Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Czarne wino


wieczorami się upijam
czarnym winem
twoich oczu,
we dnie za to
słono płacę,
gorzko ginę
słodko płynę
nocą.


Karmin

karminem karmił mi codzienność,
wymyślał mi tysiące kar.
wypłukał karmin min
i żył.

karminem minę.



Srebrna jutrzenka

w  moim ogrodzie - już po kwiatach,
straszy nagością dzikie wino,
w gazonach, misach, po rabatach
zostało echo: płacz dziewczyno.

porozrzucane wiosny, lata,
wsiąkają w ziemię razem z deszczem,
ze wszystkich stron zimnego świata
krzyczy zachęta: jeszcze, jeszcze.

wypłacz kobieto ból zawodu,
przecież nie co dzień ktoś odchodzi.
w moim ogrodzie pełnym chłodu
nikt pod oknami nie przechodzi.

zwarzone chłodem liście, krzewy,
wrastają we mnie ciasno, miękko,
żeby zaboleć, albo żebyś
nazwał mnie znów srebrną jutrzenką.



Na jeziorach

zielona rzęsa błyszczy jak niebieska łuska,
para łabędzi szuka wytchnienia w zaroślach.
na brzegu czyjeś w ciszy zawiązane usta,
tęskna skarga po wodzie znów się nie zaniosła.

obiecane zachwyty błyszczą w kadrze oka,
gdzież mnie, Panie, do tego cudu utworzenia!
pokora w ciszy pięknie urosła wysoka,
kieszonkowa znikomość ludzkiego istnienia.

pomyślałam przez chwilę, że to dobra wróżba:
tak mam mijać spokojnie jak dąb, pusty w środku,
lecz zielona – wygląda jak niebieska służba,
...jutro o tym pomyślę, dziś mnie przytul...



Szare

znów mam szare oczy. sprzątam, gotuję.
poogryzałam paznokcie. nie będą potrzebne.
ani do malowania krajobrazów,
ni do wyciągania drzazgi spod
skóry bez oczekiwania.

pranie zrobię w rękach wolnych
od głaskania włosów, pisania wierszy.
horyzont spraw nadziemnych
opuszczam do poziomu zero.

stawiam maszt kręgosłupa na jego miejsce.
serce będzie mieć więcej
na listę zakupów wszystko za pięć złotych
oboli.
i boli. nigdy
nie umiałam ukrywać w oczach.
ciągle ta sama miłość
tylko te moje niech znów będą spokojnie
szare.



Romby

nie powiedziałeś mi dobranoc
i nie będzie dobra.

lepka od pragnień, gorzka,
ołowiana, cierpka.

zasypiana na siłę
zamykanych klamek.

wzleci do sufitów nabazgranych
w romby, bez konturów,
w czarno - czarnym filmie.

odpłynę w oceany zimnych,
szkarłatem podbijanych powiek.

dlaczego nie całujesz ich przed snem?


Trzy kolory

zmęczona głowa na ramieniu,
oparcie w ukradzionym geście,
w oczach pytanie, powiedz czemu
nie w innym mieście, lepszym mieście.

gra świateł na dnie niepokoju,
powroty i rozstania z Bogiem,
noce niespane, potne w znoju
i powitania ponad progiem.

inaczej to nie znaczy lepiej,
kiedy się trzeba nierozstawać.
gdy zimno – chciałoby się cieplej,
ty bierzesz – ja chciałabym dawać.

i tylko drzazgi pod palcami,
i ciągle czas, jak smok przebiegły.
jak trzy kolory ponad nami,
biały i czarny i ten we krwi.


Turkus w srebrze

turkusami rozlewam pamięć
na przestrzenie między słowami.
lazurami sennie się kładzie
klisza spotkań co już za nami.

tamto morze, dawno już martwe,
wyrywało brzegi z korzeni.
turkus, miła, nigdy nie kłamie,
tak kłamałeś, piach się rumienił.

oczko w srebrnym sercu pierścienia
turkusowo igra w szkatule.
ciepłe jarzmo w barwie kamienia
rozdzieliło boleśnie, czule.

czasem jeszcze błyśnie, gdy senna
porządkuję album klejnotów.
turkusowy kochanek czeka,
jak wspomnienie dawnej pieszczoty.


Złota nirwano

o, złota nirwano, ach witaj kochana
siostrzyczko idiotów, co chorzy na miłość.
znalazłam cię wreszcie, dopadłam zziajana
i mogę już nie być, przeminąć.

nic nie czuć, nie marzyć, nie szukać ostoi,
zapomnieć, że licho płonęło nadzieją,
że trzeba coś kupić, że warto by goić,
jak ja, gdzieś to wszystko minęło.

