Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

chodzi bociek po polanie
z rana woła krzyczy:kle! kle! kle!
gdzie moje śniadanie?

małe żabki się rechotają
w trawie "hopla" odstawiając
nogi długie ma czerwone
krok dostojny, w razie: tonę!

śmiechu więc jest co niemiara
w zagrożeniu śpiewaj sama
morał z tego taki płynie:stąpaj
mądrze- tak nie zginiesz!

Opublikowano

Proszę wybacz mi, ale nie mogę się powstrzymać od zamieszczenia pod Twoim wierszem mojego wiersza. W pewnym sensie korelują, bądź korespondują te wiersze. Chociaż mój wiersz pozbawiony jest tak wyraźnego (wymownego) morału, ale też każdy bocian (bociek) jest inny, zresztą jak i ludzie. Na szczęście dla siebie i dla wszystkich Pozdrawiam


Bocian

Na mokradłach bocian żaby łowił,
aż mu zsiniały czerwone nogi.
– Jeszcze się kiedyś bardzo przeziębię.
Ach! Co to będzie! Co wtedy będzie!
Może mam kupić sobie gumowce?
Albo z przeceny stare kalosze?
Już, już miał kupować… Ale przecież
do Afryki trudno w butach lecieć.
– Niech w butach człapie gęś podwórkowa,
która u chłopa zimą się chowa.
Ja skakać będę z kępki na kępkę,
żeby nie zmoczyć nóżek już więcej.

Opublikowano

Marek Stasiuk;

Niestety nie bawi już mnie tego rodzaju pisanie, i nie mogę spełnić prośby dzieci. Owszem, swego czasu sprawdzałem się, czyli swoje możliwości i pisałem różne rzeczy (zresztą lepiej lub gorzej). Zamiast więc rekina, bądź niedźwiedzia, może choć taki wiersz (też przecież z groźnych stworzeń). Pozdrawiam


Żmija

Wąż – zygzakowata żmija,
gdzieś pod lasem na polanie
w słońcu, jak kot na przypiecku
wygrzewa się przeszczęśliwa.

Kto przechodzi mija żmiję,
bo kij jakiś tylko widzi,
a nie widzi, że to żmija
jest tym pokręconym kijem.

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Hmm..poczytałam Pana wiersze i ten o Żmiji i ten o Bocianie,
jednak gdzie morał? Dziękuję za refleksję, nie przypadł do gustu,
rozumiem jak najbardziej nieprzychylność, ze względu Pańskich
prób pisarskich, choć pewnie się sam utwór przekona o swojej
wartości bądź nie. J. serdecznie dziękuję za obecność i czytanie(:
wszystkiego dobrego

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • Krótki, ostrzegawczy szmer poprzedził huk, który rozszedł się w ciemności podziemia, głośny do tego stopnia, że z nadmiarem wypełnił pustą do tej pory przestrzeń zmysłów. Ryk żołądka fabryki jeszcze chwilę kaskadował, a Karol zdał sobie sprawę z tego co właśnie usłyszał - jedna z wielkich gór węgla musiała runąć na ziemię.

