Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Oto moje opowiadanie:

- LILI!!!! Bierz mi z tąd tego kota!!!!- wrzasnełam. Kot mojej młodszej siostry robił sobie z moich ubrań wycieraczkę.
- Chodź Panie Kocie. Pobawimy się w pokaz mody.- powiedziała moja pięcioletnia siostra. Wzieła na rece tego ochydnego szczura i wyszła z mojego pokoju. Znudzona poszłam do kuchni się napić. Moja druga siostra siedziała przy stole i czytała jakąś książkę.
- Co czytasz?- spytałam.
- "Tajemnicę czerwonego rubinu"- odparła mania, a jej oczy błyszczały. Od niedawna jej oczy błyszczały od czasu do czasu nowym kolorem: nauczyły się tęczowej barwy. Teraz oczy mojej siostry błyszczały siedmioma kolorowymi paskami: zielonym, żółtym, niebieskim, fioletowym, jasnym zielonym, pomarańczowym i czerwonym. Mania nagle wstała, jej oczy zaczeły migotać białym kolorem i pobiegła do swojego pokoju, zostawiając książkę. Znudzona dalej piłam sok, aż tu nagle jak z pod ziemi wyrosła przede mną lili ze swoim kotem. Ten przebrzydły łysy szczur wystawił na mój widok pazury i zasyczał. Lili dała mu karmę i usiadła na miejscu mani.
- Czyja to książka?- spytała.
- Mani.- odparłam, patrząc nieprzytomnie w okno. Miałam właśnie wenę i po omacku zaczełam szukać kartki i długopisa. Kiedy znalazłam potrzebne materiały, spisałam na szybko wersję wiersza i popatrzyłam się na lili. Jej kot rozrywał właśnie książkę mani. Rzuciłam się ratować ją, ale Pan Kot mnie podrapał. Mimo to dalej walczyłam.
- Mam dla ciebie...- usłyszałam głos mani. Kocur szybko ulokował się na kolanach lili, a ja stałam na środku kuchni z porozrywaną książką w dłoniach. Podeszłam do mani i oddałam jej książkę. Mania akurat była w fazie rzucania piorunów.
- To ona! Zaczeła drażnić Pana Kota, a jak on się na nią rzucił, to zasłoniła się twoją książką!- powiedziała lili.
- A co mnie obchodzi Pan Kot? I tak wiem, że to twoja sprawka.- odparła mania.- Chodź fanka. Mam drugą "Tajemnicę Czerwonego Rubinu".- rzekła i ruszyła do swojego pokoju. Wziełam kartkę z wierszem i ruszyłam do siebie. Miałam pokój razem z manią. Gdy tylko zamkneły się za nami drzwi pokoju, przybiłyśmy sobie piątkę.
- O tak!- powiedziałam.
- To dziecko trzeba tępić.- odparła wesoło mania.
- Unikneła by tego, gdyby rodzice jej nie rozpieszczali.
- Zgadzam się.- znowu przybiłyśmy piątki.
- Pewnie teraz siedzi pod drzwiami i podsłuchuje.- powiedziałam chytrze. Do pokoju wparowała lili.
- Wcale, że nie podsłuchuje!- wrzasneła. Ja i mania parsknełyśmy śmiechem.
- Wiesz, że kłamiesz? Zdemaskowałaś się sama!- powiedziała mania, śmiejąc się do rozpuku. Lili rozpłakała się i poszła do swojego pokoju. Wziełam do ręki telefon i wybrałam numer mikusienki.
- Halo?
- CZzść, milusińska-( tak przezywałyśmy mikusienkę)-! Spotkamy się za godzinę na dyskotece z pelą, klaudissą, trampką i kari??