O, złota nirwano, rozewrzyj ramiona.
przychodzę z pokorą świąteczna, wyrzeczna,
ktoś dziś się narodził, ktoś inny znów kona,
a ty nieprzerwanie - dzwoneczna.

Kaleczna,
serdeczna,
bezsprzeczna,
bez...

Błękit

bawię się błękitem stropu,
sycę błękit chłodną sienią.
arabeski do galopu
błękitami snów martwieją.

mam za sobą sine łokcie.
błękit witam żywym tchnieniem.
akwamaryn mieszam z octem,
ultramaryn – z zapomnieniem.

nasycone jak indygo
snuję plany na pojutrze.
baw się, baw mnie, byle długo,
byle barwnie, byle hucznie.

błękitnieję w dłoniach świtem.
co ma jutro być – nie zgadnę.
byle grało mi błękitem,
bo w błękicie tak mi ładnie.

Opublikowano

Aniu, bywam na orgu, gdy pozwala czas. A, że często go brakuje, to mam na pewno duże zaległości w czytaniu Twoich wierszy. Wybieram z całego cyklu- "szare"- po części dlatego, że dałabym sobie głowę uciąć, że już go tu czytałam, a trochę dlatego, że szarość jest taka bezbarwna i mało kto ją lubi. Ale to ona daje największe możliwości w sferze zmian i ubarwiania jej na swój sposób, pokazuje ile jest jeszcze do zrobienia, a to zachęca do działania.
I ta zachęta jest w Twojej szarości, Twoja szarość z "postawionym masztem kręgosłupa" to tło dla wszystkich barw.
Wspaniały cykl Droga Poetko.
Pozdrawiam serdecznie, Grażyna.
:)

Opublikowano

jak dla mnie gorzka prawda ubrana w taki sposób że wiersz po wierszu chce się więcej chciałem określić który jest najlepszy który najgorszy ale wedle moich wymagań c odo gustu słowa i przekazu każdy jest perłą / przeszłaś samą siebie tym cyklem /