      Odurzony dziecięcą fascynacją, chłopiec z powrotem włączył latarkę, otrzepał spodnie, i ruszył w drogę powrotną. Wszystkie pomieszczenia zdawały się jałowe, ich osnowa tajemniczości leżała poszarpana w strzępach tłustych pajęczyn, lecz kiedy wreszcie Karol skierował wzrok latarki na drzwi pierwszego pokoju, ciemność nie ustąpiła ani kroku. Pierwszy raz dzisiaj jedenastolatka ogarnął prawdziwy strach, nie ten napędzający wolę walki, czy wzniecający pożądanie zakazanego, ale najprostszy, dziecięcy strach, ten sam, który każe chłopcowi bać się wilkołaków lub kosmitów. Przez chwilę, Karol stał wpatrując się w ścianę czerni, nie wiedząc nawet co ze sobą zrobić, aż instynktownie rzucił się ku zaspie wyrzucając z niej pojedynczo kolejne grudki węgla. Każdy wyrzucany kamyczek zdawał się być od razu zastępowany następnym i następnym, a niektóre zwalały do środka jeszcze więcej gruzu, aż rozsypywał się on pod butami chłopca. W panice Karol odrzucił latarkę, nadal żarzącą się w rogu pokoju, aby obiema rękoma wyryć sobie drogę przez zaspę. Kolejnymi, długimi zamachami wyrzucał sprzed siebie garści kamienia, jakby płynął w ciemności, jak niedoświadczony pływak - nieważne ile energii nie wkładający w swe ruchy, zastygły w miejscu. Chłopiec poczuł na sobie ciepły dotyk, a kiedy spojrzał w dół, zobaczył, że wokół jego paznokci zbiera się krew. Karol cierpiał na tę przypadłość, przez którą mdlał na widok własnej krwi. Jej mezalians z węglowym pyłem odbierał mu powoli wzrok. Musiał zrobić sobie przerwę, lecz praktycznie całą posadzkę pokoju pokrywały rozrzucone grudki węgla, przeszedł więc on do następnego pokoju, gdzie padł dopiero na ziemię, wychładzając się z pierwszego przypływu adrenaliny. Próbując racjonalnie myśleć, zdjął z siebie zimową kurtkę, pod którą zdążył się już porządnie spocić, wytarł w jej futro brudne dłonie i ustabilizował oddech. Przez jego gardło przeszedł najbardziej donośny krzyk na który mógł się zdobyć. Wzywał pomocy w regularnych odstępach, a jego ślina gęstniała z każdym kolejnym przełknięciem.

      Rozpłakał się. Spływające, gorące i ciężkie łzy, wytyczyły ślady w czarnym pyle pokrywającym jego policzki. Nie miał czasu się wstydzić, szlochał prawdziwie rozdzierająco, to znów przechodził w przerywany oddech, mamrotał pod nosem, lub trwał w całkowitej ciszy, gdzie tylko lekkie spazmy oznaczały rozpacz. Rozbolała go głowa, a ciemność przed nim zaczęły wypełniać finezyjne kształty i kolory, przypominające wygaszacz ekranu z domowego komputera - fioletowe i niebieskie wstążki zwijały się wokół Karola, kurczyły i pulsowały, uciekały na chwilę, i wracały z drugiego krańca wizji. Rozłożył się na posadzce, i mógłby przysiąc, że gdzieś w tle rozlega się kolejny szkolny dzwonek. Zatkał uszy palcami, a hałas trwał w najlepsze. Jak alarm przeciwpożarowy, nieprzerwany brzęk wdrążał się w jego mózg, tupot uczniowskich kroków na schodach wybijał marszowny, wojskowy krok, jakiegoś pośpiesznego i niecierpliwego wojska, głodnego krwi i śmierci. Tupot. Tupot. Trupot. Nieprzerwane bębny kołatającego serca. Karol zerwał się na równe nogi, a jego głowa pozostała na ziemi. Formy przed oczami przypominały lany w andrzejki wosk. Świetliste kontury składały się w rude gwiazdozbiory. Rude. Nitki rudych włosów trzepotały na wietrze ciała szklistego. Karol nachylił się, żeby je pocałować, a one odfrunęły pod sam sufit, nęcąc go po kolei swoją bliskością, tylko po to, aby uciec w ostatnim momencie. Zlizana z warg sól zdawała się teraz smakować owocową pomadką do ust. Truskawki. Kiedy jego mama usługiwała sąsiadom, aby zarobić na związanie początku miesiąca z końcem, zabierała go ze sobą do ogródka, on plewił chwasty, a ona zbierała z krzewów owoce - dojrzałe i ponętnie czerwone w skwarnym, letnim słońcu. Jego dłonie w roboczych rękawiczkach nie mogły się równać jej, czerwonym i gładkim, jak wyrobiony w korycie rzeki kamień.

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...