na językach gapiów. Aż pewnego dnia...


Przez jakiś czas, udało mi się wykrzesać materiał na zaledwie kilka stron. Felieton nie zapowiadał się rewelacyjnie, kilka suchych faktów, jakieś nazwiska, coś na kształt wspomnień. Zapowiadało się istną klapą, a wieść o jego nagłej śmierci, niczym grom z jasnego nieba przekreśliła moją ambicjonalną wenę. Byłem rozgoryczony.
Człowiek stworzył religie aby w jak najbardziej wysublimowany sposób wytłumaczyć sobie śmierć. Żyjemy i umieramy, przez wieki żyliśmy i umieraliśmy i umierać będziemy, powtarzał ksiądz Malinowski. Żyj dobrze, a życie wieczne cię czeka. Żyj według prawideł, inaczej czeluście, inaczej cierpienie. Tyle lat katechezy, tyle razy ksiądz Malinowski, a ja dalej nie znałem odpowiedzi. I pewnie nigdy bym się nie dowiedział, gdyby nie paczka, którą niespodziewanie dostałem. Było już tydzień po pogrzebie młodego malarza, materiał na felieton wylądowały w koszu. Nagle wszystko się zmieniło, dostałem paczkę. W środku był pamiętnik.




Jestem autystycznym gadułą, mówię to co chcecie usłyszeć, nic nie mówię, nigdy jeszcze nic nie powiedziałem...





W przeddzień mojej pierwszej zdrady

kobieta mojego życia, była oceanem spokojnym. Spokój wewnętrzny wypracowała dzięki ćwiczeniom oddechowym na kursie jogi ( nawiasem mówiąc miała czym oddychać).
- zamknij oczy, policz do dziesięciu , wdech wydech, wdech wydech –

Studiowałem wtedy na akademii sztuk pięknych i wcale nie było tak pięknie, choć miałem fach w ręku, miałem opinie najszybszego pędzla na roku, niestety problem był z nauką. Jak się człowiekowi nie chce, to nawet wół go do książki nie zaciągnie.
Kobietę mojego życia poznałem na drugim roku studiów na zajęciach z rysunku.. W każdy poniedziałek o ósmej rano malowaliśmy akty, normalnie kto by pomyślał, żeby machać ołówkiem o tak wczesnej porze, kto by pomyślał żeby wstawać o tak wczesnej porze, kto by w ogóle pomyślał. Malarz potrzebuje natchnienia, a o ósmej nad ranem natchnienia z reguły jest lipą ( i nie mówię tu o drzewie) malarz potrzebuje alkoholu, nie mówię oczywiście, że każdy malarz potrzebuje , ale „ja” byłem typem artysty pijącego. Po drugim kielichu natchnienie wzbierało do granic, po trzecim było jak balon, a po flaszce miałem dwa obrazy skończone. Tak więc sięganie po kielich o ósmej nad ranem nie wchodziło w grę(choć zdarzały się wyjątki). Nieszczęsne poniedziałkowe zajęcia z rysunku były katorgą, katorgą nie do przeżycia, katorgą nad katorgami.
Z reguły malowaliśmy spoconych grubasów, albo pomarszczone panie, była co prawda jedna chuda, ale ta zaś miała tak wystające żebra, że aż strach było patrzeć. Aż tu w pewien zimowy nieszczęsny poniedziałek pojawiła się. Dziewczyna się rozpłaszczyła i usadowiła wygodnie na stole. Masakra! Jak tu machać ołówkiem, jak tu w ogóle machać ołówkiem, gdy leży przed tobą cud i patrzy ślicznymi czarnymi oczętami. Każdy ślad zostawiony na kartce chciałem skonsumować . Jak to w ogóle możliwe, jest środek zimy, jest szaro buro i ponuro, a tu leży przed tobą kobieta z opalenizną mulatki. Wszyscy bladzi, panowie co prawda dostali rumieńców, ale i tak nie odróżniali się od kartki papieru. Masakra! Zajęcia minęły jak z bicza strzelił, dziewczyna znikła w mgnieniu oka, a ja pozostałem jeszcze długo z opadnięto szczeną. Można by rzec, miłość od pierwszego wejrzenia, tak to na pewno było to. Każdy kolejny nieszczęsny poniedziałek stał się wymarzonym poniedziałkiem, a każda kolejna niedziela wydłużała się w nieskończoność.