- Oki.- powiedziała i rozłączyła się.
- Mania, przebieraj się! Wychodzimy na dyskotekę!- rzekłam i ruszyłam przekopywać szafę. Po 45 minutach byłyśmy gotowe. Kazałyśmy lili siedzieć w pokoju pod groźbą utopienia Pana Kota i poszłyśmy. W środku już wszyscy na nas czekali. Zaczeła się impreza.
* * *
3 godziny później zadzwonił mój telefon. Odebrałam.
- Halo?
- Fanka, wracajcie! Nigdzie nie ma Pana Kota, rodzice powinni wrócić 2 godziny temu i ktoś zostawił nam list, którego nie umiem przeczytać.- usłyszałam zapłakany głos lili.
- Już idziemy!- powiedziałam i się rozłączyłam. Wziełam torebkę.
- Mania, spadamy.- powiedziałam.
- Co jest?
- Dzwoniła lili. Za chwilę zapewne pod naszym domem zjawi się straż pożarna.
- Znowu coś wysadziła??!!
- Nie, ale zbiera jej się na płacz.
- To lepiej chodźmy.- powiedziała wystraszona mania. Porzegnałyśmy się z dziewczynami i poszłyśmy. W domu zastałyśmy zapłakaną lili trzymającą w ręce list. Były na nim naklejone literki z gazety.
- Jeśli chcecie odzyskać rodziców, przyjcie do jaskini Pomponów. Wiecie gdzie.- przeczytałam i spojrzałam porozumiewawczo na manię. Oczywiście, że wiedziałyśmy. Nasze miasto stało na ogromnym wzgórzu. W zboczach było pełno jaskiń( skąd to wiem? Lili w jednej z nich szukała Pana Kota. On tym czasem spał na dachu. Skończyło się to kilku dniowym poszukiwaniem lili).
- Dobra. Przebierzemy się i ruszamy.- powiedziałam i razem z manią ruszyłyśmy do pokoju. Później spakowałyśmy do plecaka górę kanapek, liny, haki, latarki i butelki z wodą. Zamknełyśmy dom na klucz i wsiadłyśmy na rowery( lili wsiadła do koszyka przymocowanego do roweru mani, a ja pilnowałam plecaka). Pojechałyśmy do mikusienki( mieszkała w najbardziej wysuniętym końcu miasta) i zostawiłyśmy rowery. Stanełyśmy na krańcu wzgórza. Powoli zaczynałysmy schodzić w dół.
- Która to jaskinia?- spytałam.
- Ta za skałą Pokopetsów.- odparła mania, a ja zaczełam się kierować w tamtą strone. Po godzinie dotarłyśmy na miejsce. Z plecaka wyjełam latarki i podałam je moim siostrom. Zapaliłyśmy je i weszłyśmy w głąb jaskini. Było tam ciemno, cicho, brudno i strasznie.
- Fanka, uważaj!- wrzasneła mania, ale było już za późno. Wisiałam nad przepaścią, trzymając się tylko jedną łapą skały. Latarka wyślizneła mi się z drugiej i cicho poleciała w dół. Po kilku sekundach usłyszałyśmy trzask. Mania uklękła i podała mi swoją łapę. Chwyciłam ją kurczowo i próbowałam wydostać się z powrotem na górę. Nagle moja siostra krzykneła:
- Lili, pomóż! Albo fanka poleci w dół razem ze mną, albo sama, bo nie mam już siły!- lili chwyciła ją za bluzkę i z niespotykaną siłą pociągneła manię. W ten sposób "wyjechałam" na górę. Gdy tylko stanełam łapami na twardzym gruncie, mocno uścisnełam moje siostry. Zostały nam tylko dwie latarki, liny, haki, dwie kanapki (lili zgłodniała) itd. Miałyśmy właśnie przechodźcić przez most linowy, gdy lili rzekła:
