Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Uprzejmie przepraszam, ale chciałbym tutaj wyrazić swoje veto ( może być liberum, choć szlachcicem nie jestem ), bo nijak nie mogę przejść obojętnie wobec tego, co w takim zażenowaniu i w maglinie czytam tu i ówdzie.
Chodzi mi o zwrot walka, którym z taką chęcią szastamy. Niby normalny, prozaiczny, pozornie niezbyt istotny, lecz jakże teraz wszędobylski.
My wciąż walczymy. O pozycję, o prestiż, o twarz, o dobre życie, o miejsce w tramwaju.
Przeraża mnie negatywny wydźwięk tego słowa, no bo każda walka to narzucanie komuś swojej interpretacji świata w sposób jednoznaczny.
Nie ma nic bardziej głupszego, niż sugerowanie się w życiu słowami w przyrodzie przetrwa tylko najsilniejszy. Jeżeli chodzi o ludzi, to dobór naturalny jest doborem nienaturalnym. Nie chodzi tu o gloryfikację pewnych szczególnie wulgarnych zachowań ludzkich, ponieważ różnimy się chyba od zwierząt. Nie dajmy się zwariować. W przyrodzie jest tak, że zarówno rośliny, jak i zwierzęta nie walczą wciąż ze sobą, by przetrwał najsilniejszy, lecz żyją w sposób zdeterminowany i określony z góry. Gazela gnu raczej nie wygra nigdy z lwem, żeby dalej żyć, jeżeli dojdzie już do ich konfrontacji.
Ludzie o nic nie muszą walczyć, gdyż posiadają coś tak nieprawdopodobnego, jak swobodne kształtowanie rzeczywistości. Jak mi się zechce ściąć to wiekowe drzewo, to je zetnę i nikt mi w tym nie przeszkodzi. Jak mi się zechce je objąć i sprawić, że szczere łzy wsiąkną w starą korę - to w tym też nikt nie powinien mi przeszkadzać.
Jak pisał William Blake, historia pisana pochodzi od Greków i Rzymian, niewolników miecza.
Historia ludzkości jest dziejami wojen, gwałtów, grabieży, morderstw w imię wyższej sprawy. Jest de facto kronikarstwem zakrwawionego miecza, który wyrąbywał sobie miejsce we współczesnym świecie, poprzez unicestwianie całych narodów. Historia jest kultem fizyczności i siły. Niestety, tej siły, która swą materialną mocą dławiła gardła, które mogły przynieść ludzkości oświecenie, tej siły, dla której mądrość przodków znaczyła tyle, na ile mogła wydobyć z niej zysk niepomierny, nic więcej.
To prawdziwe ludzkie upodlenie.
Parę tysięcy lat temu nikt z nikim nie walczył. Panowała ogólna harmonia. Historia ludzkości rozpoczęła się od upadku kobiet z piedestału. Albo raczej od zachłanności mężczyzn, którzy zrozumieli, że mogą mieć o wiele więcej, niż im oferowano.
Liczba 13 do dziś jest uznawana za pechową, a kiedyś rok składał się właśnie z trzynastu miesięcy, nie z dwunastu. Trzynasty miesiąc rozbito, dodając do każdego z pozostałych miesięcy po dwa-trzy dni ( za wyjątkiem lutego ).
13x28=364
Żeńska, księżycowa, niepodzielna trzynastka, jest niewygodna i trudna do manipulowania. Zastąpiono ją więc męską słoneczną, racjonalną dwunastką, łatwo manipulowalną i łatwo policzalną.
Zodiak również składa się teraz z dwunastu znaków, lecz kiedyś było ich trzynaście. Trzynastym był Arachne ( Pająk ), który zawierał w sobie księżycową intuicję i źródło mocy parapsychicznych. Jednak Ojcowie Kościoła odrzucili go, jak mnóstwo innych, związanych z księżycowym, żeńskim aspektem ludzkiej natury.
Masowe palenie kobiet na stosach w średniowieczu również ma swoje podłoże w tej szczególnej schizie, która zawładnęła męskimi umysłami, omamionymi nie wiadomo z jakiego źródła tym, że mogą być demiurgami tego świata.
Wszystko, co dotyczyło kobiety, było złe. Kobiety zostały odsunięte od wszelkich ważnych funkcji społecznych. Nie wolno im było czytać świętych pism i w ogóle udzielać się społecznie.
Księżycowe łono rozpostarło się, by wyjść mógł z niego mężczyzna słoneczny.