W przed dzień mojej pierwszej zdrady, z kobietą mojego życia obchodziliśmy trzecią rocznicę, miało być romantycznie...





piątek wrzątek początek


Spotkałem nową kobietę, można by rzec , kolejna miłość od pierwszego wejrzenia. Hardcorowa Wiola, blondyna odpalająca szluga za szlugiem. Przeciwieństwo. Studentka. Moja nie studiowała, Nowa miała za sobą rozbieraną sesję dla brukowca w dziedzinie gazet egzotycznych, oraz koronę królowej mokrego podkoszulka. Moja nie miała sesji i nie wygrała żadnej korony.
W przeddzień mojej pierwszej zdrady, jubileusz rocznicy, niestety. Zmiana planów. Odbyła się całonocna eskapada szlakiem krakowskich barów. Wróciłem nad ranem. Ze światopoglądem odwróconym do góry nogami.

Hardcorowa Wiola ściągała mi sen z powiek, a ja tylko myślałem aby zdjąć Wioli podkoszulek, Całe dnie myślałem tylko o zdejmowaniu. I nawet w sytuacjach gdy aktualna kobieta mojego życia, miała zdjęte to i owo. Myśl o zdjęciu bluzeczki Wioli była silniejsza. Tak silna, iż cel bluzeczkowy został zrealizowany.
Świat legł w gruzach, kobieta mojego życia zniszczyła wszystkie akty, które dla niej namalowałem, trzasnęła drzwiami. Było co prawda jeszcze kilka listów. Na które rzetelnie nie odpisałem.

Przy pierwszej zdradzie człowiek traci fragment siebie, nagle wszystkie słowa, czyny, gesty są brudne:
- mam brudne ręce kochanie, wyrzuty sumienia, wyrzuciłem w niepamięć, choć wspominam z uśmiechem. Mam brudne oczy a ty, tak czyste spojrzenie na świat. W perspektywie białości, pomięte ślady nocy. Mam brudny język i krótsze nogi, choć coraz dalej do bliskości - powtarzałem przed lustrem.
Hardcorowa Wiola wprowadziła mnie w meandry sztuki miłosnej, jej mokry podkoszulek był stale zdejmowany, Kamasutra jest ubogą lekturą. A Czego człowiek nie wymyślił?


znikła w piątek papieros kawa wrzątek
na końca początek
brak kilku drobnych w portfelu
drobnych wielu (słów)

pewnie na fajki


Gdy ktoś cię zostawia, człowiekowi się zawsze wydaje , iż został oszukany. Odtwarza poprzednie noce, analizuje co robił, co powiedział, szuka rozwiązania, choć czasem lepiej nie zadawać pytań, zwłaszcza przed lustrem..
Machnąłem kilka obrazów o Hardcorowej Wioli, na każdy była coraz to brzydsza. Na ostatnim była w paskudnym swetrze, było by dla to niej nie do niej policzkiem w twarz. Hardcorowa Wiola miała fioła na punkcie swoich piersi, tak więc nie było mowy o jakimkolwiek swetrze, musiał być dekolt, musiało być zwiewnie, prześwitując.
Pełna premedytacja namalowania swetra była mentalnym zwycięstwem. Półroczna szkoła seksualna, jednym słowem- Ego rośnie,
a opory, jak opary rozwiewają wątpliwości.


Ale oczywiście nie jestem żadnym autorytetem.

Opublikowano

Aniu bardzo dziękuje za podszepty, z większości skorzystałem, to fakt tekst był pisany gdy była wena, a czasu na poprawki zbrakło, przez to jak to teraz czytam to pewnie i więcej nielogiczności znajdę. Odnośnie pomarszczonych, miałem na myśli rodzynkową urodę(-:, czyli osoby sędziwe, a nie otyłe. Odnośnie podpunktu 6 i 7 to tu przyznam się do plagiatu, ostatni fragment spotk-ania to ukradłem dawno dawno temu dostojewskiemu, bardzo lubiłem ten fragment, znałem go nawet kiedyś na pamięć i dokleiłem do tego bo mam taki wewnętrzny sentyment, ale już to usunąłem bo to nie ładnie przypisywać sobie czyjąś twórczość. Wstyd mi, wstyd mi)))-:
odnośnie interpunkcji, to jest to pięta achillesowa z którą walczę i wciąż przegrywam, pisanie poezji i frywolność interpunkcyjna nie utrudnia mi dostosowanie się do prozy. (nie ma co się usprawiedliwiać trza się pilnować, rzekł Maciej do lustra.(-:
dziękuję za poświęcenie czasu i naniesienie poprawek.
Pozdrawiam i jednocześnie witam(-:

Opublikowano

Postanowiłem uzupełnić uwagi Ani, całe szczęście, że nie ja musiałem się przekopywać przez te literówki i mogłem się zając poważniejszymi błędami, a co stwierdzam z żalem jest ich od groma w tak krótkim tekście, skądinąd, doskonałym. Po południu siądę do tego i skończę. Najbardziej niepokoją mnie błędy stylistyczne, nie spodziewałem się ich aż tyle po starym wyjadaczu, ale wszystko skrzętnie wynotowałem i wrzucę na pewno, jak się przekopie przez całość. Coś za dużo tego, tych błędów stylistycznych itp. musisz uważniej czyta teksty, bo nie wieżę, że byś tego nie wyłowił, przecinki to bzdura, zawsze można nie dopatrzec, ale to co powyżej jest naprawdę psuje ten świetny tekst, który warto go doprowadzić do porządku :)

ok miałem nieco czasu więc wrzucam poniżej swoje uwagi, od groma tego, ale mam nadzieję, że przejrzysz uważnie wszystko i poprawisz, bo naharowałem się nieźle, ponad godzina roboty:

"podniesienia wartości artykułu, Czasem opowiadane" [no comm.]

"jako wieloletni przyjaciel Lucka miałem wyobrażanie rozwiniętą nieziemsko."
[szyk zdania napisałbym "nieziemsko rozwiniętą wyobraźnię"]

"Na odpowiedzi musiałem czekać, długie chwile niezręcznego milczenia."
[albo zrobić dwa zdania, albo inaczej skonstruować np. "chwile niezręcznego ,milczenia trwały długo" czy coś w tym stylu choć to co napisałem nie jest zbyt zgrabne więc zastanów się nad tym]

"Dopiero gdy się poznaliśmy, zrozumiałem."
[ rozwinąłbym jakoś to zdanie, ale nie koniecznie]

"Jazz rock Cafe" [duża litera]

"Tak więc knajpie zostawali największe pojeby"
[chyba raczej "zostawały" dalej są ekscentrycy, ale czasownik zawsze dopasowuje się do pierwszego rzeczownika. po "tak więc" dałbym ","

"Ale zanim odsłonię rąbek tajemnicy o młodym malarzu. "
[drugi raz używasz tego zwrotu, to bodajże jest związek frazeologiczny, na małym obszarze może napisać to inaczej albo zmienić w miejscu pierwszego występowania np. "Opowiadane przy ognisku historie, owiane są często mgłą tajemnicy" poza tym zgrabniej brzmi jakie się rąbek tajemnicy uchyla, a nie odsłania.]

"Ale zanim odsłonię rąbek tajemnicy o młodym malarzu. Muszę nakreślić czytelnikowi fakty"
[połączyć w jedno zdanie z "," bo pierwszy człon nie tworzy zdania. ]

"Starszych panów siedzących w „zwisie- pewnie coś nie coś napiliby Się” a i czasem w jazz rock cafe."
[znów nazwa własna]

"W czasie kilku lat, miejsce to stało się dla nas oazą"
["w przeciągu kliku lat" lub "w okresie kilku lat", albo po prostu "Przez kilka lat"]

"Królowa Balu : osobnik płci żeńskiej
Uroda : nietuzinkowa "
[dwie kropki potrzebne]

"Cechy szczególne : płomienie w oczach. Pasja. Delikatność, frywolność."
[może się czepiam, ale najpierw rozdzielasz dwa wyrazy kropką, a później nagle przecinkiem, nie lepiej zrobić z niego kropkę lub "i". zgrabniej by było]

"Przez jakiś czas, udało mi się wykrzesać materiał na zaledwie kilka stron."
[lepiej by brzmiało "po jakimś czasie" lub "minął dłuższy czas nim (vel. zanim)]

"Felieton nie zapowiadał się rewelacyjnie, kilka suchych faktów, jakieś nazwiska, coś na kształt wspomnień. Zapowiadało się istną klapą"
[powtórzenie niepotrzebne]

"materiał na felieton wylądowały w koszu. " [!!?]