- Dla bezpieczeństwa perzewiążmy się w pasie liną, a drugi koniec przywiążmy do haka i i przymocujmy po drugiej stronie.- podsuneła.
- Dobry pomysł! W ten sposób będziemy mnieć pewność, że żadna z nas nie wykona swojego ostatniego lotu w przepaść.- pochwaliła mania.
- Ok.- zgodziłam się. Wyciągnełam z plecaka linę i hak. Jeden koniec liny mocno przywiązałam do haka i rzuciłam na drugą stronę mostu. Hak zaczepił się mocno o głaz. Przewiązałyśmy sie liną i powoli zaczełyśmy przechodzić na drugą stronę. Gdy byłysmy w połowie drogi, liny mostu pękły pod naszym ciężarem i poleciałyśmy w dół. Wpadłyśmy do jakiejś groty. Pociągnełam za linę, a hak spadł przed nasze stopy.
- Lili... to był superł pomysł...- jękneła zszokowana mania. Schowałam do plecaka line i hak.
- Mania, gdzie twoja latarka?- spytała nagle lili. Oczy mani zajaśniały żółcią, tak jakby w środku zapaliła jej się jakaś żarówka.
- Pewnie wypadła mi podczas tego szalonego lotu.- wyszeptała. Jej oczy świeciły z taką siłą, że równie dobrze mogła by robić za lampę.
- Spoko, oświetlisz drogę oczami.- pocieszyłam ją.
- Rzeczywiście! Chodźcie, idziemy!- powiedziała, ruszając naprzód. Szłyśmy jakieś pół godziny, gdy nagle lili wrzasneła:
- Mama i tata!- i pędem pobiegła do kąta groty, gdzie siedziały dwie dorosłe pandy.- Chwila! To roboty!- krzykneła.
- CO?????!!!!!!- wrzasnełam równoczśnie z manią.
- No patrzcie!- powiedziała lili i wyrwała "tacie" rękę. W środku były jakieś kabelki.
- No to po co ten cały cyrk?-spytałam po chwili. Moje siostry wzruszyły ramionami.
- Tu Pan Kot. Jeśli lili nie da mi mleka, wasi prawdziwi rodzice zginą!- rozległo się, a zza załomy skalnego wyszedł nie inny, tylko Pan Kot.
- Ten kocur jest szalony!!!!- krzykneła mania.
- Miau.- zamiałczał z wyrzutem kot lili.
- Chodź, Panie Kocie. Zaraz dostaniesz mleko.- rzekła lili i wzieła na ręce tego paskudnego kocura. Po godzinie wyszłyśmy z jaskini i poszłyśmy do mikusienki po nasze rowery. Pojechałyśmy do domu. Już od progu ujrzałyśmy mamę.
- Gdzie wyście były????!!!! - spytała.
- A wy?- odparłam pytaniem na pytanie.
- W sklepie. Dla ciebie jest nowa sukienka i lakier do paznokci, dla mani to samo, dla lili sukienka i buty, a dla Pana Kota- karma.- powiedział tato, wychylając się z kuchni.
- JUPI!!!- wrzasnełyśmy radośnie i pobiegłyśmy oglądać ciuchy. Później usiedliśmy przy stole w kuchni. Opowiedziałyśmy wszystko rodzicom.
- Ten kocur jest rzeczywiście szalony!- skwitował tato, mama ruszyła zaparzyć herbaty, lili bawiła się ze swoim kotem, oczy mani zmieniły się na kolor zielony, a ja uśmiechnełam się w duchu. Myślałam o tym, co nas jeszcze czeka z tym kocurem.