Nie zapominajmy jednak, że to Izyda, Pani starożytnego świata, była władczynią bezdyskusyjną i naturalną. Najpierw, jako niosąca na głowie tron, później jako dysk między rogami krowy Izyda była niekwestionowaną boginią świata z zamierzchłej przeszłości. Nawet nazwa miasta Paryż pochodzi od niej. Par-Isis - Paris, czyli Gaj Izydy.
Wielu starało się zniszczyć jej wizerunek. Jednak Izyda reprezentuje archetypową dziewiczość żeńskiego boskiego aspektu, jakby chłonność natury, wyrażoną w odbijaniu słońca przez księżyc, reprezentuje najwyższe i najgłębsze poziomy ludzkiej świadomości.
Ludzkość zawsze czciła boginię Księżyca. Zmieniające się postacie, pod jakimi była czczona, były znakiem przemian zachodzących na świecie. Czy była to Izyda, Astarte, Demeter, Inanna, Isztar, Diana, Afrodyta, Selene, Ch’ang O, Birgit, Badb, Maja Jotma, Hekate czy Tzuki-Jomi, zawsze wtedy była to tylko nazwa, określenie, które jednak nigdy jej nie dyskredytowało, co więcej, podnosiło wciąż do rangi boskiej jej kobiecość.
Pamiętajcie… Pamiętajcie, że ukazawszy się Apulejuszowi we śnie, Wyłoniła się z morza i stanęła na falach.
- Ja jestem naturą, uniwersalną Matką, panią wszystkich żywiołów, pierwotnym dzieckiem czasu, władczynią wszystkiego, co duchowe, królową zmarłych, królową nieśmiertelnych, pojedynczym przejawem wszystkich istniejących bogiń i bogów. Lśniącym pułapem niebios władam skinieniem głowy, ale władam też ożywczymi wietrzykami morskimi i żałobną ciszą leżącego w dole świata. Pomimo, iż jestem czczona pod wieloma postaciami i imionami, przebłagiwana najróżniejszymi rytuałami, to wielbi mnie cała ziemia okrągła.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @Bożena De-Tre Wszystko możesz, Poetko - na przykład w jednym wersie uśmiercić i Boga i Nietzschego (obu po raz drugi).
    • Czekają. Stłoczone ciasno w zastygłej procesji, w urojonych widmach bezmiernej nocy. W pokoju. W tym pokoju stłoczone aż po brzegi. Wchodzą na ściany, na to drzewo wyrastające z podłogi. Stojąca w kącie plątanina martwych rur. Poskręcane gałęzie, odrosty. Żeliwne. Milczące artefakty...   Pełzną wysoko w swojej nieruchomej kreacji. Te zwidy rozczapierzone. Złapane w krótkim ujęciu. W milisekundowym błysku wypalającym oczy.   Są jedne na drugich. Obok siebie. Tuż obok. Bądź wyrastają z siebie bez jakiejkolwiek koncepcji, jakiegokolwiek sensu.   Ciasno. Bardzo ciasno…   Jak niezliczone polipy w jelicie. Zrakowaciałe. Całkowicie obce, nawet dla siebie samych. Całkowicie obce ciała rosnące w swojej i tak obcej egzystencji.   Mnożą się bez ustanku, wyrastając z siebie w nieskończonych powtórzeniach. W szmerze nieskończonego wzrostu...   Zasuszone widma. Kreatury pajęcze… Których odnóża… - Boże, jakże ich wiele!   Sięgają nimi, poprzez grzybnię pleśni, sufitu, jak nieba… Wspinają się. Wspinają, ku wielkiej mistyfikacji, ku tajemnicy największej.   Albowiem rozpościera się z wysoka coś, co jest niepodobne do niczego.   Co to takiego? Jakaś iluzja, deliryczna ekstaza…   Stając u stóp tego gigantycznego konstruktu podobnego do krzyża... - z kamienia, ze stali. z drewna…   Z żelbetonu poznaczonego brunatnymi plamami nuklearnej reakcji. Zmartwychwstania?   Być może samego Boga...   Słychać jeszcze echo. Pogłos pędzącego wiatru. Wtedy, co pędził w ogromnym huku totalnej anihilacji.   Tuż przede mną mur nieskończonego wzniosu. Rozpostarte ramiona (odnóża?) Rozwarte szeroko. Szeroko… - czegoś, co już dawno skonało, mimo że jest wieczne. mimo że żyje, pomimo ewidentnej śmierci.   Jakieś truchło. Zasuszone. W szacie pajęczej.   W powiewających płachtach. W czarnych od kurzu. Od pyłu. Od brudu zionących ciszą zatęchłych katakumb…   W przeciągu, w powiewie.   W półmroku…   Spogląda z wysoka wielookie oblicze. Czarne oczodoły w zdeformowanej czaszce.   I coś jeszcze.   Coś, co przeczy fizycznemu istnieniu.   Spod sufitu spada na mnie absolutna martwota, kiedy klęczę, kiedy leżę, kiedy pełzam jak wąż, jak dżdżownica, jak wielonoga skolopendra…   Co tu jest mną, a co kim innym? Albo czym?   Kto tu jest?   Mnoży się coraz więcej tej całej bezgranicznej iluzji, która we mnie. Która wszędzie…   Odchylam głowę do tyłu. Odchylam. Odchylam… … aż trzeszczą kręgi w szyi...   Wykrzywiając twarz w morderczym grymasie, w potęgującym się orgazmie trupiego rozkładu...   … moje oczy...   Te czarne otwory. Te czarne. Bezkreśnie czarne…   … jak noc lodowata…. jak noc…   (Włodzimierz Zastawniak, 2026-06-07)      
    • @hollow man

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @Poet Ka  

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

        A szkoda.
    • @.KOBIETA. przyjaciółka jak skarb :)
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...