"kobieta mojego życia, była oceanem spokojnym. " [duża litera ;)]

"- zamknij oczy, policz do dziesięciu , wdech wydech, wdech wydech – "
[a nie lepiej kropką to zakończyć, jakoś dziwnie wisi ten myślnik]

"o ósmej nad ranem natchnienia z reguły jest lipą" [coś tu nie trybi wyraźnie]

"Aż tu w pewien zimowy nieszczęsny poniedziałek pojawiła się."
[przecinki drobiazg w dwóch miejscach brakuje, ale zdanie jakoś dziwnie się kończy]

"Moja nie studiowała, Nowa miała za sobą rozbieraną sesję"

"Wioli podkoszulek, Całe dnie myślałem tylko o zdejmowaniu. " znów to samo :)

"na każdy była coraz to brzydsza"

"było by dla to niej nie do niej policzkiem w twarz. " [rozumiem o co chodzi, ale jakoś zagmatwane to]

"musiało być zwiewnie, prześwitując. " [znów literówka]

"spódniczka jest krótsza od pauza kompensacyjnej" [chyba "od pauzy"]

"Młodzi zapaleńcy myślą, że to w ich gwoli niesnaska damsko męska się zaczyna, ale są w wielkim błędzie." [niech mnie ubiją, ale nie rozumiem tego zdania]


przecinki:

"Miał na oko ćwierćwiecze a bagaż doświadczeń osoby sędziwej. "

"był puzzlami w których ciągle pojawiały się nowe fragmenty"

"Czasem aby kogoś naprawdę poznać, trzeba wejść w jego skórę"

"tworzyła straszliwą wybuchową mieszankę."

"Aby czytelnik miał to podane jak na tacy własnej wyobraźni. " [po "czytelnik"]

"był to strzał w czaszkę, może nie tak dosłowny ale równie skuteczny."

"Jacek krakus rodowity skutecznie mnie w to życie wprowadzał. " [ "krakus rodowity" wydzielić jakoś najlepiej przecinkami, bo to wtrącenie albo walnąć przed Jacek "Rodowity krakus Jacek", ale lepiej wydziel przecinkami bo ta wersja lepiej stylowo pasuje do reszty]

"schemat zachowań, Każdy ma własną wypracowaną metodę, opartą o subiektywizm doświadczeń o jakiś skrawek autopsji." [duża litera niepotrzebna (który to już raz??) za to przecinek przed "o jakiś skrawek"]

Opublikowano

Perkozek vel. P.Salazar bardzo ci dziękuję za wkład pracy, pewną część już wychwyciłem i ponaprawiałem błędy, ale zostało tego sporo, więc będę jeszcze siedział nad tekstem pewnie kilka dni, bo czas goni)-:
Oraz przeproszę za swoje niechlujstwo, wrzuciłem tekst na zaproszenie Senestisa Hombre, a powinienem był dać tekstowi trochę czasu i po prostu odpocząć od niego, z perspektywy kilku dni, nawet tygodni, pewnie inaczej bym na niego spoglądał i wiele tych niepotrzebnych błędów, może udało by się samemu uniknąć.
jeszcze raz dziękuję i pozdrawiam