t

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • „Gortatów – dom wakacji” – 7   Dom, choć był olbrzymi, to łazienki w nim nie było. Na większe kąpanie do łaźni się chodziło. Do łaźni na cegielnię, wieczorową porą, dwa razy w tygodniu, bez słowa, z pokorą.   Babcia się śmiała, zawsze powtarzała: „Jak myć się nie będziecie, to rzepą porośniecie”. I ja już tę rzepę sobie wyobrażałem, żeby na mnie nie urosła, bardzo się bałem.   Wszystko to ugadane z palaczem już było, bo w piecach tej cegielni non stop się paliło. Cały czas na zmiany palacze tam palili i wódkę ze stróżem na okrągło tam pili.   Wujek co jakiś czas flaszkę im stawiał, tak na całe miesiące kąpiele zamawiał. Piechotą do tej łaźni ze sto metrów szliśmy, a mokrzy po kąpieli do domu biegliśmy.   Kabiny takie były, bardziej przemysłowe, pod nogami, z drzazgami, podesty deskowe. To tam przeżyłem pierwsze kobiet dostrzeganie, kiedy kumpela cioci dała mi zadanie.   Żeby plecy jej umyć, grzecznie poprosiła. Niby wszystko OK, no bo w bieliźnie była. Ale gdy chłopakiem nastoletnim już byłem, bardzo mocno tej pani już się wstydziłem.   Ta niewiasta pod trzydziestkę mi się podobała i myślę, że o tym dobrze ona wiedziała. Miałem lat czternaście, młodzieniec wystraszony, plecy ja jej myłem, stojąco–oddalony.     Choć w spodenkach byłem, swoje ona widziała. Na późniejsze czasy mnie wtedy przewidziała. Taka dorastania wakacyjna przygoda: „On był jeszcze za młody, ona już nie młoda”.   Co roku do babci wszyscy zjeżdżali licznie, pięcioro rodzeństwa – w miłości spontanicznie. W dodatku koleżeństwo jeszcze zapraszali. Każdym rokiem wszyscy razem tam balowali.   Można by powiedzieć, że w szerokiej skali moich przyszłych kuzynów wtedy „fabrykowali”. Bo ja z siostrą byliśmy najstarszymi wnukami, dlatego wakacje tam spędzaliśmy sami.   Jako nastolatek i kawaler już bardziej, do życia i niewiast podchodziłem już hardziej. Ale to opiszę już w innej opowieści, bo w tej o dzieciństwie – jakoś mi się nie mieści. ;)   – cdn   Leszek Piotr Laskowski
    • Nie dla mnie pasy, co najwyżej zebra na sawannie, gdzie rzadko uciekam, bo sam założyłem sobie supły na konto, więc płaszczę się w rytm krzyży, rocznic, mogił wśród surowych twarzy polskich łgarzy, co poklepią mnie, gdy trawa skoszona, mięso zjedzone   Niech ten Kościół już upadnie i zostaną w nim rzeczywiście dobrzy ludzie Niech te maski pozostałych handlarzy przestaną języki ich a moje uszy brudzić Wśród złośliwości tych kreatur wyczekuję na nowy świat, gdzie nie będę musiał słyszeć – „Trawa skoszona? Mięso zjedzone?” Poklepane, przyklepane   W nowym świecie nikt nie będzie prześladował trawy oraz ludzi, którzy na kolanach za karę muszą wyskrobywać ją z polbruku, po którym dumnie kroczy najpierw lakierek, brzuch a potem reszta polskiego wieprza „a trawa skoszona? Mięsko zjedzone? Musisz być jak chłop, a nie jak… no wiesz, jak tęcza. Hahahaa”   A ja pragnę leżeć wśród tęczy na sawannie, przekraczając piasek w miejscu, w którym chcę, bo zebra mi tego nie zabroni, nie przeszkodzi rosnąć trawie, nie będzie zajmować się hodowlą podludzi, by chodzić w nich potem po ulicy lub znosić w nich dokumenty do piwnicy, by zatrzeć ślad swych szalbierstw   I nigdy nie powtórzy za szlachetną polnische schweine tych najgłupszych słów – Że trawa i zwierzę są po to, by nimi rządzić, a nie cieszyć się jak rozkwitają, jak chce ich Bóg
    • Kawałek szarego papieru w ciasnym korytarzu, z napisem:   Pierwszy wrzesień, rok tysiąc dziewięćset trzydzieści dziewięć, imieniny Bronisławy.   Ręką ściskam miękką sierść, ciepłego zwiniętego w kulę ciała, oczy ojca wpatrzone w okno z łopatą przy nogach, słychać jego przyspieszony oddech, dźwięk trzęsących się szyb w huku silników.   Jęki za ścianą. W pralni, gdzie lepki pot przez buty wmieszany w ciemnoczerwoną ciecz, z przesiąkniętego szpitalnego ubrania chłopca, leżącego na podłodze.   Huk bliższy od poprzednich. Szyby wpadają do korytarza, naprzeciw zostaje stos czerwonych cegieł. Pisk w uszach i krzyk wraz ze strzałami.   Celownik skierowany w biały, mały becik.   Wytrącony z przestrzelonej, bezwładnej ręki. Leży na asfalcie, nasiąkając krwią.   Dwaj chłopcy czołgają się po becik.   Wrócili zieloni.   – nie ma już dziecka.       ------------------------------------- Na podstawie relacji Wandy Traczyk-Stawskiej z Archiwum Historii Mówionej Muzeum Powstania Warszawskiego:

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • Białoczarność. Wszędzie widzę białoczarność.   Tylko pionowa ściana intensywnie szara. Na pierwszym planie siedzi projektor. Przypomina kształtem kobietę. Nie. Na pierwszym planie podłoga. Coś tam przycupnęło. Chyba jest tu zimno. Ogrzewane nauszniki. Na siedzącym projektorze. Wyświetla ruchome obrazki. Dwa ekrany. Ten większy mniejszy od drugiego. Wystają im wąsy. Możliwe że to mutanty kotów. Coś tam widać że coś tam łazi. I jeździ na małym, Za daleko. Nie dostrzegam dokładnie. To coś na podłodze nieruchome. Pewnie nie żyje lub zasnęło. No tak. Łatwo tu zasnąć. Cisza spokój. Nie wiem co jest poza kadrem. Może jakiś obserwator. O w mordę. Podobny do mnie. Czyżbym umarł i widzę własną reinkarnację. Żyję jako projektor. Mody? Jakiej tam mody. O kształcie kobiety która odrzuciła misia. Jakiego misia? Niczego nie odrzuciłam? Jestem zajęta. Z moich oczu promieniuję. Co ty chrzanisz. Nie widzę tego. Bo stoisz z tyłu. Ja siedzę z przodu przodem. No nie. Słyszę głosy. Nawet konwersuję. Ściana zmienia kolor. Na bardziej żółtawy ze słowami. Czytam. Spoko. To tylko zabawa obrazkowa. Oddycham z ulgą. Jednak całkiem nie zwariowałem. Misiu z wąsami też. Tulę go do siebie. Razem z żebrami kaloryfera. Taki jakiś niespokojny. Nic dziwnego.   Białoczarność. Wszędzie widzi białoczarność.
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...