Koniec.

I jak?

Opublikowano

I jak? Moim zdaniem, jak na początek, całkiem nieźle :) Piszesz składnie, płynnie, potrafisz zainteresować, a nawet zaintrygować niedopowiedzeniami. Są potknięcia do poprawy, ale nie takie znowu wielkie. Pisz dalej i wklejaj - chętnie poczytam - Ania

Opublikowano

Ja proszę o pisanie imion z wielkich liter, o korzystanie ze słownika chociaż trochę ;-). Kogo, czego nie ma "długopisu". I wiesz, w takich sprawach jak opowiadania nie znoszę skrótów typu "itd. itp." to w końcu nie podręcznik. Myślę, że masz na siebie pomysł, a opowiadanie jest ciekawe i z treścią. Pisz więcej, bo w końcu jak ktoś mądry powiedział:

" Jedyny sposób by nie umrzeć, to albo zrobić coś, by inni mogli o tobie pisać, albo pisać o innych".

Pokręciłam, ale sens ogólny pozostał :-)

  • 3 tygodnie później...

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    •   - Oby Njord podarował nam dobre wiatry, moje dzieci – mawiał ojciec do Vivian i Hespera przed każdym wejściem na statek. Łowili dorsze i halibuty, czasem homary. Morze zazwyczaj było spokojne. 

        W domu nie głodowali. Nawet jeśli dzieciom po wielu godzinach rejsu zaczynała doskwierać monotonia i rozrabiały na pokładzie, to pracę ojca darzyły szacunkiem. Co dzień na stół trafiała świeża ryba. 

        Hesper był kłopotliwym chłopcem. Wspinał się na maszty i pokazywał język wołającym za nim marynarzom. Bujał się na linach, rozplątywał supły. Nierzadko przemycał na pokład farby i pędzle, skrzętnie ukryte pod kamizelką.  Każdego popołudnia ktoś zmywał mopem namalowane przez niego murale. Załoga pokpiwała z jego dzieł inspirowanych Alidą Withoos. Jemu mówili, że niewieścieje, a między sobą szeptali o jego talentach. Twierdzili, że ma potencjał na wielkiego artystę, lecz nikt nigdy nie powiedział mu tego w twarz.

        Vivian na morzu odnajdywała spokój, którego nie mogła zaznać na lądzie. Uwielbiała wpatrywać się w bezkresne wody i słuchać ich szumu. Wyobrażała sobie, co kryje się za horyzontem. Dopiero gdy jod dostawał się do jej nozdrzy czuła, że naprawdę oddycha. Ścigali się z Hesperem w ilości złowionych ryb. Przed zmrokiem ojciec ważył ich zdobycze. Zwycięzca otrzymywał tabliczkę czekolady. Hesper przeważał siłą fizyczną i niemal zawsze pokonywał starszą siostrę.

        Ojciec dbał, by jego dzieci miały fach w ręku. Uczył ich wiązać węzły, sprawdzał czy pamiętają ich nazwy i zastosowanie; pokazywał jak zarzucać sieci i jak uniknąć szkorbutu, kazał im uczyć się na pamięć każdej części pokładu. Tym samym zapewniał im przyszłość, wyjście awaryjne, gdyby ich plany się nie powiodły.

        Przed zachodem słońca, kierując się do portu, stawali we trójkę na dziobie i podziwiali horyzont. Pewnego razu zadał im pytanie poprzedzone ociężałym westchnieniem, jak gdyby przez długi raz zbierał się do tego, co ma powiedzieć.

        - Powiedzcie mi, dziatki, macie jakieś marzenia?

        - Być bogatym! – wykrzyknął od razu Hesper, którego sny o zostaniu światłym malarzem zostały stłamszone przez złośliwości marynarzy. 

        Vivian zastanawiała się przez moment. Do tej pory nie rozmyślała nad swym losem, nie szukała sensu istnienia. Do szczęścia wystarczyły jej wyprawy w morze i słuchanie szumu fal. Cieszyło ją, że rodziny nie dotyka głód. 

        - Pragnę spokojnej duszy, tato – powiedziała. Uśmiechu ojca nie było widać pod gęstym wąsem, ale zawsze wiedziała, kiedy się pojawiał – A ty? 

        - Ja już mam wszystko, co miałem… choć jest jedna rzecz, o której marzę skrycie każdej nocy…

        - Co to takiego? – spytało równocześnie rodzeństwo. Nie mogli doczekać się, aż usłyszą nową historię.

        - Jak myślicie, co znajduje się za horyzontem? – każdą opowieść ojciec poprzedzał pytaniem. 

        Nieznane lądy? Nowe cywilizacje? Dzikusy? Skarby? Koniec świata?, padały odpowiedzi i fakt – każda z nich mogła być tą poprawną, lecz on na myśli miał tylko jedną. 

        - Zgadza się, moi mali. Mnóstwo, mnóstwo skarbów…

        - Co to za skarby? – Hesperowi oczy zabłysły na wieść o bezpańskich bogactwach.