Opublikowano

Ania i Perkoz zajęli się literówkami, ja napiszę o ogólnym wrażeniu. Trochę ciężko się czytało, może dlatego, że zbyt tekst rozciągnąłeś. W moim przekonaniu mozna go skrócić, w kilku przypadkach z dwóch zdań zrobić jedno i tekstowi wyszłoby to na dobre. Fajnie ująłeś temat (choć jest mało oryginalny), ale miejscami jest nudnawo. I, chociaż jestem przeciwny ciągłemu wrzucaniu cytatów do tekstu, Tobie wyszło to nadzwyczaj sprawnie i jestem w stanie to zaakceptować. Udało Ci się skleić to z opowiadaniem.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @Bożena Tatara - Paszko Poglądy sumienia chowają, idiotyzmy wprowadzają, idioci im klaskają, bo koryta pełne mają .   Pozdrawiam serdecznie 5 Miłego dnia 
    • Wędrował sobie pewnego razu po świecie pewien człowiek. Kim był? Nie wiadomo. Sam o sobie mówił, że jest po prostu włóczęgą, poszukującym nieodkrytej jeszcze przez nikogo ziemi. Ludzie, gdy to słyszeli, patrzyli na niego z politowaniem i pukali się palcami w głowę, no bo jakże to? Przecież każdy skrawek naszego globu został już dawno zbadany, opisany i umieszczony na tysiącu map oraz atlasów. Skąd więc pomysł, aby odnaleźć jakąś ziemię, nieznaną i niczyją? Ten człowiek był również poetą. Pisał wiersze i twierdził, że to właśnie za ich pomocą on tę ziemię w końcu odszuka, zobaczy i przemierzy. Któregoś dnia wędrowiec, zmęczony długą marszrutą, zatrzymał się w niewielkim miasteczku, na rynku. Rozmawiał tam z jego mieszkańcami o poezji, czytał im swoje wiersze i opowiadał, że gdzieś daleko, za ogromnym górskim masywem, za niezgłębionym oceanem, za tysiącem burz i za tysiącem wschodów słońca, istnieje ziemia, której piękno nie może się z niczym równać, ale nikt nie wie dokładnie, jak do niej trafić. Ludzie z miasteczka, jak zwykle, nie chcieli mu wierzyć. Nawet go nie słuchali, zajęci swoją codzienną krzątaniną. Przekupki zachwalały dorodne owoce i warzywa, kuglarze dawali pokazy żonglowania pochodniami, dzieci tłoczyły się wokół stoisk z cukrową watą i balonikami. Tylko jeden mały chłopiec podszedł do poety i zaczepił go: - Proszę pana... Proszę pana, czy może mi pan opowiedzieć coś o tej ziemi, której pan szuka? Jak tam jest? - Tam jest jak w raju - odparł człowiek, a w jego oczach rozbłysł skrywany głęboko zachwyt. - Drzewa nigdy nie są nagie. Ptaki wiecznie śpiewają o wiośnie i lecie. Wszędzie kwitną kwiaty w rozlicznych barwach, roztaczając zapachy, których nawet sobie nie potrafimy wyobrazić. Na niebie pojawiają się codziennie zorze i tęcze, a przez doliny, rozgrzane łagodnością słonecznego blasku, płyną niebieskie roziskrzone rzeki niby jedwabne wstążki. Zwierzęta nie polują na siebie, tylko pod koniec dnia spotykają się u wodopojów i rozmawiają ze sobą pogodnie w nieznanych, tajemnych językach. Żyją tam jedynie sami szczęśliwi ludzie, którzy się gorąco kochają... - Eeee... - stwierdził chłopiec, marszcząc czoło. - Nie ma takiego miejsca. Kłamiesz albo zmyślasz! - dorzucił i pobiegł ku zakurzonym miejskim uliczkom, pogrążonym w popołudniowej sjeście. Włóczęga postanowił również odpocząć przy niewielkim klombie, na gorącym od słońca skwerze. Żar lał się z nieba, mącił myśli, zasnuwał źrenice ciężką, kleistą powłoką. Człowiek pogrążył się w końcu w mętnym półśnie i nagle poczuł, że coś delikatnie trąciło jego dłoń. Uniósł powieki i zobaczył, jak na jego ręce usadowił się mały ptaszek. Był to rudzik, szary z pomarańczowym brzuszkiem, który przechylał łebek raz w lewą, raz w prawą stronę, i obserwował człowieka bystrymi, ciekawskimi koralikami oczu, Raz po raz podfruwał do góry, a potem znowu przysiadał na jego dłoni. - Co ty mi chcesz powiedzieć, ptaszku? - zagadał wędrowiec. Ostrożnym ruchem sięgnął do kieszeni, gdzie znalazł trochę okruchów bułki. Wysypał je na dłoń i poczekał, aż rudzik odważy się skorzystać z tego skromnego poczęstunku. Ptak skubnął kilka okruszków, a następnie znów zaczął na przemian wzbijać się w powietrze i powracać ku rękom człowieka, cały czas słodko poćwierkując. - Mam za tobą iść? - spytał wędrowny poeta. Rudzik oddalił się nieco, lecz przysiadł na gałęzi pobliskiego drzewka, jakby czekał na zaskoczonego tym zdarzeniem włóczęgę. Ów wreszcie wstał i ruszył za ptaszkiem. Opuścił senne miasteczko, po czym skręcił w polną drogę, która prowadziła na zachód. Minął parę opuszczonych domostw oraz wielką łąkę, hojnie usianą miriadami polnych kwiatów - rumianków w białych spódniczkach, wrotyczy jak błędne ogniki, dzikich ślazów zalotnie uśmiechniętych do przysiadających na ich płatkach modraszków. Wtem ptaszek zatrzymał się przy jednej z rozsypujących się ruder. Człowiek minął, zaciekawiony, drewnianą szopę, stare, skrzypiące pomieszczenia gospodarcze, aż dotarł do drewnianego płotu, pokrytego ciemnym, zielonym nalotem. W płocie znajdowała się furtka, zamknięta na haczyk. Rudzik usiadł nieopodal i radośnie zaświergotał. Wędrowiec otworzył furtkę i znalazł się, ku swemu zaskoczeniu, w starym ogrodzie. Był to bardzo dziwny ogród. Mogło się wydawać, że ktoś go opuścił w pośpiechu, nagle i bez jednego słowa pożegnania. Kiedyś ogrodowe alejki, kwietniki i krzewy musiały być pielęgnowane z zapałem i wielkim wyczuciem smaku. Gdzieniegdzie stały stylowe, ozdobne ławki, które czas obdarł nie wiadomo kiedy z eleganckiej bieli. Na środku ogrodu wznosiła się nieczynna fontanna, która zapewne niegdyś cieszyła oczy widokiem srebrzystych strug wody tańczących nad marmurowym basenikiem. Niedaleko fontanny znajdowała się huśtawka, przygnieciona i złamana przez gruby konar drzewa, na którym została zawieszona. W ogrodzie pełno było różanych krzewów. Poeta nigdy nie widział takiej obfitości i tylu odmian róż. Pnące, dzikie, miniaturki - wszystkie zdawały się pamiętać czas, gdy jakaś troskliwa ręka opiekowała się nimi dbając, aby rozwijały się, rozrastały i kwitły. Teraz jednak krzewy zdziczały, zmarniały, jakby zmęczone samotnością i ciszą. To właśnie ta cisza uderzyła najbardziej człowieka; w ogrodzie nie śpiewał ani jeden ptak, ani jeden liść nie szumiał pod muśnięciami wiatru. Obecna tu przyroda sprawiała wrażenie zastygłej w niewyobrażalnie bolesnym milczeniu. Nawet rudzik, który przycupnął lękliwie na chudziutkim, różanym pędzie, przestał ćwierkać, tylko wpatrywał się w człowieka uważnie i pytająco. - Co to za ogród...? I co ja mam z tym wspólnego? - pokiwał głową wędrowny poeta. - Tu nikogo nie było od lat, najwyżej duchy jakichś wspomnień zlatują się nocą do tej fontanny i do porozbijanych latarni, jak stare nietoperze. Te ścieżki dawniej żyły, z pewnością... Odpowiadały zapachem kwiatów niebu na jego zaczepki, tętniły beztroską młodością, a teraz...? Może kiedyś w owym miejscu ktoś kogoś kochał, ktoś się śmiał, ktoś tańczył wśród milionów róż, podczas gdy dziś jest tu tak cicho, że moje własne myśli lękają się głośniej odetchnąć... Zachodzące słońce zostawiało na zastygłych bez ani jednego drgnienia liściach czerwonawą poświatę. Znużony człowiek usiadł na jednej z niszczejących ławek i westchnął. - Żeby to wszystko przywrócić znów do życia, potrzeba wiele wysiłku. Ale może warto? Co, ptaszku? Czy o to ci właśnie chodziło?- zapytał, szukając wzrokiem swojego skrzydlatego towarzysza. Rudzik podfrunął do niego i poeta przysiągłby, że ptak skinął twierdząco swoją szarą główką.