        Ojciec roześmiał się ciepło.

        - Oczka ci się świecą, synku – pogładził chłopca po głowie – Pewnie widzisz już te wszystkie skrzynie ze złotem i klejnotami, które zostawili po sobie piraci. Tak, to też znajdziemy na wyspie Hollowstone, lecz prawdziwy skarb kryje się w jaskini przy brzegu.

        Dzieci milczały, w napięciu czekając na to, co dalej usłyszą; zachwycały się obrazami tworzącymi się w ich głowach.

        - Można tam wpłynąć tylko łodzią. Podobno na środku jeziora rośnie drzewo o liściach czerwonych jak krew i miękkiej, brunatnej korze. Mówi się, że jego sok zapewnia zdrowie na pięćdziesiąt lat! Żadna choroba nie jest ci straszna! 

        Zapał ostygł w sekundę. Vivian i Hesper spodziewali się usłyszeć o górach monet. Zdrowia oboje mieli w dostatku.

        - Teraz mnie nie rozumiecie, ale z czasem… z czasem sami dojdziecie do tego, jak bardzo jest to ważne.

        - Jak tam się dostać, tato? - zapytała Vivian po kilku minutach ciszy, podczas których ojciec wpatrywał się markotnie w horyzont. Z westchnieniem wyprostował plecy.

        - I to, moja córeczko, jest najtrudniejsze do wykonania… Otóż drogę na wyspę mogą wskazać jedynie duchy żeglujące po Morzu Dusz od początku istnienia. Kiedyś powstała pieśń, która przywołuje je i wszystkich, którzy spoczęli pod falami, chcąc napić się soku z drzewa Arbivon. 

        - Dlaczego ten sok nie daje nieśmiertelności. Ja nie chcę umierać! - zawołał rozczarowany Hesper, na co ojciec roześmiał się serdecznie. 

        - Prędzej, czy później wszystko obróci się w proch. Poza tym, gdzieś tam czeka na nas lepsze miejsce - powiedział, spoglądając w niebo.

        Wszystkich bywających w porcie ludzi Vivian i Hesper znali od najmłodszych lat. Kiedy przychodzili z ojcem, marynarze i ich żony głaskali ich czule po łowach, pytając o zdrowie. Przed wejściem na statek ojciec lubił uciąć sobie pogawędkę z kobietami żegnającymi mężów. Rodzeństwo oglądało wtedy kilkumetrowy, strzelisty monolit. Czytali na głos wyryty na nim cytat: Pamięci tym, co wybrali Morze i spoczęli na jego dnie. Pod spodem spisano nazwiska żeglarzy, którzy nie powrócili ze swoich wypraw i zostawili rodziny.

        Nocami ojciec chwytał za lupę i przy świetle kilku świeczek studiował mapy. Latami szukał informacji o Hollowstone. Wertował książki, wypytywał kolegów i co jakiś czas zagajał starego Hermita, nie skorego do wspominek. Jak trafił na właściwy trop, nigdy rodzinie nie ujawnił. Pewnego poranka wszedł do kuchni z tobołkiem na plecach i oznajmił, że zbiera załogę. Ucałował żonę, pokrzepił dzieci i rzucił na stół garść monet i zwinięty w rulon papier - testament mający wejść w życie po roku jego nieobecności. 

        Vivian co świt i po zmierzchu wyruszała z latarnią na plażę. Wypatrywała statków powracających do portu. Składała modły, by na którymś pokładzie wracał do niej jej ojciec. Bogowie jednak nie byli łaskawi. Dni mijały, ewoluując w tygodnie, miesiące, aż w końcu i lata. Dopiero skończywszy osiemnaście lat, Hesper przestał wypytywać w każde urodziny, czy tata zjawi się z prezentem. Dorosłość rodzeństwo osiągnęło pod okiem jedynie matczynym, pod okiem smutnym i wyczerpanym. Nazwisko Carsena Vissera zostało wyryte na monolicie na wieki.

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...