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następne dni i tygodnie upłynęły poecie na ciężkiej pracy. Od brzasku do późnej nocy sprzątał alejki, wyrywał chwasty, kosił trawniki, naprawiał połamane ławki, reperował latarnie. W starej szopie, która stała przy ogrodzie i w której teraz zamieszkał, znalazł wszystkie potrzebne narzędzia, zupełnie jakby ktoś je zostawił specjalnie dla niego. Ponieważ dotychczas tylko pisał wiersze, zupełnie nie znał się na ogrodnictwie, ale czuł, że intuicja podpowiada mu, co należy robić. Po prostu, gdy czegoś nie wiedział, siadał sobie przy fontannie, pogrążony w zadumie, aż wcześniej czy później znajdował odpowiedź na swoje pytanie. A może ktoś mu coś szeptał do ucha? Ogród z wolna otrząsał się z przygnębiającego nastroju i prezentował się całkiem przyjemnie. Zaczęły do niego przylatywać ptaki, z początku nieśmiało, lecz później zadomowiły się na dobre. Nocami słowiki uwijały się wśród gęstych krzewów róż, a z rana nowy dzień witały zięby swoimi przeciągłymi, melodyjnymi trelami. Latarnie oświetlały zadbane trawniki i oplatały ławki miękkimi cieniami. Zieleń rozrosła się bujna, soczysta, już nie dzika i trwożliwa. Człowiek cieszył się, widząc, jak jego starania przynosiły owoce, lecz martwiło go, że choć zdecydowanie ogród powracał do życia, nie zrodził się w nim dotychczas ani jeden kwiat. - No przecież po to jest ogród,żeby w nim coś kwitło! - martwił się wędrowiec. Podlewał troskliwie różane krzaczki, przycinał martwe pędy, raniąc sobie palce cierniami, pojechał też do miasteczka po specjalny nawóz - i nic! Ani jeden pąk nie chciał pojawić się wśród błyszczących liści. - A jednak te róże kogoś cieszyły kolorami i słodyczą - westchnął poeta. - Co ja mam teraz zrobić? Nic z tego nie rozumiem. Przecież już za parę dni zaczyna się lato... - Co ja mogę uczynić dla tego ogrodu, co więcej? Starał się jeszcze bardziej. Wstawał przed słońcem i pracował niemal do samej północy. Znał już w tym miejscu każdy zakątek i tak bardzo wyczekiwał chwili, w której choć jedna róża zaczerwieni się się w kolczastym gąszczu. Któregoś upalnego popołudnia, smutny i zmęczony, usiadł na jednej z ławeczek, wbiwszy zniechęcony wzrok w martwą fontannę. Chciało mu się płakać. Tyle wysiłku na nic! Bezradnie wyciągnął z jednej ze swoich kieszeni ołówek i nieduży, pognieciony zeszyt, w którym kiedyś zapisywał swoje wiersze. Od dawna niczego nie stworzy, zajęty nawożeniem, okopywaniem, pieleniem, koszeniem i podlewaniem. Teraz jednak poczuł, że musi ułożyć wiersz. Wiersz o tym, jak bardzo zależy mu na tym ogrodzie. Jak bardzo się spracował bez żadnego efektu. Jak bardzo boli go, że nie potrafi wypełnić tych ścieżek radością, którą ktoś musiał zabrać ze sobą na zawsze, bezlitośnie odchodząc. Pisał, że mimo wszystko przeszłość nie musi przecież ciążyć nad tym, co przecież żyje i pragnie życia. Że chociaż ktoś porzucił przed laty ten świat i zabrał ze sobą nadzieję oraz wolę kwitnienia - teraz przecież jest on, poeta, który uczy się dbać o dotkliwie niegdyś zranione rosarium. Dotkliwie - lecz przecież nie śmiertelnie. Na końcu chciał jeszcze napisać jeszcze jedno słowo, ale jego pióro zatrzymało się, jakby jeszcze nie ufało własnej śmiałości. A potem człowiek przeczytał swój wiersz na głos. Przeczytał go dla tego dziwnego ogrodu. I wtedy pierwszy raz poczuł, jak wszystkie gałązki różanych krzewów gną się od ciepłego podmuchu wiatru, który łagodnie nadszedł nie wiadomo skąd. Poeta wstał i postanowił przejść się po alejkach. Nie uszedł nawet kilkunastu kroków, gdy nieoczekiwanie u swoich stóp dostrzegł kilkanaście drobniutkich roślinek, wychylających się niepewnie z ziemi Nigdy wcześniej nie widział tutaj podobnego gatunku. Ukląkł przy nich i poczuł, jak fala wrzących łez zalewa mu policzki. Maleńkie wschodzące krzewinki pokryte były pąkami kwiatów. Tak, niewątpliwie za kilka dni te pąki rozwiną się, a delikatne łodyżki będą dźwigać najpiękniejszy ciężar na świecie - ciężar życia. Człowiek pragnął całować i pieścić skromne listki młodziutkich siewek, ale nie chciał ich uszkodzić przedwczesną radością i swoim niezręcznym dotykiem. Od tego momentu, przed udaniem się na spoczynek, gdy już uporał się ze swoimi zwykłymi obowiązkami, siadał przy malutkich, rodzących się kwiatkach i czytał im swoje kolejne wiersze, pisane z czułością i pokorą. Pewnego wieczoru poeta dostrzegł, że od północy nadciągają nad ogród ciemne, burzowe chmury. "No tak, przecież to już lato...", westchnął. To miała być pierwsza burza w tym roku. "Trzeba koniecznie zadbać o moje kwiatki, ochronić je, przecież jeszcze nie zdążyły się rozwinąć, i teraz miałaby je zniszczyć ulewa albo wichura? Będę czuwał, nie pozwolę na to!" Nocą przez ogród przetoczyła się istotnie wściekła nawałnica. Strugi ulewnego deszczu gięły do ziemi gałęzie różanych krzaków, a wichura chłostała alejki, trawniki, ławki i latarnie niewidzialnymi kańczugami. Człowiek pozostał w bezruchu przy swojej gromadce kwiatków, którą osłaniał własnym ciałem, mówiąc do nich niemal jak do dzieci: - To tylko burza. Ja też się boję, ale przecież jesteśmy razem. Obolały i przemoknięty pilnował, aby huragan nie uszkodził żadnego listka ani żadnej łodyżki. Nad ranem burzowe chmury ustąpiły na niebie miejsca drżącym promieniom świtu. I w tym złoto-różowym świetle, na jednej z pokrytych jeszcze kroplami wody kępek, pojawił się pierwszy kwiatek. Była to niezapominajka. Poeta oszalał wprost ze szczęścia, Zaczął biegać radośnie po ścieżkach w ogrodzie, tańczyć, śpiewać, krzyczeć, na zmianę płakać i śmiać się. Potem wrócił znów do swoich niezapominajek i z radosnym zdumieniem zobaczył kolejne błękitne kwiatki, pozdrawiające go zalotnymi mrugnięciami z objęć jasnej czystej zieleni. - Kocham was - napisał tego dnia poeta w swoim najnowszym wierszu, który przeczytał im na dobranoc. W myślach tulił je i pieścił. Kwiaty zdawały się wszystko rozumieć i jakby zalśniły w ciemności ukrytym, gorącym światłem.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następnego dnia człowiek stwierdził, że musi pójść do miasteczka, kupić nowy szpadel, bo stary już do niczego się nie nadawał. Ponieważ burza wyrządziła w ogrodzie wiele szkód, potrzebował również jeszcze paru innych rzeczy, aby wszystko ponaprawiać. Pogładził lekko dłonią krzewinki niezapominajek. - Niedługo wrócę - obiecał. Z głębi ogrodu przyleciał rudzik, i usiadł mu śmiało na ramieniu. Chwilę poćwierkał, a potem zniknął w kolczastej różanej gęstwinie. Na rynku jak zawsze było głośno i tłoczno. Straganiarze przekrzykiwali się nawzajem nad stertami towarów, w powietrzu pachniało grillowaną kiełbasą, gołębie tłoczyły się przy przepełnionych śmietnikach. Poeta, zaopatrzywszy się w niezbędne narzędzia, zatrzymał się jeszcze na chwilę przy stoisku z lemoniadą, gdyż zachciało mu się pić. - O, to pan?- usłyszał nagle chłopięcy głos, który skądś znał. - Tak - odparł. Przypomniał sobie swoją dawną rozmowę z owym dzieciakiem, który tamtego dnia nie uwierzył w jego najskrytsze marzenia. - I co, znalazł pan tę swoją wspaniałą krainę? - spytał chłopiec, obrzuciwszy go łobuzerskim spojrzeniem. - Tę, gdzie podobno wszystko jest takie cudowne i panuje wieczne szczęście? - Znalazłem - odpowiedział z uśmiechem poeta, myśląc o swoich niezapominajkach.  
    • spadł puch swym ramieniem przytulił rozżalonych rozjarzone brylanty na ziemi tliły się w oczach białe morze wzburzyło się po raz pierwszy od dawien dawna chcąc byśmy przypomnieli sobie, jak to jest płynąć po nim saniami   potajemnie zmówił się nieboskłon z chmurami urwiska stanął się przystankami drogi porwą pojazdy chwalić będziemy się i ogrzewać śmiejąc z gniewu, niekiedy i radości   przytulnie będzie aniołem zostać bo w końcu biel nas zewsząd otacza byle dłoni nie zajechać po całości, czymś musimy postawić posągi z węgli i marchewek   wieczór dziś jest specjalny inny niźli zawsze tańczymy nieświadomie pod jednym płaszczem bawimy się jak niegdyś i tylko to się liczy wszystko to, gdy palą się lampy pomimo tego, że marzniemy   uwieczniona kamera taśma przygotowana na niby nijak wszystko dlatego że dnia dzisiejszego, zwykłego jak inne, spadł puch    
    • @Radosław   a Ty jak Kogut…  

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @KOBIETA Bądź  jak Supernova. 
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...